Agnieszka Radomska - „Kocham cię” i „naprawdę cię kocham” to nie to samo. Językoznawczyni: „Język jest mądry i trudno go przechytrzyć”. Czasem sam nas zdradza
00:00
18:24
Język nieraz ujawnia coś, czego wcale nie chcemy powiedzieć. Często wystarczy jedno słowo czy forma gramatyczna, by odsłonić skrywane emocje. A jednak – przekonuje językoznawczyni dr Małgorzata Majewska – te elementy w komunikacji można wykorzystać do budowania relacji z innymi.
- Język potrafi zdradzić nasze emocje, uprzedzenia i kompleksy, nawet gdy bardzo staramy się je ukryć.
- „Całkiem dobry film”, „ja osobiście uważam” czy „rób, jak uważasz” – za takimi sformułowaniami może kryć się znacznie więcej, niż wynika z ich dosłownego znaczenia.
- Zazdrość często ujawnia się w umniejszaniu cudzych sukcesów, a wstyd – w unikaniu odpowiedzialności za własne błędy.
- Jak rozpoznawać językowe „przecieki” i wykorzystywać tę wiedzę do budowania bliskości, a nie oceniania innych? Wyjaśnia językoznawczyni dr Małgorzata Majewska.
Tekst pochodzi z magazynu „Sens” 09/2026.
Agnieszka Radomska: Wydawało mi się, że akt mowy jest aktem intencjonalnym. Najpierw pojawia się myśl, potem jest czas na to, by ją poddać refleksyjnej obróbce. Dopiero na końcu następuje świadoma werbalizacja. Ty jednak często powtarzasz, że język nas zdradza. W używanych słowach wychodzi czasem to, co wolelibyśmy zachować dla siebie – trudne emocje, kontrowersyjne poglądy, uprzedzenia albo kompleksy. Czasami z kolei mówimy coś innego, niż myślimy i czujemy, żeby na przykład chronić siebie. Komunikacja nie jest więc tylko zgrabną strukturą przyczynowo-skutkową?
Małgorzata Majewska: Przytoczyłaś piękny termin „akt mowy”. Powstał on, ponieważ językoznawcom zależało na tym, by swoją dyscyplinę naukową ukonkretnić. I tak John Austin zdefiniował mówienie jako wykonywanie pewnych czynności według reguł, którego celem jest wywołanie określonego skutku. Potrzebował założyć, że temu procesowi towarzyszy intencja.
Chyba wszyscy chcielibyśmy wierzyć w to, że język jest intencjonalny. To nam, jego użytkownikom, dawałoby poczucie sprawczości i kontroli nad tym, co mówimy. Niestety, nie do końca tak jest.
Pamiętam, gdy na pewnym zebraniu naukowym jeden z profesorów językoznawstwa, postać wybitna, wypowiedział takie zdanie: „Czytam sobie teraz, proszę państwa, taki doktoracik”. Po zebraniu zapytałam go, dlaczego używał zdrobnienia. Był zdumiony. Stwierdził, że najwyraźniej się przesłyszałam. Uświadomiłam sobie wtedy, że nawet człowiekowi, który uzyskał profesurę w dziedzinie językoznawstwa, coś się wypsnęło, doszło do „przecieku” na poziomie języka. „Doktoracik” padł mimowolnie, a moc rażenia miał sporą. Profesor nie był w stanie ukryć swojego stosunku do rzeczonej pracy, choć zapewne wolałby zachować to dla siebie.
W komunikacji także ciało nie zawsze jest naszym sojusznikiem. Bywa, że mówimy jedno, a gesty i mimika pokazują zupełnie coś innego i naprawdę trudno to ukryć.
Na poziomie samego języka zdradzają nas zaś nawet pojedyncze, zupełnie niepozorne słowa, choćby „całkiem”. Zdanie: „To był całkiem dobry film”, z jednej strony wyraża opinię pozytywną, ale modulant „całkiem” wyraźnie pokazuje wątpliwość.
Jeśli kogoś nie lubisz czy nie cenisz, a masz go pochwalić, najczęściej zrobisz to, używając czasownika „muszę”. „Muszę ci powiedzieć, że wyszła ci ta zupa” – to jednak nie to samo co: „ugotowałaś pyszną zupę”. Drobiazg, a ujawnia wiele. Język – czasem nie do końca w naszym interesie – jest mądry i trudno go przechytrzyć.
W naszej komunikacji sporo jest pozornie zbędnych słów. „Pozornie”, bo jednak czemuś służą, coś pokazują. Myślę choćby konstrukcji: „ja osobiście uważam”. Nie można przecież uważać nieosobiście.
To ciekawy przypadek, bo widzę w nim aż dwa elementy, które niezbędne nie są. Wystarczyłoby powiedzieć po prostu: „uważam”. Pojawia się jednak zaimek „ja”, dodany na wyrost, bo o tym, kto mówi, informuje już sama forma czasownika. Ktoś dodaje aż dwa słowa więcej, więc taki wybór musi mieć dodatkowy sens. Być może podkreśla w ten sposób swoją ważność, obawia się, że inaczej nie zostanie wysłuchany albo że jego opinia nie wybrzmi wystarczająco bez tych dodatków. Może akcentuje niezależność od reszty rozmówców albo buduje potrzebny mu dystans.
Jedną z zasad obowiązujących w języku jest bowiem ikoniczność, która wskazuje, że długość wypowiedzi pokazuje realny dystans między rozmówcami. Krótko powiesz do kogoś, z kim masz bliższą relację, dłużej – gdy będziesz chciała się zdystansować.
Mam też inną hipotezę wyjaśniającą dłuższą konstrukcję: niepewność co do swojej wiedzy. Myślę, że osoba pewna tego, co mówi, wybierze raczej krótszą formę. Dodajmy jeszcze, że za mnożeniem bytów w języku w wielu sytuacjach kryje się kłamstwo. Wszystko, rzecz jasna, zależy od kontekstu, ale im więcej szczegółów na temat danego zdarzenia ktoś podaje, im bardziej stara się uwiarygodnić swoją wypowiedź, tym bardziej mamy prawo przypuszczać, że przynajmniej po trosze konfabuluje.
Są i takie komunikaty, które znaczą coś dokładnie przeciwnego niż to, co wynika z samego zdania. Moim ulubionym przykładem jest „rób, jak uważasz”. Formalnie to zgoda, nieformalnie – wiadomo, sprzeciw.
Popatrz, ale to zdanie jest oczywiste. Dorosła osoba robi tak, jak uważa. Zatem jeśli usłyszymy takie słowa, to warto się zastanowić, co się za nimi kryje. Czy są one odpowiedzią na pytanie, czy zostały wypowiedziane bez niego? Akurat w tym przypadku tajemnica tkwi w intonacji i w kontekście. Jeśli mnie zapytasz o zdanie, a ja po zastanowieniu powiem bez irytacji w głosie: „Wiesz co, Aga, rób, jak uważasz”, to często faktycznie oddaję ci tym komunikatem pełne prawo do decydowania o sobie, nie ma tu drugiego dna. Jeśli mówi tak do nas osoba, która w ogóle nie jest proszona o opinię, to zdradza lęk przed utratą ważności.
Wyobraź sobie matkę, zdecydowaną zwolenniczkę jedzenia mięsa dla zdrowia, której dorosła już córka postanawia przejść na wegetarianizm i nie pyta nikogo o zgodę. W takiej sytuacji zdanie: „Rób, jak uważasz”, pewnie miałoby swój dalszy ciąg w postaci: „ale nie przychodź do mnie potem, jak ci zaczną włosy wypadać i będziesz chora”.
To strach przed utratą wpływu, ważności, który to pierwsze zdanie pozornie ukrywa, a w rzeczywistości odzyskaniu wpływu często służy. Takie zdanie w zasadzie niczego nie wnosi, ale – jest irytujące. Wkurza nas, gdy ktoś tak mówi. Tymczasem właśnie powodowanie irytacji jest często jedynym dla niektórych ludzi dostępnym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi. Poprzez upierdliwość. Gdy czują się nieważni, wolą budzić w nas tak zwane negatywne emocje, niż nie budzić nic. Tak działa mechanizm pozorowania władzy.
Do niektórych emocji szczególnie trudno się przyznawać, a one i tak „wyłażą” z nas właśnie w tym, co i jak mówimy. Jedną z nich jest moim zdaniem zazdrość. Jak ją słyszysz w języku?
Najczęściej słyszę ją w unieważnianiu kogoś, umniejszaniu jego zasług, ale też we wzbudzaniu poczucia winy w kimś, kto odniósł sukces. Zazdrość zwykle rodzi się wtedy, gdy ktoś robi coś, na co ty nie masz odwagi. Ktoś napisał książkę, która okazała się sukcesem wydawniczym. Na pewno jakaś część z otoczenia autora skonfrontuje się z tym uczuciem i uczciwie przyzna: „Świetna książka, aż ci zazdroszczę, gratulacje, też bym tak chciała!”.
Ale znajdą się i tacy, którzy tej emocji nie dźwigną, więc językowo obrobią ją inaczej. Klasyką gatunku jest wzbudzanie poczucia winy: „Muszę ci pogratulować, napisałaś książkę. Mam nadzieję, że teraz wreszcie znajdziesz czas dla dzieci”.
Druga to kpina. Nieraz słyszałam zjadliwe komentarze pod adresem kogoś, kto uruchomił kanał na YouTubie i odniósł sukces: „No, ten to ma parcie na szkło” albo „Teraz to wszyscy się pchają przed kamerę, taka moda, nic szczególnego”. Co charakterystyczne, najczęściej były to komentarze osób z tego samego środowiska, a więc najpewniej – z podobnymi ambicjami. Szczypta złośliwości i odrobina pogardy, umniejszająca generalizacja w postaci stwierdzeń „wszyscy to robią” to strategie, które mają ułatwić przełknięcie gorzkiej pigułki.
Chyba podobnie jest ze wstydem. Gdy jest nam wstyd, też ogrywamy to językowo na różne sposoby, by nie musieć się przyznać do błędu, wziąć odpowiedzialności. „Popełniłam błąd” to jednak zupełnie co innego niż „błąd każdemu może się zdarzyć”, prawda?
Najtrudniej powiedzieć „popełniłam błąd” i wytrzymać to, co nastąpi później. Łatwiej odpowiedzialność rozmyć, a temu służy właśnie konstrukcja bezosobowa, jak ta, którą przytoczyłaś, czy podobna w postaci „wszyscy popełniamy błędy”. Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że najczęściej tego wyboru nie poprzedza pogłębiona, świadoma refleksja.
To nie jest tak, że czuję wstyd, zastanawiam się, co powiedzieć, i wybieram taką formę, która będzie mnie chronić. Wracamy trochę do początku naszej rozmowy, do intencjonalności aktu mowy. Lubimy go postrzegać jako następujące po sobie kroki. Wyobrażamy sobie, że najpierw jest percepcja, później konceptualizacja, a na końcu – ekspresja. Tymczasem lingwista Leonard Talmy, którego koncepcja jest mi bliska, ukuł termin „cepcja”, twierdząc, że percepcja, koncepcja i ekspresja wydarzają się równocześnie.
Wyjaśnię ten mechanizm na przykładzie – gdy idziesz ulicą i widzisz agresywnego psa, to twoją reakcją nie jest najpierw refleksja, że to ssak udomowiony 15 tysięcy lat temu, poprzedzająca decyzję, jak postąpić. Natychmiast konceptualizujesz, że trzeba uciekać, i automatycznie najpewniej przy okazji coś krzyczysz, do psa czy jego właściciela.
To jest moment. Tak samo w twoim przykładzie – w pewnym sensie instynktownie wybierasz formę, która przynajmniej częściowo uchroni cię przed konsekwencjami popełnionego błędu.
A niepewność, ją też ukrywamy? Kiedy słyszę: „tak naprawdę jestem zadowolona”, to mam wrażenie, że ktoś próbuje sam siebie przekonać, bo wcale przekonany o swoim zadowoleniu nie jest. A to tylko jedno słowo „naprawdę”...
Gdyby najbliższa ci osoba powiedziała: „Agnieszko, kocham cię” versus „Agnieszko, naprawdę cię kocham”, zgaduję, że zaczęłabyś się raczej martwić, usłyszawszy drugą wersję. Nie bez powodu, bo modulant „naprawdę” zdradza wahanie. Ludzie zaś sobie z niepewnością nie radzą, więc gdy tylko ona się pojawia, dobijają puentę młotkiem – tym jednym słowem niwelują jakiś brak, by się z wahaniem uporać.
„My naprawdę jesteśmy szczęśliwi” czy „My naprawdę nigdy się nie kłócimy” to przykłady z obszaru relacji, po których adresat od razu czuje, że w tym związku na pewno nie jest różowo, ale przyznać się do tego trudno. Kiedyś, słysząc podobne zapewnienie, miałabym pokusę, by to przekonywanie samego siebie podważyć, skonfrontować autora z prawdą. Dziś raczej uszanowałabym jego utwierdzanie się w poczuciu, którego wcale nie jest pewien, przyjmując, że najwyraźniej jest mu to do czegoś potrzebne, i nic mi do tego.
No właśnie, zdradzać się z tym, że wiemy coś, czego autor wcale nie chciał powiedzieć? Grać w komunikacji tym, co wyczytane między słowami? Bo wydaje mi się, że te „przecieki” można wykorzystać niekoniecznie w szczytnym celu.
Przede wszystkim im więcej się słyszy tego, co niewypowiedziane wprost, tym – przynajmniej na początku – jest trudniej w komunikacji. Paradoksalnie łatwiej pewnych rzeczy nie słyszeć, nie zauważać. Jeśli się jednak tę umiejętność uważności na język trochę wyszlifuje, właściwie nie ma już odwrotu.
Półżartem powiem, że czasem nowo poznane osoby, słyszące, że jestem językoznawczynią i psycholingwistką, reagują lekkim wycofaniem i mówią: „O rany, przy tobie to strach cokolwiek powiedzieć, bo nigdy nie wiadomo, co z tego wyczytasz”. A w domyśle: „i co z tym zrobisz”.
Potem, przynajmniej na początku, pilnują się przy każdym zdaniu. To jest strach przed obnażeniem, obawa przed wstydem, który pojawia się, gdy ktoś wie o mnie coś, co chciałam ukryć.
Lubię definicję Brené Brown, która opisuje wstyd jako bolesne poczucie, że jesteśmy wadliwi, i dlatego nie zasługujemy na miłość i przynależność. Wstyd polega więc na tym, że jeżeli dowiesz się o mnie tego, czego się wstydzę, to mnie wykluczysz. W naszej kulturze on zasadza się na przekonaniu, że albo jesteś najlepsza, albo nie istniejesz. Przyłapana przez kogoś na jakimś braku możesz poczuć lęk, że to odkrycie zdyskwalifikuje się w jego oczach. Poza tym ludziom często towarzyszy obawa, że jeżeli ujawnią prawdę o sobie, natychmiast zostanie to wykorzystane przeciwko nim. Z pewnością w wielu przypadkach tak właśnie będzie.
Miałabym jednak taki optymistyczny, a może nawet ciut utopijny postulat, by te „przecieki”, o których rozmawiamy, wstydliwe, miękkie i ujawnione niechcący kawałki, wykorzystywać nie jako broń, ale jako narzędzie do budowania pomostów do ludzi. Wtedy wiedza o języku zbliża i pomaga zbudować autentyczną relację.
Co konkretnie miałoby to oznaczać?
Zaryzykuję stwierdzenie, że ludziom dziś bardzo brakuje uważnej bliskości bez osądzania. Tę umiejętność wyłuskiwania z języka ukrytych emocji, przekonań, nawet kompleksów, można wykorzystać także w dobrym celu, by dać komuś poczucie bezpieczeństwa.
Lata temu często dzwonił do mnie przyjaciel i każdą rozmowę zaczynał tak: „Gosia, ja ci powiem, co się wydarzyło, a ty mi powiedz, co ja czuję”. Dziś się do tego uśmiecham, ale od tamtego czasu, gdy słuchając kogoś, mówię wprost: „widzę, że jest ci z tym trudno” – mam poczucie, że nie wywołuję w ten sposób złości, raczej ulgę.
Nie chciałabym nikogo przestrzegać przed językiem, doradzać, uczulać, by wszyscy się pilnowali, bo w słowach „wyłazi” więcej, niż byśmy chcieli. Chciałabym raczej zachęcić, byśmy bardziej ufali językowi, bo on nas poprowadzi. Weźmy tę zazdrość, o której wyżej. Jeśli ją czuję, ale otworzę się przed kimś, komu ufam, i powiem: „Wiesz, Iksińska właśnie skończyła pisać swoją książkę, a ja dalej mam tylko rozgrzebane notatki i mi z tym źle”, wygadam się, odsłonię z trudnymi uczuciami, których być może nawet nie umiem nazwać, będzie mi lżej. I naprawdę nie oczekuję od tej osoby rozpoznania typu: „Ty jesteś po prostu zazdrosna!”. Takie bezpardonowe odsłonięcie byłoby najgorszym, co mogłaby zrobić, bo wówczas układ byłby asymetryczny, a w relacjach dążymy do symetrii.
Oczekuję, że nawet słysząc moją zazdrość, ta osoba będzie mi w tym procesie towarzyszyć, bez diagnoz, ocen; po prostu będzie blisko, dopyta mnie o coś, pomoże znaleźć odpowiedź na pytanie, co ja właściwie czuję.
Jestem pewna, że nawet obnażający język jest naszym przyjacielem. Wrogiem nie tylko nas samych, ale także naszych relacji staje się wtedy, gdy zaczynamy go używać do uzyskania przewagi. Raz utracone zaufanie jest prawie niemożliwe do odzyskania. Jeżeli więc wykorzystamy to, co usłyszymy między zdaniami, przeciwko komuś, najpewniej go stracimy. Nasze trafne spostrzeżenie, nasza racja – bo przecież możemy mieć rację i trafnie wyłuskać, że ktoś jest pełen kompleksów, wstydzi się czegoś, czegoś obawia, kipi w nim zazdrość – będzie w takiej sytuacji kiepską rekompensatą.
Małgorzata Majewska, dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”.