1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Debata: czy mężczyźni boją się silnych kobiet?

Debata: czy mężczyźni boją się silnych kobiet?

fot.Rafał Masłow
fot.Rafał Masłow
Silna kobieta budzi skrajne emocje. Jedni mówią, że idzie jak taran, nie pozwalając sobie na słabość. Inni, że jest mądra, niezależna finansowo, samodzielna i… samotna, bo sprawia wrażenie, że nie potrzebuje mężczyzny. Weronika Wawrzkowicz i  jej goście – KINGA BARANOWSKA, MARIA SEWERYN i  TOMASZ KOZŁOWSKI – dyskutują o tym, gdzie tkwi prawdziwa moc.

Weronika WAWRZKOWICZ: Zacznę od pań. Pewnie nieraz słyszałyście o sobie: „silna kobieta”. Tak się czujecie?

Maria SEWERYN: Zastanawiałam się nad tym. Kim jest silna kobieta, co o tej sile świadczy? Czy jestem tak postrzegana dlatego, że prowadzę z mamą dwa teatry, że w pewnym sensie jestem szefem, kobietą niezależną finansowo, która nie ma męża, sama wychowuje dwójkę dzieci, a mimo to daje radę? Siła kojarzy się przede wszystkim ze spokojem, a ten osiągam naprawdę od niedawna. I co jakiś czas mogę powiedzieć, że chyba daję radę. Ale mam chwile słabości, i często ta niezależność, ta chwilami pozorna siła, jest bardzo męcząca. Wizerunek kobiety, która niezależnie od okoliczności idzie jak taran, bywa ciężarem. O mojej mamie mówi się, że to jedna z najsilniejszych kobiet w tym kraju. I to jest oczywiście wspaniałe, ale za tym idzie też myślenie: „ona sobie zawsze poradzi!”. I wtedy ta siła powoduje samotność, założenie, że nie jest już potrzebne wsparcie i pomoc. Na szczęście my mamy siebie…

Kinga BARANOWSKA: Nie lubię słowa „siła”, bo kojarzy mi się głównie z siłą fizyczną, która często ma się nijak do tego, co jest potrzebne wysoko w górach. Jako kobiety jesteśmy zazwyczaj słabsze fizycznie, ale nie chodzi przecież o siłowanie się, nie tędy droga. Wolałabym mówić o wewnętrznej harmonii, spokoju, a co za tym idzie – mocy. A to wszystko paradoksalnie rodzi się wtedy, kiedy jesteśmy bardzo słabe. Można powiedzieć: moc w słabości się doskonali.

Wizerunek silnej kobiety jednak zobowiązuje, boimy się pokazać słabość. Czas na męski punkt widzenia. Tomku, czym dla ciebie jest siła?

Tomasz KOZŁOWSKI: Świetnie oddałyście różnicę w pojmowaniu tego tematu pomiędzy Wschodem a Zachodem. W kulturze zachodniej silny jest ten, kto osiąga sukces zawodowy, jest niezależny finansowo, komu robią zdjęcia na ulicy. Natomiast w kulturze wschodniej sukcesem jest to, o czym mówiła Kinga, kiedy szukasz wewnętrznego ukojenia. Siła płynąca z tego, że pogodzisz się ze sobą, da ci możliwość wytrenowania swojego ciała, zrobienia kariery. Osoba, która ma „wschodnie podejście”, poradzi sobie zarówno po zachodniej, jak i po wschodniej stronie.

K.B.: Najważniejsza jest autentyczność. W górach nie można udawać. Tam wszystkie wyobrażenia o nas samych rozsypują się, bo mamy przed sobą coś większego. Tutaj, na nizinach, w codziennym życiu, wydaje nam się, że nie ma niczego, co byłoby silniejsze od nas. A tam patrzę cztery kilometry w górę i myślę sobie: „Baranowska, teraz się przyznaj, jak się czujesz w tym momencie? Jak mocarz, zdobywca?”. Nie, czuję się maleńka w konfrontacji z naturą. Pokora zastępuje pychę. To jest autentyczne uznanie własnej słabości. Najmniejszy błąd może się skończyć tragedią. Trzeba mieć świadomość, że wejdzie się na szczyt, kiedy to góra, a raczej natura i pogoda, na to pozwolą. I w tej ogromnej pokorze odnajduję wewnętrzną moc. Mam wrażenie, że tutaj rzadko doświadczamy takiego stanu. Ciągle siebie czymś „umacniamy” – kartą kredytową, stanowiskiem, czymś, co nam sztukuje różne braki i lęki. W górach trzeba – często bardzo boleśnie – skonfrontować się z nagą prawdą o sobie. Odrzucając te wszystkie dodatki, które nas tu na nizinach określają, robimy miejsce, by odnaleźć siebie samego.

Słucham cię i chyba w końcu zrozumiałam, po co człowiek idzie w góry. To jest jakiś rodzaj wyzwolenia – w końcu można uwolnić się od ciągłej oceny. Ta jest za to obecna tutaj. Mam kumpla, który spotkał świetną dziewczynę – artystka, z sukcesami za granicą. I zwiał z tego związku, bo jak sam powiedział, przestraszył się jej siły, tego, że ma tyle innych opcji. Ona do dziś nie rozumie, co się stało…

T.K.: Prawdopodobnie to jeden z tych mężczyzn, w których bardzo mocno osadziły się powtarzane w dzieciństwie zdania: „masz być silny”, „nie możesz płakać”. Dlaczego nie można być z silniejszym człowiekiem? Dlaczego kobieta ma być słaba, wiotka, przelewająca się przez ręce? Mnie autentycznie cieszy to, że moja żona się rozwija. I niech zarabia tysiąc razy więcej ode mnie. Mamy wspólną kasę, więc świetnie.

M.S.: Kobiety tak poszły do przodu, że nastąpiła pewna zamiana miejsc. Są coraz silniejsze, niezależne – i co ci mężczyźni mają z tym zrobić? Wycofać się? Trzeba ich wesprzeć. Te stereotypy, że nie wolno im pokazywać słabości – to jest okropne. Mamy w tej chwili tabuny fantastycznych kobiet – wykształconych, silnych, niezależnych i… samotnych.

Coraz więcej singielek po trzydziestce mówi, że zwyczajnie nie ma już fajnych mężczyzn.

M.S.: Ale oni są. Tylko mam wrażenie, że kobiety szukają takich panów, którzy idealnie wpasują się w ich wyobrażenie.

Takich szytych na miarę… Wystarczy, że coś się nie zgadza, i kandydat nie przechodzi castingu?

M.S.: To już jest wręcz postawa roszczeniowa. Wyraźne sprofilowanie: jak ma wyglądać pierwsza randka, jak on w ogóle ma wyglądać, jak się zachowywać. Trzeba się nauczyć obserwować, słuchać i dziwić drugim człowiekiem. Ja to mówię też do siebie. To pierwsze wrażenie może być mylne. Czasami rozmawiasz z kimś i wydaje ci się przez pierwszych 15 minut, że on jest jakiś niemiły, szorstki, nie lubi cię. A to może wynikać z jakiegoś lęku, wstydu, zażenowania. Albo z twojego zachowania, bo przyjmujesz postawę, którą on odbiera jako nieprzyjazną, a ty nawet nie masz tej świadomości. Trzeba zacząć naprawiać świat od siebie.

To jaki mężczyzna jest ci w stanie zaimponować, silna kobieto? Kiedyś mi powiedziałaś, że wygląd nie ma znaczenia.

M.S.: W ogóle nie rozumiem sformułowania „ładny mężczyzna”. Moje koleżanki mówią: „zobacz, jaki on jest super!”. Ale gdzie? Na co ja mam patrzeć? Ja muszę z nim porozmawiać 10 minut, i wtedy wiem, czy faktycznie jest super. Uwielbiam mężczyzn, przy których dużo się śmieję.

K.B.: Jest dużo interesujących mężczyzn, tylko – tak jak powiedziała Marysia – blokujemy sobie do nich dostęp. W takim sensie, że za szybko ich oceniamy albo nie dajemy możliwości pokazania różnych cech. Lubię spójnych wewnętrznie mężczyzn, którzy wiedzą, do czego dążą. Optymistów.

Kinga, poznajesz mężczyznę, który nie zna cię jako himalaistki. W rozmowie pada pytanie o to, czym się zajmujesz. Jest efekt „wow”?

K.B.: Jeżeli mężczyzna realizuje się w tym, co robi, obojętne, czym się zajmuje, to nie ma „wow” i padania na kolana. Po prostu jest szacunek i ciekawość. Problem pojawia się wtedy, kiedy ten ktoś nie jest pogodzony sam ze sobą.

Marysiu, pomyślałam o twojej mamie – Krystynie Jandzie – i o Edwardzie Kłosińskim. Dwie silne osobowości stworzyły mocny, piękny związek.

M.S.: Ich relacja była niesamowita – oparta na wielkiej miłości, zrozumieniu i intymności. Tworzyli świat, do którego nikt nie miał dostępu, niemożliwością było wejście pomiędzy tych dwoje. Edward zawsze mówił do mojej mamy: „Ty wchodzisz – jasność, za tobą ciemność”. A to jest potrzebne aktorce, w ogóle kobiecie.

Uwielbiam historię z filmu „Jak kochasz, to kręć”. Twoja mama wspominała wspólną pracę z Edwardem Kłosińskim. On zarządził koniec zdjęć, widząc, że nie ma już dobrego światła. Twoja mama naciskała na kolejnego dubla, a nie mając innego argumentu, rozemocjonowana rzuciła: „Jak kochasz, to kręć!”. I co robi Pan Edward? Włącza kamerę, chociaż wie, że nic z tego nie będzie.

M.S.: Proste! Nie o to chodzi, żeby coś sobie udowadniać. Kocham, więc kręcę.

Kiedy powiedziałam Grześkowi Małeckiemu, że będę rozmawiać o silnych kobietach, to mnie do czegoś zobowiązał. Powiedział: „Powiedz, że jestem mężczyzną, który kocha silne kobiety, i tylko takie mi się podobają. I pamiętajcie o tym, że są mężczyźni, którzy nie boją się silnych kobiet, którzy są nimi zafascynowani, których właśnie takie podniecają”. Mówię to, bo miałam też ciekawą rozmowę z innym utalentowanym mężczyzną. Powiedział, że nie przepada za silnymi kobietami, bo one głośno mówią… Pomyślałam sobie, że spróbuję mówić pół tonu ciszej. Boże, nie dałam rady, to jest niemożliwe! My nie możemy się nagle zmieniać, dostosowywać do życzeń. Chociaż są kobiety, które dobrze wiedzą, jak się zachować, żeby działać na mężczyzn. Mnie to mierzi. Ale taka gra działa, ci mężczyźni łapią się na to, że ona jest taka słaba, czują się przy niej lepsi. Raz przeprowadziłam taką okrutną próbę – wiem, to było okropne, wstyd mi, ale musiałam to przetestować. Mówiłam cicho i cały czas słuchałam. Robiłam wielkie oczy i zachwycałam się tym, co on opowiadał. Efekt był piorunujący.

T.K.: Są patenty na kobiety, są techniki na mężczyzn. Tylko problem polega na tym, że jeżeli oni siebie kupią w tych manipulacjach, potem będą musieli się zderzyć sami ze sobą.

Kinga, jak budujesz swoją siłę, żeby stać się ostoją dla grupy, którą prowadzisz w góry?

K.B.: Chcę, żeby czuli się bezpiecznie, „zaopiekowani”. Ale to nie znaczy, że mam brylować. Zabieram często osoby, które na nizinach są bardzo silne. Zajmują wysokie stanowiska, kierują pracą wielu osób. I tam w górach jest im bardzo trudno zrzec się tej odpowiedzialności i być po prostu słabym. Trzeba cały czas się dostosowywać: do zmieniającej się pogody, do tego, że coś cię zaboli. Bardzo delikatnie wprowadzam ich w świat, który jest dla nich kompletnie inny, w którym muszą oddać kontrolę. Staram się raczej stać z boku i spowodować, by oni sami odnaleźli w sobie siłę. Gdybym ich punktowała, stała nad głową i mówiła, że to czy tamto robią źle, to efekt byłby odwrotny. Usłyszałabym: „sorry, nie umiem, mam dość”. Reaguję tylko wtedy, gdy sytuacja tego wymaga, bo góry potrafią być niebezpieczne.

T.K.: Kinga, daj mi tych ludzi do strefy spadochronowej, zrobimy za ciebie 80 proc. roboty. W skoku tandemowym praktycznie nic nie zależy od pasażera. On tylko wie, że ma podnieść nogi przy lądowaniu, bo to najważniejszy moment. Natomiast kiedy leci, to w zasadzie nie ma nic do powiedzenia. I to jest świetne dla ludzi, którzy są na wysokich stanowiskach, sprawują kontrolę. Nagle muszą ją oddać człowiekowi, którego poznali 15 minut wcześniej. Ostatecznie, kiedy pasażer wyląduje – odnotuje podwójną korzyść. Po pierwsze, przeżył coś bardzo fajnego, po drugie, zobaczył, że jest szansa oddania komuś steru i świat się nie zawali.

W repertuarze teatru Polonia jest „Danuta W.” – tekst, który wpisuje się w rozmowę o silnych kobietach. Mario, jak ty postrzegasz tę postać?

M.S.: Pamiętam premierę w Gdańsku. Była na niej Pani Danuta Wałęsowa i był Pan Lech Wałęsa. I cała sala, mniej więcej od połowy spektaklu, płakała. To było coś naprawdę niezwykłego. Pani Danuta jest moim zdaniem prawdziwą polską feministką. Kobietą myślącą niezależnie, wyrażającą swoje potrzeby. Ale u niej stało się to w sposób naturalny, nie ma w tym ideologii, polityki i krzyku.

Powiedziałaś, że cała sala płakała. Pamiętasz reakcję Pana Prezydenta?

M.S.: Pamiętam, tak samo dobrze jak strach mojej mamy. Była bardzo zdenerwowana. Po raz pierwszy występowała, mówiąc słowami osoby, która siedzi na sali, opowiadając o mężczyźnie, jej mężu, który siedzi obok niej. Przed premierą w garderobie mówiła, że boi się, czy prawidłowo wymieni wszystkie daty urodzin dzieci, a od tego zaczyna się spektakl. I pomyliła się przy trzecim, w pierwszych dwóch minutach przerwała przedstawienie. Wszyscy wstrzymaliśmy oddechy. Kucnęła, powiedziała: „Przepraszam, jestem zdenerwowana”. Wtedy Pan Prezydent Lech Wałęsa powiedział „Pani Krystyno, proszę się nie martwić, mnie też się mylą te daty”. I rozładował całą tę potwornie napiętą sytuację.

Pokazanie słabości to czasem słowo „przepraszam”, czasem płacz. Pozwalasz sobie na to?

M.S.: Podczas remontu w Och-Teatrze płakałam praktycznie co drugi dzień. Ta scena powstała naprawdę dzięki temu, że niczego przed ekipą nie udawałam. Stało przede mną czterdziestu mężczyzn, zadawali pytania i oczekiwali decyzji. A ja mówiłam: „Nie wiem, to wy mi musicie odpowiedzieć, jestem tu po to, by się tego od was nauczyć”. Z tych czterdziestu ludzi wyszło dwóch, trzech, którzy po prostu zrozumieli. Zaangażowali się i poprowadzili ze mną całość. Nazywam ich moimi ojcami remontowymi. To od nich usłyszałam „Maria, musisz mieć twardą dupę!”. Nie poradziłabym sobie bez tych świetnych, silnych mężczyzn.

Siła to też umiejętność poproszenia o wsparcie?

K.B.: To prawda. W momencie, kiedy nie umiemy prosić o pomoc, wysyłamy w świat sygnał, że nikt nie jest nam potrzebny, że jesteśmy samowystarczalni. Taka prośba jest jednocześnie zgodą na słabość. Często pytają mnie o rywalizację pomiędzy kobietami i mężczyznami w górskim świecie. Nie lubię tego tematu, bo na rywalizacji nic nie można zbudować. Jeżeli nie uświadomimy sobie, że możemy zyskać tylko wtedy, kiedy będziemy współpracować, to nie wejdziemy razem na ten szczyt.

Maria, kiedyś powiedziałaś, że macierzyństwo przyniosło ci jednocześnie ulgę i siłę…

M.S.: Jako młoda dziewczyna byłam rozemocjonowana i chaotyczna. Non stop się analizowałam. Kiedy urodziłam dziecko – dość wcześnie, bo miałam 22 lata – faktycznie poczułam ulgę, że mogę się zaopiekować już nie tylko sobą, ale tym człowiekiem, który nagle ma tylko mnie i swojego tatę. Musiałam na spokojnie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania, jakie zadawała mi Lena. To pomogło mi też siebie poukładać. Słuchałam swojej intuicji. Nikt mi też specjalnie nie pomagał. W mojej rodzinie nie było tzw. ciotek, babć, które wiedzą lepiej. Anegdotyczna jest już wizyta mojej mamy, która przyjechała po raz pierwszy zobaczyć wnuczkę, wzięła Lenę na ręce, potrzymała, pobujała dwa razy i powiedziała: „Nie, to jest tak nudne, nie mogę!”. Nazywanie wprost pewnych rzeczy jest naszą rodzinną cechą, niekiedy budzącą kontrowersje...

Czasami siła to też umiejętność rezygnacji. Moment, kiedy bardzo ci na czymś zależy, ale musisz zawrócić. Kinga, K2 miałaś niemal na wyciągnięcie ręki…

K.B.: Byłam trzy razy na wysokości ośmiu tysięcy metrów na K2, tuż przed atakiem szczytowym, i za każdym razem fatalna pogoda powodowała, że zawracałam. Ryzyko było zbyt duże. Oczywiście, pojawiał się jakiś minimalny żal, ale zawsze sobie powtarzam, że ta góra stoi już od tysięcy lat i mogę tam wrócić. Ważne są różne inne rzeczy, które się dzieją pomiędzy, czasem ważniejsze od wierzchołka.

Jak wybierasz osobę, z którą ruszasz na wyprawę?

K.B.: W sytuacji kryzysowej nie będzie miało znaczenia to, czy ta osoba jest świetnie wyszkolona technicznie, tylko czy najzwyczajniej w świecie poda mi rękę, gdy będę tego potrzebować. Podstawą jest zaufanie. Co więcej, ważne jest to, czy ja będę w stanie jej pomóc. I tutaj znów pojawia się kwestia tego, by nie ukrywać swoich słabości. Bo przecież mogę nie rozpoznać, czy ktoś się źle czuje, jeśli mi tego nie powie. Ważniejsze są te trudne momenty, bo kiedy wszystko idzie dobrze i zatykamy flagę na szczycie, zawsze jest świetnie i jest euforia.

T.K.: Według mnie dobry partner – nie tylko wspinacz – to nie ten, który ma odpowiedź na wszystko, siłacz. Dobrym kompanem jest człowiek przewidywalny, bo to przewidywalność buduje poczucie bezpieczeństwa. „Nie wiem, teraz nie dam rady” – paradoksalnie w tych słowach jest moc, zgoda na prawdę, a nie budowanie pozorów.

Wychodzi na to, że siła tkwi w słabości?

T.K.: Absolutnie tak!

Kinga Baranowska himalaistka, zdobywczyni ośmiu ośmiotysięczników, na trzech z nich stanęła jako pierwsza Polka.

Maria Seweryn aktorka, reżyserka. Razem z mamą, Krystyną Jandą, prowadzi dwie warszawskie sceny – teatr Polonia i Och-Teatr.

Tomasz Kozłowski psycholog i skoczek spadochronowy. Ma na koncie ponad 1000 skoków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

  1. Psychologia

Damskie i męskie podejście do związku. Rozmowa z Katarzyną Miller

Według Katarzyny Miller, męskie podejście do związku, wbrew pozorom niewiele różni się od kobiecego. Istnieją jednak pewne różnice, których trzeba być świadomym, aby umieć się porozumieć. (Fot. iStock)
Według Katarzyny Miller, męskie podejście do związku, wbrew pozorom niewiele różni się od kobiecego. Istnieją jednak pewne różnice, których trzeba być świadomym, aby umieć się porozumieć. (Fot. iStock)
„Kochanie, musimy porozmawiać” - jeśli tak zaczniesz konwersację z ukochanym, możesz być pewna, że nie dojdziecie do żadnego porozumienia. Jak zatem rozmawiać, by się dogadać? Czy damskie i męskie podejścia do problemów rzeczywiście tak bardzo się od siebie różnią? Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Czy mężczyźni podchodzą inaczej do związku niż kobiety?
Sądzę, że na to pytanie są dwie dobre odpowiedzi. Jedna: tak. Druga: nie. Zacznę od odpowiedzi „nie”, czyli tej, która mówi, że podejście mężczyzn niczym nie różni się od tego babskiego. Jak rozmawiam z ciekawymi, fajnymi facetami, w miarę życiowo pozbieranymi, to oni mówią, że oczywiste jest, że związek to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Mieć kogoś, być z kimś, kogo się kocha, w domu, w którym można schronić się przed całym światem, w którym czujesz się bezpieczny i chciany – to dla nich istota bycia szczęśliwym. Podkreślają też, że kobieta ma być dla nich partnerką, że ma wiedzieć, czego chce, i ma być inteligentna. I nie powinna być kastrująca, czyli raczej wspierać niż krytykować. Przede wszystkim chcą jednak, żeby kobieta lubiła samą siebie, miała swoje sprawy i swoje życie.

To znaczy, że są na tyle świadomi, by wiedzieć, jak to jest ważne.
Zgadza się. Współcześni świadomi mężczyźni nie potrzebują kobiety, która będzie na nich wisiała. Obserwuję to także z drugiej strony. Przychodzą do mnie kobiety, które mówią, że mężowie mają dosyć ich „bluszczowania”. Powiedzmy Zyta, atrakcyjna około czterdziestki – mąż ją zdradził, bo dusił się w jej uścisku, ale wrócił i powiedział, że chce z nią być, tylko ona się musi zmienić. Musi mieć swoje życie. Co więcej, to on ją do mnie wysłał, co uczciwie mi wyznała i spytała, co ona ma zrobić, żeby mu się nie przestać podobać. Tłumaczyłam, że jeśli będzie się zmieniała dla męża, to się raczej nie zmieni, tylko będzie poszukiwać nowych zachowań, żeby on uwierzył, że ona się zmieniła, jej istota zaś pozostanie ta sama – uzależniona od niego i jego oczekiwań. Powoli, powoli otwierały jej się oczy – po prostu ona wzór tego niewolniczego oddania wyniosła z domu, jej mąż wcale tego od niej nie oczekiwał.

Podsumowując, myślę, że mężczyznom chodzi o to samo, co nam, ale oni nie mają wprawy w nazywaniu tego, nie mają opanowanej terminologii uczuć, czasem dopiero po dłuższym czasie są w stanie opisać partnerce sedno problemu, choć od początku czują, co jest nie tak. Lubię wspominać moją najkrótszą i superudaną interwencję małżeńską. Zadzwoniła do mnie była pacjentka z płaczem, że mąż już jej nie kocha i czy ona może przyjść z nim, by ratować to małżeństwo. A czy on też chce? – spytałam. Tak. No to przyjdźcie. Wchodzą. On, duży, silny mężczyzna, patrzy mi prosto w oczy, myślę: „O, jest dobrze”. Siadają, on mówi: „Zaczynaj”, a ona w bek: „Ty mnie już nie kochasz…”. On na to z mocą: „Takiej cię nie kocham”. Ona dalej płacze: „Co ja teraz zrobię? Ty już mnie nie chcesz”. On jeszcze dobitniej: „Takiej już cię nie kocham”, ale ona dalej zawodzi. Pytam więc wprost: „Czy ty słyszysz, co on mówi?”. „No, że mnie nie kocha”. „Powtórz jego całe zdanie” – proszę. „No, że takiej mnie nie kocha. Takiej… To znaczy jakiej?” – pyta go, bo wreszcie coś do niej dotarło. „No, takiej rozmazanej, nieszczęśliwej, wiecznie marudzącej” – tłumaczy on. „No, ale taką mnie kiedyś kochałeś”. „Taką cię kiedyś chciałem, bo mi było z tym dobrze, że ja jestem taki wielki, a ty taka malutka, ale poszedłem na terapię i dotarło do mnie, co robię. I już tego nie chcę”. „A czego chcesz?” – pyta ona, już bardziej spokojna. „Żebyś była taka, jak potrafisz”. „Czyli jaka?”. „Inteligentna, fajna dupa”. „I będziesz mnie taką kochał?”. „Nie będę, tylko taką cię właśnie kocham”. „Czyli ty mnie kochasz?”. „Tak, kretynko!”. Złapali się za ręce i poszli. A ja sobie tylko siedziałam na fotelu i z radością słuchałam, jak sami dochodzili do porozumienia.

A co z odpowiedzią „tak”, czyli że mężczyźni jednak trochę inaczej podchodzą do związków?
Na pewno są bardziej zdroworozsądkowi i nie mają tylu romantycznych wymysłów jak my. Nie traktują wszystkiego tak bardzo serio. Co więcej, oni nam o tym wprost mówią: „Przestańcie, dziewczyny, się tak strasznie przejmować tym, czy nam się podobacie. Bo się podobacie. Koniec, kropka”. Uwierzcie im, dziewczyny, zamiast godzinami się zastanawiać, czemu facet zaprosił was na randkę. No, na pewno się nie poświęca. Faceci w ogóle nie za bardzo lubią się poświęcać – i to jest z jednej strony cudowne, z drugiej smutne, bo na 10 małżeństw, w których pije facet, nie rozwiedzie się 9 żon, a na 10 małżeństw, w których pije kobieta, zostanie tylko 1 mąż. Podobna statystyka jest w wypadku opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem. Mężczyźni lubią mieć wygodne życie. Są też bardziej egoistyczni i nie myślą o tym, co trzeba zrobić, tylko co oni chcą zrobić.

I według badań są częściej bardziej zadowoleni ze związku, jaki mają.
Skoro w nim są, to znaczy, że są zadowoleni i nie mają specjalnego problemu z tym, że ona nie mówi im siedem razy w tygodniu, że ich kocha. A nawet tego specjalnie nie lubią. Poza tym oni zawsze na początku mówią prawdę. To jest niebywała rzecz – idziesz na pierwszą randkę i on prosto z mostu mówi: „Ale uważaj, bo ja mam słabość do kobiet”. Albo: „Ja to nie lubię pracować”. I ty to słyszysz, ale myślisz sobie: „A tam, przy mnie będzie inny” albo: „On mnie tak sprawdza”.

W twojej książce „Męskie sposoby na damskie rozmowy” znani mężczyźni pytają cię o różne rzeczy. Zdziwiło mnie, że nie wszyscy prosili cię o wyjaśnienie, jak działają kobiety…
Oni po prostu pytali mnie o życie. Albo chcieli się podzielić ze mną swoimi przemyśleniami. To nie była odpytywanka, mnie się z nimi bardzo dobrze rozmawiało.

Prawie wszyscy pytali cię jednak o to, jak poradzić sobie ze zdradą. Zawsze mi się wydawało, że to temat nurtujący głównie kobiety.
A skąd, zdrada jest dla wszystkich bardzo bolesnym tematem, jeśli zdradza nas ktoś, kogo kochamy. Bo zarówno mężczyźni, jak i kobiety umieją żyć z kimś, kogo nie kochają. Wystarczy, że im się podoba, że tę osobę lubią albo że nie ma akurat nikogo ważniejszego w ich życiu. Obie płcie potrafią z takim kimś być w związku, choć myślę, że każda z innego powodu. Mężczyźni dlatego, że nie za bardzo potrafią sami żyć, a kobiety dlatego, że nie chcą, żeby inni myśleli, że one są same. My jesteśmy dużo bardziej sterowane opinią innych i społecznym nakazem, że kobieta powinna mieć faceta. Ale wróćmy do zdrady. Jeśli mężczyzna jest z kobietą, którą naprawdę kocha, to zdrada jest dla niego jak cios poniżej pasa, bo podważa nie tylko siłę więzi, ale i jego samczość. Myślę, że to jest dość biologiczna reakcja, która jest wspólna dla obu płci. Zdrada to cios w genitalia, ale genitalia połączone z sercem. Choć z racji tego, że kobiety są częściej z siebie niezadowolone, to zdrada uderza także w tę ich niepewność co do swojej wartości i jakoś bardziej dotyka. Ale to też są bardzo indywidualne kwestie. Zależące od rodzaju doświadczeń życiowych, od tego, czy ktoś wydaje się sobie bardziej czy mniej zasługujący na miłość oraz na ile jest jej głodny.

Twoi rozmówcy byli bardzo otwarci, a to przeczy temu, co słyszę od wielu dziewczyn, które opowiadają mi, że największym problemem w ich związkach jest to, że ich partnerzy nie chcą o swoich problemach rozmawiać.
Mój Edek zawsze mówi tak: „Jak ja słyszę w filmie kwestię »musimy porozmawiać«, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Przecież rozmawiamy!”. Taki wstęp pachnie mężczyznom aferą, a tego nie lubią. Nie lubią też dzielenia włosa na czworo, co my, kobiety, z kolei kochamy, a ja na tym nawet zarabiam. Mężczyźni nie lubią komplikowania sprawy, ciągnięcia ich za język. Boją się chyba, że zostaną w sposób zmanipulowani lub przegadani. I w tym mają trochę racji, bo baba zawsze przegada chłopa. Nie lubią być też wzywani na dywanik. Lubią za to pogodnie i spokojnie żyć. Niech się po prostu życie toczy, niech ona się śmieje, niech pójdzie z nim na spacer, przytuli się do niego tak zwyczajnie.

Ale jeżeli problemy i sprawy do obgadania są poważne, a on nie chce o tym rozmawiać?
Moim zdaniem dziewczyny robią źle jedną rzecz, mianowicie wiercą chłopakom dziurę w brzuchu, a tymczasem ich trzeba zażyć.

Zażyć?
Wziąć z zaskoczenia. Robisz mu kanapki do pracy i do woreczka wkładasz kartkę, na której mu o czymś przypominasz. On wyjmie potem kanapkę, przeczyta karteczkę i trochę się uśmiechnie, trochę zezłości, ale na pewno zapamięta, bo go zaintrygujesz. Jest jeszcze inna, bardzo mądra zasada: „Do faceta mów nie więcej niż dwie rzeczy naraz”. A już najlepiej jedną. W dodatku wyrażoną w prostych żołnierskich słowach. No i nie zdziw się, jak będziesz to musiała mu powtarzać sto razy. Ja to przeszłam. Niezależnie od tego, jak często coś powtarzam mojemu Edkowi, on nigdy tego nie pamięta. Dlatego w nieskończoność pyta mnie: „Czy ktoś dziś do nas przychodzi?”, ja mu spokojnie odpowiadam, kto, po czym za godzinę znów nie pamięta. On pyta, bo wie, że ja pamiętam, bo ja lubię pamiętać. Dlatego on nie musi. Z drugiej strony, co ja mam zrobić, udawać, że nie pamiętam? Zabrać sobie tę przyjemność? Ja już wszystkiego próbowałam: i złościłam się, i drwiłam, i zapierałam, i obrażałam. I tak mnie przetrzymał. Jeszcze mi bezczelnie za każdym razem mówił: „A nie mogłabyś mi po prostu spokojnie odpowiedzieć?”. Więc spokojnie mu przypominam co godzinę, kto przychodzi. Co ja poradzę, że pamiętam. To tak, jakbyś była sprzedawczynią w sklepie ze spodniami, i wkurzałabyś się, że o niczym innym nie rozmawiasz z klientami tylko o spodniach.

A jak go zażyć, żeby powiedział, co go dręczy?
Jeśli nie chce mówić o swoich problemach, to go nie dręcz, babo. Możesz powiedzieć: „Widzę, że się czymś męczysz, że jest ci trudno. Jeśli chcesz o tym porozmawiać, wiesz gdzie mnie znaleźć. Chciałabym ci pomóc i przykro mi, że się nie odzywasz, ale rozumiem, że chcesz być sam”. I koniec. Natomiast jeśli chodzi o sprawy dotyczące was obojga, jak dzieci, pieniądze, seks, obowiązki domowe czy wspólne przeżycie – po prostu trzeba zacząć mówić swoje, nie uprzedzając, że zaraz chciałabyś o czymś ważnym porozmawiać.

Nie robić afery?
Właśnie. Oczywiście, nie jest najlepszym pomysłem zaczynanie takiej rozmowy, jak on już stoi w drzwiach, ani tuż przed meczem, na który czeka cały dzień. Prawda jest taka, że kobiety też boją się mówić o poważnych sprawach, bo z góry zakładają, że mężczyźni to źle przyjmą. Zawsze lepiej wiemy, jak oni się zachowają.

Zamiast spytać wprost, kluczymy.
Albo w ogóle nie podejmujemy tematu. Z jednej strony, dziewczyny lubią rozmawiać, z drugiej robią to jakoś tak, że ta dyskusja bywa inwazyjna albo przesadnie dramatyczna. Dlatego, jak chcesz rozmawiać na poważne tematy, rób to w miarę dorośle, ale też w miarę normalnie. Możesz zacząć od takiego postawienia sprawy, że jest to bardzo istotna dla ciebie kwestia, więc nawet jak teraz nie będzie chciał pogadać, to i tak do tego wrócisz, więc opłaca mu się zrobić to teraz. Zawsze odwołuj się do korzyści.

A taki pomysł, żeby wyjechać gdzieś na weekend albo wyjść na kolację i bez napięcia, na spokojnie, po jakimś wspólnie spędzonymi miło czasie poruszyć dręczący nas temat?
Bardzo dobry pomysł, ale zróbmy to rzeczywiście bez napinki. Poza tym najlepiej robić to różnie, nie zawsze w ten sam sposób, raz porozmawiać przy kolacji, raz tuż po obudzeniu się, raz między obiadem a odebraniem dzieci ze szkoły. Możesz to zrobić żartobliwym tonem, odnieść się do filmu, który widzieliście przed chwilą w kinie. Najlepsza metoda to tak zbudować temat, by on musiał wybierać pomiędzy czymś a czymś, czyli żeby nie mógł ominąć wyboru. Na przykład: „Przychodzi dziś Ela z Jurkiem. Wolisz obrać ziemniaki czy posiekać cebulę?”.

A może mężczyźni nie chcą o pewnych rzeczach rozmawiać, bo nie wiedzą, jak dobrać słowa, żebyśmy się nie obraziły?
Kobiety mają tę właściwość, że jak mężczyzna mówi, że coś mu się nie podoba, to one od razu myślą: „On już mnie nie kocha”. I nie wiedzą, co z tym zrobić. Nie powiedzą: „Wyjaśnij mi dokładnie, co ci się nie podoba, może uda mi się to zmienić, a może się z tobą nie zgodzę, bo z mojej perspektywy to wygląda inaczej”. Bo dopóki jakaś sprawa jest omawiana, to dopóty jest do załatwienia. Tymczasem dziewczyny już z samej przyczyny poruszenia tematu uważają, że stoją na przegranej pozycji. Dlatego wszystkim kobietom z całego serca radzę, szczerze i na poważnie, żeby czasem wyszły ze swojego świata wewnętrznych przeżyć. Zmieniły kanał. Jeżeli kanałem, który przynosi cierpienie, jest ból fizyczny, to wtedy trzeba zająć się czymś, co pomoże odwrócić od tego bólu uwagę. Kanały to są nasze zmysły. Jeśli masz zajętą głowę jakimś problemem, to weź kąpiel, otwórz szeroko okno i powdychaj powietrze albo zrób coś fizycznie, nie wiem, umyj podłogę. A przede wszystkim przestań myśleć o czymś, na co nie masz rozwiązania. Znajdziesz je, ale nie teraz. No i bardzo polecam dobre kino, działa zawsze. Skutecznie odrywa od własnych problemów, a czasem podsuwa ciekawe rozwiązania.

  1. Styl Życia

Dorota Wellman: "Musi się dziać"

Dorota Wellman:
Dorota Wellman: "Im wolniej, bardziej konsekwentnie, ucząc się po drodze wszystkiego, tym lepiej. Tak długo jestem w zawodzie, bo nigdy nie było szybko."(Fot. Rafał Masłow)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dorota Wellman jest jedną z najbardziej lubianych przez widzów prowadzących „Dzień Dobry TVN”, magazynu świętującego swoje 15-lecie. Przenikliwa, bezpretensjonalna, wyrazista. Prawdziwa telewizyjna osobowość.

W „Dzień Dobry TVN” pracujesz prawie od samego początku. Jaki jest świat, który pokazujecie?
Bardzo różnorodny. Tolerancyjny. Nie krytykuje inności. Mimo banalnej formy i czasami banalniejszej treści tworzymy magazyn, który przynosi trochę wiedzy, trochę rozrywki. Nie zbawiamy nim świata. Ale w chwilę potrafimy zebrać dwa miliony na leczenie jednego dziecka albo dodać odwagi kobiecie, by zdecydowała się wyjść z opresyjnego związku. To ważniejsze niż cały świat.

Jakie były media, kiedy zaczynałaś?
Wiązane sznurkiem do snopowiązałki. Zaczynałam w prywatnej Nowej Telewizji Warszawa. Pierwsze nagrania były na jedną kamerę, operator nie miał doświadczenia studyjnego. Wszyscy uczyliśmy się zawodu na żywym organizmie. Pamiętam, jak drukowaliśmy i cięliśmy paski z prognozą pogody. Scenografię przynosiliśmy z domu. Sprzątaliśmy studio, nosiliśmy kable. Jeszcze nie trafiliśmy do telewizji publicznej. Naszym szefem był Michał Komar, wybitny publicysta, pisarz, fantastyczny człowiek. Nie robił wcześniej telewizji, ale wiedział, jakie treści powinniśmy przekazywać, jaką polszczyzną mówić, co jest dobrym, a co złym przekazem, co trzeba powiedzieć w skrócie, a co rozwinąć. Uczył nas podstaw – jak się przygotować, jak zachować wobec gości. Piękne czasy, które wspominam z sentymentem. Wiele osób, które wtedy zaczynały, teraz doskonale sobie radzi w swoich dziedzinach – Grzesiek Kalinowski, który w Nowej zajmował się sportem, został pisarzem, Ula Rzepczak przez wiele lat była korespondentką TVP w Rzymie i Watykanie, nadal pracuje stamtąd dla Polsatu.

Wszyscy mieliście osobowości.
Osobowości stanowią o telewizji. Pracując w mediach, należy za nimi podążać. Tak było w przypadku państwa Walterów, za którymi ja miałam szczęście podążać.

Miałaś punkty odniesienia?
Miałam szczęście, trafiłam na szkolenia, które dla przyszłych dziennikarzy telewizji publicznej prowadził prof. Aleksander Bardini, przejeżdżając po każdym z nas jak czołg. Nadawał się do zawodu ten, któremu udało się podnieść. Profesor w niczym mnie nie oszczędził. Zrównał mnie z ziemią jak nikt nigdy.

Co mówił?
Że się nie nadaję do telewizji – nie mam urody, jestem zbyt ekspresyjna, bo dużo wyrażałam całą sobą, a mniej treścią, jaką miałam przekazać. Drażnił go mój „szipiaszczy” sposób mówienia – twierdził, że będę szeleściła przed mikrofonem. „To ja ci jeszcze pokażę”, pomyślałam. Zaczęłam chodzić do znanej logopedki Joanny Luboń, aż w ogóle nie było tego słychać. Dużo później powiedział, że jest jeden powód, dla którego nadaję się do telewizji. Osobowość. Silna, przebijająca ekran, która może ludzi drażnić albo ich zachwycić. Mówił: „Bądź sobą, nie daj sobą manipulować, bądź pewna swoich racji, musisz umieć dyskutować”. Dzisiaj widzę, jak wielu dziennikarzy próbuje naśladować innych. Pokaż, kotku, co masz w środku. Tylko indywidualność przyciąga. Kiedy spotykam się ze studentami, mówię, że nic nie następuje szybko. Jedna ze studentek zapytała, jak zrobić szybko karierę w telewizji. Odpowiedziałam: „Dupą. Z prezesem najlepiej”. Tylko tak można szybko dostać się na górę. Im wolniej, bardziej konsekwentnie, ucząc się po drodze wszystkiego, tym lepiej. Tak długo jestem w zawodzie, bo nigdy nie było szybko. Nie wstydzę się, że nosiłam za innymi dziennikarzami kable i statywy. Bardini ostrzegał, że inni będą próbowali mnie zmieniać i jeśli się temu poddam, stracę.

Ktoś próbował?
Wielokrotnie. Trzeba mieć twardy kręgosłup, żeby się w telewizji nie poddać. Słyszałam: „Powinnaś być słodka”. No, gdzie ja i słodka pańcia? „Powinnaś mówić wolniej, mniej, inaczej”. Edward Miszczak, kiedy czasami coś mi proponował, mówił: „A, już widzę, że nie”. Nawet nie musiałam odpowiadać. Albo próbowano mnie nakłonić, abym była taką spowiedniczką – miałabym słuchać poruszających historii i zachować spokój. Ale jak być obojętną wobec trudnych wyznań? Była taka rozmowa, która nigdy mnie nie opuści. Rozmawiałam z dziewczyną, ofiarą gwałtu zbiorowego. Miała 17 lat. Ich było 12. Postanowili dobić ją cegłówkami. Przeżyła, jak, skąd miała w sobie siłę?! Ta rozmowa była dla mnie nie do wytrzymania, prawie czułam jej traumę. Ta rozmowa wraca we śnie…

Nie boisz się przekroczenia granicy?
Nauczyłam się tak pytać, żeby nikogo nie urazić i wykorzystać fakt, że ktoś nie chce odpowiedzieć. Milczenie jest wymowne, a gnamy, byle szybciej, zmontujmy to, pokażmy, już. A z zawieszenia głosu, pauzy przed odpowiedzią można czasem wyczytać więcej niż ze słów. Tak też było w przypadku tej dramatycznej rozmowy. Były we mnie emocje, mimo makijażu czułam, że goreję, robię się czerwona. Powoli szłyśmy przez tę historię. Kiedy nie chciała, nie odpowiadała. Zapytałam na przykład, czy jest w stanie iść do łóżka z mężczyzną. Nie odpowiedziała. Zostawiłam jej milczenie. Duży wpływ miała na mnie Nina Terentiew, moja szefowa w TVP. Pracowałam przy programach społecznych. I żeby wyciągnąć trudne treści, zadawałam dużo szybkich pytań. Nazywano mnie Kałasznikow. Nina mówi: „Dlaczego ty, ku..., do nich strzelasz? Daj im chwilę na odpowiedź”. Czasami w rozmowie trzeba zwolnić, czasami przyspieszyć, a czasami docisnąć serią pytań. Doświadczenie zbieramy latami. Teraz w studiu mam bardzo dużą uważność na to, co mówię. Mam świadomość, że jak coś raz padnie, to się nie da tego odkręcić. Możemy komuś zrobić krzywdę.

W telewizji śniadaniowej istnieje chyba większe ryzyko pomyłki, macie ok. 20 gości w jednym programie, materiały filmowe, zmienność tematów...
Dziennikarze przestali się przygotowywać do swojej pracy. A to dokumentacja daje nam pewność na antenie, spokój. Jeśli siadamy, żeby zrobić show, rzucić w kogoś puszką napoju energetycznego, zagonić w mysią dziurę pytaniami bez merytorycznych podstaw, dla jatki, zabawy – to zginiemy. Oglądalność jest źródłem naszej udręki. Każdego dnia musimy sprawdzać, czy jeszcze funkcjonujemy. Widocznie jestem stara, bo dla mnie nie liczą się skandal czy sensacja, tylko treści. Przez lata wypracowaliśmy z Marcinem Prokopem pewne metody. Jedną z nich jest właśnie solidne przygotowanie do każdego, najbanalniejszego tematu, bo na banalnym temacie łatwo się poślizgnąć, i maksymalna koncentracja na gościu. Widz może odnieść wrażenie, że są między nami takie przepychaneczki zabawne, ale przychodzi gość i koncentrujemy się tylko na rozmowie, na jego obecności w studiu. Witamy się z nim przed rozmową, żegnamy po. Ten kontakt jest ważny, bo często goście potrzebują, żeby ich dotknąć, uspokoić. Przez lata nie zdarzyło mi się popełnić błędu, którego bym się wstydziła. A jeśli mamy wątpliwości co do rozmów, mówimy, że ich nie zrobimy. Nie chcę, żeby do naszego programu przyszedł Korwin-Mikke i popularyzował swoje treści. Trzeba umieć powiedzieć „nie”. Ale wiele osób tego nie robi.

Czy dzisiaj media nadal są czwartą władzą?
Zdecydowanie. Dyktują mody, nie zawsze dobre. Nawet w telewizji, w której pracuję, są programy pokazujące postawy i treści, do jakich mi bardzo daleko. Nie cieszę się, że są, bo wiele osób korzysta z nich jako źródła wiedzy. Pokazywanie prostactwa, cwaniactwa bardzo źle wpływa na społeczeństwo.

Czasem jednak musisz rozmawiać z celebrytami o ich wózkach dla dzieci, a to niekoniecznie twoje newsy dnia. Czujesz się wtedy niewygodnie?
Mam do tego dystans. Czasem zarzuca mi się, że widać, co myślę o gościu. To też sobie z Marcinem wymyśliliśmy – nie trzeba takiego gościa obnażać, wystarczy go zapytać, zrobi to sam. Widzowie szybko odczytają, czy pustak. Za to mamy paru idoli spoza tego świata. Pan leśnik z Bieszczad, który opowiada o życiu zwierząt jak o sąsiadach. Gęby same nam się śmieją. Albo Jacek Karczewski, autor książki „Jej wysokość gęś”. Okazuje się, że życie ptaków jest fascynujące – erotycznie bogate i kryminalnie niebezpieczne. Albo koło gospodyń wiejskich, w którym panie darły pierze i wymyśliły bar z jedzeniem na wynos. Ktoś zapytał: „Porąbało was?! Na wsi jedzenie na wynos?”. Po dwóch miesiącach przedszkole brało na wynos, przychodnia brała, strażacy biorą.

Palec wcięłaś tak ostro przy krojeniu?
Tak, codziennie gotuję obiad. To był nóż z piłką, więc dojechałam porządnie.

Co jest w głowie, kiedy kończy się program?
Wychodzę ze studia zmęczona, z głową naładowaną jak sklep. W czasie programu mam w uchu słuchawkę, a w niej trzy mówiące naraz głosy. „Idź w lewo, w prawo, spadł nam materiał, jeden, dwa, trzy, patrz w kamerę w lewo, patrz w prawo, masz do końca 30, 20, 10 sekund”. Przede wszystkim nie mogę odpuścić rozmowy, jej temperatury i muszę uzyskać od gościa informacje, na których nam zależy. To rollercoaster emocji i tematów. Kocham każdą osobę, z którą pracuję, bo żyjemy dość intymnie. Koledzy znają nasze słabości, widzą gorsze dni, dźwiękowiec cię ogląda w majtkach, wszystko o sobie wiemy. Bez tych ludzi nie istnieję. Tak więc kiedy kończy się program, słyszę echo głosu mojej nieżyjącej mamy, dziennikarki, która po nagraniu radiowym, odkładając słuchawki, mówiła: „Bardzo dziękuję wszystkim za pracę”. Robię to samo. Tak jak ona mam szacunek dla wszystkich współpracowników.

Mama uczyła cię zawodowej etyki?
Tak, miała twardy kręgosłup moralny. Ponad wszystko kochała swoją pracę.

Zabierała cię do redakcji?
Montowała audycje na tych wielkich magnetofonach – stołach, a ja pod nimi siedziałam. Pamiętam ze studia teatru radiowego największe osobowości. „Dzbanuszek!” – wołała Irena Kwiatkowska do Jana Kobuszewskiego, podobnego do amfory. „Dzbanuszek, chodź, idziemy nagrywać!”.

Mama wiedziała, że będziesz dziennikarką?
Dawała mi wolność wyboru. Ja ją z kolei oddałam synowi. Nigdy nie mówiłam, że coś musi.

Ale byłaś krok za nim.
Szedł w lewo, szłam w lewo, szedł w prawo, szłam za nim. Jestem blisko. Podobne sprawy nas interesują. Zdzwaniamy się kilka razy dziennie. Zawsze byłam w jego świecie. Kiedy Kuba był mały i grał na komputerze, moja mama mówiła: „Nic z tego nie rozumiem”. „To po co tam siedzisz?”, „Bo chcę zrozumieć, na czym polegają jego fascynacje”. Jeśli odpuścisz, to nie będziesz wiedziała, w jakim świecie żyje twoje dziecko.

Mama była wobec ciebie krytyczna?
Potrafiła znaleźć równowagę między pochwałą a krytyką. Nigdy nie traktowała mnie ulgowo. Siebie też nie. Pamiętam, jak kiedyś uderzyła ręką w stół, bo coś jej nie wyszło. Nie potrafiła inaczej wyrzucić złości, więc przypierdzieliła tak, że mało sobie ręki nie złamała. To dla mnie była lekcja – ta perfekcyjna osoba coś zrobiła gorzej, wie o tym i chciałaby to poprawić. Drobna, szczupła, eteryczna, a bardzo mocna.

Z magnetofonem?
Tak, z magnetofonem na ramieniu. Wszystko miała przemyślane, czasem rozpisane, bo robiła duże audycje, ale potem nie korzystała z tych kartek. W stu procentach mnie ukształtowała.

A ojciec?
Był surowy, wymagający. Myślę, że bardziej chciał mieć syna niż córkę. Postanowiłam, że będę chłopcem dla mojego ojca, i byłam. Zebrałam wiele niedziewczęcych doświadczeń. Chciałam mu pokazać, że ze wszystkim daję sobie radę.

A kiedy nie dawałaś sobie rady?
To się tacie nie podobało. Bardzo nie lubił słabości. A może nauczył mnie zawziętości? Mam prawie 60 lat i jak słyszę starszych ludzi – takich w moim wieku – jak mówią: „Nie mogę, jestem na to za stara…”, to od razu coś we mnie krzyczy: „Ja, ku…, nie potrafię?! To się nauczę!”. Ciągle udowadniam mojemu ojcu, że sobie poradzę. Chociaż wtedy jego metody nie bardzo mi się podobały. Ale sam został tak wychowany.

Czym się zajmował?
Był inżynierem, wielkim fachowcem w swojej dziedzinie – zajmował się elektrowniami. Mama go rozmiękczała. Uczyła tego, czego nie potrafił. Mówiła, że okazanie czułości to nie powód do wstydu ani słabość. Rozmiękczyła jakąś część jego stalowej osobowości. To było pokolenie wojenne, które wszystko przeszło. Może to go tak zmarmurzyło.

Pamiętasz swój pierwszy protest?
Z ojcem się cały czas spierałam. Wprowadzał jakieś reguły, miały być obowiązkowe, a mnie się nie podobały. Któregoś dnia oświadczyłam, że wyprowadzę się z domu. Miałam 13 lat. Zapytał: „Kiedy?”. „Jak się spakuję”. „Dobrze”. Widziałam, że nawet się zdenerwował na chwilę. Nie wyprowadziłam się.

Powinno być tak, jak chcesz?
Wtedy tak uważałam. Nauczyłam się, żeby czasami było, jak chce mój mąż. Ale potrafię postawić na swoim.

Kiedy to się zmieniło?
Założyłam rodzinę i zrozumiałam, że mogę stracić coś dla mnie najważniejszego, jeśli będę walczyć na śmierć i życie. Mój mąż nie ma łatwego życia z moim „ADHD”. Uważam, że ciągle musimy coś robić. Małżeństwo to trudna sztuka kompromisu.

A musi się ciągle dziać?
W nicnierobieniu wytrzymuję pięć minut. Syn mówi, że miał ciężki tydzień i dzisiaj będzie na lenia. Mówię: „Ja pierd…! Jak można całą niedzielę na lenia spędzić”.

Wstajesz i jesteś gotowa?
Cała naszykowana. Jest weekend, wstaję o czwartej rano i mówię: „Pojechałabym na giełdę kwiatową”. Mój mąż: „To jedź”. „Nie mam prawa jazdy”. Kocham to miejsce, znam każdego sprzedawcę.

Mieszkam blisko giełdy. O dwunastej, trzynastej też można dostać świeże kwiaty.
Ale na pewno jest mniejszy wybór.

Dorota Wellman: 'W nicnierobieniu wytrzymuję pięć minut.' Fot. Rafał Masłow Dorota Wellman: "W nicnierobieniu wytrzymuję pięć minut." Fot. Rafał Masłow

To jakie są wasze wakacje?
Od lat jeździmy do Grecji, znamy ją jak własną kieszeń. Wybieramy małe, nieturystyczne miejsca. Wykąpaliśmy się, opalamy na leżaku, mówię: „Pojedźmy zobaczyć, co jest za rogiem”. Krzysiek: „Ja nie wytrzymam. Nie mogłabyś poleżeć?”. „Poleżymy po powrocie”. Dzięki temu dużo zobaczyłam i poznałam mnóstwo ludzi, bo wszędzie rozmawiam. Krzysiek mówi: „Ty masz taką przysiadalność”. Bo od razu z każdym rozmawiam, tak znajduję tematy. Ale mój mąż też jest typem sołtysa. Mieszkamy na wsi i on wszystkich zna: ten jest chory, a tamtemu trzeba zaorać. W Bieszczadach spotkałam rockmana. Nie chciał gadać, bo jest samotnikiem, alkoholikiem. Ale miał konie. Zgodził się na rozmowę tylko dlatego, że pocałowałam jego ukochanego konia w nos. Był taki piękny, że nie mogłam się powstrzymać.

W kilku wywiadach mówiłaś, że chciałabyś prowadzić program w stylu Marthy Stewart.
Gdybym miała absolutną wolność, zrobiłabym program łączący domowe treści z istotnymi, ale nie w formie „perfekcyjnej pani domu”. Sama sprzątam, gotuję, wiem, jak zaprosić gości, i wiem, jak przekonać kobiety do walki o wyrównanie szans. Taki kobiecy talk-show, niewykorzystana forma w telewizji.

Poszłaś z tym do szefa?
Tak, ale już nic większego nie zrobię w TVN. Nie mam złudzeń.

Mówisz bez żalu?
To oni nie wiedzą, co tracą. Regularnie spotykam się z kobietami w całej Polsce i widzę, że potrzebują nie tylko programów o tym, jaką sukienkę założyć na ślub i jak zachować młodość. Chcą wiedzieć, jak zrównać płace, jak walczyć o swoją pozycję, jak się nieustannie rozwijać. Ciągle musimy je motywować, kształcić, żeby walczyły o swoje.

Co się stało z tą Solidarnością, o którą tłukłaś się kiedyś z milicją na Barbakanie?
Nie istnieje. Jest okropny kraj podziału, w którym liczy się zysk i każdego można kupić.

Da się zszyć społeczeństwo?
Już nie. Mam nadzieję, że nie dożyję wojny domowej. Głęboko liczę, że któregoś dnia, kiedy będą odbierali nam wolność i prawa obywatelskie, ludzie się obudzą i wyjdą na ulice, że ducha wolności nie da się kupić za żadne „plusy”. Ale to naiwna wiara.

Co czułaś w 1989 roku?
Ogromną radość. Pierwsze wybory – i moje pierwsze wybory. Pierwszy paszport, jakbym Pana Boga złapała za nogi. Kartkowałam, oglądałam ze wszystkich stron, wąchałam. Poczucie, że zdobyliśmy coś naprawdę ważnego. A teraz powoli to tracimy. To bolesne, ale nigdy stąd nie wyjadę. Nigdy. I nikt mnie stąd nie wygoni. No, to chyba dobrnęliśmy do puenty. 

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” – gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta?
Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję?
Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie?
Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach?
Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości?
Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja?
Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności?
Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele.
Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.

Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką?
Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach.
Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości?
Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia.
To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik.
To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele. Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Styl Życia

Prawdziwe piękno tkwi w naszej kobiecości i różnorodności. Wyjątkowa kampania marki L'Oréal Paris

Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii
Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii "KobieTY w roli głównej". (Fot. materiały prasowe)
Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, wyjątkowości i potencjale, który w nas drzemie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, by każda z nas prawdziwie poczuła to głęboko wewnątrz siebie. Pomóc w tym ma najnowsza kampania marki L'Oréal Paris. 

"Dziś największą siłą jest siła kobiet" - mówi z przekonaniem Grażyna Torbicka w spocie promującym kampanię "KobieTY w roli głównej". I jakoś ciężko jest nie uwierzyć w te słowa. Tym bardziej, że wtóruje jej osiem wyjątkowych kobiet, znanych nam ze świata kultury, telewizji i Internetu.

https://youtu.be/nloEJUdaiqE

Kampania L'Oréal Paris "KobieTY w roli głównej" powstała, by docenić siłę kobiecości - dodawać kobietom pewności siebie i odwagi do odnajdowania własnej definicji kobiecości. Jej bohaterkami jest dziewięć wyjątkowych kobiet, które poprzez swoją różnorodność, pasje i historie, mają zaszczepić w nas siłę do inicjowania zmian. Marieta Żukowska, Ola Żebrowska, Magda Bereda, Karolina Gilon, Alicja Szemplińska, Anna Markowska, Olga Kleczkowska, Radzka oraz Grażyna Torbicka opowiadają nam swoje historie po to, byśmy w każdej z nich odnalazły cząstkę siebie i wyciągnęły z nich odpowiednie wnioski.

Z jednej strony Grażyna Torbicka – niezwykła osobowość, prawdziwa ikona kina, telewizji, dziennikarstwa - która niejednokrotnie musiała udowadniać swoją siłę. Z drugiej reprezentantki młodego pokolenia – piosenkarki, youtuberki, modelki, których głos trafia szczególnie do tak ważnej grupy dorastających dziewczyn. Alicja Szemplińska, Magda Bereda, Ania Markowska czy Olga Kleczkowska to kobiety, które pasją i aktywną postawą udowadniają, że wiara w swoją wartość jest prawdziwą potęgą. Z kolei Marieta Żukowska, aktorka znana z niesamowitej energii, uśmiechu i wyjątkowego uroku, przekonuje, że sekretem kobiecej siły jest miłość do samej siebie. Radzka, czyli Magdalena Kanoniak, dodaje, by pamiętać o samoakceptacji i pod żadnym pozorem nie ulegać presji otoczenia. Natomiast Karolina Gilon to symbol podążania własną drogą, którą sama sobie wyznaczyła: „To ja decyduję o tym, kim jestem”.

To, że nasza siła płynie ze wzajemnego wsparcia, potwierdza Ola Żebrowska, której nie zobaczymy w spocie marki, ale odnajdziemy w szeregach kobiet kampanii. Podczas, gdy pozostałe dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami na planie zdjęciowym, Ola pisała swój własny scenariusz historii KobieTy w roli głównej” – została po raz kolejny mamą. Ola kobiecą solidarność miała okazję odkrywać od najmłodszych lat – wychowała się w końcu wśród ośmiu sióstr!

Kampania "KobieTY w roli głównej" i manifesty jej głównych bohaterek mają przypominać o sile naszej kobiecości, którą możemy odnaleźć również w naszej różnorodności. Każda z nas ma za sobą inne doświadczenia, a mimo tego niektóre prawdy o nas i naszych potrzebach są niezwykle uniwersalne. Przez najbliższe miesiące bohaterki kampanii będą wspierać i promować kobiecą współpracę, a owoce tego będzie można odnaleźć na ich profilach instagramowych. Kampania L'Oréal Paris to wielowątkowy i wielowymiarowy kobiecy dialog, wzajemne dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. My się do niego przyłączamy!