Przepis na udaną relację: Zrozumienie

fot. iStock

Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy?

Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum?

Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie.

Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać?

Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki: „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej?

Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności?

Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe.

Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

LESZEK KOCZANOWICZ profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »