fbpx

Przytulanie jest zdrowe i niezbędne do życia

Przytulanie jest zdrowe i niezbędne do życia
Kobiety doskonale zdają sobie sprawę z terapeutycznej roli przytulania. (Fot. iStock)

W przytulaniu, odwrotnie niż w seksie, nie można udawać. Ludzi, którzy się do siebie przytulają, ogarnia poczucie spokoju. Właśnie tego szuka wiele osób – wcale nie kosmicznego orgazmu – mówi David Schnarch, amerykański psycholog kliniczny, seksuolog, twórca metody hugging till relaxed (przytulanie aż do rozluźnienia).

 

Profesor Zbigniew Lew-Starowicz powiedział o pana książce: „To najlepsze, co napisano o terapii małżeńskiej w ciągu ostatnich dziesięciu lat”. Kiedy zauważył pan, że ludzie potrzebują czegoś innego niż konwencjonalna terapia małżeńska?

Wykształcenie zdobywałem w ramach tradycyjnej terapii seksualnej lat 60., która kładła nacisk na takie techniki, jak koncentracja na doznaniach zmysłowych (tzw. sensate focus technique) i inne popularne wówczas metody „dobre dla wszystkich”. Z czasem doszedłem do przekonania, że rozwiązania proponowane przez Johna Mastersa i Virginię Johnson nie przynosiły pożądanych rezultatów, ale któż wtedy był gotowy próbować czegoś nowego… Mimo to pacjenci często nie chcieli powielać tych samych schematów terapii. Nie zawsze byli też zwolennikami proponowanych w jej ramach działań. Wielu mężczyzn czuło opór przed stosowaniem się do zaleceń osób trzecich odnoszących się do tego, co powinni robić, a czego unikać w kontakcie z własnymi żonami. A ponieważ na tym właśnie zasadzała się ówczesna terapia seksualna, zupełnie nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Z konieczności musiałem poszukać czegoś nowego. Co więcej, wiele par zgłaszających się do mnie po pomoc czuło zgorzknienie, frustrację i osamotnienie po latach wspólnego życia, a nie do końca były gotowe zdejmować z siebie nawzajem ubranie, by poddać się „relaksującemu masażowi” lub by zaproponować coś takiego partnerowi/partnerce. Wie o tym każdy, kto próbował namówić zmęczoną, pełną pretensji kobietę, żeby nagle stała się boginią seksu. Albo sfrustrowanego i niedocenianego faceta – aby stał się casanovą i uwodził ją bez końca. Cudów nie ma.

Trzeba było zatem pracować nad ich wzajemną komunikacją?

Większość z nich miała już wszystko „przegadane”. My, Amerykanie, w naszej psychoterapii uwielbiamy dzielić włos na czworo i opowiadać ze szczegółami o zdradach, trudnych emocjach itp. Czasami nie przynosi to żadnego efektu i para trwa w zamrożeniu. Sytuacja wymagała nowego spojrzenia, które uwzględniałoby wszystkie te czynniki. Rozwiązanie znalazłem w spontanicznym ludzkim zachowaniu: pozornie banalnym geście przytulenia. Intuicja od początku podpowiadała mi, że mamy tu do czynienia z czymś głębszym. W miarę zdobywania doświadczenia zacząłem dostrzegać różne rodzaje problemów, jakie ujawniają się w trakcie tej niewinnej interakcji. Zauważyłem, że wydobywa ona na powierzchnię niezliczone negatywne doświadczenia międzyludzkie, szczególnie te związane z okresem dorastania. Ludzie mają problem z przyzwoleniem na to, by ktoś inny ich trzymał w ramionach, a także z utrzymaniem emocjonalnej równowagi w warunkach zaangażowanej relacji. Tak właśnie narodziła się idea „przytulania aż do rozluźnienia”. Od tamtej pory minęło 30 lat, a my ciągle znajdujemy nowe sposoby wykorzystywania tej metody – na przykład pomagając pacjentom uporać się z interpersonalnymi traumami. Zaangażowanie ciała w ogromnym stopniu stymuluje zmiany w mózgu.

W książce „Namiętne małżeństwo…” pisze pan tak: „Śluby to idealna okazja dla tych, którzy lubią obserwować ludzi. Po kilku minutach dostrzegamy język przytulania w całym bogactwie: przytulenie jednym ramieniem, na niedźwiedzia, objęcie z jednej strony, wydłużone objęcie, klepanie po plecach, uwodzicielski uścisk. Każdy z tych gestów ma własny styl i znaczenie”.

Nikt z nas nie jest wyposażony w urządzenie do „dobrego przytulania”. Ono zależy od tego, kim i jaki jesteś. Ludzie, którzy nienawidzą przytulania, mówią: „Najlepiej, jeżeli nie trwa długo, zaczyna mnie to drażnić”. Klasyczne przytulenie trwa tyle czasu, ile zabiera nam wymówienie frazy: „Sto dwadzieścia cztery”. Po tym czasie, jeżeli przytula nas osoba, której nie znamy albo znamy ją słabo, rodzą się w głowie pytania: „Dlaczego tak długo? Czy to ma już podtekst seksualny? Może będzie lepiej, jeżeli wysunę się z objęć”. Zwykle się wysuwamy, niektórzy się nawet… wyszarpują. Ludzie, którzy w ogóle nie lubią się przytulać, nie umieją się także w przytulaniu zrelaksować, bo czują, że spada z nich emocjonalna zbroja, którą chcą za wszelką cenę zachować. Inni – relaksują się w silnym uścisku, bo potrzebują poczuć się trzymanym w ramionach drugiej osoby, chcą się dzielić chwilą. Na to, jak przytulamy i jak pozwalamy się przytulać, mają wpływ nasze doświadczenia z dzieciństwa, okresu dorastania. Żeby kogoś zdrowo i dobrze przytulić, trzeba mieć wewnętrzną równowagę i mocno stać na ziemi. Bo w przytulaniu skupiamy się na swojej energii i tylko wtedy możemy „czytać” energię drugiego człowieka.

„Pokaż mi, jak mnie przytulasz, a powiem ci, kim jesteś”?

To ciekawe pytanie. Wcześniej spotkałem się z twierdzeniem: „Pokaż mi, jak tańczysz, a powiem ci, jaki jesteś w łóżku”. Czas na anegdotę. Jakiś czas temu uczyłem na Tajwanie młodych terapeutów seksualnych. Opowiadałem o swojej metodzie. Kiedy zacząłem omawiać jej szczegóły, lider chińskich terapeutów podszedł do mnie i szepnął mi do ucha: „Dr David, zapomniałem ci powiedzieć: Chińczycy się nie przytulają!”. Zaniemówiłem z zaskoczenia ku uciesze uczestników. Oszołomiła mnie świadomość, co może znaczyć dorastanie wśród ludzi, którzy z reguły się nie przytulają, w świecie, gdzie młodzi podejmują życie seksualne, nigdy wcześniej nie będąc w czyichś objęciach. Z drugiej strony – wiem, jak trudno znaleźć ukojenie w geście przytulania parom wywodzącym się z kultury, w której przytulenie jest powszechną praktyką. Zrozumienie, że seks, obejmujący przecież także przytulanie, daje nam wgląd w to, kim jesteśmy, nie oznacza jeszcze, że to ostatnie „dobrze nam wychodzi”.

Niektórzy ludzie uprawiają seks, żeby uniknąć intymności, bliskości i przytulania. Czy dla nich to także będzie dobra metoda?

Z mojego doświadczenia wynika, że ludzi, którzy mają problem z przytulaniem, jest więcej niż osób ze zwykłymi dysfunkcjami seksualnymi (takimi jak brak orgazmu czy przedwczesny wytrysk). Oznacza to, że bardzo wielu z nas nie doświadcza najprzyjemniejszej i najpiękniejszej rzeczy, jaka może nas spotkać, czyli spokoju w ramionach kochającej osoby. Co ciekawe, metoda przytulania może być pomocna w leczeniu np. przedwczesnego wytrysku czy zaburzeń erekcji. W zasadzie nie istnieją granice tego, czego można się dowiedzieć ze stylu, postawy, ruchów ciała, czasu trwania, znaczeń i głębi spokoju, jakie towarzyszą nam podczas przytulania. Treści, jakie się za tym kryją, omawiam w „Namiętnym małżeństwie…”. Ta niebywale subtelna komunikacja może zachodzić dzięki temu, że nasz mózg zdolny jest do mind mappingu (tworzenia mentalnych map umysłów innych ludzi) i body learningu (dostrzegania poznawczego wymiaru wrażeń płynących z ciała). Innymi słowy, powiedzenie: „Pokaż mi, jak mnie przytulasz, a powiem ci, kim jesteś”, to inny sposób powiedzenia: „Przytul mnie, a poznam twoje myśli po tym, jaka jest twoja postawa, jak mnie trzymasz i w jaki sposób odczuwam twoje ciało”. Granicą dla tego, co jesteśmy w stanie odczytać z gestu przytulania, są granice naszego mózgu w mapowaniu umysłu drugiego człowieka.

Mam wrażenie, że kobiety doskonale zdają sobie sprawę z terapeutycznej roli przytulania, wiedzą, że zdecydowanie lepsze jest dobre przytulenie niż byle jaki seks. Dlatego często zdarza im się prosić swoich partnerów: „Tylko się poprzytulajmy”. Jak wygląda idealny uścisk, takie najlepsze przytulenie z możliwych?

To taki moment, w którym czas się zatrzymuje i nic innego nie jest ważne poza tym uściskiem. Ludzi, którzy się do siebie przytulają, ogarnia poczucie spokoju i pokoju – głębokie i wszechobecne. Właśnie tego szuka wiele osób – wcale nie kosmicznego orgazmu. To odpowiedź na pani poprzednie pytanie. Wielu ludzi nigdy tego nie doświadczyło, bo np. nie przytulali ich rodzice. I, oczywiście, nie ma powrotu do rodzicielskich przytuleń, których nigdy nie było – partner czy partnerka nie może być terapeutą dziecięcych traum. Ale jest to sposób na pewnego rodzaju wyrównanie deficytu przytulania.

Uważa pan, że dzisiaj ludzie bardziej boją się intymności niż seksu? A jeśli tak, to dlaczego?

Ludzie zawsze bardziej bali się intymności niż seksu. Współczesne oczekiwania bycia w intymnym związku są stosunkowo nowym wynalazkiem w historii ludzkości. Przez pokolenia ludzie uprawiali seks bez bycia w relacji bliskości. Intymność zawsze była pożądana, ale często trudna lub niemożliwa do osiągnięcia. Teraz widać to także po parach w terapii. Zanim przestają uprawiać seks, dużo wcześniej przestają się w ogóle całować! Jeżeli myśli pani, że ludzie są bardzo wrażliwi na to, jak wyglądają, czy są szczupli i mają gładką skórę, to tak naprawdę nic w porównaniu z tym, jak bardzo boją się ujawnić to, co mają w środku. Boimy się tak naprawdę tego, kim jesteśmy, ale bardziej tego, że ktoś zobaczy, jak bardzo jestem niedoskonały(a). Możemy zrobić sobie liposukcję na cellulit, ale nie ma botoksu dla duszy.

Przytulanie wymaga otwarcia się, a my się tego boimy. (Fot. iStock)

W jaki sposób każdy z nas może potrenować pana metodę w swoim domu?

To nietrudne. Opiszę po kolei. Zdejmij buty, aby poczuć stopami podłogę. Staraj się zachować równowagę, stojąc na własnych nogach, nie opierając się ani nie popychając partnera(ki). Skup się na sobie, swoim ciele, uspokój się. Obejmij i przytul drugą osobę. Poczuj, że jest ci dobrze. Pamiętaj, żeby głęboko i spokojnie oddychać. Wycisz się. Dostosuj swoją pozycję tak, żeby czuć się wygodnie. Rozluźnij się. Teraz będzie trochę trudniej, bo łatwiej jest przytulić niż się rozluźnić. Początek bywa ciężki, bo większość ludzi nie potrafi odpuścić napięcia w ciele. Spore kłopoty mają zwłaszcza mężczyźni, trudno im być obejmowanymi. Wolą obejmować, bo czują podskórnie, że ich emocje (jako obejmowanego obiektu) mogą nie wytrzymać i znaleźć ujście np. w płaczu w ramionach ukochanej osoby. Chociaż coraz więcej kobiet także nie ma łączności ze swoim ciałem ze względu na chroniczny stres i także boi się być obejmowana. Takie osoby reagują bardzo szybko chęcią wyrwania się z uścisku, przerwania go. Moi pacjenci opowiadali mi, jakie myśli przelatywały im w głowie, kiedy byli mocno obejmowani przez bliską osobę: „Myślałem o mojej matce, która biła mnie długą drewnianą łyżką po palcach”; „Wspominałam mojego ojca, który był agresywnym alkoholikiem”; „Przychodziły mi do głowy obrazy z wojny w Iraku”. Zdecydowanie nie o tym chciałbyś myśleć, będąc rozluźnionym w ramionach ukochanej osoby. Dobra wiadomość jest taka, że częste przytulanie powoduje, że takie myśli są coraz rzadsze.

Jak często powinniśmy się przytulać, żeby to miało terapeutyczną moc?

Takie przytulenie powinno trwać 15 minut, najlepiej kilka razy w tygodniu. Ale radzę nie robić tego z zegarkiem w ręku ani nie stosować jako gry wstępnej przed seksem. Niech to będzie wyjątkowy moment w ciągu dnia poświęcony tylko temu. Generalnie: im częściej, tym lepiej. Niektóre pary mówią: „To działa”, już po kilku dniach systematycznych ćwiczeń. Inne potrzebują o wiele więcej czasu. Ale to zawsze działa. Im dłuższe i częstsze będą to „sesje”, tym lepiej. Często spotykam się z takimi wyznaniami: „Staliśmy tak nieskończoną liczbę razy, wyobrażając sobie, że robimy to, do czego nas pan zachęcał. Ostatniej nocy przestaliśmy traktować przytulanie jak techniki, a spróbowaliśmy popatrzeć na nie raczej jako na coś, co się wydarza między nami. Poczuliśmy głębokie wzruszenie, ponieważ to doświadczenie było lepsze od wielu zbliżeń seksualnych, do jakich dochodziło między nami przez lata. Było cudowne”. Nie trzeba więc martwić się o to, czy praktykujesz przytulanie aż do rozluźnienia właściwie, za długo czy za krótko. To prosty sposób na obniżenie poziomu napięcia w małżeństwie, rodzinie, społeczności, w której żyjemy. I jaki tani!

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze