Pozwól sobie na romans!

Ludzie chętnie czytają o romansach, ale rzadko ich doświadczają w życiu. Według Katarzyny Miller wiele nas przez to omija. (Fot. iStock)

O tym, co się stanie, jak spotkają się on i ona w odpowiednim miejscu, nastroju… i na określony czas – opowiada psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Podobno chcesz zachęcać ludzi do romansów?
A pewnie, że chcę, bo romans to bardzo przyjemna rzecz. Ludzie chętnie czytają o romansach, ale rzadko ich doświadczają w życiu – może gdyby zaczęli, to bardziej by im się podobały i same romanse, i życie. Często kobiety po przekroczeniu pewnego wieku mówią, że żałują, że nie żyły bardziej swobodnie, bardziej miłośnie, nie korzystały z tego, że były ładne, wesołe i się innym podobały. Jeśli od romansu za dużo się nie chce, to jest on prawdziwą perełką, wspomnieniem, do którego można stale wracać z czułością i o którym się chętnie opowiada wnukom, rzadziej dzieciom, choć szkoda. Tylko aby tak się stało, trzeba go miło zakończyć, a do tego nie wolno mieć zbyt dużych oczekiwań.

Co to znaczy? Jakie oczekiwania wobec romansu są już zbyt duże?
Dla kobiet najważniejsze jest, by nie oczekiwały przyszłości. Bo one wiecznie fantazjują o tym, żeby sobie z facetem układać resztę życia. Że jeśli będzie chciał ją na zawsze, to jest dowód na to, że ona jest udana. A to wcale nie jest dowód. Dziewczyny się podobają chłopakom, i tyle. Są fajne, zgrabne, zabawne i miłe, ale przecież ze wszystkimi fajnymi, zgrabnymi i miłymi dziewczynami nie da się być na zawsze.
Od romansu trzeba oczekiwać jedynie przyjemności. I wakacje to idealny czas, by te oczekiwania się spełniły. Szczególnie jeśli się jest w takich okolicznościach przyrody, jak woda, las, piasek. Do tego słoneczko świeci i ogrzewa nasze ciałka, jesteśmy poruszone, ogrzane, roznamiętnione. I cóż, tego wszystkiego na jesień do miasta przenieść się nie da. To są pewne okoliczności przyrody, które zdarzają się tylko latem. Co oczywiście nie znaczy, że niektórym się nie udaje ich jakoś przeszczepić, ale to rzadkość.

Z tego, co mówisz, wynika, że romans bardzo wyostrza zmysły…
U jednych zmysły, u innych wyobraźnię, u jeszcze innych elokwencję i dowcip. W romansie sobie dużo dajemy i dużo dostajemy. Trzeba posyłać sobie powłóczyste spojrzenia, trzeba mówić sobie miłe rzeczy… Na dziewczyny szczególnie działają czułe słówka, one się wtedy rozkrochmalają.

Pytam o zmysły, bo mam wrażenie, że niekoniecznie masz na myśli sam seks.
Ależ może być romans bez seksu, jak najbardziej! Patrzenie sobie głęboko w oczy, chodzenie za rękę, prowadzenie niekończących się rozmów – to też jest szalenie przyjemne. Albo romans w trakcie tańca… Dawno temu odkryłam, że przeżywanie pragnienia jest równie przyjemne jak jego spełnienie, oczywiście w trochę inny sposób. Człowiek jest poruszony, że go ktoś zachwycił, że on sam się wewnętrznie otworzył – i to jest bardzo dużo.

Dla wielu osób taki romans bywa przekroczeniem samych siebie. Mówią, że dzięki niemu dowiedzieli się o sobie rzeczy, o których nie mieli pojęcia. Że czuli się sobą na 100 procent…
Ja bym powiedziała tak: mężczyzna czuje się bogiem, a kobieta boginią. Jeden z moich przepięknych wakacyjnych romansów kojarzy mi się z taką oto sceną: szliśmy długo przez plażę, potem weszliśmy do restauracji, żeby coś zjeść, a że w restauracji boso siedzieć nie wypada, to on mi tak czule oczyścił stópki z piasku, każdy paluszek osobno…

No ale kiedy czujesz się tak bosko, trudno sobie powiedzieć: „To minie, to jest tylko na chwilę”.
Wcale nie trzeba sobie tego mówić, trzeba to po prostu wiedzieć (śmiech). I nikt nie musi oświadczać: „Słuchaj, nie będziemy się potem spotykać”. Trzeba jedynie cieszyć się chwilą. Skoro mówimy o wakacyjnym romansie, to cechą wakacji jest to, że turnus się kończy i każdy odjeżdża w swoją stronę. Czasem coś do siebie napiszą, zadzwonią, ale zwykle kontakt się rozmywa i pozostaje miłe wspomnienie. Wyznają sobie: „Jesteś wyjątkowa, było mi z tobą cudownie, nigdy cię nie zapomnę” i rzeczywiście pamiętają. Nie mówię tu oczywiście o łajdakach czy oszustach, tylko o zwykłych ludziach, którym trafiło się coś cudownego.

Spotkali się w odpowiednim nastroju, w odpowiednim miejscu.
I na określony czas.

Często mówisz, że najwięcej nam w głowach miesza miłość romantyczna. Czy romans nie jest jej kwintesencją?
Zawsze to podkreślam – tylko romans jest kwintesencją miłości romantycznej i jej spełnieniem.

Skoro jest kwintesencją, to czy, wychowani w kulcie romantyzmu, nie będziemy chcieli, by tak jak w wakacje, było już zawsze?
Pewnie, że będziemy chcieli, ale co z tego? Chcieć zawsze możemy. Po to człowiek ma rozum, by go użyć i się zorientować, że pewne rzeczy, po pierwsze, nie trwają wiecznie, a po drugie, kiedy się kończą okoliczności, to się kończy romans. Oczywiście chcemy się wiązać i być z innymi, ale taka miłość, takie uczucie jest już z innej kategorii. Innych mocy czy wartości potrzebuję od faceta, z którym mam żyć, a innych od tego, z którym będę przez dwa tygodnie fikać po łące.

Dlatego tak drążę ten temat, by wyjaśnić, jak romansem sobie nie zaszkodzić.
Kochana, jak człowiek sobie chce zaszkodzić, to sobie zaszkodzi. Są ludzie, którzy cokolwiek zrobią, to sobie szkodzą. Mieli bardzo destrukcyjny początek życia i w konsekwencji albo chcą za dużo, albo za mało, albo nie potrafią brać, albo wyszarpują. I nic na to nie poradzimy, droga pani.

Są mężczyźni i kobiety, którzy nadają się tylko do romansu, i tacy, co nadają się tylko do związku?
Czasem ten sam pan nadaje się do związku z jedną panią, a do romansu z drugą. Podobnie z kobietami. Jak to odróżnić, chciałabyś spytać pewnie. To się po prostu wie. Pewna moja pacjentka jest z facetem, który wdaje się tylko w romanse, nawet na początku jej to uczciwie powiedział, że on pisze się na związek tylko na dwa-trzy lata. Co dwa-trzy lata zmienia swoją boginię i taki styl bardzo mu odpowiada. Czy to jest dla niego dobre? Nie wiem. Sądzę, że jednak się trochę spali. Na razie jest jeszcze w sile wieku, więc rajcują go nowe kobiety.

A gdy ktoś o nas mówi, że nadajemy się tylko do romansu, to jest to krzywdzące, komplementujące czy neutralne stwierdzenie? Przypuszczam, że kobiety to zwykle boli. Myślą, że to oznacza, że są niepoważne, głupie i nie mają nic więcej do zaoferowania niż swoją urodę.
To jest już bardzo dużo do zaoferowania! Jeśli ktoś chce użyć tego jako nagany, to będzie to naganą, a jeśli jako opis, to będzie to opisem. Przyznaję, słyszałam takie stwierdzenie od mężczyzn, z którymi pracowałam. Zauważyłam, że często mieli na myśli to, że nie chcą się na stałe wiązać z kobietą, która traktuje mężczyzn tak jak oni traktują inne kobiety. Niektórzy panowie sami wiodą żywot macho, ale ich żona ma być cicha i bogobojna, bo wtedy oni czują się bezpiecznie.

Wróćmy jeszcze do tego rozkrochmalenia, bo bardzo mi się spodobało. Dla wielu kobiet przygodny romans, czyli taki, który się przydarza bez naszego celowego działania – jest jak rewolucja. Otwiera je na nowe życie, na nową miłość, niekoniecznie z tym właśnie mężczyzną. Skąd? Jak?
No po prostu właściwy kluczyk trafił na odpowiednią dziurkę. I dziurka ożyła. Kobiety zwykle potrzebują tego otwarcia z zewnątrz, choć czasem same odkrywają i dziurkę, i kluczyk, otwierają się na swoją zmysłowość i radość życia, pomimo tego złego, co im się wcześniej zdarzyło. Bo jeżeli kobieta długo żyje w nudzie codziennych obowiązków i nagle trafia do bajki, to okazuje się, że w niej są niezbadane złoża radości przeżywania. Pojawia się rozkosz życia. I to może uruchomić łańcuch zmian.

Dlatego, tak jak mówimy, wakacje są idealnym momentem na taką rewolucję, bo podczas nich jesteśmy zwykle wyjęci z codzienności.
Zostawiamy to, co mamy w domu, jesteśmy wolni i możemy się poddać temu, co się wydarza. Zwłaszcza jeśli wyjeżdżamy sami i nie jesteśmy obarczeni rodziną, kociołkami, dmuchanymi materacami i kaszką do robienia na prymusie.

Ciepły, letni romans potrafi nas ogrzać do końca długiej zimy?
Jeśli się umie z niego skorzystać. Czyli jeśli sobie na niego pozwolimy, a potem włożymy go do pięknego, miękko wyściełanego kuferka pamięci, a nie przepuścimy przez koszyczek z dziurką na zasadzie: „Przepadło, przeminęło, już nigdy się nie powtórzy, nie oświadczył mi się, nie stoi pod bramą”. No nie stoi, ale czy to znaczy, że to było bezwartościowe? Kiedy potem oglądasz piękny romans w kinie, możesz sobie pomyśleć: „Ja też tak miałam”. I nie zazdrościsz innym. Jeśli człowiek umie coś takiego sobie wziąć i dać, to skorzysta z romansu. Jeśli będzie miał pretensje o to, że było i minęło, to sobie to zepsuje.

Mówimy o tym, co taki romans nam daje, ale przecież i my w jego trakcie dajemy.
No pewnie, bo jest nam łatwo. Nie mamy tej zamierzchłej historii pod tytułem: „Trzy lata temu obiecałeś, że coś zrobisz, ale tego nie zrobiłeś”. Albo: „Pamiętam, jak tamtej powiedziałeś to i to, a mnie nigdy nie mówisz”. Tu jesteśmy kompletnie świeży, takie nówki sztuki. Wyspani, rozluźnieni. Nie mówimy o tym, co mamy w domu albo co mieliśmy, jesteśmy zawieszeni w teraźniejszości, która jest chyba najzdrowszym możliwym stanem, a która rzadko się zdarza w tzw. ciągłości życia.

Mówiłyśmy o romansach jak z filmu czy z książki i pomyślałam, że długo romans kojarzył mi się z wielką namiętnością, a potem z równie wielką krzywdą wszystkich dookoła. Zdradzony mąż, porzucone dzieci – weźmy choćby taką „Annę Kareninę”. Teraz widzę, że to dlatego, że tamci kochankowie mieli właśnie nadmierne oczekiwania. Rzeczywistość im mówiła, że to się nie może udać, a oni na przekór wszystkim chcieli udowodnić, że jednak. Jakiś czas temu oglądałam film „Paryż może poczekać”, który jest właśnie o takim romansie, o jakim mówisz. Nie ma tam łez, tragedii i porzuconych rodzin, a jest piękna podróż do Paryża, podczas której między dwójką bohaterów nie dzieje się nic, a jednocześnie dzieje tak wiele.
Widziałam, przeuroczy film. Między nimi nie wydarza się nawet seks, jedynie pocałunek, ale ile jest tam napięcia seksualnego, ile cudownych kolacji, zabytków i potencji we wszystkim dookoła. Życzmy wszystkim takich romansów. Ja je miewam z taksówkarzami czy kelnerami, choć może powinniśmy je nazwać flirtami. Sam fakt, że z kimś przez chwilę jesteś w sytuacji, która jest lekka, ciepła i przyjemna, że widzisz błysk w jego oku, sympatię, zaciekawienie i to, że się podobasz – jest przecudowne. Od takiego flirtu do romansu nie jest już zbyt daleka droga.

Czyli romansom-tragediom mówimy „nie”, wolimy romanse-komedie!
Romans-tragedia, a nawet powiedziałabym romans-zbrodnia jest na przykład w filmie „Królowa Kier”, w którym kobieta uwodzi swojego pasierba. A wystarczyło, gdyby ona się tylko nim zachwyciła, a nie musiała go mieć… Napisałam o tym opowiadanie „Adonis” w zbiorze erotycznych opowiadań „Słone ciasteczka”. Jeśli nie czytałaś, to koniecznie przeczytaj! To jest o tym, że pragnienie nie musi być „zeżarte”, czasem wystarczy posmakować lub wyobrazić sobie, jak coś smakuje. Oczywiście nie można sobie całego życia tylko wyobrażać, bo wtedy jest trochę smutno, ale bardzo wiele rzeczy możemy i powinniśmy zostawić jedynie wyobraźni. I ucieszyć się, że się pojawił apetyt.