1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Lęk singli przed trwałym związkiem

Lęk singli przed trwałym związkiem

123rf.com
123rf.com
- Zadzwonił, zaprosił mnie do siebie i jakoś tak szybko poszło. Długie rozmowy, wspólna kolacja, upojna noc ze śniadaniem do łóżka i… kompletne rozczarowanie. Nie chodzi o to, że był kiepski w łóżku. Nie było też tak, że coś mi w nim nie pasowało. Docierała do mnie myśl, że zamiast spędzać romantyczny poranek u boku tego faceta, wolałabym…

Z badań TNS Pentor na zlecenie Sympatia.pl wynika, że ponad 40 proc. polskich singli żyje w pojedynkę od ponad pięciu lat, a co siódmy nigdy nie był w stałym związku (14 proc.). Czy im dłużej żyjemy w pojedynkę, tym trudniej jest się nam ponownie związać? Czy singiel, robiąc krótkie przerwy pomiędzy związkami, ma większą łatwość wchodzenia w kolejne związki i szybciej odnajduje się w nowych relacjach - niż singiel, który jest sam kilka miesięcy czy lat?

Karolina (44 lata) ostatni raz w poważnym związku była 12 lat temu. Gdy odszedł od niej mąż, miała zaledwie 22 lata. Skupiła się więc na nauce i wychowaniu córki. Pomagali jej rodzice, więc dawała sobie radę. Sporadycznie umawiała się nawet na randki. Dawały jej poczucie, że może żyć jak zwyczajna dziewczyna. Cieszyła się, że mężczyźni wciąż się nią interesują. Potem poznała Krzysztofa - rozwodnika, samotnie wychowującego syna.

Zyskam związek, stracę...

- Na początku to były zwyczajne randki – mówi Karolina. – Najpierw co weekend, potem spontanicznie także w tygodniu. Potem, gdy jego syn wychodził na imprezy, zdarzało mi się zostać u niego na noc. Czułam się naprawdę wspaniale. Młoda, piękna i tak dalej. Córka patrzyła na mnie i mówiła, że nigdy mnie takiej nie widziała. Gdy wracałam z naszych spotkań do domu, szczypałam się, nie wierząc, jakie spotkało mnie szczęście.

Sielanka trwała kilka miesięcy. Problem pojawił się w chwili, kiedy Krzysztof zapragnął, by Karolina nie wracała już do swojego domu, tylko zamieszkała razem z nim i jego synem. Twierdził, że skoro oboje są dorośli, a ich dzieci tolerują ich związek, a same także znalazły wspólny język, to nie ma na co czekać.

- Mówił, że trzeba łapać byka za rogi, skoro jest nam razem dobrze – wspomina Karolina. – A ja, zamiast się cieszyć, myślałam o tym, że przecież coś stracę. Rozmyślałam… Że nie wrócę po pracy do swojego małego mieszkanka i nie zaparzę sobie rytualnie swojej ulubionej herbaty. Że moje książki, które zawsze stoją w tym samym miejscu, wylądują gdzieś upchnięte na regale pomiędzy jego książkami. Że być może mój rozrzucony szlafrok będzie mu przeszkadzał, a ja lubię, jak wieczorem czeka na mnie na moim ulubionym fotelu. I że mimo wszystko to nie będzie mój dom, mój przytulny kąt...

W Polsce nikt nie chce być singlem!

Jak wynika z badania zrealizowanego przez TNS Pentor, wolność, niezależność i swoboda, których tak bardzo bała się utracić Karolina, to najczęściej wymieniane przez singli zalety życia bez stałego partnera (wskazało je aż 41 proc. respondentów).

My, czyli ja i moja samotnia

Karolinę do zamieszkania z nowym partnerem namawiała nawet córka. Wszyscy zapewniali, że na pewno świetnie im się ułoży. Bez skutku. Krzysztof uznał, że jest "zbyt młody na to, by być sam, ale zbyt stary na zwykłe randkowanie". Karolina potraktowała to jak ultimatum, któremu nie była w stanie sprostać. Cierpiała, ale nie prosiła Krzysztofa o czas. Córka też w końcu przestała naciskać.

– W złości powiedziała: "jak za długo będziesz sama, to nikt już cię potem nie zechce" – wspomina Karolina. – Gdy zauważyłam, że jej słowa wcale mnie nie bolą, zrozumiałam, że po tylu latach chyba z tą samotnością jestem już za pan brat, wręcz ją lubię. Czułam, że ani za rok, ani za dwa, nie będę chciała tak na zawsze zostawiać swojej samotni.

Związek Karoliny i Krzysztofa nie przetrwał tej próby…

Przed czym uciekam?

Czy Karolina nie potrafiła postawić na związek, bo zbyt długo była sama? Czy nie potrafiła zrezygnować z dotychczasowego życia, bo po latach zrobiło jej się w nim "wygodnie", czy może pamiętając historię sprzed lat, chciała uchronić się przed kolejnym rozczarowaniem?

- Sama wielokrotnie pytałam samą siebie, przed czym właściwie uciekam – przyznaje i wciąż nie znajduje odpowiedzi.

Historia Karoliny nie jest odosobniona. I jak pokazuje opowieść kolejnej bohaterki, 27-letniej Eli, nie zawsze chodzi o wiek czy negatywne doświadczenia z przeszłości. To Ela zakończyła ostatni związek. Po trzech latach uznała, że oboje mają inne cele w życiu. Nie było kłótni ani płaczu. Był żal, że nie wyszło i chęć jak najszybszej ucieczki od czegoś, co ją – jak twierdzi – ograniczało…

Kompletne rozczarowanie

- Fakt, bardzo chciałam z kimś być – przyznaje Ela. – Na początku byłam pełna optymizmu i rozglądałam się za jakimś fajnym facetem. Koleżanki podtykały mi pod nos swoich kolegów, ale nikt nie robił na mnie specjalnego wrażenia. Po paru miesiącach przestałam chodzić na randki. Nic na siłę.

Potem Ela poznała Radka, którego znała od dawna. Spotkali się przypadkowo na imprezie w klubie, potem na kolejnej.

- W końcu zadzwonił, zaprosił mnie do siebie i jakoś tak szybko poszło – przyznaje szczerze. – Długie rozmowy, wspólna kolacja, upojna noc ze śniadaniem do łóżka i… kompletne rozczarowanie. Wcale nie chodzi o to, że był kiepski w łóżku. Nie było też tak, że coś mi w nim nie pasowało. Nie poczułam po prostu, że było mi to wszystko do czegoś potrzebne. Gdy on krzątał się po domu, cały w skowronkach, do mnie docierała myśl, że - zamiast spędzać romantyczny poranek u boku tego faceta - wolałabym się obudzić u kumpeli. A potem przez pół dnia, z potarganymi włosami, jeść zupki chińskie, gadać i wygłupiać do woli.

Ela przyznaje, że może i chciałaby kogoś poznać, ale przez to, że świetnie poukładała swoje samotne życie, nie tęskni tak naprawdę za stałym związkiem. Skupia się po prostu na innych rzeczach. Z badań zrealizowanych dla Sympatia.pl wynika, że single do 34 roku życia z jednej strony - częściej niż osoby ze starszych kategorii wiekowych - uważają, że żyjąc w pojedynkę, żyje się łatwiej. Z drugiej strony jednak - właśnie ta grupa singli najbardziej przekonana jest, że ludzie nie powinni żyć długo w pojedynkę. Ogółem, twierdzi tak 67 proc. ogółu Polaków oraz 56 proc. singli.

Wypaść z obiegu

Podobnie myśli 39-letnia Justyna. Była w kilku krótkich związkach, ale potem nastąpił zwrot ku karierze. Decyzję o związku czy założeniu rodziny odłożyła na potem. Jak przyznaje, chciałaby jeszcze kiedyś stworzyć związek. Uważa, że nie zapomina się tego, jak się kogoś kocha. Obawia się jednak tego, że zapomniała już, jak to jest z kimś być i dla kogoś się poświęcać.

- A najgorszą rzeczą są randki po latach – przyznaje. – Samo słowo „randka" sprawia, że zaczynam się stresować. Ostatni raz na randce byłam jakieś 15 lat temu. I co, teraz, przy czterdziestce mam się zachowywać jak wtedy? Stroić, łasić, uśmiechać? Kompletnie siebie w tym nie widzę. Czytałam o kobietach, które nie mają z tym problemu w żadnym wieku, ale wydaje mi się, że one po prostu mają wprawę, a ja przez te lata wypadłam z obiegu.

Z kolei Gosia, która żyła w nieudanym małżeństwie, im dłużej jest sama, tym bardziej docenia ten stan.

- Od śmierci męża mijają dwa lata. Nasz związek nie należał do udanych. Bardzo dużo czasu zajęło mi rozliczenie się z przeszłością. Na tyle długo, że przyzwyczaiłam się do samotności. Jestem i zawsze byłam samodzielną, niezależną osobą. To na moich barkach leżał obowiązek utrzymania i zadbania o rodzinę. Nie czuję samotności. Rodzina, praca, hobby, znajomi wypełniają cały mój czas (…) Gdy obserwuję moich znajomych i wysłuchuję ich żali, przypominam sobie swoje małżeństwo i cieszę się, że jestem sama.

Nie wpaść do obiegu…

Problem nie dotyczy tylko kobiet. Zdarza się, że to mężczyźni, którzy od długiego czasu żyją jako single, obawiają się nawet randek. Szczególnie cierpią jednak ci, którzy jeszcze nigdy nie byli w poważnym związku i od kiedy pamiętają, są sami…

- Nawet, jeśli jakimś cudem udałoby mi się nawiązać jakiś kontakt z dziewczyną, to obawiam się, że nic tego nie będzie – wyznał na forum 31-latek. – Boję się, że mój brak obycia z kobietami i brak doświadczenia mnie pogrąży. No, bo przecież jak to? Facet, 31 lat, a nigdy nie miał dziewczyny, nie całował się? To musi być jakiś wyrzutek, brzydal, aspołeczny itd. Wiem, że kobiety myślą o takich facetach mniej więcej tak: "To jakaś ciapa, która nawet nie umie sobie znaleźć dziewczyny". Nie wyobrażam sobie, jak miałbym pierwszy raz całować się z dziewczyną w tym wieku. Strach przed kompromitacją jest ogromny. A o seksie to nawet nie wspomnę. Nie pomogą tu nawet żadne poradniki (…) Jest mi już wszystko jedno. Choć w głębi duszy jest jeszcze cień nadziei.

- Odczytuję to jako pewien mechanizm obronny - mówi Agata Wilska, ekspertka portalu Sympatia Plus, psycholog, prowadząca indywidualną pomoc psychologiczną i psychoterapię. - Kiedy nam na czymś bardzo zależy - a tego nie mamy lub nie wierzymy, że możemy to od świata dostać - tylko będąc odważnym i dojrzałym przyznamy, że to boli. Łatwiej jest trochę siebie pooszukiwać i powiedzieć, że nam nie zależy, że nie chcemy, że to nasza autonomiczna decyzja, że tak jest lepiej. To mechanizm obronny przed bólem i zranieniem. Szkoda, bo niestety w życiu często bywa tak, że jeśli wierzymy, że nam się uda - mamy rację, a jak nie wierzymy – to też mamy rację…

W podobnym tonie wypowiada się ~tom, który nie był nigdy w związku. Jednak on, głównie ze względu na głęboko zakorzenione kompleksy, nie planuje tego ani nie ma na niego nadziei także w przyszłości.

- Powód mojego wyboru jest bardzo prosty. Chociaż nigdy nie związałem się z żadną dziewczyną, to wiem, że ja do związku się nie nadaję (...) To intuicja, jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi, że ja jestem inny, nie potrafię dzielić się szczęściem. Mam już prawie 30 lat, a taki wiek do czegoś zobowiązuje i o czymś świadczy. O mnie świadczy tylko negatywnie, bo nie mam nic. Nie mam nawet samochodu. Dodatkowo jestem tzw. trudnym człowiekiem. Taki sam jest mój ojciec i wiem, jak moja matka całe życie męczy się z nim (...) Zawsze byłem sam, uciekałem od kobiet, może nawet zacząłem się ich bać, bo - pomimo mojego wieku - brak obycia i doświadczenia stawał się coraz bardziej wyraźny, a to odpycha...

Kto ma zatem większą szansę na nową relację - singiel, który był już w związkach i ma spore doświadczenie w ich tworzeniu, czy singiel, który był w jednym lub żadnym związku i który właściwie nie wie jeszcze, czym jest poważny związek?

- Generalnie pewnie ten pierwszy - stwierdza Agata Wilska. - Chyba że ma za sobą bardzo trudne doświadczenia i na ich podstawie podjął świadomą, lub nieświadomą, decyzję, że nie chce wchodzić w kolejny związek. Ale tak, jeśli mamy za sobą doświadczenia flirtu, uwodzenia, wchodzenia w intymną relacją, doświadczenia bliskości, etapów związku i także rozczarowań, bólu rozstań – jest nam łatwiej, ponieważ nabywamy umiejętności i odporności. Osoby, które nigdy w związku nie były, mają na jego temat głównie wyobrażenia, często mylne. Mają duże wymagania, boją się rozczarowania, bo nie są na nie uodpornieni. Nie mają doświadczenia bólu, który jednak potem mija. Poza tym ci drudzy z reguły są mocno spięci z powodu swojego braku doświadczenia, a to nie sprzyja wchodzeniu w relację.

Nie chcemy, czy nie potrafimy kochać?

Z badania Pentora dla Sympatia.pl wynika, że ponad połowa singli w ogóle nie szuka obecnie partnera, a powodem ich niechęci jest brak potrzeby nawiązywania bliskich relacji z drugą osobą (element szczególnie często wymieniany przed singli "wdowców") oraz obawa przed zranieniem i przykre doświadczenia z przeszłości (powód częściej wskazywany przez singli "z wyboru").

- Z moich obserwacji wynika, że przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele - mówi Agata Wilska. - Przyzwyczajenie do bycia samemu, własne rytuały, z których nie chcemy rezygnować, obawy i lęki przed zmianą, rozczarowaniem, konieczność pokonania ograniczeń, wstydu, rosnące wymagania wobec partnera i związku etc. Istotnym pytaniem jest, co my robimy w tym czasie, kiedy jesteśmy sami. Co my robimy ze sobą i innymi. Singiel, który nie ma kontaktu z ludźmi i głównie ogląda seriale i komedie romantyczne, ma małe szanse na stworzenie udanego, dojrzałego związku. Ale jeśli singiel jest w różnych relacjach, czas samotności wykorzystuje na poznanie siebie – jego sytuacja wyjściowa do związku też jest inna.

Pytanie, czy żyjąc dłuższy czas jako singiel, można tak na dobre przestać czuć potrzebę życia w związku? I czy z obawy przed rozczarowaniem warto rezygnować z szukania szczęścia w nowym związku, czy może warto ryzykować? I nawet, jeśli coś pójdzie nie tak – przeżyć coś pięknego?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe. 

  1. Seks

Seks nie ma daty ważności

Rodzimy się seksualni i umieramy seksualni. Wiek jest wtórny, ważniejsze są nasze decyzje. (Fot. iStock)
Rodzimy się seksualni i umieramy seksualni. Wiek jest wtórny, ważniejsze są nasze decyzje. (Fot. iStock)
Mimo upływu lat nie warto rezygnować z przyjemności, jaką daje fizyczna intymność. Zwłaszcza że seks wprawia w euforię i „daje kopa” do działania. O znaczeniu seksualności w dojrzałym wieku mówi sex coach Marta Niedźwiecka.

W jakim wieku człowiek przestaje myśleć o seksie? W zasadzie powinnam odpowiedzieć na to pytanie przewrotnie. Ludzie, ujmując nas bardzo ogólnie, nie przestają myśleć o seksie do samego końca. Problem w tym, że w pewnych kulturach dość szybko, przedwcześnie, przestają o nim mówić, przestają go uprawiać. I wtedy zaczyna się ich starość. Tymczasem rodzimy się seksualni i umieramy seksualni. Wiek więc jest wtórny, ważniejsze są nasze decyzje.

Sądząc po filmach i kolorowej prasie, można by przypuszczać, że najpóźniej koło pięćdziesiątki pożądanie umiera. Wszyscy kochankowie są młodzi, piękni i zdolni do ekwilibrystyki w łóżku... Popkultura jest źródłem wielu nieporozumień, a nawet wypaczeń w naszej seksualności. Dojrzałych osób nie przedstawia się jako namiętnych, kochających, pożądających, utrwalając w ten sposób mylne przekonania, że seks jest jedynie dla młodych ludzi. Oczywiście z wiekiem niektóre aspekty seksualności mogą, choć nie muszą, przysparzać dodatkowych wyzwań, ale to nie oznacza, że na seksie jest umieszczony termin ważności. Co więcej, aktywność seksualna w wieloletnich relacjach wpływa zarówno na dobre samopoczucie psychiczne partnerów, jak i na trwałość relacji. Zatem nie warto wycofywać się z seksu z byle powodu, takiego jak ukończenie czterdziestego czy pięćdziesiątego roku życia. Wraz ze starzeniem się społeczeństw Zachodu pojawia się coraz większe zrozumienie, że nieobecność seksu osób dojrzałych w mediach, brak wiedzy i stereotypowe myślenie bardzo negatywnie wpływają na życie psychoseksualne seniorów.

Faktem jest jednak, że z wiekiem organizm narzuca nam pewne ograniczenia. Co wtedy? Są dwa aspekty starzenia się i seksualności. Pierwszy to taki, że zarówno akt seksualny, jak i w ogóle aktywność w tym obszarze mogą być związane z dyskomfortem na przykład wywołanym trudnościami z erekcją albo schorzeniami, które pośrednio wpływają na możliwości seksualne: cukrzycą, nadciśnieniem, chorobami układu kostno-stawowego. I tutaj równie ważne co osobiste nastawienie jest wsparcie lekarzy czy terapeutów. Rzetelne informacje na temat kondycji, w jakiej dana osoba się znajduje, czy środków, którymi może się posługiwać, by sobie pomóc. Tymczasem w Polsce seksualność osób dojrzałych jest tematem wstydliwym nawet w gabinetach. Drugi aspekt wiąże się z tym, że osoby dojrzałe same wycofują się z życia seksualnego pod dowolnym pretekstem: bo kręgosłup pobolewa, bo nie mamy siły na erotyczne figle. Obu tym postawom zdecydowanie sprzyja brak rzeczowej wiedzy oraz pustka kulturowa, o której już wspominałyśmy. Na to nakłada się brak pozytywnych punktów odniesienia. Mało kto zna dojrzałą parę, która cieszy się życiem seksualnym i może posłużyć za osobisty wzorzec modyfikujący nasze zachowania. Dlatego też, jeśli sami się starzejemy, to jesteśmy bardziej skłonni widzieć zmierzch seksu jako nieuchronny.

Chciałabym zaznaczyć bardzo ważną sprawę: starzenie się kończy seks postrzegany jako penetrację waginalną. Wpływają na to zarówno zmiany po stronie mężczyzn, czyli nasilające się zaburzenia erekcji, jak i zmiany fizjologiczne u kobiet – niedobory hormonalne, suchość pochwy i inne. Jednak seks to nie tylko penetracja waginalna i nie zawsze prowadzona penisem. Dojrzali kochankowie, nawet jeżeli czasowo nie mogą uprawiać tradycyjnego seksu, wiedzą, jak wspomagać się zabawkami, lubrykantami, jak korzystać z innych form pieszczot i stymulacji.

Z jakimi – poza fizycznością – problemami w seksie spotykają się najczęściej dojrzali partnerzy? Jednym z najpoważniejszych jest zmiana wewnętrznego obrazu ciała. Ponieważ żyjemy w kulturze zdominowanej przez obrazy młodości, mamy wrażenie, że tylko młodzi, piękni ludzie zasługują na udane życie seksualne. Wiele osób, jeszcze nim zdąży się zestarzeć, doświadcza problemów związanych z lękami o wygląd ciała, atrakcyjność. To od nich uzależniają bycie przyjętym przez partnera, szanse na wzbudzenie podniecenia seksualnego. Naturalne zmiany w ciele, na przykład wywołane menopauzą, potrafią brutalnie zniszczyć samoocenę kobiet. Mężczyźni z kolei zmagają się z kryzysem męskości rozumianej jako sprawność seksualna. Na psychikę osób dojrzałych negatywnie wpływają także choroby, odchodzenie bliskich osób. W tym czasie należy szczególnie troszczyć się o swój dobrostan.

Jakie znaczenie ma seks dla dojrzałych partnerów? Seks dosłownie przeciwdziała starzeniu się – nie tylko ciała, ale i ducha. Hormony wydzielane w czasie udanego aktu seksualnego działają pobudzająco i euforyzująco. Bliskość emocjonalna, którą buduje udane życie seksualne partnerów, jest bezcenna na tym etapie życia i przeciwdziała depresji. W zasadzie można powiedzieć, że pielęgnowanie udanego życia seksualnego w wieku dojrzałym jest odpowiedzią na niemal wszystkie wyzwania emocjonalne, z którymi borykają się ludzie po przekroczeniu umownego progu, jakim jest sześćdziesiąty rok życia.

Jakie sfery seksualności mogą rozwijać seniorzy, żeby czerpać radość z seksu nawet w późnym wieku? Przede wszystkim należy zadbać o własne nastawienie. Jeśli uznamy, że seks jest ważny, że służy nam i naszej relacji, że coś dzięki niemu zyskujemy, to zechce się nam podejmować działania. Jednym słowem dobra motywacja pozwoli się zmobilizować, pomimo że trzeba będzie znieść na przykład dyskomfort rozmowy z lekarzem o problemach zdrowotnych albo podjąć wysiłek i czytać książki czy szukać inspiracji gdzie indziej. Zdecydowanie warto poświęcić czas na znalezienie pozaseksualnych aktywności, które przynoszą nam poczucie szczęścia i spełnienia. Tylko uwaga: nie chodzi o opiekę nad wnukami albo sprzątanie! Raczej o podróże, lektury, spotkania z ludźmi. Działania, które angażują emocjonalnie, wspierają poczucie własnej wartości, angażują zmysłowo. Najlepiej, by partnerzy interesowali się nimi wspólnie, bo to znakomity punkt wyjścia w budowaniu napięcia erotycznego. Dużo lepiej będzie się myślało o wspólnej nocy w czasie romantycznej wycieczki zakończonej dobrą kolacją niż po całym dniu przebywania w domu. Bezcenne jest oczywiście pielęgnowanie umiarkowanej aktywności fizycznej, która nie tylko wspiera utrzymanie dobrostanu, ale także pomaga zachować dobrą kondycję seksualną.

Czy wiesz, że?

Suchość pochwy powoduje dyskomfort w okolicach intymnych związany z brakiem wilgotności w pochwie, u jej wejścia oraz w obszarze sromu. Czasami towarzyszy mu  pieczenie, swędzenie czy nawet ból albo wrażenie pulsowania i ucisku w pochwie. Te nieprzyjemne objawy mogą pojawiać się nie tylko w czasie stosunku i bezpośrednio po nim, często występują także podczas chodzenia, jazdy rowerem czy noszenia obcisłych ubrań.

W okresie okołomenopauzalnym spada poziom estrogenów i ścianki pochwy stają się cieńsze, mniej elastyczne i nawilżone, a wagina jest bardziej wrażliwa na różnego rodzaju bodźce, więc problem suchości pochwy najczęściej dotyka kobiet po 45. roku życia.

Najczęściej, ale nie tylko - dolegliwość może wiązać się także z operacją jajników, karmieniem piersią czy przyjmowaniem pigułek antykoncepcyjnych. Problem mogą także wyzwolić wahania hormonów, niektóre schorzenia przemiany materii, leki, radioterapia przy chorobach nowotworowych czy zwykły stres.

Po zauważeniu objawów suchości pochwy kobieta powinna przede wszystkim porozmawiać z lekarzem, ponieważ skuteczna kuracja zależy od przyczyny dolegliwości.

Kobietom w wieku okołomenopauzalnym Północnoamerykańskie Towarzystwo Menopauzy (North American Menopause Society) zaleca w pierwszej kolejności stosować produkty niehormonalne w postaci kremu lub żelu. Ważne, by wybrana metoda przywróciła kobiecie dobre samopoczucie i pozwoliła cieszyć się pełnią życia, także seksualnego.

  1. Psychologia

Co znaczy „kocham”? Dlaczego kobiety i mężczyźni rozmijają się w oczekiwaniach? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Tylko wzajemna miłość gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w ciężkich czasach. A o nią trudno. (fot. iStock)
Tylko wzajemna miłość gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w ciężkich czasach. A o nią trudno. (fot. iStock)
Co to znaczy, kiedy współczesna kobieta albo współczesny mężczyzna mówią „kocham”? Gdzie się w tym uczuciu i oczekiwaniach rozmijamy? Czy nadal królewicz pocałunkiem budzi śpiącą królewnę? Czy już tylko królewna całusem może zamienić żabę w księcia? Kto kogo uczy miłości? Kiedy nadejdzie era szczęśliwie kochających się ludzi – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Kiedy współczesny mężczyzna mówi „kocham”, to co ma na myśli? Ślub, dzieci, dom, niedzielny obiad u teściowej? Czy może nawet nie oznacza to ochoty na wspólne zamieszkanie? A co ma na myśli kobieta, kiedy mówi „kocham”? W odpowiedzi na tak postawione pytania nie sposób uciec od nieuprawnionych uogólnień. Ja tego nie lubię, bo jako psychoterapeuta wiem, że ludzie się bardzo różnią. Ale spróbuję powiedzieć o miłości statystycznych młodych mieszkańców dużych miast. Sprawa i tak jest skomplikowana. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, wypowiadając „kocham”, wyrażają różne uczucia i motywacje – zależnie od poziomu świadomości i dojrzałości. Może im chodzić o to, że: a) żyć bez ciebie nie mogę – jesteś jedyną treścią i sensem mego istnienia, tylko z tobą czuję się bezpiecznie; b) jesteś mi niezbędna, abym się dobrze czuł i żeby mi było przyjemnie; c) potrzebuję cię jako uzupełnienia, ozdoby, świadectwa mojego prestiżu, władzy i powodzenia; d) niczego od ciebie nie potrzebuję ani nie oczekuję – wystarczy, że jesteś i otwierasz mi serce, że czynisz mnie osobą kochającą; e) ja i ty jesteśmy jak dwie ręce tej samej osoby – to, co przydarza się tobie, przydarza się mnie, ja jestem tobą, ty jesteś mną, ręka ręki nie skrzywdzi; f)
jesteśmy jak góra i dolina; nawzajem powołujemy się do istnienia. Stwarzając ciebie, tworzę siebie – a ty, tworząc mnie, stwarzasz siebie. W istocie jesteśmy nierozerwalną jednością. Nie ma między nami różnicy, nie ma między nami relacji.

Która z tych miłości jest najczęściej spotykana?
Nasza codzienna miłość to koktajl tych składników. Z moich obserwacji wynika, że najbardziej popularny przepis na ten odurzający napój to: a – 10 proc., b – 35 proc., c – 50 proc., d – 3 proc., e – 2 proc. Składnika „f” tu nie odnajdziemy, bo to już bardzo trudno dostępne przeczucie miłości mistycznej, zwanej komunią. Jak więc widać, najwięcej w tym, co nazywamy miłością, niemowlęcego pragnienia bezpieczeństwa (a), poszukiwania przyjemności (b) i narcyzmu (c). Tymczasem w sensie właściwym miłość zaczyna się dopiero od poziomu „d”. To, co wcześniejsze, nazywane bywa miłością, ale jest jedynie uzależnieniem i uwikłaniem – skutkującym uprzedmiotowieniem i zawłaszczeniem partnera. Być może trzeba więc młodym oddać sprawiedliwość, że boją się używać słowa „kocham”, intuicyjnie przeczuwając, że ich uczucie nie dorasta jeszcze do słowa „miłość”.

Komu łatwiej to słowo powiedzieć – kobietom czy mężczyznom?
Wyrażanie miłosnych uczuć ciągle jeszcze łatwiej przychodzi kobietom. Mężczyźni są odcięci od uczuć, a więc rzadko do końca pewni, co czują, dlatego boją się długotrwałych związków i zobowiązań. Pewni mogą być, że pragną, że są zafascynowani, że chcieliby mieć – ale „kocham...” nie tak łatwo powiedzieć. Mężczyźni często boją się prawdziwej bliskości z kobietami. Zapewne dlatego, że coraz częściej są wychowywani przez samotne matki, które zbyt wiele oczekiwały i wymagały od synów. Dlatego gdy ci dorosną, pozostają w emocjonalnym dystansie do kobiet, obawiają się, że te zafundują im tak samo trudną sytuację: dużo wymagań i wieczne rozczarowanie. Zadeklarowanie miłości to też, według męskich przekonań, utrata poczucia kontroli nad życiem – inicjatywę przejmują narzeczona i przyszła teściowa. Co więcej – nawet ci odpowiedzialni mężczyźni zdają się nie wiedzieć, że miłość jest uczuciem, które w relacji może się rozwijać i dojrzewać, osiągając coraz bardziej wolne od egocentryzmu i narcyzmu poziomy (d, e, f ). Zdarza się, że po latach starań doświadczamy głębokiego sensu i znaczenia miłości – i wtedy własnym istnieniem wspieramy i wyrażamy moc, dzięki której nadal istnieje ten świat. Nieistotne, czy w niedzielę gotujemy rosół, czy jemy sałatkę z kiełków, mamy dzieci, czy piszemy książki. Byle obie strony robiły coś, co budzi ich współczujące serca z egocentrycznego transu. Byle byśmy przypominali sobie codziennie, że drugi człowiek nie może nas uszczęśliwić ani zbawić. Choć może stanowić skuteczny katalizator naszej wewnętrznej przemiany.

Biorąc więc te wszystkie komplikacje pod uwagę, można przypuszczać, że jeśli współczesny mężczyzna odważy się powiedzieć: „kocham”, to raczej nie żartuje. Oczywiście, wyłączamy z naszych rozważań tzw. kłusowników, którzy w sprawie miłosnych wyznań zachowują się cynicznie.

W serialu „Teoria wielkiego podrywu”, gdy jeden z bohaterów, Leonard, mówi swojej dziewczynie: „kocham cię”, ta z nim zrywa.
Wygląda na to, że to była – na tę chwilę – uczciwa odpowiedź. Tak samo postąpił Kopciuszek na balu. W poprzednich pokoleniach kobiet popularna była strategia: „Rozkochać go, samej zachować dystans, bo wtedy mam nad nim przewagę i mniej będzie bolało, gdy odejdzie”. Związkowi nie wróżyło to nic dobrego. Współczesne dziewczyny uciekają przed „kocham cię” nie dlatego, że nic do mężczyzn nie czują. Potrafią kochać i potrzebują być kochane tak samo jak mężczyźni. Ale im bardziej chcą, tym bardziej się boją, bo nie dość było w ich dzieciństwie i dorastaniu ojcowskiej obecności i miłości. Ojcowie zdradzili je ze swoją pracą, pasją, ze swoim uzależnieniem, z ukochanym samochodem czy drużyną piłkarską, z rywalką matki, z dziećmi z innego związku. Stąd nabrały przekonania, że nie zasługują na miłość, wierność i lojalność partnera. I jak tu szczerze i odważnie kochać? Aż się prosi o jakąś asekuracyjną strategię.

I dlatego uciekają? Nie dlatego, że chcą robić karierę, być wolne seksualnie, zapisać się na kurs wspinaczkowy?
Decyduje wspomniany syndrom Kopciuszka. „Skoro mój ojciec mnie nie kochał, to jakim cudem obcy facet kocha? Skoro ten, który w naturalny sposób jest do tego zobowiązany, nie znalazł we mnie nic godnego miłości, to temu facetowi coś się pomyliło… Muszę uciekać, zanim się wyda, że nie jestem królewną, tylko Kopciuszkiem”. Kariery, kursy, fakultety pełnią tu często funkcję szytej w pocie czoła, efektownej sukni mającej zachwycić księcia. Stosunek kobiet do mężczyzn musi być niejednoznaczny, skomplikowany i zmienny, jeśli czuły się niekochane przez ojców. Dlatego tak im trudno zaryzykować, otworzyć się i wytrwać w miłości i wierze...

Skoro nie ufamy i nie wierzymy, przydałby się nam jakiś test, próba uczuć. Kiedyś ona rzucała rękawiczkę między tygrysy. I jeśli on ją przyniósł, to znaczyło, że kocha, jest prawdziwym facetem i warto z nim rozmawiać o wspólnym życiu…
Nasza tendencja do życia w złudzeniach nasila się i kobiety boją się poddać mężczyzn próbie. Wolą żyć w złudzeniach, że mu zależy, że pokocha po pierwszej wspólnej nocy. Poza tym część kobiet znających obowiązujący przepis na bycie kobietą niezależną znalazła się w klinczu. Poddanie mężczyzny próbie świadczyć mogłoby o tym, że kobiecie zależy, by wybrać najlepszego i być wybraną przez najlepszego. A zgodnie z przepisem na kobietę wyemancypowaną ona sama powinna wyjąć rękawiczkę z klatki tygrysa, zanim jakiś zapóźniony w rozwoju wewnętrznym szaleniec zechciałby popisać się przed nią odwagą i refleksem. W przeciwnym razie kobieta zasłużyłaby na zarzut wysługiwania się mężczyzną, co prowadzi wprost do utrwalania patriarchalnych stereotypów o słabej płci potrzebującej męskiego wsparcia.

W miastach jest deficyt facetów, więc jak tygrys naszego pożre, to skąd weźmiemy nowego? A jak go chapnie, będzie kłopot: szpital, rehabilitacja i znów wszystko na kobiecej głowie!
No widzisz. Macierzyńska, litościwo-pobłażliwa postawa kobiet wobec mężczyzn staje się powoli standardem. Jeszcze jedno odwrócenie ról. Paradoks i niebezpieczeństwo tej strategii polega na tym, że ochranianie mężczyzn też im szkodzi. Dowodem jest to, że mężczyzn ubywa także wśród mężczyzn. Więc może lepiej na razie poddawać mężczyzn trudnym próbom. Próbą nie może jednak być drogi prezent, bo jak drogi prezent dorównałby zmierzeniu się z tygrysem?

Ale czy współczesny mężczyzna poszedłby po tę rękawiczkę?
Może być z tym kłopot. Coraz więcej mężczyzn w sprawach męsko-damskich przyjmuje strategię kobiecą: „Niech ona pokaże, że jej zależy, niech mnie poderwie. Nie będę musiał się uczuciowo deklarować. Strzelę focha i wyjdę przed śniadaniem”. Ale odwracanie ról i sprawdzanie, kto jest bardziej zaangażowany, nie ma nic wspólnego z miłością. To sposoby na unikanie jej. Dlatego coraz więcej jest singli, a słowo „kocham” wychodzi z użycia. Masowo pojawia się tylko na portalach randkowych, bo wirtualnie zakochujemy się śmiało i bez umiaru. Łatwo pokochać swoje marzenia i wyobrażenia. Dlatego wirtualnie zakochani nie chcą spotykać się w realu. Miłości jest coraz trudniej na tym świecie, ale jak się już pojawi, to klękajcie narody, bo też jest coraz mniej obyczajowego i zwyczajowego wsparcia dla związków. Obie strony są niezależne, każda ma swoje pieniądze, mieszkanie, karierę. Jeśli więc są razem, to prawie pewne, że się kochają.

Kochają, bo już niczego więcej od siebie nie chcemy jak tylko miłości. Ale czy mężczyźni też chcą kochać i być kochani?
Większość mężczyzn wbrew pozorom ma trudne życie. Stali się więźniami własnego mitu. Przeżywają zamieszanie związane z końcem patriarchatu, wyemancypowanie się kobiet. Tracą atrybuty, które stanowiły o ich przewadze i atrakcyjności. Muszą się starać, bo sam fakt posiadania męskich genitaliów już ich nie nobilituje. Często czują się przegrani i opuszczeni – potrzebują czuć się kochani i doceniani. Tylko wzajemna miłość gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w ciężkich czasach. A o nią trudno. Kobietom też nie jest łatwo. Z jednej strony mają dość stylu macho i mężczyzn, którzy rządzą. Z drugiej – gdy ich mężczyzna traci pracę, nie ma pieniędzy, nie ma co ze sobą zrobić, siedzi w domu i gotuje, sprząta, zajmuje się dzieckiem, kobieta ma go dosyć już po paru miesiącach. Mężczyźni nieporównanie dłużej wytrzymują z kobietą pracującą w domu. Tę nierówność trzeba szybko zlikwidować.

Kiedyś to książę całował księżniczkę i ona budziła się do miłości. A jak to jest dzisiaj?
To niebezpieczny, patriarchalny mit, który przypisuje mężczyźnie zbyt wiele mocy. Śpiąca królewna była nieszczęśliwym dzieckiem, które zwątpiło w to, że może być kochane. Usnęła ukłuta wrzecionem, które dostała od kobiety. Czyli uśpił ją tradycyjny międzypokoleniowy przekaz – nomen omen – po kądzieli: „Nie czuj, nie marz, nie bądź”. I żaden książę jej nie obudzi, a na wpół obudzona zamęczy go, nie wierząc w jego miłości i sprawdzając na tysiące sposobów. Ta bajka utwierdza mężczyzn w nieprawdziwym i niebezpiecznym przekonaniu, że jak szczerze pokochają śpiącą, niezdolną zaryzykować miłość kobietę, to ona otworzy swoje serce i podbrzusze. Niestety, śpiąca królewna musi się sama emocjonalnie obudzić. Dlatego bajkę należy odczytywać jako dramat toczący się we wnętrzu kobiety. Książę jest męskim aspektem jej samej – Amorem, animusem, a więc dopiero gdy sama siebie pokocha, będzie w stanie uwierzyć w miłość księcia i odpowiedzieć na nią.

Ważną bajką na okoliczność ewentualnej ery dogmatycznego feminizmu jest opowieść o kobiecie, która w ciemno, szczerze całuje żabę i przemienia ją w księcia. Z pewnością nie była to śpiąca królewna. Ona nie miałaby takiej mocy. Ale tu się bajki kończą. Świat jest pełen męskich żab, a kobiety są nadal śpiącymi królewnami. Pocałunek żaby nie obudzi śpiącej królewny, pocałunek śpiącej królewny nie obudzi żaby. Czas najwyższy to zrozumieć i zaprzestać wzajemnych pretensji i nierealistycznych oczekiwań. Brakuje odważnych, pełnych miłości i wiary kobiet, które mogłyby masowo odczarowywać męskie żaby, a także szlachetnie napalonych i w pełni sprawnych książąt, którzy byliby gotowi podjąć trud obudzenia armii śpiących królewien. Każdy z podgatunków musi się najpierw sam ze sobą dogadać. Mężczyzna musi na nowo poznać, zrozumieć i zaakceptować siebie, by być gotowym do miłosnej relacji z kobietą.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Seks

Seks osób dojrzałych

Granica miedzy „nadal młodzi” a „seniorzy” jest płynna, a obszar, który wyznacza, z czasem staje się coraz większy. (Fot. iStock)
Granica miedzy „nadal młodzi” a „seniorzy” jest płynna, a obszar, który wyznacza, z czasem staje się coraz większy. (Fot. iStock)
Seniorów nie ma na zdjęciach przy seksualnych tematach. Niewiele jest porad, inspiracji, jeszcze mniej przestrzeni dla wyrażania seksualności osób dojrzałych

Kiedy się zaczyna seks seniorów? Gdy osiwiejemy? Może po menopauzie, gdy mówimy o kobietach? A jak to jest z mężczyznami? Może ten moment nadchodzi, gdy dorosłe już dzieci wyprowadzą się od nas z domu. Tylko że wtedy mamy jeszcze przed sobą mnóstwo czasu. Granica miedzy „nadal młodzi” a „seniorzy” jest płynna, a obszar, który wyznacza, z czasem staje się coraz większy. Żyjemy dłużej, w lepszej kondycji, chcemy od życia więcej niż dostawali nasi dziadkowie. Jak przy tej okazji wyjść poza przekonania, że w „pewnym wieku seks już nie uchodzi”.

Dojrzała seksualność

Na jednym z moich warsztatów spotkałam autorkę ciekawej książki „Teraz mogę wszystko". To zbiór narracji o doświadczeniach dojrzałych kobiet odkrywających na nowo swoją seksualność. Wychodząc od rozmowy o tytule, w naturalny sposób nawiązałyśmy dialog o seksie i seksualności dojrzałego wieku. Młode uczestniczki były ciekawe relacji starszych od siebie kobiet, te z kolei chętnie dzieliły się swoimi doświadczeniami. Słuchałam jak urzeczona, bo po pierwsze już za chwilę będzie to także mój temat, po drugie ciągle czuję, że za mało się o tym mówi. A to, co się mówi, rzadko wychodzi poza truizmy.

Jednym z takich truizmów jest stwierdzenie, że ludzie potrzebują seksu i intymności niezależnie od wieku. Naturalnie jest prawdziwe, ale co z tego? Jeżeli brak jest punktów odniesienia, pomysłów, odwagi, by, wchodząc w lata, nie zapomnieć o tym, że warto i należy się kochać. Jak poradzić sobie z nieuniknionym dyskomfortem zdrowotnym, spadkiem potencji, obniżeniem poziomu hormonów, pogarszającym się obrazem ciała, wreszcie: jak decydować się na seks, gdy jest się seniorką albo seniorem, jeżeli wcześniej człowiek ledwo się tym tematem zajmował. Jedna z uczestniczek powiedziała szczerze, że gdy była młodą kobietą, nie miała tej odwagi w wyrażaniu swoich potrzeb – większe znaczenie miało dla niej to, że zostanie źle oceniona przez partnera, niż że coś zostanie niezaspokojone. Z czasem doszła do wniosku, że jeżeli po pięćdziesiątce nie spróbuje rzeczy, na które wcześniej nie miała odwagi, już nie będzie miała więcej szans. Animuszu dodało jej poczucie upływającego czasu.

Młodość versus dojrzałość

Zaobserwowałam, że dla 20-, 30-letnich uczestniczek warsztatu najwięcej wniosły dwa wątki, które także na mnie zrobiły wrażenie. Seks w dojrzałym wieku (może nawet na starość) jest pozbawiony lęków, które towarzyszyły nam wcześniej. Rozumiejąc to, możemy wiele nauczyć się od dojrzałych kobiet, przejrzeć się w nich jak w lustrze i dostrzec, jak wiele w naszej seksualności jest teraz cenzurowane. Bo boimy się zajść w ciążę. Boimy się oceny. Przejmujemy się naszą wagą, rozstępami, niewłaściwym kształtem biustu zamiast zadecydować, że to nie one będą rządzić naszą przyjemnością. Z wiekiem nasze doświadczenie seksualności może się zmienić i oczyścić. Zostajemy z prawdami o sobie, bez przymusu udawania np. bardziej atrakcyjnej, niż naprawdę się czujemy. Może się tak zdarzyć, jeśli zauważymy, że warto się zająć procesem destylacji.

Niezwykle ciekawa była także perspektywa czasu. Dostrzeżenie, że to w czym teraz mocno siedzimy – rodziny, dzieci, obowiązki – skończą się bardzo niedługo. I gdy nasze gniazdo będzie puste, możemy z dużą brutalnością uświadomić sobie, że poświęcałyśmy się dla „dzieci i rodziny”, a nie dbałyśmy o związek z mężczyzną, z którym tę rodzinę założyłyśmy. I teraz, gdy nie mamy na czym skupić uwagi, bo nikt już nie potrzebuje drugiego śniadania do szkoły, siedzimy obok człowieka z którym niewiele nas łączy. To oczywiście dotyczy także mężczyzn, którzy co prawda łatwiej i dłużej mogą udawać, że problem wieku ich nie dotyczy, jednak prędzej czy później zostaną z nim skonfrontowani.

Dylematy zdrowotne: bolący kręgosłup, zawały, przewlekłe choroby; dylematy fizjologiczne: brak nawilżenia, słabnąca erekcja; menopauza i andropauza ze swoimi konsekwencjami. To tylko zewnętrzne przejawy zmian naszej seksualności. Wchodzenia w kolejny etap. Jeżeli chcemy bliskości, intymności, chcemy się na to odważyć, lepiej nie marnować czasu na myślenie, jak mogłoby być, a zacząć szukać swojej drogi do udanego życia seksualnego w punkcie, o którym mogliśmy dotąd myśleć jako o schyłku namiętności, pragnień i seksu.

  1. Seks

Pierwszy raz po trzydziestce

- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest wiele pierwszych razów. Pierwszy raz po przerwie, na trzeźwo, z nowym partnerem. Pierwszy raz bez udawania. No i pierwszy raz wcale nie nastolatki – gdy czasem w seksie debiutuje trzydziestka. Co je wszystkie łączy? I jak sprawić, by były jak pierwszy bal? – mówi Katarzyna Miller

Gdy moja znajoma menedżerka zakochała się, zdała sobie sprawę, że od lat uprawia seks tylko po alkoholu. A ponieważ z tym mężczyzną chciała iść do łóżka na trzeźwo, poczuła się tak, jakby to miał być jej pierwszy raz..
. I wzruszyła się, i przestraszyła... Pierwszy raz na trzeźwo po wielu nietrzeźwych razach jest jeszcze trudniejszy niż prawdziwy pierwszy raz. Kobiecie wydaje się, że coś już wie, coś potrafi, a nic nie wie i nic nie potrafi. Tego, czego nauczymy się po pijaku, nie umiemy na trzeźwo. Gdy próbujemy, gorzej nam wychodzi. Gdyby było inaczej, już w szkole, w pierwszej klasie, stawialibyśmy przed dziećmi na ławkach po piwku i mówili: „a teraz wszystkie dzieci równiutko wypijają i już bierzemy się do tabliczki mnożenia”.

Czy więc na trzeźwo możemy mieć inne upodobania erotyczne, inny temperament?
Może tak być, bo nie tak wiele dziewczyn ma odwagę, żeby być w łóżku, w ogóle w życiu sobą. Coraz częściej robią karierę, awansują i czują, że muszą być wciąż „hej do przodu”. Z domu wyniosły najczęściej wór kompleksów i lęków, cały czas udowadniają więc, że są świetne, że nadążają za resztą lub ją wyprzedzają... Są naprawdę świetne, ale nie dowierzają temu, a mężczyznom, rywalom w pracy, wcale nie zależy na tym, żeby one się pewniej poczuły. Bywają więc zmęczone i nadwrażliwe, a w sferze intymnej brak im pewności siebie, bo tej sfery nikt ich nie uczył rozwijać. Więc drinkują, łykają proszki itp. Wtedy jednak to alkohol albo tabletki robią za nie to coś. A kiedy potem budzą się rano, czują się jeszcze gorzej, brzydsze, głupsze... No nie ma to sensu. Trzeźwość to też warunek poznania siebie. Jeśli chcę wiedzieć, czy ten mężczyzna mi się podoba, czy lubię się z nim kochać, czy lubię to tak robić, muszę wsłuchać się w swoje ciało. A do tego trzeba być z ciałem, sobą w kontakcie, trzeba być przytomną.

Jak się zabrać – i to na trzeźwo – do tego pierwszego razu, gdy mamy za sobą zły związek, bolesny rozwód i kilkuletnią abstynencję seksualną? Nie udawać kogoś, kim się nie jest, nawet jeśli ten pierwszy raz ma być przez to ułomny. Sama się o tym przekonałam dawno temu. Spotkałam mężczyznę, który już od jakiegoś czasu mi się podobał i któremu ja się podobałam. Poszliśmy do łóżka, a wtedy on spytał: „denerwujesz się?”. Gdybym powiedziała prawdę, że się denerwuję, wstydzę, że bardzo mi zależy, to połowa strachu by minęła. Ale ja zełgałam: „nie!”, a on się zdziwił i powiedział, że mi nie wierzy. Bo on się denerwuje. Gdybym poszła z nim do łóżka jeszcze raz, byłabym w tym łóżku sobą, nawet gdyby seks miał być z tego powodu gorszy. Nie wysłałabym w swoim zastępstwie jakiejś dziwnej, obcej panienki. I ta znajomość inaczej by się potoczyła.

 
Ale po co mówimy o pierwszym razie po przerwie, kiedy wciąż słyszę od koleżanek singielek, że nie ma z kim go sobie zafundować, bo brak atrakcyjnych mężczyzn.
Dla dziewczyn wykształconych, z pozycją to strasznie ważny wątek: mężczyzna musi być kimś. Więc ona go obejrzy ze wszystkich stron. A jak go obejrzy i on jej zaimponuje, to wtedy ona się przerazi, że jak on taki wspaniały, to na pewno jej nie zechce. Zacznie więc udawać lepszą, niż jest. A jak ona udaje, to on dostaje nie ją, tylko kogoś udawanego, kogo nie ma. I ona to czuje, że on nie ją chce, tylko tę drugą…

Bo ona za tym pierwszym razem tak bardzo chciała dobrze wypaść, że przesadziła i poszła w seks rodem z filmów porno.
Na przykład. Nawet w naszym katolickim kraju kobiety mają wmówione, że muszą coś umieć, być seksualnie sprawne. Wymyślają więc jakieś scenariusze i kostiumy. Chcą za dużo dawać. Tymczasem nie wolno dawać za dużo, bo się zawsze przeszarżuje. No i zdarza się robienie laski na dzień dobry. Rozumiem kobiety, czasem są wychowane na ofiary i dają się lekceważyć albo chcą być superkochankami i zdarza się im zagalopować. Ale mężczyzna, który tego chce od razu na początku, to dupek, egoista, zepsuty przez mamusię czy wszystko jedno przez kogo. On nie ma grama wiedzy na temat kobiet ani sympatii dla nich. Z nim nie warto więcej się spotykać.

No, ale co z wolnością seksualną, brakiem tabu, wyzwoleniem z kostiumu grzecznej dziewczynki, porządnej kobiety? Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości. Żeby nasza seksualność mogła się zdrowo rozwijać, pewne dobre rzeczy muszą się wydarzyć. Kiedy dwoje ludzi się poznaje, zaczyna spotykać, chce ze sobą być, to najlepiej, gdy odbywa się między nimi miłosny taniec. Gdy powoli zbliżają się erotycznie do siebie. Najpierw pójdą do kina, wezmą się za ręce, potem na spacer, poprzytulają się, potem pocałują, potańczą, a potem pójdą do łóżka. A jeśli do tego szczerze się sobie przyznają, czego się obawiają, jeśli któreś poprosi: bądźmy dla siebie życzliwi, to już zaczęli ze sobą szczęśliwe życie. Bo seksualność powinna narastać, toczyć się. Natomiast jak coś sobie wymyślamy i chcemy, żeby się spełniło, to tak się nie dzieje.

 
W takim razie: co nam w łóżku wolno za pierwszym razem?
No to, co się uda. Co się zdarzy. Znam dziewczyny, które traciły cnotę, mając lat 12, bo nie wiedziały, kiedy powiedzieć „nie”, i znam takie, które są cnotliwe, choć mają lat 30, bo nie wiedzą do tej pory, na co, kiedy i jak facetowi i sobie pozwolić. Te drugie wyniosły z domu przekonanie, że seks to grzech albo znój dla kobiety – bo tak im go pokazała matka. No a potem, kiedy już są dorosłe, to się wstydzą, że jeszcze są dziewicami, i nie potrafią się na seks odważyć.

Ja zawsze na początek mówię im, że skoro tyle poczekały, to nie musi się to stać za tydzień. Trzeba spokojnie zastanowić się, czy nie pójść do ginekologa, nie sprawdzić, czy może ta błona dziewicza jest tak niewielka, że da się ukryć przed partnerem, że to debiut? Bo czemu tego nie zrobić, jeśli to dla kobiety wstyd? Przecież nie trzeba kłamać, wystarczy powiedzieć mężczyźnie: o swoim życiu seksualnym nie chcę mówić.

Trudno być 30-letnią dziewicą w świecie epatującym seksem?
Na każdą kobietę to, że jest nadal dziewicą, wpływa inaczej. Jeśli ma przyjaciół, dobrą pracę, w ogóle dobrze żyje, to trzeba jej tylko pomóc oddemonizować seksualność. Ona też tak bardzo nie różni się od kobiet, które sypiają z mężczyznami, ale nie mają orgazmu, albo nie lubią seksu, tylko udają, że lubią... Ona ma nawet od nich lepiej, bo przed nią jest coś nowego. Najważniejsze, żeby zaczęła o sobie dobrze myśleć: „jestem jeszcze dziewicą, to znaczy, że mam przed sobą bardzo ciekawe doświadczenia”. Moim zadaniem jest pokazać jej, jak skorzystać z tego, co potrafi w innych sferach życia, jak przenieść te umiejętności w sferę relacji damsko-męskich. Trzeba zbudować mosty między tym, co umie jako pracownica, szefowa, przyjaciółka, siostra, a tym, czego jeszcze nie umie jako kobieta kochanka, czyli np. randkować, flirtować, droczyć się, ale i otworzyć, zaufać. Odkryć związek między osobą, którą jestem, gdy robię to, co umiem, a osobą, którą jestem, gdy chcę zrobić coś, czego jeszcze nie umiem – to bardzo ważne.

Czy późne debiutantki mogą mieć satysfakcjonujące seksualnie związki?
O tak! Często mam rozkoszne poczucie, że jestem swatką, akuszerką ich seksualności. Taka dziewczyna to dla porządnego, dobrego mężczyzny bomba. Nie dlatego, że to dziewica, ale dlatego, że jest otwarta na szczere spotkanie. A jeśli ten mężczyzna okaże się przyjazny i serdeczny, będą oboje jak Jaś i Małgosia, którzy biorą się za ręce i ruszają odważnie w ciemny las. Już niejedną taką parę wyprawiłam we wspólne życie.

Czy pierwszy raz powinien decydować o tym, co będzie dalej z mężczyzną i kobietą, czy będą razem?
Czasami powinien, a czasami nie. Powinien, kiedy partner okazał się brutalny, nie liczył się z kobietą. Nie mówiąc już o takich podstawowych rzeczach jak to, że ona go nie lubi. Jak ci się zrobi niefajnie w jego towarzystwie: tu kadzi, a tu nagle ironicznie dogada, bo zachowałaś się nie tak, jak on by chciał, to się wycofaj ze znajomości. To się nie poprawi, to się może tylko pogorszyć. On może przeprosić, ale zaufaj swojej wrażliwości, jeśli ona pokazuje, że on ci nie pasuje.

A jeśli jest jako kochanek nieporadny?
Kiedy mężczyzna mówi: „strasznie się przejmuję”, albo: „tak mi na tobie zależy, że nie wiem, co mi z tego wyjdzie”, albo tak bardzo cię chciał i tak się strasznie ucieszył, że będzie cię miał, że „zwiądł mu jak lilia” – to go wcale nie skreśla. Przeciwnie. Jeśli mężczyzna pokaże, że jest czuły, szczery, uczciwy, warto go wybrać. Dziewczyny mówią czasem o takim mężczyźnie: nudny. Ale to znaczy, że jeszcze są szalenie głupie i szykują sobie niedobry los. Bo za pierwszym razem nie musi być szalona jazda, orgazm albo tak, żeby się „ziemia przewróciła”, lecz potrzebna jest przyjemność z wzajemnej obecności, dotyku, pieszczot, całowania, narastającej bliskości. Źle jest, kiedy tego nie ma, a jeszcze mężczyzna po seksie odchodzi. Takie doświadczenia wzmacniają złe przekonania kobiety na swój temat. Ona często wtedy myśli: „to dlatego, że wcale nie jestem fajna ani atrakcyjna. Nie umiem się kochać!”. A warto, żeby pomyślała: „to nie jest facet dla mnie”.

A więc jeśli początek jest czuły, choć nie porywający, warto postawić na ciąg dalszy?
Trzeba się poznawać, dopasować. Jak z kimś jedziesz na dzień, dwa, to za mało. Ale jak będzie powtórka w tym samym łóżku, może być dużo lepiej, bo jemu odpadnie strach przed oceną. Oboje już wtedy możecie być zwyczajni. Nie wymyślajmy jakichś niezwykłych scenariuszy, nie produkujmy nierealnych wyobrażeń. Nie wierzmy filmom. Bo wtedy czeka nas tylko zawód. Kierujmy się i uważnością, i intuicją. Dobrze też kobietom robi, jak się dowiedzą prawdy o innych. O tym, że na przykład ta śliczna blondynka też z nikim trzy lata nie spała, a ta fajna brunetka nie jest pewna, czy wie, co to orgazm. Bo kiedy wiemy, że inne kobiety też mają kłopoty, kompleksy, łatwiej nam pozbyć się poczucia gorszości. A z tym poczuciem trudno o udany seks, wszystko jedno: pierwszy czy tysięczny raz. Dlatego rozmawiajmy ze sobą, mówmy o problemach, o seksie, i to szczerze.