1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Kobiety korporacji i miłość

Kobiety korporacji i miłość

123rf
123rf
Niczym nieustraszone wojowniczki walczą ze światem, przeciwnościami losu, z własnym ciałem. Zwyciężają. Do czasu, aż…

Żelazne Damy, Stalowe Księżniczki – silne, ambitne, niezależne, odważnie wspinające się po szczeblach kariery. W życiu zawodowym odnoszą spektakularne sukcesy, wszystko mają dokładnie zaplanowane. Do gabinetu terapeuty trafiają, kiedy plany życiowe nie realizują się po ich myśli albo zdrowie zaczyna odmawiać posłuszeństwa. „Nie mogę zajść w ciążę, choć medycznie wszystko jest OK”, „Od czasu do czasu, w najmniej odpowiednim momencie, wypada mi dysk i przez miesiąc nie jestem w stanie podnieść się z łóżka”, „Mój kolejny związek właśnie się rozpada”, „W tym miesiącu znowu miałam krwotok przy miesiączce”…

Najtrudniejsze i najsmutniejsze jest to, że te silne kobiety nie przyznają sobie prawa do żadnej słabości. Głęboko wierzą, że ich życie osobiste wręcz ma obowiązek być równie satysfakcjonujące jak kariera zawodowa („Przecież wszystko tak starannie zaplanowałam…”), a organizm powinien działać jak szwajcarski zegarek („Regularnie się badam, zdrowo odżywiam, jestem pod opieką najlepszych lekarzy…”). Oczekują konkretnych wskazówek, potwierdzonych naukowo metod. Są gotowe ciężko pracować, by zapewnić pożądany efekt. Nie zrażają ich porażki, po każdej podnoszą się jak Feniks z popiołów, byle nie musieć się zatrzymywać, przyznawać sobie prawa do niewiedzy, wątpliwości, bezsilności, konfrontować z ciszą, czuć…

Pracując z silnymi kobietami, nauczyłam się, że mnie także obowiązuje zakaz (przynajmniej na początku terapii) używania określeń, takich jak: słabość, miękkość, uległość, bierność, zatrzymanie, spokój. Kobiety korporacji są jak nieustraszone wojowniczki, które walczą z przeciwnościami losu, ze światem, ze mną, a przede wszystkim z własnym ciałem – głównie z brzuchem, dopóki nie poczują, że właśnie tam, w okolicach brzucha, bioder, części lędźwiowej kręgosłupa jest ich słabość, miękkość, ale też prawdziwa moc.

Kariera zamiast miłości

Diana pod koniec studiów przeżyła zawód miłosny. Nic nadzwyczajnego, młodzi ludzie często się rozstają, cierpią z miłości, ale w jej przypadku ten incydent zaważył na całym życiu. Mężczyzna, którego pokochała, bez skrupułów zamienił obietnice o wspólnym życiu na perspektywę kariery zawodowej w Stanach. „Musimy się rozstać, bo co ty będziesz robić w Nowym Jorku po artystycznej uczelni” – to były jego ostatnie słowa, kiedy poprosił o zwrot pierścionka zaręczynowego.

– Wtedy ostatni raz płakałam z powodu mężczyzny – opowiada Diana. – A po obronie pracy magisterskiej wyjechałam na studia biznesowe do Londynu.

Po powrocie została wspólniczką w dużej firmie, odnosiła sukcesy. W jej życiu było wielu mężczyzn, głównie z kręgów zawodowych. Związki kończyły się, kiedy okazywało się, że kolejny mężczyzna stawał na ślubnym kobiercu z powodu nieplanowanej ciąży… własnej sekretarki, księgowej czy instruktorki z fitness clubu.

– Jeden z moich partnerów na pożegnanie powiedział, że mężczyźni nie żenią się z tak silnymi kobietami jak ja – wyznaje Diana. – Wolę być silna i niezależna, nawet gdyby to miało oznaczać życie bez stałego związku, niż złapać na dziecko jakiegoś faceta – dodaje.

Diana długo unikała konfrontacji z własną słabością. Swoje ciało traktowała jak luksusowy samochód, o który należy dbać, ale zbytnio się nad nim nie roztkliwiać. Od lat stosowała antykoncepcję hormonalną w sposób ciągły, robiąc przerwę na krwawienie tylko raz w roku, w czasie wakacji. Jej „postępowy” lekarz twierdził, że wszystkie aktywne zawodowo kobiety tak robią.

Rok temu zaczęła myśleć o dziecku, odstawiła pigułki. Pół roku temu była operowana z powodu nowotworu macicy. Kolejne miesiące po operacji pracowałyśmy nad tym, czy Diana naprawdę pragnęła mieć dziecko. Poważna choroba zmusiła ją do konfrontacji z własną słabością i do zmiany. Krok po kroku zaczęła odkrywać swoją własną formułę na bycie kobietą, bycie w związku.

Nasze brzuchy to źródło kobiecych emocji, centrum fizjologii naznaczone przez naturę, nasza seksualność, płodność, miękkość, uległość, cisza, bierność, cierpliwe czekanie i przede wszystkim ośrodek mocy. Silne kobiety nie wierzą, a może nawet boją się owej kobiecej mocy. Ulegają iluzji męskiej siły – działaniu, planowaniu, zdobywaniu, osiąganiu wymiernych sukcesów, męskiej rywalizacji.

Tęsknota za silnym mężczyzną

Małgosia jest prezesem dużej firmy, mężatką z dwójką małych dzieci. Trafiła do mnie z powodu „dziwnych objawów”, wobec których lekarze czuli się bezradni.

– Kiedy wieczorem kładę się do łóżka, w okolicy splotu słonecznego czuję zaciśnięty węzeł, który rośnie, robi się coraz bardziej gorący i zaciśnięty, a potem zaczyna przemieszczać się w górę – opowiada. – Serce zaczyna łomotać jak oszalałe, w gardle mnie zaciska, drętwieje mi twarz i język.

Małżeństwo Małgosi zostało zaaranżowane przez znajomych. Przyjaciółka umówiła ją na randkę z kolegą męża.

– Zgodziłam się, bo od ukończenia studiów dużo pracowałam i nie miałam czasu na życie towarzyskie – opowiada.

Przyjaciółka-swatka to jednocześnie asystentka Małgosi. Randkę wpisała w grafik jej biznesowych spotkań. Marcin okazał się dobrym człowiekiem, odpowiedzialnym mężem i ojcem. Jedyne zastrzeżenie, jakie ma do niego Małgosia, to że nie jest zbyt zaradny życiowo, pracuje jako nauczyciel angielskiego, w wakacje w ogóle nie ma pracy. Za to odkąd przyszły na świat ich dzieci, z oddaniem zajmuje się maluchami i domem.

– To dziś częste zjawisko, że kiedy kobieta dużo pracuje, mężczyzna przejmuje jej domowe obowiązki – tłumaczy Małgosia. – Reszta jest na mojej głowie.

I właśnie ta „reszta”, czyli konieczność objęcia typowo męskiej odpowiedzialności za materialny byt rodziny, zawiązała supeł w okolicach splotu słonecznego mojej pacjentki. Zgodnie z diagnozą lekarzy Małgosia ma problemy endokrynologiczne: wzmożone wydzielanie prolaktyny i niedoczynność nadnerczy.

Splot słoneczny to centrum naszej kontroli i woli. Zgodnie z prawami natury w tym miejscu znajduje się kobieca uległość, cierpliwość, umiejętność zatrzymania się, czekania i czucia. Silne kobiety walczą ze swoją naturą. Uległość zamieniają na działanie, czucie na racjonalne myślenie. Konieczność zatrzymania czy czekania budzi w nich paniczny lęk, który, jak w przypadku Małgosi, często uaktywnia się w nocy, w pozycji leżącej. Brak działania to dla Żelaznej Damy groźba zniknięcia. Silne kobiety, które w głębi duszy tęsknią za silnym mężczyzną, na partnerów wybierają kobiecych mężczyzn, artystyczne dusze albo wręcz hipochondryków, których łatwo mogą zdominować. Przewlekłe napięcie, stres wywołany lękiem przed faktem, że z czymś nie zdążysz, nie dasz rady, wpływa niekorzystnie na gospodarkę hormonalną. Problemy z tarczycą, zaburzenia miesiączkowania, hiperprolaktynemia to cena, jaką często płacą kobiety za przywłaszczenie sobie męskiej siły.

Obcy w brzuchu

Elżbieta jest typową pożeraczką męskich serc. Jako właścicielka firmy organizującej eventy często bywa na firmowych imprezach. Niemal każda znajduje finał w łóżku z przystojnym mężczyzną.

Przyszła do mnie, kiedy zakochała się w jednym ze swoich jednonocnych kochanków. Niestety jej wybranek, podobnie jak wszyscy poprzedni, zniknął nad ranem i choć obiecał, że się odezwie, do tej pory tego nie zrobił. Kiedy dokładnie przeanalizowałyśmy tę historię, okazało się, że tak naprawdę Elżbieta zakochała się nie w nim, ale w nowej sobie.

– W czasie tej nocy zachwyciła mnie, ale też przeraziła, moja czułość, delikatność, uległość – opowiada. – Po raz pierwszy przeżyłam seks, który nie był pokazem technicznych możliwości ludzkich ciał, ale był taki… Chyba brak mi słów, żeby to nazwać, coś obudziło się w moim brzuchu.

W trakcie kolejnych sesji próbowałyśmy odkryć to „coś”. Elżbieta czuła ekscytację, ale też bardzo się bała. Wielokrotnie podczas sesji terapii manualnej zrywała się ze stołu z lęku przed bezruchem. Bała się zatrzymania, ciszy.

– Nie mogę tak leżeć, bo boję się, że się rozpadnę, przestanę istnieć – skarżyła się.

Kiedy zdarzało jej się płakać, tłumaczyła swoje wzruszenie, zapewniała, że nie planowała „histerii”. Kiedy mężczyzna, który „poruszył” jej brzuch, w końcu zadzwonił, nie chciała się z nim umówić.– Nie odezwał się, kiedy miał swoje pięć minut, teraz już za późno, wykreśliłam go ze swoich planów – tłumaczy.

Po kilku tygodniach terapii Elżbieta zaczęła cierpieć z powodu bólu kręgosłupa lędźwiowego. Ból był tak silny, że przez tydzień nie mogła wstać z łóżka. Mądre ciało zmusiło ją do zatrzymania się.

– Czułam się tak, jakby mnie ktoś złamał wpół – wspomina. – W łeb wzięły wszystkie moje plany. Leżałam nieruchomo i nie mogłam nic.

To był dla niej ważny moment skonfrontowania się z własną słabością.

Dolegliwości części lędźwiowej kręgosłupa w symptomatyce psychosomatycznej oznaczają napięcie seksualne i lęki finansowe. Kobiety, które używają swoich ciał, w relacjach intymnych wchodzą w męskie role, a swoją wartość uzależniają wyłącznie od sukcesów zawodowych, często skarżą się na bóle kręgosłupa. Sztywny kręgosłup to nadmierna kontrola, zarówno w pracy, jak i w życiu miłosnym. Kobiety korporacji planują miłość zgodnie z biznesowym kalendarzem. Zdobywają mężczyzn jak kolejny awans, uprawiają, często ryzykowny, instrumentalny seks, a w głębi duszy tęsknią za romantyczną miłością. Kiedy jednak taka im się przydarzy – uciekają gdzie pierz rośnie, bo niepewność, poddanie się, zaufanie i ryzyko, które niesie za sobą bycie w związku, je przeraża.

Sposoby na oswajanie słabości

Połóż się wygodnie na łóżku. Zamknij oczy. Przez chwilę poobserwuj swój oddech. Poczuj, w której części ciała czujesz miękkość, słabość, ciepło, drżenie. Połóż w tym miejscu prawą dłoń, lewą w okolicy serca. Spróbuj w wyobraźni połączyć te części. W ten sposób zharmonizujesz serce ze swoją kobiecością.

W kontaktach intymnych pozwól sobie na uległość. Otwórz się na miłość. Zaufaj swojemu mężczyźnie. Poczuj, w którym miejscu budzi się twoje pożądanie. Poczuj tę energię, nie kontroluj jej. Pozwól, by rozlewała się na całe ciało. Wyłącz głowę, czuj zamiast analizować.

W trakcie miłosnego zespolenia poczuj moment, w którym zacierają się między wami granice – kiedy przestaje istnieć: ,,ja” i ,,ty”, a pojawia się ,,my”. Spróbujcie zatrzymać tę chwilę jak najdłużej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zamiast zastanawiać się, dlaczego jesteś sama, pomyśl, jak wiele masz z tego korzyści

Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
- Takie „chwile bez związku”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie. To taki egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację - mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „Dlaczego jestem sama?”. Czy możemy im dać na nie prostą odpowiedź?
To faktycznie nie jest łatwe. Bo żeby ją znaleźć, trzeba się sobie dobrze przyjrzeć. Zrobić bilans zysków i strat związanych z dotychczasowymi ważnymi relacjami z mężczyznami. Zysków, czyli naszych doświadczeń, refleksji, tego, czego się nauczyłyśmy. Strat, czyli tego, czego jeszcze nie przerobiłyśmy. Oczywiście, można nawet z trudnych relacji wyjść zwycięsko, czyli zbudowaną, mądrzejszą, czasem może trochę ostrożniejszą, ale niebojącą się uczucia. Zwykle jednak kurz opada, a my zostajemy pokiereszowane, pełne trudnych emocji, i nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wiele jeszcze w tej kwestii musimy ze sobą przegadać. Aby wejść w kolejny związek i zbudować dobrą relację, najpierw trzeba siebie poznać, zrozumieć i pokochać. Ten proces to ogromne wyzwanie!

Boimy się być same, boimy się samotności.
Nie lubię określenia „być samą”, bo tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy same. Po pierwsze, mamy siebie, i jak się sobą opiekujemy i siebie kochamy, to zawsze będziemy mogły na siebie liczyć. Po drugie, zawsze mamy wokół ludzi, czasami na własne życzenie czy z powodu jakichś życiowych trudności trochę się od nich izolujemy, ale zawsze jest obok ktoś, kto nas wspiera. To może być siostra, przyjaciółka, mama, nawet sąsiadka. Nigdy nie jesteśmy więc same, ale bywamy bez partnera, nie w związku. Czasami świadomie podejmujemy decyzję, by w tym momencie skoncentrować się na sobie, odpocząć. Takie „chwile”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie, na podróżach. To taki trochę egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację. Między innymi dlatego, że będziemy miały możliwości przemyślenia tego, co spotkało nas w poprzednich związkach, a to bardzo często jest kotwicą trzymającą nas w marazmie, frustracji.

Te zaś skłaniają nas do tworzenia uogólnień na zasadzie: „Wszyscy mężczyźni to dzieci” czy „Wszyscy mężczyźni to egoiści”. A to nieprawda.

Albo: „Wszyscy mężczyźni w Polsce są do chrzanu”.
Nieprawda. Chociaż osobiście uważam i nie boję się tego powiedzieć, że w Polsce jest więcej fajnych kobiet. Mówiąc „fajnych”, mam na myśli: poukładanych, otwartych na innych, lubiących siebie i godzących swoje potrzeby z potrzebami innych. Co nie znaczy, że nie ma fajnych facetów…

…ale jakoś na żadnego z nich nie możemy trafić.
Myślę, że są dwa rodzaje motywacji do tego, żeby być bez partnera. Pozytywne („Potrzebuję czasu dla siebie”, „Chcę się poukładać sama ze sobą”, „Na ten moment nie ma w pobliżu nikogo, kto by mnie interesował”) i negatywne, czyli wszystkie te, które wynikają z lęków i niepokojów, które prowadzą do błędów poznawczych, czyli wspomnianych generalizacji, w skrócie polegających na konstrukcji: „Wszyscy faceci są jacyś”. To mogą być błędy poznawcze w stosunku do samych mężczyzn, w stosunku do życia (np. „Nie ma prawdziwej miłości”) i w stosunku do siebie (np. „Nie zasługuję na miłość”).

W nurcie psychoterapeutycznym, w którym pracuję, mówimy o tzw. dysfunkcyjnych założeniach. To reguły i zasady, które rządzą naszym życiem, często głęboko zakorzenione. Na przykład: „Muszę być idealna, żeby zasłużyć na miłość”. Dlaczego taka kobieta jest sama? Bo dąży do niedoścignionego ideału, to może być jej wygląd, to może być to, że jest „do rany przyłóż”, ale tak naprawdę spełnia potrzeby innych, a nie swoje.

Po czym poznać, które są te dysfunkcyjne?
To założenia, które zamykają nas na świat, wynikają z lęku i niepokoju. Bo ustawiają nas w kontrze: albo biernej, albo agresywnej. Wtedy postrzegamy w mężczyznach lub w nas samych wrogów i walczymy, czyli jesteśmy agresywne. Albo nic nam się nie chce, nie wierzymy, że coś dobrego nas jeszcze spotka, czyli stajemy się bierne.

Słyszałam dziewczyny, które mówią: „Ja chyba nie potrafię kochać”.
Moim zdaniem potrzeba dostawania i dawania miłości jest silniejsza nawet niż instynkt życia. Człowiek jest istotą stadną. Nawet jeśli jesteśmy introwertyczne czy nieśmiałe, to jednak łakniemy obecności innych ludzi. Natomiast możemy doświadczyć we wczesnym dzieciństwie – i mówię już o okresie okołoporodowym – traum, czyli trudnych doświadczeń. Nieobecności – psychicznej czy fizycznej – matki, ale też agresji, przemocy. Te doświadczenia składają się na naszą umiejętność budowania relacji. Składa się na nią nasza gotowość na miłość, samoświadomość, także odwaga, bo każdy związek jest ryzykiem. Czasem pytam moje klientki: „Czy chciałabyś, aby nigdy nikt cię nie skrzywdził i nie zdradził?”. „Tak” – słyszę w odpowiedzi. „A czy jest na to jakiś sposób?” – pytam. – „Bo jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, to nigdy się nie zakochać”. „Ale ja chcę kochać” – mówią. I dopiero od tego momentu możemy zacząć pracować, uczyć się dojrzale kochać.

Tego można się nauczyć?
Tak, powiedziałabym nawet, że trzeba. Większość z nas wchodzi w dorosłość trochę niedokochana. Jeśli rodzice byli nieprzewidywalni, oziębli emocjonalnie albo zbyt przytłoczeni swoimi kłopotami – mogli zbudować w nas pewnego rodzaju ambiwalencję, która polega z jednej strony na dążeniu do bliskości, z drugiej na ucieczce przed nią, wynikającej z lęku, że zostaniemy zranieni. Ale można też mieć wspaniałe dzieciństwo (albo tak je postrzegać, ale to już inna sprawa), a mimo to w późniejszym życiu być mocno zranioną na przykład w pierwszej ważnej relacji z mężczyzną. Dobre dzieciństwo jest warunkiem koniecznym, by budować dobre relacje, ale niewystarczającym.

Chcemy być kochani, więc szukamy miłości, ale czasem robimy to zbyt kompulsywnie. Może problematyczne jest samo „szukanie”?
Ja nie obawiam się tego słowa. Gdybym została singielką, co mam nadzieję się nie stanie, bo mój partner jest ojcem mojego dziecka i bardzo go kocham, ale gdybym znów była bez partnera, to szukałabym nowego. Cóż złego powiedzieć znajomym: „Jak znacie kogoś fajnego, to dajcie znać” albo spytać koleżanki: „Słuchaj, kim jest ten przystojny facet z twojej pracy?”. To postawa aktywna: wychodzę do ludzi, rozglądam się, może nawet zapisuję na portal randkowy. Korzystam z okazji, ale też potrafię je stworzyć. Bo kiedy jest nam źle, robimy się bierne. Oczywiście, w siedzeniu w domu z dobrą książką i herbatą nie ma nic złego, chodzi o to, żeby to nie było rodzajem ucieczki i poddania się. Dlatego zachęcam: zaproś znajomych, wyjdź do kina, zapisz się na nowe zajęcia. Jeśli jedną z myśli, która tobą kieruje, będzie: „A może tam kogoś poznam?”, nie ma w tym nic złego. Ale JEDNĄ z myśli, bo dotknęłaś tu ważnej kwestii – kompulsywności w nastawieniu na cel, jakim jest znalezienie partnera, i zapominaniu o całej reszcie. Kiedy za wszelką cenę chcę mieć faceta, to pojawia się ogromne ryzyko, że złapię się na wydmuszkę, czyli trafię nie na królewicza, a na rozbójnika. Zdaje się, że to Jung kiedyś powiedział: „Zakochanie to rzutowanie własnych fantazji na przypadkową ofiarę”. Czyli mam wyobrażenie, że mężczyzna powinien być taki a taki i nakładam je na pierwszego mężczyznę, który mi się spodoba. I on staje się ofiarą moich oczekiwań i żądań. Bo potem przyjdzie otrzeźwienie, okaże się, że on nie jest taki, jaki miał być. A on jest taki, jaki był. Tylko ja tego nie widziałam. Można zakochać się mądrze, na trzeźwo.

W książce „Nas dwoje” radzisz, by prowadzić dzienniczek znajomości.
Bo my mamy często bardzo trafne spostrzeżenia, tylko one nam umykają, ponieważ nie wchodzimy z nimi w wewnętrzny monolog. Zrzucamy to na karb intuicji, która tak naprawdę jest poszerzoną percepcją. Czyli ktoś nam mówi: „Nigdy nie poznałem tak pięknej kobiety”, a my czujemy w tym jakiś fałsz. To nie magia czy szósty zmysł, my po prostu widzimy kątem oka, że zaraz potem sprawdza godzinę na komórce czy patrzy się takim samym wzrokiem na naszą koleżankę. Poszerzona percepcja to umiejętność dostrzegania i analizowania ważnych sygnałów, które wiele mówią o drugiej osobie i sytuacji.

A jak długo dawać szansę komuś, kto jest miły, ale jakoś nie ma iskry?
No wiesz, ja też jestem miła, ale to nie znaczy, że mamy zacząć chodzić na randki (śmiech). Trzeba siebie spytać, czego chcemy. Chodzenie na randki z miłymi mężczyznami jest bardzo… miłe. Czemu nie. Ale jeśli chcę budować głębszą relację, a czuję, że akurat tego mężczyzny nie chcę bliżej poznać…?

Nawet czysto fizycznie…
Związek to relacja dwojga przyjaciół i zarazem kochanków – sfera erotyczna, seksualna jest istotna. Może się okazać, że poznałam bardzo fajnego faceta, który będzie moim dobrym kolegą, może nawet przyjacielem, ale czy zaraz partnerem? Bo jeśli jego zapach mi nie odpowiada czy nie mam chęci, by go dotknąć, choćby musnąć w przelocie rękę… to chyba nic z tego nie będzie. Czasem to rodzi się w miarę pogłębiania znajomości i tutaj zachęcałabym, by dawać tę szansę, o którą pytasz. Na początku możemy być spięci, speszeni… Ale jeśli po trzeciej randce wkurza mnie, jak on siorbie i naprawdę mnie to irytuje (śmiech), to proponowałabym się nad tym zastanowić. Nawet jeśli to głupotka, ale skoro ją dostrzegam, może oznaczać, że nie ma właśnie tej pożądanej chemii. Fizyczna przyjemność, jaką odczuwamy w obecności drugiej osoby, jest konieczna, choć niewystarczająca. Ale myślę, że większość czytelniczek może mieć całkiem odwrotny problem. Stawiamy na fizyczność, a potem się okazuje, że nie mamy żadnych wspólnych tematów.

A co, kiedy wszystko gra, ale on nie chce się wiązać?
Z reguły w takiej sytuacji kobiety zadają sobie pytanie: „Co ze mną nie tak?”. A przecież ten człowiek jest z jakiegoś domu, ma na swoim koncie jakieś doświadczenia, bagaż życiowy i może problem tkwi po jego stronie. Może boi się bliskości, może został bardzo zraniony i ma swoje dysfunkcyjne założenie. Relacja to dwie osoby. Nie szukajmy od razu problemu w sobie, ale też nie skreślajmy od razu znajomości i nie reagujmy agresywnie, przypisując komuś złe intencje. Pamiętajmy, że nie mamy zdolności telepatycznych – nie przewidujmy, nie zgadujmy – zapytajmy! „Słuchaj, chciałabym cię bliżej poznać, ale odnoszę wrażenie, że ty się dystansujesz”. Bardzo ważne jest powiedzenie tego, co czujemy, a nie tego, czego się domyślamy. Jeśli mężczyzna jest świadomy swoich przeżyć, emocji, motywacji, może odpowiedzieć wprost: „Tak, masz rację, rozstałem się niedawno z żoną, mam jeszcze obawy przed wchodzeniem w związki”. Mężczyzna, który potrafi tak powiedzieć – skarb (śmiech). Z reguły to kobiety mają większą łatwość werbalizowania swoich emocji. Dlatego też on może powiedzieć coś nie wprost, ale my możemy to nazwać, zadając kolejne pytanie: „Czy z tego, co powiedziałeś, mogę wywnioskować, że boisz się bliskości?”. Pytajmy, nie stwierdzajmy i nie oceniajmy. Zamiast: „boisz się”, mówmy: „boisz się?”.

A może po prostu on nie jest nami zainteresowany?
Ja myślę, że mężczyźni nie mają problemu, by dać do zrozumienia kobiecie, że nie są zainteresowani. To my, kobiety, mamy problem z zachowaniami wprost, asertywnymi, czytelnymi. Dlatego warto nad sobą popracować, zanim wejdziemy w kolejny związek. Uczmy się asertywności od mężczyzn, ale przede wszystkim uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie!

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Psychologia

Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
To od nas zależy, w kim się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”?

To od nas zależy, w kim i dlaczego się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”? Miłość a zakochanie – na czym polega główna różnica?

Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy – mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element – erotyka.

Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jaki naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta…Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.

W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Gdzie leży granica między zakochaniem a miłością?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość – a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje, ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.

A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się zakochujemy?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!

To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: „Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu”.
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech to powie: „Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz”. To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: „Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości” – nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby – także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.

W książce „Nas dwoje” piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta – w XXI wieku w samym środku Europy – jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.

Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów…
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu? Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc – w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY – czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.

I na scenę znów wraca przyjaciółka – to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: „Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok”, to mogę zareagować tak: „Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?”. I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: „A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!”, to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: „Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz”, zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.

A jeśli ona pyta wprost: „Co o nim sądzisz?”
Ja zaczęłabym tak: „Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana”. Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.

Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy – niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: „Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą”, on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: „Ty chyba nie lubisz sprzątać?”. Nie zaprzeczaj, ale dodaj: „Tak, ale za to świetnie gotuję” (śmiech).

Miłość a zakochanie – po czym można poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się „ponieważ”, kochamy „pomimo”. Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.

Niektóre osoby nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania. A miłość wydaje im się wtedy zupełnie nieosiągalna.
Bo są uzależnione od zakochania, tak zafascynowane tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boją się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.

A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym? Dlaczego się zakochujemy w osobach, które nie odwzajemniają naszych uczuć?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi „Lubię cię, ale nic więcej”, to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety nie chcą być liderkami? Pytamy Wojciecha Eichebergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Sheryl Sandberg, dyrektorka ds. operacyjnych Facebooka, pyta, co mamy powiedzieć córkom, żeby chciały nimi być? Podpowiada trzy strategie. Siadaj przy stole, nie na brzegu krzesła za plecami mężczyzn. Bądź w partnerskim związku i „nie odchodź, zanim nie dojdziesz”, czyli nie rezygnuj z ambicji, bo chcesz mieć dziecko. Proste, czemu więc tego nie robimy? – odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Dlaczego nie stajemy się podobne do naszych ojców i robimy to, co nasze matki, choć mamy prawo być ambitne, chcieć władzy i kasy”, pyta Susan Pinker w książce „Paradoks płci”. I odpowiada: ilość kobiet liderek nie wzrasta, bo kobiety nie chcą nimi być i mają do tego prawo.

Układ przyczyn, dla których kobiety nie pchają się na szczyt, jest złożony. Podstawowe w tej mozaice powodów wydaje się to, że emancypujące się kobiety startują w dyscyplinie wymyślonej i kontrolowanej przez mężczyzn. Są zmuszone działać w świecie, którego reguł nie współtworzyły, którego kultura i struktura od zarania nacechowane są męskim sposobem rozumienia świata. Dotyczy to nie tylko reguł rządzących biznesem, lecz także sacrum, gdzie mężczyźni okazują się twórcami i zarządcami wszystkich religijnych doktryn. Podobnie jest z historią napisaną przez mężczyzn, o mężczyznach, dla mężczyzn. Większość organizacji społecznych, politycznych, międzynarodowych ma strukturę wyrażającą męskiego ducha odgraniczenia, hierarchii, ekspansji, agresji, potęgi, konkurencji i wyłączności. W urbanistyce miast i przestrzeni publicznej dominują przejawy męskiej potrzeby porządku, kątów prostych, wyrazistych podziałów, przejrzystości, sztywności, kontroli i wysokości.

Bo męskie jest wysokie, twarde, szybkie, określone. Większość naszego świata ma zapach męskiej siłowni, pola bitwy albo gangsterskiego filmu: spaliny, przemoc, pot, krew, sperma i pieniądze. To nie jest świat kobiet. Kobiety instynktownie przeczuwają, że nie sposób grać na męskim boisku w męską grę i pozostać sobą.

Pinker pisze, że idąc za męskim rozumieniem sukcesu, kobieta traci swoją duchowość.
Zaangażowanie w męski świat kobietę zmienia, czyni bardziej męską: podnosi poziom testosteronu, zaburza miesiączkowanie, zmienia styl zachowań seksualnych (gotowość na szybki seks bez zobowiązań), zmniejsza nasilenie potrzeb macierzyńskich i rodzinnych (łatwiej zostawić pod cudzą opieką czepiające się spodni – już nie spódnicy – dziecko). Przyznaje się do tego Sheryl Sandberg. Korporacyjna kobieta upodabnia się do mężczyzny: spodnie, marynarka, krawat, krótkie włosy, wąskie biodra. Na męskim boisku obowiązuje męskie ciało i męski kostium. Sukces też jest zdefiniowany po męsku: władza, znaczenie, bogactwo, dominacja. Gdyby kobiety tworzyły ten system, to byłby on inny. Psychologowie zaobserwowali istotne różnice między zachowaniem chłopców i dziewczynek podczas zabaw. Wybrano dzieci w wieku od półtora do dwóch i pół roku, aby wykluczyć wpływ wychowania, kultury, i okazało się, że bawiące się na plaży dziewczynki spontanicznie tworzą z piasku struktury poziome, otwarte, mozaikowe, amorficzne. Natomiast chłopcy starają się budować wzwyż, tworząc struktury sztywne, geometryczne, odgraniczone. Dziewczynki zwracały uwagę na przedmioty miękkie, kruche, lekkie i organiczne (tkaniny, sznurki, rośliny, muszelki), a chłopcy – na sztywne, twarde, ciężkie, ostre (patyki, kamienie, deseczki, metal). Tak więc wiele wskazuje na to, że wprawdzie obie płcie mają wspólny egzystencjalny fundament, ale są nastawione i uwrażliwione na różne aspekty tego świata i w odmienny sposób tworzą i wpływają na otoczenie. Te różne wrażliwości przejawiają się we wszystkim, co nas otacza, i we wszystkim, co nam się przydarza, pozostając w nieustannym procesie poszukiwania równowagi. Ich harmonijna współobecność decyduje nie tylko o architekturze przyrody, lecz także o jakości i przydatności dzieł ludzkich – zawiera się we wszystkich arcydziełach i cudach świata.

Dzisiaj kobieta nieukierunkowana na tzw. sukces uznawana jest za zakompleksioną, wymagającą pomocy. Aktywistki chciałyby obudzić jej ambicje, zdolności do walki i rywalizacji.
Nie ma nic złego w tym, że kobieta jest zdolna do asertywności, walki i rywalizacji. To konieczny etap procesu wychodzenia z kompleksu ofiary. Niech na tym etapie dziewczynki, które w dążeniu do sukcesu, w przebojowości i zainteresowaniach upodabniają się do chłopców, będą wyróżniane i nagradzane. Każdy człowiek bez względu na płeć powinien te przydatne możliwości posiadać. Groźne jest pojmowanie emancypacji jako upodabniania się do mężczyzn, bo w ten sposób kobiety nieświadomie wzmacniają patriarchalny system. Jeśli ten proces zakończyłby się sukcesem, to zapanowałby femipatriarchat – męski system zarządzany przez zmaskulinizowane kobiety, a podtrzymywany przez sfeminizowanych mężczyzn. To, co się dzieje z kobietami, nie jest emancypacją, jest zakamuflowaną rekrutacją najemniczek do armii rządzonej przez mężczyzn, którzy nie mają zamiaru władzy oddać ani się nią dzielić. Kontrolują ten proces rekrutacji, podejmując propagandowe pseudoreformy, które mają sprawić wrażenie, że dopuszczają kobiety do rządzenia, lecz ich celem jest tylko zachęcenie najemniczek do ustawiania się w kolejkach do biur werbunkowych. Mężczyźni mają zdecydowaną większość we wszystkich gremiach ustawodawczych, politycznych, zarządczych, religijnych, finansowych. Oni rządzą światem.

Tam, gdzie są wielkie pieniądze, nie ma kobiet, bo co to jest trzy, dziesięć procent.
Oglądałem wstrząsający amerykański film „Chciwość”. Pokazuje, jak funkcjonują instytucje finansowe i w jaki sposób doprowadzają same siebie i swoich klientów do upadku. Wśród głównych bohaterów jest tylko jedna kobieta, najemniczka, która chcąc grać na męskim boisku, musi grać najbardziej nikczemnie i stylizować się na tzw. zimną sukę. Służy wiernie, lecz płaci wielką cenę – na koniec dnia wymiksowana z podziału łupów zostaje kozłem ofiarnym rzuconym akcjonariuszom na pożarcie. Pouczająca historia.

Nowa fala feminizmu – jak się zdaje – zrodziła się z takich obserwacji. Dlatego proponuje kobietom rozwijanie ich prawdziwych potrzeb i przyrodzonego potencjału. Mądry feminizm nie polega już na tym, by upodabniać kobiety do mężczyzn i zajmować miejsce w ich świecie, lecz zachęca do budowania niezależnego, komplementarnego świata, który wymusi na patriarchacie poszukiwanie równowagi i doprowadzi do radykalnej zmiany. Aby do tego doprowadzić, niezbędny jest parytet 50 na 50, czyli wprowadzanie do gremiów rządzących równoważnej liczby kobiet – by miały realny wpływ na podejmowane decyzje. Gdy w tych gremiach będzie połowa kobiet, to szybko nastąpią zmiany w strukturze i kulturze organizacji tak dopasowujące to środowisko do potrzeb kobiet, że nie będą już musiały przeistaczać się w zimne suki, by w nim przetrwać. Mam nadzieję, że gdy to nastąpi, świat zacznie wracać do równowagi i harmonii.

Feministki domagają się parytetu. Złości je Pinker, która mówi, że kobiety z wyboru nie chcą iść w górę.
Może dlatego, że kobiety raczej nie tworzą struktur pionowych i hierarchicznych, źle się w nich czują. Preferują struktury poziome, zawierające, a nie wykluczające. Ale wygląda na to, że na tym etapie przemian awangarda kobiet musi poświęcić swoją kobiecość, by przebić szklane bariery zewnętrzne i wewnętrzne i dokonać desantu na męskie gremia decyzyjne. Ta prawdziwie wallenrodowska misja może się udać tylko wtedy, gdy w tajemnicy ochronią w sobie jakiś podstawowy zestaw kobiecych cech i poczucie solidarności z resztą przedstawicielek swojej płci, którym torują drogę. Na razie ta sprawa nie wygląda najlepiej. Na przykład w sejmie kobiety grają w męskiej orkiestrze, nie potrafią się dogadać, solidarnie, ponad ugrupowaniami głosować za lub przeciw jakiejś ustawie. Bardziej się czują członkiniami męskich partii niż kobietami. Jakby nie wiedziały, że wszystkie partyjne ideologie – może poza tą zielonych – są emanacją męskiego oglądu świata.

Czyli dalsza prokobieca zmiana świata jest nierealna?
Jest nadzieja, że kolejne pokolenie kobiet, czyli córki Wallenrodek, będzie potrafiło myśleć inaczej i pozwoli sobie na większą niezależność, będzie je stać na odwagę w artykułowaniu kobiecych potrzeb i kobiecego systemu wartości. Może kobiety będą już mogły realnie wpływać na to, co się dzieje na świecie. To ważne, bo mężczyźni są z natury antydemokratyczni, dążą do zwiększania kontroli, centralizacji władzy. Nie lubią konfederacji i dogadywania się ponad granicami. W głębi duszy są więc antyeuropejscy. Bo UE jest konceptem poziomym, kobiecym kręgiem, amorficzną strukturą wykreowaną przez dziewczynkę na plaży. To zostawia mężczyznom za mało okazji i przestrzeni na budowanie w górę, na falliczne pomniki ich władzy. Można powiedzieć, że kobiety – jeśli nie zostały wcześniej zdeprawowane przez męskie ideologie – są naturalnymi strażniczkami demokracji, która jest zagrożona przez męskie gry, wojny i ambicje.

To, co mówisz, jest w sprzeczności z tym, co zwykle piszemy, że mężczyźni tracą męskość przez wzrost niezależności kobiet.
Samotne matki często psychicznie kastrują synów. Ale właśnie dlatego spora część tych synów przez resztę życia chce udowodnić sobie i światu, że są prawdziwymi mężczyznami. Wtedy ostentacyjnie wyrzekają się dziedzictwa matki. Kreują się na supersamców alfa i pną się – za wszelką cenę – do władzy. Są organicznie antykobiecy, bo doświadczenie z kastrującą matką sprawia, że boją się kobiet. Tak rodzą się domowi, rodzinni, mafijni, firmowi, partyjni i polityczni tyrani. Mężczyźni, którzy walcząc o swoją utraconą męskość, wyzbywają się serca, wrażliwości i sumienia, wykreowują groźną karykaturę męskości. Wśród rządzących światem było i jest wielu takich. Ale są też mężczyźni, którzy posłusznie spełniają życzenie kastrującej matki, nigdy nie dorastają i zostają z nią na zawsze – stając się jej utrapieniem i karą.

Na szczęście jest wielu mężczyzn, którzy nie należą do żadnej z tych kategorii. Oni rozumieją, cenią demokrację, są mądrymi liderami, potrafią współpracować z ludźmi obu płci, są zorientowani na wykonywanie zadań i osiąganie celów, a nie na eksponowanie męskiego ego, chcą i potrafią znaleźć czas na rodzinę i korzystać z życia. Aby ten gatunek wytrwał na pozycjach władzy i wpływu, musi ulec zmianie dominujący system wartości. Bo ci mężczyźni nie chcą i nie potrafią iść na moralne kompromisy po to, aby utrzymać władzę. Dochodząc do pewnego poziomu władzy, mężczyźni stają się więźniami systemu, który tworzą. W pogoni za władzą nie wahają się odrzucić lojalności, miłości, współczucia, honoru, sumienia, a nawet zwykłej przyzwoitości. To psychopatia – choroba duszy. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia rozprzestrzenia się z ogromną szybkością. Od czasu „Pulp Fiction” chorzy na duszę stali się ikoną popkultury i wzorcem osobowym. Wynikające z wczesnych, wielokrotnych doświadczeń upokorzenia nadmierne ambicje tych ludzi są bombą zegarową, która może wysadzić świat.

Co więc nasz świat może uratować?
Jedyna nadzieja w tym, że kobiety – po raz pierwszy w historii – tworzyć będą alternatywny świat, który zmusi świat męski do negocjacji i poszukiwania równowagi. Żeby to się stało, ich zbiorowa podświadomość musi przełamać niepojmowalnie głęboką i tragiczną traumę stosów czarownic. Wtedy dopiero przestaną się bać być różne od mężczyzn i w pełni rozwijać swój potencjał. Wschód nowego feminizmu wskazuje, że ten proces trwa i się nasila. Gdy wolne kobiety zaczną znacząco wpływać na kształt społecznej tkanki, inaczej wychowywać synów i córki, z innej pozycji – ani z wrogiej, ani z poddańczej – wchodzić w związki z mężczyznami i zajmować 50 proc. miejsc tam, gdzie podejmowane są ważne decyzje, to wtedy świat zacznie się zmieniać w dobrym kierunku.

Jak kobiety mają to zrobić?!
Uruchamiając tysiące drobnych i większych akcji oraz działań. Tworząc stowarzyszenia, grupy, inicjatywy podejmowane w konkretnych życiowych sprawach. Z czasem pojawią się lokalne liderki wyłonione przez kobiety. A potem – jeśli liderki będą chciały – niech kobiety pomogą im trafić wyżej, niech je wspierają i na nie głosują. A one muszą się zdobyć na odruchy kobiecej solidarności i głosować na rzecz praw i wartości kobiet, a to znaczy wyzwolić się z męskiego myślenia ideologicznego i partyjnego. Może trzeba będzie na jakiś czas reaktywować pomysł stworzenia Partii Kobiet. Niech kobiety nabiorą odwagi tworzenia świata na kształt wielobarwnej, organicznej, przekształcającej się mozaiki, jak dziewczynki bawiące się na plaży. I już.  

Wojciech Eichelberger
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek,  współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Seks

Seksualne pragnienia i zabawy – jakie są granice?

Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Gdy w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do przyjrzenia się swoim najgłębszym pragnieniom i potrzebom – mówi terapeutka Olga Haller.

Co to jest norma w seksie? To chyba zależy od czasu, miejsca na ziemi, w końcu od naszej osobowości. Co kiedyś było uznawane za zboczenie, np. seks oralny, pozycje inne niż klasyczna, dzisiaj stało się powszechne, jest więc normą.
Mówi się, że w seksie dopuszczalne jest wszystko, na co zgadzają się odpowiedzialni partnerzy. Nie musimy na szczęście wyznaczać norm i zasad. Popatrzmy na seks z indywidualnej perspektywy właśnie pod kątem rozwiązywania dylematu komfort – ryzyko. Zgadzam się, że to, jak zapatrujemy się na nowe doświadczenia w sferze erotyki, zależy od dotychczasowych doświadczeń i od naszych potrzeb. Literatura, kino i zwyczajne życie pełne są przykładów, jak ludzie zagospodarowują ten teren. Dla jednego nowym doświadczeniem, budzącym obawy i wymagającym dyscypliny, będzie budowanie jednej relacji z deklaracją wierności. Dla innej osoby nowe będzie wypowiedzenie w łóżku swoich pragnień lub niezgoda na coś, co stało się rutyną. Znam pary, które świadomie uczą się wstrzemięźliwości, dawkują sobie intymność seksualną, starają się szanować swoje granice. A to dla nich nowe doświadczenie. I pary, które podejmując zabawy seksualne z inną parą w celu urozmaicenia życia, prowokują ostry kryzys. Znam też sytuacje, kiedy dla jednego z partnerów seks poza związkiem jest wyzwalającym doświadczeniem, prowadzącym do dojrzałości, a także – paradoksalnie – katalizującym przemianę i rozwój związku.

Mimo zwiększenia swobody seksualnej zdrada nadal jest eksperymentem i ryzykiem?
Jest ryzykownym eksperymentem dla wszystkich zaangażowanych pośrednio i bezpośrednio. Jeśli jednak w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, tęsknota za odmiennością, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do skontaktowania się ze swoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami oraz podjęcia świadomych, odpowiedzialnych decyzji. Wtedy łatwiej nam znaleźć odwagę, by zrobić coś inaczej, albo powstrzymać się i docenić to, co jest. Łatwiej oszacować sytuację, w tym ewentualne ryzyko.

Zanika pojęcie grzechu, ale na szczęście nie zanika pojęcie smaku. Moralność była kiedyś pilnowana przez religie, teraz dla wielu zostają tylko wolna wola i sumienie, jak się okazuje – dosyć słabe. I są potrzeby seksualne, a w tej sferze kultura nie zawsze harmonijnie łączy się z naszą naturą, na którą składają się też demony, marzenia, czasami fantastyczne i perwersyjne...
Zakazy, restrykcje i strach przed karą na dłuższą metę nie uregulują skutecznie ludzkiego życia, a tym bardziej nie okiełznają seksualności. Mądra pomoc rodziców, wychowawców, autorytetów moralnych, duchowych itd. jest potrzebna, abyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje działania w tej sferze. Kiedy pomocy nie ma, a popędowość napiera, wielu z nas spycha do podziemi seksualne uczucia, potrzeby i zaczyna żyć podwójnym życiem. Na pokaz jedno, a w ukryciu drugie. Kiedy strażnik moralności jest na zewnątrz, jesteśmy w stanie zrobić wiele, by go oszukać.

Na ile powinniśmy realizować marzenia seksualne? Czy mówią prawdę o nas, o naszych potrzebach?
Głównym celem fantazji erotycznych nie jest przeniesienie ich do życia. One pozwalają nam ominąć lęki, zahamowania i przeżyć „zakazane” uczucia. Np. częsta fantazja kobiet o gwałcie pozwala doświadczyć rozkoszy bez winy, a o seksie z nieznajomym – rozkoszy bez zobowiązań. Mapa erotycznego reagowania tworzy się w nas od początku życia, odbijając się w treści i fabułach fantazji, choć oczywiście nie wprost. Często oddajemy się im na pograniczu świadomości, co pozwala uniknąć poczucia winy, ale też refleksji.

Współczesny świat zachęca i kusi: spróbuj, zanim będzie za późno.
No właśnie, popkultura i komercja zrobiły z seksu towar eksploatowany bez umiaru. Seksualny wizerunek i zachowania stają się sposobem na dobre samopoczucie, na atrakcyjność, zabicie nudy, oderwanie od problemów, popularność. Na dodatek dostęp do tego wspaniałego środka ma teoretycznie każdy. Wystarczy trochę wydatków i zabiegów – wyzywające ciuchy, fryzura, makijaż, kolczyk, tatuaż tu i tam, gadżety i używki. Z tym wszystkim w odpowiednim miejscu – na dyskotece, w pubie, klubie, na skwerze czy imprezie integracyjnej albo w galerii handlowej – można poczuć się gwiazdą, aktorem w blasku świateł, kimś pożądanym, jeśli nie dziś, to jutro. W tym czy innym łóżku. Świat seksualnych kontaktów wygląda ekscytująco, obiecuje szybką nagrodę i co więcej, na poziomie fizjologicznym na ogół ją daje. Działa to w prosty sposób – narastanie podniecenia, rozładowanie i ulga. Trudno się dziwić, że młodzi, dorastający ludzie rzucają się na seks jak na łatwo dostępny, upragniony deser. Nie tylko oni. W życiu człowieka są dwa krytyczne okresy, kiedy jest bardziej prawdopodobne, że bez opamiętania odda się on seksualnym ekscesom. Pierwszy to czas dorastania i wczesnej młodości, kiedy nagle dostajemy „nowe zabawki”. A potem jest ten okres przejściowy, kiedy się starzejemy i zaczynamy czuć, że zabawki zaraz nam odbiorą.

U niektórych ten krytyczny okres trwa przez cały czas. Ale jest też w życiu przypadek, nagłe okazje, impulsy i pokusy...
Bywają okoliczności życiowe, w których możemy rzucać się na seksualne eksperymenty, jakby były ostatnią deską ratunku. Powodem jest dojmujący niedobór w jakiejś dziedzinie życia w związkach, który dotyczy poczucia własnej wartości, ale też kontaktu ze sobą. Uprawiamy wtedy seks z wielu powodów, czasami zupełnie nieseksualnych. Używamy siebie i innych jak przedmiotów dla swoich celów, nieświadomi prawdziwych uczuć i potrzeb, dorabiając do tego jakąś ideologię: poświęcenia, wolnej miłości, nowoczesności, nihilizmu itd. Zarówno świętoszkowatość, jak i rozwiązłość to dwie strony tego samego problemu – braku kontaktu ze swoją seksualnością.

Jakoś nie żałuję swoich szaleństw, no, może czasami. Częściej zmarnowanych okazji, przeoczeń, zagapień...
Ja też nie żałuję niczego, nawet traumatycznych doświadczeń, bo wszystko to mnie budowało. Przez lata dzięki pracy przetransformowałam doświadczenia na zasoby, choć jasne, że poniosłam też koszty. Ożywczą moc miało odkrycie na nowo sytuacji z przeszłości, którym przypięłam etykietki „ekscesów”. Zrobiłam z nimi, co mogłam – zrozumiałam mechanizmy, odżałowałam i spisałam na straty. Aż nagle po latach pod tym wszystkim znalazłam, naprawdę jak diament w popiele, moją żywą kobiecą seksualność! I wyrastające z niej uczucia, potrzeby w samej swojej istocie niewinne i uprawnione!

Na ile więc powinniśmy realizować swoje seksualne fantazje? Seks grupowy, uwiedzenie listonosza, seks w windzie. Ach, można sobie pohulać...
Znane mi są przypadki, kiedy zrealizowane fantazje nie przyniosły niczego dobrego, tylko niesmak i poczucie winy. Fantazje mogą nam pokazać drogę do rozkoszy, pomóc poznać meandry naszych upodobań, zahamowań, lęków. To intymna sfera, więc jeśli mamy ją z kimś dzielić, odkrywać nasze tajemnice, odważyć się wyrazić pragnienia, to tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy podjąć to ryzyko. I znowu – dzielenie się tą intymnością może budować relacje, przekraczanie granic może służyć miłosnemu związkowi. Z drugiej strony to paradoks – w bliskiej relacji partnerskiej z kochaną osobą na ogół trudniej wyjść z roli. Często fascynacja seksualna inną osobą czy podniecające marzenia o seksie z nowym partnerem tak naprawdę wyrażają nasze pragnienie bycia kimś innym w łóżku. Marzymy o uwolnieniu się ze zbyt ciasnych ram – o puszczeniu, rozluźnieniu, lataniu i lekkości w łóżku. Brzmi to kusząco, ale i groźnie. Nie przypadkiem określenia „puszczać się”, „rozwiązłość”, „osoba lekkich obyczajów”, „latawica” nadają pejoratywne znaczenie swobod-nym zachowaniom seksualnym, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Na razie skupiliśmy się bardziej na niebezpieczeństwach eksperymentowania w seksie, na zagrożeniach i przestrogach. A bywa, że nowość to jest coś!
Czasami jest to sięganie po nowe możliwości. W związku tworzenie relacji seksualnej to jak wyprawa w świat i poznawanie nowych lądów, oswajanie przestrzeni. Opanowujemy terytorium, poznajemy je, eksploatujemy, a kiedy się już nim nacieszymy albo gdy czegoś nie wystarcza, pojawia się impuls, by szukać dalej. Częsty kłopot to rozbieżność – jedno chce zmiany i nowości, a drugie nie.

Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Unikać więc ekscesów seksualnych czy nie?
Na szczęście nie wszystko da się w życiu zaplanować, skontrolować, przewidzieć. Takie ekscesy, które nam się przydarzają i które nas zaskakują, mogą nam uświadomić, czego chcemy, a czego nie. Eksperymentować, poszukiwać nowego czy zadowolić się tym, co jest? Zmiana jest częścią życia, a więc balansowanie pomiędzy jednym a drugim to rozwój. Na jednym krańcu stałość, pewność i bezpieczeństwo, wszystko wiadome, przewidywalne i ze mną, i z partnerem. Na drugim – zmienność, nowe możliwości, nowi partnerzy, nowe doznania, ekscytująca niepewność, podniecające niebezpieczeństwo. A pomiędzy tyle możliwości. Jeśli odważymy się je zobaczyć!

I oto my, ludzie liberalni, niechętni konserwatyzmowi, zamieniamy się nagle w moralizatorów. Problem w tym, że bez norm i zasad rozpadnie się nasza cywilizacja.
Z jednej strony jako humanistce „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Wszystko może się zdarzyć w naszym ludzkim doświadczeniu. Mamy prawo przeżywać, odczuwać, eksperymentować i błądzić, mieć potrzeby, pragnienia, fantazje. I różne doświadczenia, nawet związane z ekscesami. Ważne, co z tym zrobimy, jak skorzystamy z tego majątku. Nic nie zwolni nas z konsekwencji naszych wyborów. Warto więc wziąć odpowiedzialność za własny seks. I zacząć go „uprawiać” jak prawdziwy, własny, cenny ogród, z miłością.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Poplotkujmy o seksie

Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość. (Fot. iStock)
W babskim gronie plotkuje się cudownie. O znajomych, dzieciach, pracy, modzie… O seksie? A jakże! Aby czerpać z tych zwierzeń jak najwięcej radości, dobrze jednak nie mówić za dużo.

Psychologowie nie mogą się nachwalić kobiecego upodobania do zwierzeń. Podkreślają, że dzięki intymnym rozmowom z przyjaciółkami kobiety rzadziej lądują na kozetce u terapeuty. Pogaduchy od serca są bowiem nie tylko przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, ale też odstresowują, pomagają uporządkować myśli i emocje oraz budują bliskość.

– Przegadując różne problemy, przekonujemy się, że na wszystko można spojrzeć z odmiennej perspektywy – potwierdza Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – A to wzbogaca nas, nasz świat i poszerza spektrum jego przeżywania.

A jeśli tematem pogaduszek staje się rzecz tak intymna jak seks? Koleżanka płynnie przechodzi od problemów w pracy do narzekania na oziębłość partnera albo opowiada z detalami o wczorajszej szalonej nocy… Jak zareagować? Odwzajemnić jej otwartość? A może skierować rozmowę na inne tory?

Pięć razy „tak”

– Na pytanie, czy rozmawiać o seksie w gronie przyjaciółek, odpowiadam: oczywiście, że tak! – mówi psycholog. – Ale radzę, by opowiadać tylko o sobie. Co lubisz, czego nie lubisz; jakie masz fantazje, jakie doświadczenia; czego się boisz, co cię pociąga, a co niepokoi. Wtedy pozostaniesz lojalna wobec swojego partnera, a jednocześnie będziesz mogła skorzystać z wszystkich profitów, jakie płyną z takich pogaduszek.

A jest ich sporo…

1. Przełamują tabu

Większość z nas pochodzi z rodzin, w których się o seksie nie rozmawiało. W niektórych nawet rodzice się nie przytulali na oczach dzieci. Jeśli zostałaś wychowana w atmosferze seksualnego tabu, prawdopodobnie masz ogromne problemy z odkrywaniem, nazywaniem i ujawnianiem swoich cielesnych potrzeb. Rozmawiając z przyjaciółkami o seksie, oswajasz ten temat, uczysz się otwartości, przełamujesz opór przed rozmowami na łóżkowe tematy.

– Plotkując o seksie, nabierasz swobody w tym temacie oraz ćwiczysz słownictwo. Pozwoli ci to później lepiej komunikować się z partnerem – uważa Anna Gawkowska. – Wiele kobiet zwykle nie wie, jak ubrać w słowa swoje sugestie czy uwagi, tym bardziej że właśnie z partnerem rozmawiać jest najtrudniej – boisz się odrzucenia albo tego, że on poczuje się zraniony. Im większy ładunek emocjonalny, tym gorzej dla takich rozmów. Z przyjaciółką jest prościej: ona wysłucha, zrozumie, przytuli. I – co chyba najważniejsze – pomoże nazwać problem.

2. Dostarczają wiedzy

Opowieści przyjaciółek są nieocenionym źródłem wiedzy o seksie. Bo skąd masz ją czerpać? Filmy? Literatura? Przedstawiają zbyt wyidealizowany obraz erotyki. Pornografia? Jednowymiarowa, bo nakierowana głównie na mężczyzn. W dodatku pokazuje fizjologiczną i psychologiczną nieprawdę. Poradniki? Czemu nie, tyle że to nadal martwy przekaz, nie możesz o nic dopytać. – Poza tym poradniki opowiadają o anonimowych osobach, a przyjaciółki o sobie, czyli o kimś realnym, kogo znasz i do kogo możesz odnieść swoje zachowania czy uczucia – dodaje Gawkowska. Relacja innej kobiety bywa na wagę złota.

3. Oswajają lęki

Twój partner ma wybujałe libido. Zaczynasz się więc obawiać, czy nie jesteś oziębła. Ale kiedy usłyszysz od przyjaciółek, że w ich związkach jest podobnie – poczujesz ulgę, pomyślisz: „nie jestem sama”.

– Nie ma nic gorszego, niż żywić jakąś obawę czy lęk i dźwigać je w samotności – mówi psycholog. – Tym bardziej że seks to dziedzina, która w dużym stopniu wpływa na naszą samoocenę. Gdy przeżywasz wątpliwości tylko wewnątrz siebie, one ogromnieją. Skonfrontowane z życiem innych, nabierają właściwych proporcji.

4. Podsuwają rozwiązania

Przyjaciółki mogą podpowiedzieć, jak one sobie z czymś radzą, na przykład jak tłumaczą partnerowi, co je najbardziej kręci, a co nie, nie raniąc przy tym jego dumy i nie zrywając bliskości. Albo co dodają do sypialnianego repertuaru, żeby znów się zrobiło ciekawie. I często podrzucają rozwiązania, na które sama byś nie wpadła.

5. Otwierają na nowe

Rozmowy to także krok w kierunku większej swobody w łóżku: pomagają przesuwać granice. Na przykład mąż namawia na seks oralny, a żona uważa, że to nie mieści się w pojęciu „normalny seks”. Jeśli podzieli się swoim oporem z koleżanką, może od niej usłyszeć: „Ja to uwielbiam, ale musiałam się przekonać”. I jeśli nawet nasza bohaterka nie zgodzi się od razu ochoczo na propozycję męża, to na pewno zacznie myśleć: „A więc to nie jest zboczenie, ludzie się tym cieszą”.

– Pod wpływem zwierzeń innych kobiet zaczynasz patrzeć na nowe pełna ciekawości, a nie obaw. Zastanawiać się nad nowymi sposobami dostarczania sobie nawzajem rozkoszy – tłumaczy Anna Gawkowska. – W sytuacjach, w których kiedyś automatycznie mówiłaś „nie!”, myślisz: „a może?”. Zaczynasz inny etap: najpierw próbujesz. Nie odmawiasz już dla zasady, ale wtedy, gdy coś ci się rzeczywiście nie spodoba.

Ostrożnie z radami

W intymnych zwierzeniach kryją się jednak i pułapki. Pierwszą z nich jest groźba, że seks z partnerem – w zestawieniu z opowieściami koleżanek – niesłusznie zacznie ci się wydawać nudny.

– Powszechnie wiadomo, że jednym z powodów niezadowolenia z życia jest skłonność do porównywania się z innymi – ostrzega psycholog. – Mam coś, co wydaje mi się fajne. Ale cóż to? Koleżanka ma fajniejsze! I już moje wydaje mi się mniej atrakcyjne, przestaje cieszyć. To dotyczy także seksu. Nie dość, że media kreują nierealne wzorce idealnego kochanka i kochanki, to presja dorównania lub nawet przebicia doświadczeń przyjaciółek może popsuć całą przyjemność uprawiania seksu.

Uważaj też, kogo obsadzasz w roli punktu odniesienia. Bo jeśli swoje obawy powierzasz dość pruderyjnej koleżance, prędzej dodatkowo cię w nich utwierdzi, niż je rozwieje, a nawet wepchnie w irracjonalne poczucie winy czy wstydu. Z drugiej strony zbyt wyzwolona powierniczka może zacząć cię przekonywać do eksperymentu, na który w ogóle nie będziesz miała ochoty, no ale jak tu dyskutować z „ekspertem”?! Zresztą, z radami bywa tak, że najtrafniejsze są w stosunku do osoby, która ich udziela. – To, co sprawdziło się w innych związkach, nie musi zadziałać w twoim – ostrzega Gawkowska. – Każdą radę warto przefiltrować przez to, jaka jesteś, jaki jest twój związek, twój partner oraz czego chcesz w łóżku.

Wszyscy mamy swoje upodobania i wszystkie są jednakowo dobre, musisz tylko zastanowić się, które są odpowiednie dla ciebie.

Bohater drugoplanowy

Nie przesadzaj z uskarżaniem się na partnera w gronie koleżanek. Zwłaszcza takich, które go znają! Może się bowiem okazać, że twoje opowieści wpłyną na sposób, w jaki będą go postrzegać.

– Jeśli zbyt często opowiadasz, że jest kiepski w łóżku, za mało czuły, nieudolny lub, co gorsza, relacjonujesz ze szczegółami jego niepowodzenia – znajome zaczną widzieć twojego męża czy chłopaka jako skończonego fajtłapę i darzyć mniejszym szacunkiem także w innych dziedzinach życia – mówi Anna Gawkowska.

„Może zamiast negatywów skupić się na pozytywach” – myślisz. – „Cóż złego w tym, że pochwalę się wirtuozerią mojego kochanka w gronie wspólnych przyjaciółek?”. Bądź ostrożna, bo zbyt częste opowiadanie o waszych łóżkowych wyczynach niepotrzebnie zbuduje wokół twojego ukochanego erotyczną atmosferę. W konsekwencji niejedna przyjaciółka może spojrzeć na niego innym, łaskawszym okiem.

I nie ufaj bezgranicznie kobiecej dyskrecji. Zwłaszcza jeśli twoje przyjaciółki to jednocześnie żony kumpli twojego partnera! Nawet proszone o dyskrecję, mogą nie oprzeć się pokusie powtórzenia twoich rewelacji swoim mężom albo nawet palnąć jakieś głupstwo w obecności twojego ukochanego. Jak pewna kobieta, która po kilku drinkach żartem powiedziała do męża znajomej „o, samochód też masz malutki…”. Towarzystwo wybuchło śmiechem, a mąż obraził się śmiertelnie. Na żonę na długo, na jej przyjaciółkę na zawsze.

– Ujawnianie intymnych szczegółów na temat twojego związku i partnera bywa ryzykowne – mówi Anna Gawkowska. – W końcu jest to coś, co powinno być waszą prywatną sprawą i nie wykraczać poza próg sypialni. Zwłaszcza zdradzanie łóżkowych wpadek kochanka świadczy o nielojalności wobec niego. Dlatego zawsze z dużym wyczuciem opowiadaj o problemach, które nie dotyczą tylko ciebie samej.

W męskiej szatni

Kobiety, rozmawiając o seksie, zwykle mówią prawdę, bo w takich rozmowach poszukują bliskości. Są też przeważnie na tyle wstydliwe, że poruszają temat, kiedy naprawdę potrzebują pogadać. Mężczyźni odwrotnie: o seksie rozmawiają z łatwością. I jest to ich ulubione pole do głoszenia własnej chwały. Szczycą się ilością, różnorodnością i częstotliwością kontaktów seksualnych. Lubią być podziwiani i by im zazdroszczono. Często, by nie stracić w oczach kolegów, chcą się wykazywać osiągnięciami, nawet jeśli nie są prawdziwe. Trudniej też przychodzi im rozmawianie o problemach w łóżku. Mężczyzna prędzej pójdzie po leki do specjalisty, niż przyzna się kumplowi do swojej niemocy.