fbpx

Kryzys duchowy człowieka – jak żyć w zgodzie z kosmosem?

W zgodzie z kosmosem
W zgodzie z kosmosem (Fot. iStock)

Jeśli człowiek żył w zgodzie z porządkiem świata przez kilkadziesiąt tysięcy lat, to czy jest możliwe, żeby w ciągu 200 lat, które minęły od rewolucji francuskiej, mógł zmienić radykalnie wszystko? – powątpiewa Joanna Tokarska Bakir, antropolożka kultury.

Mówi się o kryzysie duchowym współczesnego człowieka, i pewnie słusznie. Naprawdę trudno jest rozeznać się w tej wielości rzeczy i możliwości. Wpadliśmy we własną sieć?
Można powiedzieć, że mocno się w tej sieci zaplątaliśmy. Od początku, czyli od epoki, którą umownie można by nazwać oświeceniową, chodziło nam przede wszystkim o wolność, to znaczy o zwiększenie pola wyboru. O to, żeby nie było przymusów, żeby można było iść w lewo albo w prawo, ożenić się z tą kobietą albo wyjść za nie tego mężczyznę, którego nam rodzice przeznaczyli.

To źle?
Nie, ale to pole wyboru zwiększyliśmy tak kolosalnie, że objęło ono także te dziedziny życia, które wcale nie chcieliśmy, żeby objęło. Co więcej, okazało się, że ten proces nie daje się zatrzymać.

Trudno, żeby zatrzymać świat. Technika idzie nieprawdopodobnie do przodu i choćby stąd konieczność nowych wyborów.
Czy to aby na pewno konieczność? Dam taki przykład. Widziałam najnowszy model telefonu, taki „wszystko mający”: możliwość odbioru Internetu, odtwarzania filmów. I pomyślałam sobie, że gdybym go nabyła, to byłaby moja zguba. Przez pewną część roku odosabniam się z wyboru w schronisku, w którym nie ma Internetu, gdzie mogę pisać i być sama ze swoimi myślami. A gdybym miała taki telefon, pewnie nie mogłabym oprzeć się pokusie, żeby sprawdzić pocztę.

Bez możliwości wyboru trudno wyobrazić sobie dziś życie!
To prawda, wybór oznacza wolność. Ale jednocześnie jest to niesamowite brzemię, z czego nie wszyscy zdajemy sobie sprawę.

Na czym to brzemię polega?
Na nieustannym niepokoju, jaki nam towarzyszy. Człowiek przystosowany jest tylko do pewnej liczby wyborów i decyzji. Niektóre podejmuje za nas organizm, np. kiedy się należy bać – czujemy to, nasze ciało nam to mówi. A dziś coraz bardziej wchodzimy w kompetencje naszego organizmu i chcemy decydować np. o płci dziecka, o momencie swojej śmierci. Nie wypowiadam się tu na temat etycznych aspektów tych decyzji, tylko mówię o zwiększeniu pola wyborów.

Coraz więcej ludzi skarży się dziś, że nic nie sprawia im radości: ani pieniądze, ani sukcesy zawodowe. Może szczęśliwi nie czujemy się właśnie dlatego, że brakuje w naszym życiu Boga, duchowości?
Fundamentalne pytanie człowieka brzmi: Po co to wszystko? Kazimierz Obuchowski [psycholog] uważa, że są dwie specyficznie ludzkie potrzeby: uogólnionego poznania świata i sensu życia. Obie są ze sobą związane, ani jednej, ani drugiej nie mają zwierzęta. I obie mają związek z sacrum. Ale dziś przypominamy sobie o sacrum trochę w taki dziecinny sposób. Myślimy sobie: tego nie mam, tamtego mi brakuje, to może dorzucę do tych niezaspokojonych potrzeb jeszcze sacrum. To odwrócenie wszystkiego, czym w istocie jest sacrum i czym było dla człowieka od czasów górnego paleolitu.

No to czym jest i było?
Uporządkowanym kosmosem, w którym człowiek ma miejsce, do którego przynależy, ale w którym to nie on jest najważniejszy. Współcześni ludzie uważają zaś, że człowiek zawsze jest w centrum i że sam może coś z sacrum zrobić: raz użyje Boga do tego, drugi raz do czegoś innego, ale zawsze to on jest sprawcą i podmiotem. Tymczasem jeśli mamy poważny stosunek do sacrum, to powinniśmy raczej poszukać przynależności, czegoś większego od siebie, no, ale przynależność oznacza – co nie jest dziś popularne – wyciszenie się, słuchanie, a może nawet posłuszeństwo, podporządkowanie… Czy mam na pewno mówić dalej?

Mów, mów, jeśli chcesz mieć wrogów.
Nie są to tak przyjemne pojęcia, jak „wybór”, „wolność”, „moje potrzeby”. Kto lubi się samoograniczać? Tyle że jeśli nie poznamy tego prawdziwego porządku, tej całej siatki współzależności we wszechświecie (ona nie jest opisana w książkach, trzeba ją sobie zrekonstruować w rozmowie ze sobą i światem), będzie nam bardzo trudno.

Czy w dzisiejszym świecie nie jesteśmy w tym względzie skazani na porażkę?
Jeśli człowiek żył w zgodzie z odwiecznym porządkiem przez kilkadziesiąt tysięcy lat, to czy jest możliwe, żeby w ciągu 200 lat, które minęły od rewolucji francuskiej, zmienił wszystko radykalnie? Mamy w sobie wiedzę o sacrum, tylko trzeba ją sobie przypomnieć. Mircea Eliade pięknie to ujął, pisząc, że sacrum nie jest fazą w rozwoju człowieka, tylko elementem jego duszy, struktury jego świadomości. Jest jego częścią.

Optymistyczne jest więc to, że nie musimy szukać daleko.
Ale po tym optymistycznym stwierdzeniu musi przyjść ostrzeżenie. Fatalną stroną zwiększenia puli wyborów są trudności ze znalezieniem wskazówek, jak się uczyć żyć. Wykorzystują to np. sekty, do których lgną ludzie właśnie dlatego, żeby tę pulę wyborów zmniejszyć. Zarówno sekty, jak i fundamentalizmy religijne są właśnie takimi sposobami patologicznego ograniczania wolności i odnajdywania na skróty tej siatki współzależności z kosmosem, w obrębie której człowiek czuje się bezpieczny, w której zredukujemy niepokój. Przez wpadanie z choroby w chorobę nie da się wyzdrowieć.

Nie da się uniknąć rozmowy z samym sobą, to jest najbardziej deficytowe zjawisko współczesności. Jesteśmy zagłuszeni i odurzeni, nikt nie uczy nas tej rozmowy. Nie potrafimy słuchać siebie, jak więc moglibyśmy umieć słuchać innych. Na przykład studentów uczy się, że w nauce słuchanie nie jest ważne, że znaczenie ma tylko mówienie. Ludzie przychodzą dziś na studia w przekonaniu, że dopiero tu będą się mogli wypowiedzieć. Mają wdrukowaną potrzebę gadania, nie słuchania. W Akademii Platońskiej było tak, że dopiero po kilku latach słuchania student miał prawo się odezwać, i to w dodatku nie gadając, ale zadając pytanie. Po tym pytaniu poznawano, na jakim jest poziomie. Zresztą czy można się dziwić, że młodzi ludzie zbuntowali się przeciwko słuchaniu, skoro było tyle nadużyć autorytarnego modelu wychowania, w którym całkowicie i bez sensu odbierano im głos.

Dawnemu człowiekowi poczucie bezpieczeństwa dawały rytuały. My traktujemy je coraz częściej jak ornament.
Można by powiedzieć, że rytuały to narzędzia oswajania kosmosu, ale w tej definicji jest coś z niewłaściwej relacji człowiek – kosmos, w której znów czynimy kosmos sobie podległym. Powiem więc tak: rytuał to coś, co doprowadza nas do zgody z kosmosem, to sposób odnawiania przynależności do niego. Nie jesteśmy jego panami, tylko częścią.

Jak odnaleźć to, co jedni nazywają szczęściem, inni duchowością, a jeszcze inni łącznością z kosmosem?
Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Każdy z nas powinien spytać siebie: „Po co żyję?”, i wierzyć, że dla każdego z nas jest odpowiedź. Nie możemy uciekać się do łatwych rozwiązań, ale starać się zrekonstruować tę rozciągniętą przez pokolenia siatkę współzależności, w którą jesteśmy wpisani. Może jakąś wskazówką postępowania jest dobrowolne samoograniczanie własnej wolności, jeśli prowadzi to do zwiększenia dobra na świecie. W samoograniczeniu jako pewnej drodze, w której mamy na oku dobro większe niż tylko nasze własne. W ogóle doradzałabym przyglądanie się temu, co jest większe ode mnie i czego jestem częścią, i żyłabym z tym w zgodzie.

Joanna Tokarska Bakir – doktor habilitowany, kierowniczka Katedry Antropologii Kulturowej Collegium Civitas, wykładowczyni w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. Autorka książek „Rzeczy mgliste” oraz „Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych”. Pomysłodawczyni i redaktorka serii antropologicznej PWN.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>