1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Danuta Dworakowska, 98-letnia powstanka warszawska: „Tylko wampiry nie mają cienia, wszystko inne ma swój cień”. Tę mądrość przekazała jej babcia

Danuta Dworakowska, 98-letnia powstanka warszawska: „Tylko wampiry nie mają cienia, wszystko inne ma swój cień”. Tę mądrość przekazała jej babcia

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Danuta Dworakowska (Fot. Marta Wojtal dla BohaterON)
Danuta Dworakowska (Fot. Marta Wojtal dla BohaterON)

Odsłuchaj artykuł

Joanna Derda - Danuta Dworakowska, 98-letnia powstanka warszawska: „Tylko wampiry nie mają cienia, wszystko inne ma swój cień”. Tę mądrość przekazała jej babcia

00:00 23:21
15s
0,5 x
15s
Trzyma się prosto jak struna. Mówi piękną polszczyzną. I właśnie napisała książkę. 98-letnia powstanka warszawska Danuta Dworakowska opowiada w niej o swoim życiu. – Szalonym – rzuca z uśmiechem. Rozmawiamy nie tylko o czasach wojny. Także o tym, co było po niej. I o kulturze. Bo to ona łączy ludzi.

Spis treści:

  1. Danuta Dworakowska o Powstaniu Warszawskim: „Chcę pomóc wyrzucić Niemców z Warszawy”
  2. Wojenne wspomnienia powstanki. Jak szesnastolatka zetknęła się ze śmiercią?
  3. „Poszłam do powstania jako dzieciak”. Jak wojna przyspieszyła dorastanie Danuty Dworakowskiej?
  4. Danuta Dworakowska o współczesnym świecie, sztucznej inteligencji i wartościach
  5. Dlaczego kultura jest ważna? Danuta Dworakowska o roli artystów

  • Danuta Dworakowska miała 16 lat, kiedy spontanicznie zdecydowała się dołączyć do Powstania Warszawskiego. Jak wspomina, w ciągu dwóch miesięcy z dziewczynki stała się dorosłą kobietą.
  • Przez większość życia nie opowiadała o swoich wojennych doświadczeniach. Dopiero kilka lat temu zaczęła dzielić się wspomnieniami.
  • Dziś 98-letnia pianistka z ciekawością obserwuje współczesny świat. Docenia rozwój technologii, choć przyznaje, że sztuczna inteligencja budzi w niej pewne obawy.
  • Mimo dramatycznych doświadczeń nie straciła wiary w ludzi. „Wyłącznie słońce, wyłącznie dobre rzeczy, ja wierzę w dobro” – mówi.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 10/2026.

Joanna Derda: Mój ojciec, który, jak pani, był powstańcem, nie chciał ani o powstaniu, ani o wojnie opowiadać. Ja nie nalegałam, a teraz żałuję. Pani opowiada. Napisała pani książkę, na stronie BohaterON można znaleźć pani historię. Mówi tam pani: „Jestem przekonana, że moje pokolenie powinno ocalić od zapomnienia pamięć o ludziach, dzięki którym mimo wojny i powojnia mamy dziś gdzie żyć, możemy mówić po polsku, uczyć się i mieć marzenia. To oni uwrażliwili nas na słowa: ojczyzna, patriotyzm, humanizm, którymi wycierają sobie usta propagandowi krzykacze na wiecach…”.

Danuta Dworakowska: Choć ja długo, przez większość życia, z nikim na ten temat nie rozmawiałam. I tak by zostało, gdyby mnie pięć lat temu pani Urszula Zaniewska, działająca na rzecz upamiętnienia powstania, za uszy nie wyciągnęła – tak się zaczęło.

Dzieci nie pytały?

Nie. Kiedy moje dzieci były w takim wieku, że mogły się tym zainteresować, to mieliśmy PRL, wtedy się na temat powstania nie mówiło.

Oficjalnie nie, ale w domach się przecież rozmawiało.

Nie we wszystkich. Ani córka, ani syn o to nie pytali.

Danuta Dworakowska o Powstaniu Warszawskim: „Chcę pomóc wyrzucić Niemców z Warszawy”

Pisze pani w książce: „Zobaczyłyśmy chłopaka z biało-czerwoną opaską. (…) Zanim pomyślałam, już byłam na ulicy i: »Cześć! Wiesz, gdzie można się zgłosić, zameldować?«. A ten z uśmiechem: »Długa 7«. Wskoczyłam do mieszkania, złapałam kurtkę i jak burza wpadłam do piwnicy, meldując: »Mamo, idę do Powstania, uważajcie na siebie, pa, pa! Dam o sobie znać«”. To nie była chyba typowa droga? Bez konspiracji, bez harcerstwa, pani poszła do powstania z biegu.

autopromocja
750x300_srodtekst_artykul.webp

Takich jak ja było wielu. Nie wszyscy byli w harcerstwie, nie wszyscy byli w konspiracji. W moim domu w ogóle się o konspiracji nie mówiło, wiedziałam, że coś takiego jest, ale u nas nie było tematu. Nie miałam obok siebie rówieśników. Do szkoły nie chodziłam, uczono mnie prywatnie. A w Domu pod Królami na Hipotecznej, gdzie się wychowałam, mieszkała sama dorosła publiczność. Traktowali mnie jak dziecko, a przy dziecku się różnych tematów nie poruszało.

Powstanie to był pierwszy moment, kiedy powiedziałam „dosyć tego”. Kiedy się zaczęło, to była spontaniczna decyzja: chcę pomóc wyrzucić Niemców z Warszawy.

Podjęła pani tę decyzję w sekundę.

Nie do końca. Nie poszłam od razu. Myślałam o tym, gotowało się we mnie, chciałam działać, ale nie wiedziałam, którędy.

Nie miała pani myśli: co będzie z mamą?

Właśnie dlatego przez pierwsze dwa dni nie poszłam. Ale potem powiedziałam sobie: trudno, mama nie jest na pustyni, są sąsiedzi, ci sami, obok których się mieszkało kilkanaście lat, a mama jest w pełni sił.

Wojenne wspomnienia powstanki. Jak szesnastolatka zetknęła się ze śmiercią?

Jakie były najmocniejsze, najbardziej poruszające momenty tego czasu?

Wie pani, co innego czytać o podłości, o złych ludziach, a co innego stanąć z tym oko w oko. Okupacja przyzwyczaiła nas do strasznych rzeczy, łapanki, rozstrzeliwania, więzienia, wiedzieliśmy, co się dzieje za murem getta, przecież dochodziły do nas dymy. Ale znaleźć się w ogniu to jednak co innego.

Zresztą, może trudno uwierzyć, ale tak się złożyło, że przez całą okupację, kiedy bomby leciały, ani razu nie widziałam rannego czy zabitego człowieka. W powstaniu zobaczyłam, i to szybko. Zdarzyło się to w banku na rogu Daniłowiczowskiej i Bielańskiej, to był mój chrzest. Byliśmy tam na strychu we dwoje, chłopak, Zbyszek, „Siedź cicho”, mówi do mnie, „ja zobaczę”. Wystawił głowę przez okienko, sekunda, puk i leży, nie ma człowieka. Dostał kulę w oko, zginął na miejscu. Chyba doznałam szoku, nie wiem, jak z tego strychu zeszłam, jak doszłam na Długą, mogłam prosto pod kule pójść. Taki dziwny stan, przerwa w życiu, byłam tam, jestem już tu. Straszny moment.

Potem drugi, pamiętam, jak zostałam sama z poranionym starszym dozorcą naszego domu. Jego plecy wyglądały jak poduszka z igłami, położyli go na stole i nagle okazało się, że wiem, co robić, w takich chwilach człowiek dojrzewa. Nie miałam za sobą kursów sanitarnych, ale widziałam, jak się robi zastrzyki, jak się bandażuje kolano. Poza tym my, dziewczynki, mamy to w instynkcie. Zastanawiałam się tylko, co potem, jak poleję jodyną po wyjęciu tego szkła, to dziadek z bólu wyskoczy z tej swojej dziurawej skóry. Jak wezmę wodę utlenioną, to się spieni.

Zwyciężyła woda, dziadek przeżył, ja narobiłam krzyku, żeby chłopaki go zabrały. I co robi wielka bohaterka? Naśmiewałam się wcześniej z mamy, że byle co i walerianka jest w użyciu, cały dom zatruwała walerianką. A teraz siedziałam, wydawało mi się, że nie płaczę, ale łzy mi leciały jak groch, coś we mnie pękło.

Coś się w pani zmieniło?

To były mocne przeżycia. Ale czy ja coś z tego wywnioskowałam? Nie. Wiadomo, że strzelają nie po to, żeby huku narobić, tylko żeby zabić. A ja byłam dziewczynką XIX-wiecznie wychowywaną. Poezja, muzyka, literatura, rodzice się szanowali, kochali, nie słyszałam podniesionego tonu, tylko „Zosieńko”, „tatuśku”, sielanka, wielka kultura – i raptem zetknięcie z czymś takim, z czym tylko u Sienkiewicza miałam do czynienia. Ale gdzie tam u Sienkiewicza – rozmawiałyśmy kiedyś z Krysią, z którą poszłam do powstania: to, co on opisywał, to sielanka, stało dwóch naprzeciwko siebie, walili się szablami i to była wojna.

A tu idę Długą, jakoś Niemców nie widać i nagle przede mną strzały – pyk, pyk, pyk – siedział gdzieś na dachu gołębiarz, snajper i polował na mnie. Myślę: dlaczego?

Opisuję w książce, jak w pierwszych dniach wojny w Wiązownie szłam z babcią i samoloty na nas polowały. Zastanawiałam się, co w człowieku siedzi, rozumiem – wojna, ale tu golutkie rżysko, idzie stara kobieta z dzieckiem, która z nas może być dla nich wrogiem? Nie mogłam tego zrozumieć.

Człowiek to jest niesłychanie skomplikowana struktura, stać go na tak sprzeczne rzeczy. Piękne i okrutne. Ten, kto strzelał do nas z samolotu, miał cel – zabić starą kobietę i dziewczynkę z bańką maślanki w ręku. Nie zadał sobie pytania, czy musi to zrobić. Nie zadał sobie pytania dlaczego. Jakim zagrożeniem byłyśmy dla niego? Widziałam kiedyś w telewizji program o seryjnym mordercy. Dziennikarz pyta: „A dlaczego pan zabija?”. Ten odpowiada: „Bo lubię”. Szczera odpowiedź. Może tamten pilot też lubił? Pamiętam, w powstaniu chłopak od nas czyścił karabin na podwórku na Długiej, samoloty latały nisko, myślałam, że strącą kominy, chłopak łupnął z karabinu, trafił w bak, samolot jeszcze trochę poleciał, potem łups, koniec. Pomyślałam wtedy: na pewno siedziało tam dwóch Hansów, przylecieli zabijać kogoś, kto im nic złego nie zrobił, a teraz ich matki będą płakać. To są różne etapy tego samego. To, że nasz chłopak trafił w bak, to był przypadek. Dostał odznaczenie. Za co? Za to, że zabił człowieka.

„Poszłam do powstania jako dzieciak”. Jak wojna przyspieszyła dorastanie Danuty Dworakowskiej?

Miała pani wtedy siłę na tę wojenną filozofię?

Te przeżycia zmuszały do innego rodzaju myślenia, a to sprawia, że człowiek intelektualnie się rozwija, że psychicznie się kształtuje. Poszłam do powstania jako dzieciak, 16-letni dzieciak. Wychowywany przez trzy mamusie. Byłam tą najmłodszą. Siostry – dorosłe. Ida 12 lat starsza, Blanka 10 lat, to kolosalna różnica. Jak już byłyśmy obie z Idą po pięćdziesiątce, to się zatarło, ale jak ja miałam pięć, a ona 17? Jedyne, co od nich słyszłam, to: „Danusia, nie skrzyp po talerzu”, „Danusia, myłaś zęby? A ręce przed jedzeniem?”. Sztorcowały mnie, ale siostrzanego kontaktu jak Ida z Blanką, gdzie były dwa lata różnicy, nie doświadczyłam. One się świetnie rozumiały, a ja byłam sama. I samotna.

Babcia, której niezwykle dużo zawdzięczam, powiedziała kiedyś do rodziców: musimy coś zrobić, bo Danusia jest mała stara.

Słuchałam rozmów dorosłych, mówiłam dorosłym językiem, książki stały wszędzie, ja grubo za wcześnie zaczęłam czytać trudne książki, za trudne dla mnie, jak się wzięłam za „Przewrót” Dmowskiego, miałam mniej niż 10 lat. Małpowałam starsze siostry, mówiłam niedziecięcym językiem. Kiedy pisałam książkę, przeniosłam się na jawie do naszego pierwszego mieszkania w Domu pod Królami, widzę salon, wysokie meble, szeroki parapet, ten dom był w XVII wieku budowany, więc mury grube, parapet tak szeroki, że mogłam tam spać, siadałam, patrzyłam, co się dzieje, a nic się nie działo. Na podwórko nie było mi wolno wychodzić. Jak zaczęłam grać na fortepianie, a bardzo wcześnie zadecydowano, że będę pianistką, tak ze mną zrobili, jak z Paganinim, to koniec, żadnego sportu, bo może się coś stać, piłka leci, źle złapiesz, palec zwichniesz czy złamiesz i koniec kariery.

Nie buntowała się pani? Poszła pani w końcu tą drogą.

Tak, ale czekałam na to 16 lat. A bunt? Był, ale pierwszy poważny nie z pianinem się wiązał. Miałam takie cienkie warkoczyki, mysie ogonki, mama plotła mi z nich półkoronę, z tyłu rozdziałek, wyglądało to, przepraszam, jak tylna część ciała. Wściekłam się kiedyś, a miałam prawie 14 lat, bunt przełożył się od razu na działanie, ciach przy głowie jeden warkoczyk, ciach drugi, do śmietnika… A ja wyglądałam jak strzyga.

Tata wrócił, spojrzał na mnie: „Nie wstyd ci? Co ci lustro powiedziało?”. Wtedy we mnie diabeł wstąpił: „Lustro mi powiedziało, że jak się komuś nie podoba, to niech na mnie nie patrzy. A mnie się podoba, ja już przestałam być dzieckiem, niedługo skończę 14 lat i zależy mi na tym, jak wyglądam”.

Tato wyciągnął z kieszeni drobne: „Idź do fryzjera, niech coś zrobi z tym, co masz na głowie”. A ja się pieniłam w środku, jak już nie miałam argumentów, to się popłakałam, wtedy tata się rozpuścił. A z graniem? Bunt polegał na tym, że jak miałam dużo ćwiczeń na fortepian, to siedziałam i mamrotałam pod nosem: „Jak ja tego nie lubię, jak ja tego nie lubię…”.

Ale ćwiczyła pani.

Tak, ćwiczyłam. Poza tym ja chyba nie mam w naturze tego, co się dziś nazywa agresją, ale nie tylko o agresję chodzi, też o jakiś rodzaj przebojowości, chęci pokazania się. Jestem raczej w typie: siedź w kącie, a znajdą cię.

Ale decyzja: „Idę do powstania” wymagała chyba jednak jakiejś przebojowości?

Tylko ciekawe, że ani przez moment nie zastanowiłam się, jaki to może mieć skutek. Walczyłam ze sobą, żeby mamy z Blanką nie zostawić, ale ani razu nie przyszło mi do głowy pomyśleć, co będzie ze mną. To nie była odpowiedzialna decyzja…

A miała pani potem myśli, że może lepiej było zostać w domu?

Nie, nigdy.

Pisze pani w książce, że to było pożegnanie z dzieciństwem. Przez te ponad dwa miesiące do wyjścia z Warszawy odbyła pani przyspieszony kurs dojrzewania.

Bardzo przyspieszony. W książce są dwa zdjęcia – ja przed powstaniem i po nim. To dwie różne osoby. Mnie naprawdę przybyło wtedy dużo lat. Nagle zrobiłam się dorosła.

Do powstania poszła dziewczynka, a wyszła z niego kobieta, która bierze odpowiedzialność za całą rodzinę, jedzie pani szukać mamy i siostry pod Radomsko, wraca pani do drugiej siostry do Warszawy, do ojca w Łodzi, troszczy się pani o wszystkich.

Raptem życie postawiło mnie wobec obowiązków. Tak naprawdę to stąd się biorą tak zwani bohaterowie – sytuacja ich zmusza do działania, bo nie ma innego wyjścia. A ja byłam wtedy jeszcze taki półczłowiek, dziś 16-latka jest bardziej dorosła, to bez porównania.

Danuta Dworakowska o współczesnym świecie, sztucznej inteligencji i wartościach

A mnie się wydaje, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło.

Za mojej pamięci wujkowie z tatą palili papieroska, pili mały koniaczek, rozmawiali o polityce, ten był za Piłsudskim, ten za Dmowskim, sprzeczali się. A ciocie z mamą siadały i narzekały na dzisiejsze czasy, drożyznę, wychowanie młodzieży, że taka nieelegancka, czyli to samo, co dziś ja robię z córką, a córka mojej córki lada moment zacznie to samo robić, bo moja prawnuczka ma 18 lat, w pewnym sensie historia rzeczywiście się powtarza. Co jest innego, to obyczajowość. Seks wcześniej niż wtedy, moda inna, szorty, gołe brzuchy.

To się też powtarza. 150 lat wcześniej nie można było kolana pokazać…

A tam kolana, kosteczki u nogi!

A wartości, czy one były inne niż dziś?

Te najważniejsze zostały. No i mamy rozwój techniki, komórki, sztuczna inteligencja – wyobraża sobie pani życie bez komórki?

Nie.

Ja też nie. A nie było ich przecież nie tak dawno, telefonów w ogóle nie było. Szopen pisał list do swojego przyjaciela, umyślnym w czerwonej czapce wysyłał, ten leciał na trzecią ulicę: „Kochany, przyjdź na podwieczorek, czekam cię o 16.30”. I życie szło, i się rozwijało, i były innowacje. Teraz – znów to powtórzę – bez technologii nie wyobrażamy sobie życia. I dobrze, ona dużo dobrego zrobiła.

Tylko się boję – powiem to, jestem na tyle stara, że mogę być śmieszna – że ta sztuczna inteligencja w tak dużym stopniu nas wyręczy, że będziemy się rodzić bez ręki, bo gwizdnę i lodówka się otworzy, gwizdnę dwa razy, to przyjedzie do mnie kawa z mlekiem.

Bzdura? Może. Ale to, co mamy teraz, kiedyś było przecież niewyobrażalne. Są dobre i złe strony. Jak moja mądra babcia mówiła: tylko wampiry nie mają cienia, wszystko inne ma swój cień.

A pani jest osobą, która widzi raczej cień czy słońce?

Wyłącznie słońce, wyłącznie dobre rzeczy, ja wierzę w dobro. Ciocia Kazia powtarzała, że każdy człowiek jest jak cukierek – inny z wierzchu, inny w środku, i najczęściej z wierzchu kwaśny, w środku konfiturka. A ojciec Innocenty, który mnie do komunii przygotowywał, patrzył w oczy ślicznie i mówił, że każdy ma w środku okruch dobra. Różne rzeczy wpływają na to, czy ten okruch się rozwinie, ale nawet najgorszy człowiek go ma, może będzie kochał matkę, może dziewczynę, a może psa czy swój dom, każdy ma potrzebę kochania, ona głęboko w nas siedzi. Wierzę w to. I ten, co w samolocie polował na mnie i babcię, miał pewnie dom z ogródkiem, może syna, córkę, mamę. Albo drzewa owocowe czy krzak róży.

Dlaczego kultura jest ważna? Danuta Dworakowska o roli artystów

Ostatnio dużo się mówiło o emeryturach dla artystów, słychać głosy, że niech sobie w weekendy tę kulturę uprawiają, a na co dzień niech coś pożytecznego robią, lenie.

Barbarzyństwo, jakiego jeszcze w naszej historii nie było. Oj, nawykłócałam się dużo w życiu na ten temat. Słyszałam nieraz: nieroby, darmozjady, lenie – ale mówię: gdyby nie te nieroby, co by było? Śpiewasz „Jeszcze Polska nie zginęła”? Ktoś to skomponował, ktoś napisał słowa, prawda? Ludzie chodzą do kościoła. Co tam robisz – pytam – śpiewasz? Ktoś napisał muzykę. Ktoś gra na organach. Musieli się tego nauczyć, to te nieroby właśnie. Wyobrażacie sobie życie w ciszy? W świecie bez muzyki? Bez poezji, literatury?

Nie musisz chodzić do filharmonii, ale jakby wysoko polecieć i spojrzeć z góry na nasz świat, to zobaczylibyśmy dwie przeciwstawne siły, politykę i sztukę. Co zrobiła polityka, ile naniszczyła? A kultura budowała. I przetrwała. Jedziesz do Grecji czy do Włoch, co oglądasz? To, co stulecia temu zostało stworzone przez tych nierobów.

Odbieranie kulturze wartości to dowód prymitywnej głupoty albo przekory, bo przecież przyjdzie taki do domu i będzie gwizdał do golenia, prawda? Będzie śpiewał pod prysznicem. Jest mi bardzo przykro, zwłaszcza gdy tak wypowiadają się ludzie, którzy mają tu coś do powiedzenia i wywierają wpływ na to, co się dzieje w kraju. Zamiast wyrzekać na „leni”, trzeba myśleć, jak kulturę ocalić, jak ją pielęgnować. I ludzi, którzy o kulturze myślą i ją tworzą. To nie znaczy, że nie szanuję tych, co zbudowali most, po którym będę zaraz przejeżdżać, bardzo szanuję. Nie wyobrażam sobie bez nich życia, tak jak nie wyobrażam sobie życia bez kultury. Szwagier mojego szwagra był w niewoli niemieckiej. Jak udało się im przetrwać? Po pierwsze, uczyli się języków, po drugie, pisali wiersze. Kultura ratuje życie, naprawdę.

Jako 21-latka miała pani za sobą ślub, rozwód, dwoje dzieci i rozpoczęte studia. Była pani samodzielną mamą. I pianistką, która brała udział w konkursach, także za granicą, wyjeżdżała na koncerty. Dzieci nie były złe, że fortepian panią od nich odciąga?

Moje dzieci chodziły na koncerty, do muzeów, żyły kulturą, muzyką, książkami. I urodą świata, miłością do natury. To było dla nich naturalne, tak jak dla mnie. Łaziłam w dzieciństwie w Wiązownie po lesie, na zielonym wilgotnym mchu surojadki, na nich krople rosy, to przecież też cud. Jestem nauczona od dziecka zauważać te rzeczy, starałam się, żeby i moje dzieci tak myślały, można to z lekkim uśmiechem nazwać filozofią. Tata zawsze mówił: nie sztuką jest słuchać, sztuką jest słyszeć. I widzieć, nie tylko patrzeć.

Jechaliśmy z mężem kiedyś przez Hiszpanię, ziemia czerwona, spękana, niebo niebieskie jak akwamaryna, ani kawałka zieleni, powietrze, które wibruje z gorąca… Nie umiem malować, ale umiem widzieć. Wróciliśmy do domu, wspominam tę drogę, a mąż: „Przecież ja tam z tobą byłem, a połowy tego nie zobaczyłem!”. Taka jestem trochę księżycowa dziewucha. Nic mi nie pomogło, tyle lat życia, a nie umiem inaczej patrzeć na świat, na ludzi, lubię, żeby wokół mnie wszyscy byli szczęśliwi, zadowoleni. To może jest nawet jakiś rodzaj egoizmu. Żyj tak, żebyś potem nie musiał mieć wyrzutów sumienia – to zawsze miałam w głowie i duszy. Naiwne? Nie umiem inaczej. Jak byłam mała, to byłam stara, a jak się zestarzałam, to może jestem dziecinna?

Danuta Dworakowska, rocznik 1928, ps. Lena, uczestniczka Powstania Warszawskiego, sanitariuszka w batalionie Gozdawa, odznaczona Krzyżem Walecznych. Pianistka, pedagożka Akademii Muzycznej w Warszawie. Uczestniczka V Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, laureatka Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Genewie. Zaangażowana w kampanię społeczną BohaterON – włącz historię.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE