1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dotykiem przekazujemy równie wiele jak słowami - zwłaszcza w łóżku

Dotykiem przekazujemy równie wiele jak słowami - zwłaszcza w łóżku

Z upływającym czasem w związku już wiemy, że pogłaskanie po twarzy czy odgarnięcie włosów oznacza: „kocham cię”. (Fot. iStock)
Z upływającym czasem w związku już wiemy, że pogłaskanie po twarzy czy odgarnięcie włosów oznacza: „kocham cię”. (Fot. iStock)
Dłońmi przekazujemy równie wiele jak słowami. Zwłaszcza w łóżku. Seksuolog Andrzej Depko tłumaczy, jak poprzez dotyk zadbać o bliskość i odkryć mapę erotyczną partnera.

W każdej sferze potrzebna jest równowaga. W sferze komunikacji werbalnej i niewerbalnej również. Ci, którzy bardzo dużo dyskutują na temat seksu, mogą stracić dużo bliskości i namiętności. Ale ci, którzy nie rozmawiają, nie komunikują swoich trudności i pragnień, zwiększają poczucie obcości w związku. Seksuolog Andrzej Depko tłumaczy, jak poprzez dotyk zadbać o bliskość i odkryć mapę erotyczną partnera.

Bliskość od rana

Idealna sytuacja jest taka, że na bieżąco przekazujemy sobie informacje. Kochamy się i jeżeli czegoś nie chcemy, odmawiamy, ale w sposób neutralny. Nie osądzamy, nie odrzucamy drugiej osoby za próbę urozmaicenia seksualności, tylko tłumaczymy nasze opory i później szukamy wspólnego rozwiązania problemu. A z czasem nasz opór może zmaleć czy zniknąć, bo żyjąc w bliskości i zaufaniu, możemy się przekonać do nowych form miłości, których wcześniej nie praktykowaliśmy. Forma propozycji też jest ważna. Nieakceptowalna jest taka, która przypomina szantaż emocjonalny: „jak nie, to poszukam sobie kogoś innego”. Ale przekonywanie siebie nawzajem do bliskości powinno trwać cały dzień, a nie zaczynać się w momencie, gdy powysyłaliśmy e-maile, pozmywaliśmy naczynia, obejrzeliśmy film i mamy czas na kwadrans higieny seksualnej. Obydwoje ponosimy odpowiedzialność za związek i obydwoje powinniśmy się nieustająco uwodzić. Taką formą może być wysłanie SMS-a: „kocham cię”, „tęsknię”, „chciałabym się do ciebie przytulić”. A potem, gdy się zobaczymy i przytulimy, dużo łatwiej już ten nastrój intymności rozwijać. Można zaproponować: „Napijmy się wina, obejrzyjmy film”. Nie na oddzielnych fotelach, tylko przytuleni na jednej kanapie. To wszystko buduje napięcie i obiecuje, że coś może się dalej zdarzyć.

Zaproszenie na wieczór

Każdy człowiek ma własną mapę erotyczną i swoje przyzwyczajenia. Dla kogoś zaproszeniem do bliskości będzie masaż stóp, dla kogoś innego głaskanie po dłoniach, przedramionach czy po głowie w trakcie oglądania filmu. Tak jak między ludźmi tworzy się język intymny (werbalny), tak też tworzy się język dotykowy. Z czasem już wiemy, że pogłaskanie po twarzy czy odgarnięcie włosów oznacza: „kocham cię”.

W dalszej części wieczoru możemy wysyłać coraz bardziej erotyczne komunikaty. A intensywnością dotyku informować o naszym zaangażowaniu. Jeżeli ze strony partnera odbieramy dotyk miły i obojętny, odgadujemy, że jest on myślami gdzie indziej; a jeżeli niezmienny i metodyczny – że jest skupiony na zadaniu. Kiedy jesteśmy nastawieni na drugą osobę, bezbłędnie odczytujemy reakcje jej ciała – na ile zmienia się jej postawa, grymas twarzy, błysk oczu. Ciało nieustająco wysyła różne sygnały. Pamiętajmy też o prośbach partnera na temat intensywności dotyku w różnych miejscach. W przeciwnym razie może się poczuć pominięty. Szczególnie należy uwzględnić upodobania nowej partnerki lub partnera. Bezpośrednie przenoszenie pozytywnych doświadczeń z poprzedniego związku nie oznacza, że osiągniemy sukces. Bo receptywność nowej osoby jest zazwyczaj inna. Jeżeli takie niedopasowanie będzie trwało, po kilku latach pojawi się monotonia i niechęć do bliskości.

Warto też dbać o urozmaicenia, ale zamiast o nich rozmawiać, delikatnie zaproponować coś w trakcie pieszczot, sprawdzając reakcję partnerki. Jeżeli powie: „Proszę, nie”, następnego dnia można o tym neutralnie i krótko porozmawiać: „Wiesz, miałem wczoraj taki pomysł, ale zauważyłem, że nie sprawiło ci to przyjemności. I nie wiem, czy następnym razem znów spróbować, czy zdecydowanie to odłożyć?”. Jeżeli reakcja partnerki była gwałtowna i negatywna, należy od razu przerwać i nie próbować ponownie, ale później wyjaśnić tę sytuację. Dobrze przy tym jak najczęściej dotykać się, głaskać, przytulać.

A nocą…

…spać razem, nago, w objęciach. Dlaczego? Bo poprzez dotyk stymulujemy pewien odcinek układu nerwowego i za pośrednictwem receptorów wysyłamy informację do mózgu, gdzie wydzielają się neuroprzekaźniki odpowiedzialne za przyjemność. Mózg zaczyna się kąpać w endorfinach i mamy uczucie dobrostanu. Choć ten sam dotyk serwowany w sytuacji konfliktu może wydawać się bolesny, co wynika z napięcia w systemie nerwowym. O odbiorze dotyku decyduje kora mózgowa. Zatem jeżeli przylegamy do siebie dużą powierzchnią skóry i czujemy zapach drugiej osoby, w czasie snu w tej części mózgu, która czuwa nad stanem całego ciała, wydzielają się pozytywne neuroprzekaźniki. Po takiej nocy obudzimy się w poczuciu błogostanu… A jeśli podtrzymamy go krótkim kontaktem w ciągu dnia, to wieczorem będzie nas do siebie ciągnęło, będziemy dążyli do podobnych doznań, bo endorfiny działają jak narkotyk. A z czasem zacznie się wydzielać oksytocyna, która jest neuroprzekaźnikiem przywiązania do siebie. Dzięki niej mocno się ze sobą splatamy, a gdy jest jej za mało, związki się rozpadają. To wszystko, co się z nami dzieje, jest wyrazem sprawności układu nerwowego. I ten układ za pomocą różnych receptorów zbiera informacje – „widzę cię”, „słyszę”, „czuję twój zapach”. Te informacje są cały czas analizowane i wpływają na nasz związek. Zatem wiemy już, jak o niego zadbać.

Z kochankiem jak z dzieckiem

Dobrze można to zobaczyć na przykładzie relacji z dzieckiem, które tak bardzo potrzebuje być przytulane, głaskane i które my z kolei też chcemy całować, przytulać. Bo gdy jesteśmy dotykani, czujemy się kochani. Nie trzeba być fetyszystą stóp, żeby czerpać przyjemność z masażu stóp partnerce. Można chcieć ulżyć jej po ciężkim dniu. Dobrze jest poszukać takich form masażu, które będą nam odpowiadały. Jest teraz wiele olejków pomagających przygotować receptory do masażu. Bo dotykanie suchej skóry szybko może stać się nieprzyjemne. Największą przyjemność sprawia masowanie miejsc, w których skóra przechodzi w błonę śluzową (np. ust, uszu), ale one też wymagają nawilżenia i z czasem zintensyfikowania dotyku, bo przyzwyczajają się do serwowanego poziomu bodźców. Możemy używać różnych form masażu do różnych celów – do relaksu, usunięcia bólu, bliskości, seksu.

Te wszystkie elementy – spanie nago, przytulanie, masowanie – są naturalne w pierwszej fazie zakochania. Jednak gdy wdziera się w nasze życie szara codzienność, szybko znajdujemy wymówkę – brak czasu. A jeżeli nie będziemy znajdować dla siebie czasu, a więc nie będziemy dostarczać odpowiednich stymulacji dla układu nerwowego, w pewnym momencie stracimy poczucie bliskości i coraz trudniejsza stanie się droga z powrotem do siebie.

Dotyk może łączyć też w sytuacji konfliktowej. Nie – jeżeli była to ostra wymiana zdań połączona z zarzutami i inwektywami. Wtedy żadna strona nie oczekuje dotyku, bo będzie on tak samo ranił jak słowa. Najpierw trzeba rozwiązać problem. Tak – jeżeli była to drobna sprzeczka. Można wtedy przytulić się albo powiedzieć: „Widzę, że jesteś spięty, chodź, rozmasuję ci kark”. Ale trzeba wyczuć, czy partnerowi lub partnerce przyniesie to ulgę.

Jeżeli jesteśmy praktykującymi bedesemenowcami (osoby stosujące elementy dominacji i siły – przyp. red.), relację może naprawić dawanie klapsów. Zresztą jeżeli nie jesteśmy – też możemy obrócić sytuację w żart, wymierzyć lekkiego klapsa i przytulić. Możemy też w trakcie przeprosin głaskać wyjątkowo wrażliwą strefę partnera lub partnerki. O ile będzie to dla nich w tej sytuacji przyjemne.

Na różne sposoby

Ogromną frajdą i wielką przyjemnością dla pary może być odkrywanie stref erogennych. Niektóre kobiety mają bardzo wrażliwe piersi i poprzez masowanie tej części ciała można doprowadzić je do orgazmu. U innych taką samą funkcję będą pełnić wewnętrzne powierzchnie dłoni. Jedne kobiety są tego świadome, innym może pomóc w odkryciu tego potencjału partner.

Bardzo wrażliwe na dotyk są też kobiece pośladki. To duża struktura mięśniowa, więc można je do woli głaskać, masować, ugniatać, ściskać, a nawet uderzać. I w zależności od intensywności, dostarcza to innego rodzaju bodźców. Dobrze jest pamiętać o granicy nieowłosionej skóry głowy z owłosioną – dostarcza niezwykłych doznań. Podobnie jak wszystkie miejsca intymne, w których skóra się zmienia.

Mówimy tu o delikatnych formach pieszczot, ale trzeba pamiętać, że są wśród nas ludzie, którzy potrzebują silnych bodźców. U nich odległość pomiędzy ośrodkiem bólu a ośrodkiem przyjemności jest bardzo mała, a wzmaganie napięcia bólowego, np. poprzez dawanie klapsów, przechodzi w odczuwanie silnej przyjemności. To jedna z tajemnic ludzkiego mózgu. Wiele mamy takich do odkrycia. I dobrze jest ich wspólnie poszukiwać.

Andrzej Depko doktor nauk medycznych, seksuolog, neurolog, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Seks

Kiedy on mówi jej "nie". Dlaczego mężczyźni odmawiają seksu?

Mówienie „nie” to ważna część gry seksualnej. I choć zbliżenia odmawiają głównie kobiety, mężczyźni robią to równie często. (Fot. iStock)
Mówienie „nie” to ważna część gry seksualnej. I choć zbliżenia odmawiają głównie kobiety, mężczyźni robią to równie często. (Fot. iStock)
Ważną, ale też trudną częścią gry seksualnej jest mówienie „nie”. To zwykle kobiety odmawiają seksu, w tej grze mężczyźni tradycyjnie są bardziej aktywni. Czy tak jest też w małżeństwie? Okazuje się, że równie często, może nawet częściej, to mężowie odmawiają żonom. By uniknąć seksu, używają pokrętnych strategii. Poznacie je w tej rozmowie, może więc nie padniecie ich ofiarą. A trudno o dobry związek bez dobrego porozumienia, także w erotyce – przyznaje psychoterapeuta Krzysztof Korona.

Proponowanie seksu mężczyźnie przez kobietę, jeśli nie jest się pewnym swego, to emocjonalnie wielkie ryzyko. Faceci często próbują, więc równie często są odtrącani, jakoś się przyzwyczaili. Wielu ma grubą skórę. Dla kobiet odmowa mężczyzny to bolesne odtrącenie i wielkie poniżenie. Także dlatego mężczyznom bywa czasami trudno powiedzieć kobiecie „nie”.
W sytuacjach pozamałżeńskich on próbuje, ona często odmawia. A jeśli ona jemu proponuje, to już różnie bywa... Jednak mało która kobieta będzie ryzykować. Dziś Internet to zmienia, tam zyskujemy więcej pewności wzajemnej. Zupełnie inaczej jest w stałym związku.

W małżeństwie ta niesymetryczność nie obowiązuje?
Nie. I o tym chciałem mówić. Na odmowę faceta w małżeństwie należy patrzeć na tle statystyk dotyczących kondycji fizycznej polskiego mężczyzny. Raport z 2003 roku mówi, że kiepsko u niego z tym, co odpowiada za erekcję, za libido, czyli z układem krążenia. Dlatego wielu umrze na zawał lub wylew. Jeżeli zaczyna szwankować zdrowie, odmowa seksu nie musi mieć związku ze stanem małżeństwa, raczej z lękiem przed porażką. Jeżeli on odmawia, mądra kobieta powinna pomyśleć: „Czy nie czas zatroszczyć się o zdrowie partnera?”.

Niestety, edukacja seksualna kobiet (nie inaczej mężczyzn) opiera się na uproszczonej edukacji internetowej. Ostatnie badania prof. Izdebskiego wskazują, że w Internecie staramy się szukać rozwiązania każdego problemu. Odtrącenie przez męża kobiety często interpretują tak: „on ma inną”. Albo: „znudziłam mu się”. Czasami tak jest, ale częściej to błąd, który pogłębia problem. Żony, którym mąż odmawia, bywają złośliwe albo mówią: „Już mnie nie kochasz, nie podobam ci się”. Wtedy pojawia się męski lęk, co to będzie następnym razem. Jeżeli on podejmie aktywność seksualną, to już na progu będzie obciążona lękiem, że się nie uda. Faceci, którzy obawiają się zaczepek seksualnych swoich partnerek, mają swój system zachowań unikowych.

Chyba obie strony stosują podobną taktykę. Ona: „Jestem zmęczona, nie mam nastroju”, on: „Nie widzisz, jaki jestem zagoniony?”.
To akurat niezła strategia, bo jest wprost. Gorsze są te unikowe. Mężczyźni i kobiety mają odmienne, wiele z nich wielce pokrętnych. Najwięcej pracy w gabinecie mam z unikowymi strategiami kobiet.

One zwykle mówią: „Muszę mieć nastrój, jestem niewyspana, małe dzieci”. Brak nastroju czasami trwa całymi latami, zdarza się, że w końcu traci się go na zawsze. A przy okazji traci się męża.
Czasami tak. Ale sytuacja, kiedy w ogóle pojawia się dialog, jest już niezła. Bo najczęściej go nie ma. On kładzie się, ona rozpoczyna prasowanie, on czeka w sypialni, ona jest na etapie pieczenia placka, gotowania ogórkowej bądź robienia porządków, przecież jutro przychodzą goście. To unikowe strategie najczęściej stosowane przez kobiety. Dzisiaj coraz rzadziej kobieta powie: „boli mnie głowa”. To się zbanalizowało. Faceci są inni: nie prasują, nie sprzątają, jeżeli chcą unikać seksu, to kombinują w dwojaki sposób: angażują się w pracę, późno przychodzą do domu, przynoszą papiery z pracy, odbierają setki telefonów. Mówią: „Nie mam czasu, jestem zapracowany”. Albo: „Słuchaj, ledwie żyję, potrzebne są nam pieniądze”. To strategie ucieczkowe spod znaku „praca”.

Jest jeszcze inny system stosowany przez facetów. Mężczyzna, który potrzebuje argumentów, dzięki którym nie podejmuje współżycia, zachowuje się czasami jak detektyw. Rozpoczyna w domu szpiclowanie. Szuka notatek, przegląda Internet, sprawdza telefon: gdzie ona jest, co robi. Motywem jest wytwarzanie konfliktu, stworzenie poczucia winy. Tak może ją ukarać. To strategia, kiedy on nie podejmuje aktywności seksualnej, boi się, że nie będzie miał erekcji bądź ma problem z wytryskiem. Przypominam, mówimy cały czas o związku małżeńskim. Jeśli chce się uniknąć seksu wieczorem, można doprowadzać do porannego konfliktu. To bywa skuteczne. Kolejna strategia: „ona mnie zdradza”. Zaczynają się więc przesłuchania: „ty chyba kogoś masz”.

Robi się zimno. A wystarczy ochłodzić stosunki, by seks był dla kobiety trudny lub niemożliwy. Efektem jest obopólna niechęć. Konflikty, nieuchronne w związku, nie są łagodzone przez bliskość, jaką daje erotyka. Seks nieprokreacyjny właśnie też jest po to, by łagodzić. Jak sobie z tym radzisz jako terapeuta?
Ujawniamy przyczyny uruchamiania uników. Im ludzie byli bardziej wstrzemięźliwi przed ślubem, tym bardziej prawdopodobne jest uruchomienie tego typu strategii w okresie małżeńskim. Im mniej mieli różnorodnej aktywności na początku związku, bardziej ograniczali pieszczoty, tym większe prawdopodobieństwo, że strategie unikowe będą podejmowane przez mężczyzn. Im mniej są seksualnie wyedukowani, mało czytali, mniej rozmawiali, tym takie strategie będą się nasilały jako pretekst odmowy seksu.

Borykającym się z problemem radzę, aby sobie wyobrazili, że są nad rzeką. Mogą przez nią przejść na drugi brzeg, na którym napisane jest: „satysfakcja i orgazm”. Mają do wyboru dwa mosty. Jeden bardzo szeroki, gdzie da się bezpiecznie przejść we dwoje. Ale jest też kładka, mogą się na niej zmieścić, jednak trzeba postępować bardzo ostrożnie, by nie wpaść do wody.

Te pary, o których rozmawialiśmy wcześniej, zamiast mostu wybierają kładkę, czyli uważają, że uprawianie seksu powinno się odbywać tylko w ramach określonych norm. Seks ma polegać na tym, że najpierw powinien być pocałunek, chwila gry miłosnej, wprowadzenie członka do pochwy, wykonywanie nim ruchów frykcyjnych, by doszło do osiągnięcia orgazmów przez nią i przez niego. I powinna następować pięciominutowa gra w czułość po zakończeniu stosunku – to seks według receptury seksuologów sprzed iluś tam lat. Jeżeli mężczyzna czuje, że ma jakiś problem z erekcją, to nie wejdzie na szeroki most. Nie ma umiejętności i pomysłu, by używać miłości francuskiej, czy korzystać z pieszczot, aby tak doprowadzić kobietę do orgazmu. To wykracza poza jego myślenie, co to jest normalny seks.

Jaki typ mężczyzny tak postępuje?
Będzie to „przywódca” – nie poddaje się, nie cierpi porażki. Typ gościa, który ma niską samoocenę, dużo kompleksów, myśli o sobie jako o mężczyźnie nieatrakcyjnym fizycznie. Myśli: „Ona zrobiła mi łaskę, że za mnie wyszła”. Takie strategie stosują również mężczyźni, których partnerki są zafiksowane na myśleniu, że orgazm jest kluczem do satysfakcji seksualnej. Aktywność jej mężczyzny ma ją doprowadzić do jednego bądź wielu orgazmów, i to pochwowych, sztywnym penisem. Mężczyzna, który nie jest w stanie takiej aktywności podjąć, zacznie uruchamiać takie strategie unikowe, o których rozmawialiśmy.

Ale są też inne powody, dla których facet unika seksu, dosyć oczywiste.
Zdrada rzeczywista, gdy facet ma inną kobietę. Ale też w ramach nowych czasów należy wspomnieć zdradę wirtualną – on zdradza żonę w Internecie. I sytuacja, kiedy facet nie otrzymuje w seksie tego, czego pragnie. Wtedy często spotyka się z kobietami, które moi pacjenci ładnie nazywają „sponsorkami”, czyli kobietami, które oni sponsorują.

Wielu jest tych sponsorów?
Tego dokładnie nie wiem, ale wiem, że wzrasta liczba mężczyzn, którzy nie są w stanie z kobietami porozmawiać na temat swoich potrzeb seksualnych. Boją się, że zostaną wyśmiani lub uznani za dewiantów. W Polsce na temat dewiacji seksualnych mówi się coraz więcej: o pedofilach, o różnych zachowaniach seksualnych, które wykraczają poza normy, i mężczyzna, który ma specyficzne upodobania do prowadzenia na przykład gry wstępnej, samego stosunku seksualnego, jeśli jest otoczony taką atmosferą – o, tego robić nie wolno, bo to świadczy o twoich dewiacjach – będzie unikał rozmowy, w związku z czym nie otrzyma w łóżku tego, co chciałby otrzymać.

Częściej ona czy on odmawiają seksu?
Wiem tylko, że o wiele częściej kobiety skarżą się na mężczyzn. Często nie wprost. Pytają: „Co mam zrobić, on nie chce ze mną współżyć, podejrzewam, że mnie zdradza?”. Albo: „Mój mąż jest pracoholikiem, jest uzależniony od komputera, gier...” itp. Dopiero w dalszej rozmowie odsłania się część dotycząca seksu. Dlatego nie bardzo wierzę w badania prowadzone na dużych grupach, kiepsko tam ze szczerością.

Jak traktujesz jako terapeuta zjawisko unikania seksu?
Jeżeli obydwoje nie mają potrzeb seksualnych, najczęściej nie ma też problemu. Zwykle odmawianie seksu w małżeństwie jest dramatem co najmniej jednego z partnerów. Jeśli on odmawia kobiecie, to ona musi sobie dać radę z napięciem seksualnym. Korzysta z Internetu i próbuje nawiązywać relacje. Wtedy pojawia się poczucie winy, bo korzysta z wibratora, masturbuje się. Próbuje zaspokajać swoje potrzeby seksualne poza związkiem? Jeszcze gorzej. Jeśli tego wszystkiego nie robi, to zaczyna myśleć źle o sobie. Czasami obniża poczcie atrakcyjności seksualnej partnera. Jeśli chce ochronić siebie, musi z niego zrobić wroga. Albo pracuje, by ostudzić swe libido.

Są myśli, które zabijają miłość: „ile on mi krzywdy zrobił!”. Wspomina same złe rzeczy. Tak buduje się w głowie fortecę. I nawet jeśli on będzie próbował, to ona nie będzie w stanie zareagować na niego seksualnie.

Zawsze podejrzewałem, że w takiej sytuacji może to nie najlepiej się skończyć.
Albo nawet całkiem źle. U kobiety odtrącanej (u faceta zresztą też) łatwo o depresję, sięganie po używki, aby rozładować napięcie. Tak zaczyna się proces niszczenia miłości i autodestrukcja.

  1. Psychologia

Bez wolności nie ma bliskości

Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak jesteśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej pierwotnej potrzebie. O tym, gdzie leżą granice wolności w relacji, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Mogłoby się wydawać, że dobra relacja poszerza nasze horyzonty, a nie je zawęża – zyskujemy, a nie tracimy. Tymczasem utarło się na przykład, że wieczór panieński czy kawalerski, które poprzedzają wejście w związek, są ostatnim oddechem wolności.
Wchodząc w związek, robimy miejsce w naszej codzienności dla drugiego człowieka, udostępniamy fragment swojej przestrzeni. Wydaje mi się, że słowo „udostępniamy” jest tu bardziej właściwe niż słowo „oddajemy”. „Udostępnić” znaczy dobrowolnie umożliwić komuś podejście blisko do siebie. Dlaczego więc utarło się, że wejście w relację to wyrzeczenie się wolności? Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo myślimy o wolności, że interpretacja tego pojęcia jest okrojona. Generalnie emocjonalny rozwój człowieka możemy podzielić na trzy zasadnicze fazy. Pierwsza to zależność, kiedy po prostu w pełni zależymy od naszych opiekunów, druga faza to przeciwzależność, kiedy „wyodrębniamy siebie” – do tego konieczny jest bunt, aż w końcu „dopływamy” do wolności, czyli trzeciej fazy. Ta dojrzała wolność oznacza możliwość wyboru, decydowania o sobie. Dość często tę trzecią fazę mylimy z drugą – uważamy, że wolność to bunt, to wyrwanie się z jakiegoś uwięzienia, to powiedzenie „nie”, a najlepiej wykrzyczenie tego „nie”. Tymczasem właściwie pojmowana wolność dokładnie w tym samym stopniu dotyczy sprzeciwu co aprobaty. Wolność to przecież także możliwość powiedzenia „tak”. Więc równie dobrze można powiedzieć, że wieczór panieński czy kawalerski, a potem sam ślub to pochwała, świętowanie wolności. I ta wolność w związku jest bardzo potrzebna.

Czemu ona służy?
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości.

Na pierwszy rzut ucha mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie…
Przytoczę fragment pewnego wiersza Wisławy Szymborskiej pt. „Jestem za blisko, żeby mu się śnić”. Brzmi tak:

„Jestem za blisko, żeby mu się śnić. Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu/pod korzeniami drzew. Jestem za blisko. [...] Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,/przed którym rozsuwają się ściany./[...] Ja jestem za blisko, żeby mu z nieba spaść”.

Chodzi o to, że bliskość prawdziwie rozumiana wiąże się z zachowaniem części wolności. Inaczej nie mamy do czynienia z bliskością, tylko z symbiozą, która tak naprawdę w dorosłym życiu, z wyjątkiem krótkich chwil intymności seksualnej, jest powrotem do dziecięcego sposobu przeżywania, a to nie służy ani żadnemu z partnerów, ani samej relacji. Dystans jest potrzebny, a nawet konieczny. Konieczny jest jakiś rodzaj zaskoczenia. To, co ludzie często uważają za ogromną zaletę, zdobycz, mówią z dumą: „Znam go/ją na wylot”, jest w gruncie rzeczy kłodą dla związku, bo to już jest za blisko, by… mu się śnić. Każdy z partnerów musi mieć swoją przestrzeń, swoją wolność właśnie, swój świat. Powiedziałyśmy na samym początku, że wchodząc w relację, jakiś fragment swojej przestrzeni udostępniamy drugiemu człowiekowi, to bardzo ważne, ale równie ważne wydaje mi się dbanie o to, by mieć taki fragment, którego mu nie udostępnimy.

Jednak ta wolność musi mieć jakieś ramy, granice. Można je ustalić? A może wręcz należy je ustalić?
Jeśli pytasz o spisanie tych granic w punktach, myślę, że to ma sens jedynie w sytuacjach kryzysowych, to znaczy wtedy, kiedy już jedna ze stron wyraźnie zasygnalizowała, że poczucie wolności tej drugiej strony przekracza jej próg, że w jakiś sposób została zraniona. Jednak takie wytyczanie granic a priori wydaje mi się niemożliwe, sztuczne, bez sensu. Życie zawsze nas zaskoczy. Tu raczej konieczne jest rozeznanie na bieżąco, przy każdej kolejnej „okazji”, tu konieczna jest możliwość dialogu. Wyobrażam sobie na przykład sytuację, kiedy partner ma od dzieciństwa przyjaciółkę. Głupim byłoby oczekiwanie czy wymaganie, że teraz, gdy ma żonę, z tej przyjaźni zupełnie zrezygnuje. Ale istotne jest, w jaki sposób będzie tę przyjaźń teraz „realizował”. Czy na przykład będzie nadal, tak jak kiedyś, gdy był singlem, zwierzał jej się z intymnych spraw, czy będzie wciąż spędzał z nią tyle samo czasu co wcześniej, czy będzie chciał spotykać się zawsze z nią sam, bez obecności swojej żony itd. Wyobrażam sobie związek, są takie, w którym każde z partnerów ma swoje grono znajomych i spotykają się z nimi w pojedynkę. Ale… nikt nie czuje się nieważny czy mniej ważny od przyjaciółki, kumpla. I może to poczucie jest jedną z takich granic wolności w relacji.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska) Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska)

Mówimy często, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
No właśnie, a ja dodałabym jeszcze, że nasza wolność w związku kończy się tam, gdzie zaczyna się dobrostan partnera. Tę granicę wyznaczać może zatem właśnie poczucie ważności. Jeśli żona zaczyna czuć się drugoplanowa, nieważna czy mniej ważna od znajomej, koleżanki z pracy albo przyjaciółki, to może oznaczać, że przekroczona jest granica wolności. Tu może mieć znaczenie także jakiś rodzaj symetrii, to znaczy, czy to tylko jedna ze stron „żyje swoim życiem”, a druga w tym czasie zawsze czeka w domu, czy obie strony „rozchodzą się” raz na jakiś czas, by potem do siebie wrócić. Myślę, że granicą wolności jest też poczucie lojalności w relacji. Czyli jeśli moja partnerka czuje, że nie byłem wobec niej lojalny, bo właśnie na przykład zwierzyłem się z jakichś ważnych rozterek przyjaciółce, a nie jej, to może być to także przekroczeniem granicy wolności w tej relacji. Jednak to są trudne sytuacje, bo to poczucie przekroczenia granicy wolności bywa subiektywne.

Ale rozumiem, że poczucie bycia zranioną jest jednak takim wyznacznikiem.
Przy założeniu, że to dojrzała relacja, a raczej że to dwoje względnie dojrzałych osób ją tworzy, wtedy zdecydowanie tak.

Są wyznaczniki przekroczenia tych granic wolności „wewnętrzne”, tak jak wspomniane poczucie nieważności czy zranienia. A czy są – i jeśli tak, to jakie – wyznaczniki „zewnętrzne”?
Myślę, że są takie kategorie „zewnętrzne” niejako ponad ustaleniami konkretnej pary. I taką kategorią wydaje się na przykład nasza tożsamość kulturowa. To znaczy, niezależnie od naszego stosunku do religii, wyrastamy z korzenia tradycji judeochrześcijańskiej, w związku z tym siedem z dziesięciu przykazań to jest coś, co stanowi granice wolności, także w relacjach osobistych. Kolejna kategoria to prawo. Oczywiście, zdrada w związku nie jest karana, ale jest ona argumentem, który może przesądzić podczas rozwodu o zawyrokowaniu winy jednej ze stron. Czyli, pośrednio, te granice wolności odnoszące się do relacji osobistych warunkuje także prawo.

A jaki wpływ na nasze granice wolności czy w ogóle interpretację pojęcia „wolność” ma nasz dom rodzinny, to, w czym wyrastaliśmy?
Z pewnością istnieje jakiś rodzaj przekazu generacyjnego, istotnie „nosimy” w sobie różne wzory.

Myślę na przykład o mężczyźnie, który wychował się w domu, w którym zupełnie normalne, naturalne było, że ojciec spędzał wieczory z kumplami, a matka odgórnie „przydzielona” była do opieki nad dziećmi. Dla niego taki schemat mieści się w granicach wolności mężczyzny.
Może być tak, że się w tych granicach mieści i on będzie robił dokładnie to samo, sądząc, że ma do tego pełne prawo, ale może być też tak, że jeśli patrzył na cierpienie matki, nie powieli tego schematu i jej cierpienie uzna właśnie za wyznacznik przekroczenia granicy wolności. Pytanie tylko, czy ta matka pokaże, że cierpi, albo wręcz w ogóle będzie sama wiedziała, że cierpi. Bo czasem jest tak, że ktoś nasze granice dalece przekracza, ale my, z różnych powodów, nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie dopuszczamy tego do siebie. Przytoczę tu film „Zawieście czerwone latarnie”. Obserwujemy harem pewnego chińskiego możnowładcy. Norma kulturowa dopuszcza, że mężczyzna może mieć wiele żon, czyli mamy tu naszą „zewnętrzną” granicę wolności formalnie nieprzekroczoną. Kobiety teoretycznie pogodzone są z sytuacją, bo ta jest „normalna”. Tymczasem ten film jest opisem potwornej walki, rywalizacji między kobietami, u której źródła leży straszliwe cierpienie większości z nich z powodu tego, że jest ich więcej niż jedna. Choć nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego walczą… Czyli tu istnieje kolejna trudność, kultura mówi ci, że nie powinnaś cierpieć, a ty czujesz coś innego i szukasz dla tego ujścia. Chodzi mi o to, że te granice nie zawsze są uchwytne. Nie zawsze czujesz, że twój mąż przekracza twoje granice wolności, czasem zaczyna cię po prostu na przykład coraz częściej boleć głowa. Nie wiesz, co ci jest, chcesz zrobić tomografię, a tam nic nie znajdziesz, bo chodzi o to, że czujesz się mniej ważna od koleżanki męża, z którą on od miesiąca prawie codziennie zjada lunch i rozmawia o czymś więcej niż pogoda.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak zostaliśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej naszej pierwotnej potrzebie.

  1. Seks

Żeby dwoje chciało naraz, czyli jak osiągnąć seksualne porozumienie

Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Konflikty na tym tle wpływają na stan związku i odwrotnie – wszelkie problemy małżeńskie od razu psują seks. Są jednak sposoby, które pozwalają osiągnąć na tym polu porozumienie. (Fot. iStock)
Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Konflikty na tym tle wpływają na stan związku i odwrotnie – wszelkie problemy małżeńskie od razu psują seks. Są jednak sposoby, które pozwalają osiągnąć na tym polu porozumienie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Ile razy trzeba się zakręcić na tej karuzeli wzajemnych oczekiwań i rozczarowań? Ale za to jaka to ekscytująca jazda! Te emocje, dreszcz oczekiwania, słodkie spełnienia, gorzkie zawody… romantyczny thriller – mówi terapeutka Olga Haller.

„Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”, pisał Boy. Dwoje to nie tak wiele, ale czasami okazuje się, że za wiele na seksualne porozumienie. Często ktoś kogoś nie chce, i już! Czasami tak jest po wielu latach, co łatwiej zrozumieć: znudzenie, monotonia. Ale bywa, że całkiem szybko seks jest rzadko albo go nie ma, i koniec. Ogłośmy wszem i wobec, że może nam się nie chcieć seksu! Że nasze reakcje seksualne mogą być słabsze, a zanik pożądania może się zdarzyć. Przyzwyczailiśmy się do seksu na pierwszych stronach czasopism, do warsztatów seksualnych i do prawa cieszenia się seksualnością. Jak w tej sytuacji pozwolić sobie na brak ochoty na zbliżenie? A tymczasem jest ta druga strona: czasami nie mamy ochoty i już, niezależnie od wyzwolenia seksualnego i szczęśliwego związku.

No pięknie, ale jak to się utrwali? Narząd nieużywany rzeczywiście czasami obumiera. Dla wielu np. kilkumiesięczna abstynencja jest bardzo dolegliwa. A to może być niebezpieczne, gdyż grozi zanikiem bliskości, otwiera drzwi do zdrady. I jak znieść tak trudne przedsięwzięcie, jakim jest małżeństwo, bez zmiękczającej i ocieplającej wszystko kołderki seksu? To prawda, ja zwracam tylko uwagę, że nasza seksualność to proces. A to oznacza, że potrzeby seksualne, możliwości, wybory, upodobania i umiejętności zmieniają się zależnie od wielu czynników. Nic nie jest stałe, niezmienne, dane raz na zawsze. Na początek trzeba to zaakceptować, choć wolelibyśmy nieraz przyjąć jakiś wizerunek siebie, np. spełnionej w seksie kobiety albo superkochanka, i by tak już zostało.

Kiedy pogodzimy się z tą niestałością, odkrywamy, że nasza aktywność seksualna zmienia się, co wpływa na nasze wzloty i upadki. A to pozwala nam poznać siebie i pewniej się poczuć w relacji. Możemy spojrzeć na te zmienności z różnych stron i rozpoznać, co na nie wpływa. Jest kilka czynników oczywistych i choć wiemy, że dotyczą wszystkich, zdaje nam się, że nas jednak nie dotyczą. Wiek wpływa na nasze potrzeby i seksualny wigor, choć często go przeceniamy. To duża sztuka nauczyć się uznawać ten aspekt i nie ulegać stereotypom. A wcześniej cieszyć się z młodzieńczego napędu, ale go umieć okiełznać. Potem przyjąć to, co daje dojrzałość, aby korzystać z niej do końca życia.

Im dłuższy staż związku, tym bardziej oczywiste wydaje się, że obowiązki i rutyna codziennego życia, przysłowiowe kapcie i papiloty, powodują spadek wzajemnej atrakcyjności i obniżają seksualne zainteresowanie. Jeśli konflikty w związku – np. brak porozumienia, różnice charakterów, potrzeb seksualnych – są nierozwiązane, to między partnerami powstaje obojętność, a nawet wrogość. Życie seksualne zanika albo staje się kolejnym terenem walki, przemocy i udawania.

Stereotypowo to zwykle kobieta nie ma ochoty na seks. Znam z własnej praktyki liczne relacje kobiet, które z różnych powodów przez dłuższy czas nie były spełnione seksualnie w związku, gdyż to mężczyzna unikał współżycia. Odmawiał wprost albo zwodził, lub stawiał szczególne warunki. Kobiety zawsze reagowały w ten sam sposób: lękiem, obawą, że z nimi coś jest nie tak, skoro mężczyzna nie chce seksu! Brały na siebie odpowiedzialność, starały się, a jak nic się nie zmieniało, to miały poczucie winy. Taka reakcja na długo blokowała możliwość rozwiązania i odkrycia, o co chodzi. I tak np. przez lata mąż ukrywał swój homoseksualizm albo problemy psychiczne. A przejawiało się to tym, że nie chciał seksu, a jeśli już, to bardzo rzadko albo tylko w szczególny, perwersyjny sposób. Ona zdezorientowana przez miesiące, lata czekała, myślała, że ma być wyrozumiała, powinna bardziej się starać, czuła się niepewna, szukała winy głównie w sobie.

Z mężczyznami bywa chyba raczej odwrotnie? Tak, skoro on chce seksu, a ona nie, to ona jest nie w porządku. Wściekły mężczyzna jest skłonny szukać innej, łatwo daje sobie to prawo, a otoczenie go usprawiedliwia. Mężczyźni traktują swoją sprawność seksualną i sukcesy w znajdowaniu partnerek jako sprawdzian wartości. Być może ich nadwrażliwość w tym obszarze powoduje, że wolą przeskoczyć etap refleksji i nie pytać: co takiego się dzieje między nami, co ze mną, jaki mogę mieć na to wpływ? Kobieta zwykle jest pewna, że to jej wina. Tak dzieje się od wieków. To wygodne, choć to jawna nierówność, mało twórcza, mało rozwojowa dla niego i dla relacji. Gdyby mężczyźni zdjęli z siebie ten ciężar bycia supersprawnym samcem, to ukazałyby się nowe możliwości w kontakcie z ukochaną kobietą. Kobiety zaś wzięłyby odpowiedzialność – nie za mężczyznę, tylko za swój seks, za swe uczucia i zadowolenie. Mogłyby wtedy właściwie oceniać sytuację i nie czekać, tylko pytać, wyrażać swoje uczucia, dopuścić myśl, że po jego stronie może coś być nie tak. Dzielenie się odpowiedzialnością daje szanse na rozwiązanie problemów.

Nieporozumienia w seksie wpływają na stan związku i odwrotnie, wszelkie inne konflikty małżeńskie od razu psują seks. Szczególnie mocno reagują kobiety, u których seks jest bardziej powiązany z uczuciami i z nastrojem. Powstaje tu czasami błędne koło – nie ma seksu, gdyż jest źle między nami, a jest źle, gdyż nie ma seksu... Seks może nie zawsze jest, ale bywa uniwersalnym lekarstwem na rozmaite dolegliwości małżeństwa, jeśli tylko wytwarza czułość i bliskość. Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Ile razy trzeba się zakręcić na tej karuzeli wzajemnych oczekiwań i rozczarowań! Ale za to jaka to ekscytująca jazda! Te emocje, dreszcz oczekiwania, słodkie spełnienia, gorzkie zawody… romantyczny thriller. Na początku idealizujemy partnera, sami staramy się, jak możemy, w nadziei, że dostaniemy to, co nam potrzebne do szczęścia. A po jakimś czasie chcemy po prostu dostać to, co uważamy, że nam się należy!

On myśli: „Ona powinna się ze mną kochać. Jestem normalnym facetem, potrzebuję tego!”. Ona myśli: „Jak mogę się z nim kochać, skoro on mnie tak zawiódł?”. On odbiera jej niechęć jako karę i nie chce zasługiwać na seks, który przecież mu się należy. Ona nie chce zmuszać się do seksu dla niego, czuje się zraniona i smutna.

Jeśli przestaniemy upatrywać tylko w partnerze źródła naszego nieszczęścia lub nawet szczęścia, a zajmiemy się sobą i weźmiemy odpowiedzialność za nasze uczucia, to jest szansa, że wybrniemy z kłopotów.

Wiemy, że powodów unikania seksu mogą być setki. Zajmijmy się tymi, które trapią nas najczęściej i na które można coś poradzić. Wymienię dwa, które wcześniej czy później większość z nas dotykają. Spadek libido związany ze stanem fizycznym organizmu – choroba doraźna lub dłuższa. Oraz wysiłek i stres, gdy trwa walka o utrzymanie rodziny, wychowanie dzieci...

To ostatnie wydaje mi się interesujące i zaskakująco powszechne. Szczęśliwi ojcowie wszystkiego się spodziewają, tylko nie tego. Dziecko przecież powinno wzmocnić więź, a bywa odwrotnie. Kobieta nie ma sił na cokolwiek poza opieką nad dzieckiem, no i ma nowego, małego „kochanka”. Pojawienie się dziecka intensyfikuje problemy – to duże wyzwanie! Jak być tym wystarczająco dobrym rodzicem? Kobieta i mężczyzna bardzo potrzebują siebie nawzajem, by sprostać potrzebom tej małej, zależnej od nich osoby. To nie dziecko wzmacnia więź, ale to jak rodzice współdziałają ze sobą w tej nowej sytuacji. Potrzeby dziecka, szczególnie na początku, są najważniejsze. Seks odpływa na dalszy plan, to naturalne. Mężczyzna czuje się odtrącany i zaniedbany. Dziecko rośnie, rodzice się wspierają, przechodzą kolejne trudy, uczą się siebie w nowych rolach. Stając się rodzicami, nie muszą tracić swojej intymnej więzi. Tylko trzeba uwzględnić, że sytuacja naprawdę się zmieniła: płacz dziecka przerwie im dochodzenie do szczytu albo kolka rozłoży plany na romantyczny wieczór. Nic już nie będzie takie jak przedtem, na dobre i na złe.

Ale często nie ma seksu lub jest bardzo rzadko. To zwykle ona nie ma sił i ochoty. Ostrzegałbym przed nicnierobieniem. Na pewno należy rozmawiać, zawsze trzeba rozmawiać... Tak, rozmawiać, ale nie tylko z partnerem, także z przyjaciółmi. W naszych czasach przyznać się, że w związku nie ma seksu od dłuższego czasu albo że kochamy się raz na trzy miesiące, to wstyd! Wstydzimy się za siebie, że nie przeżywamy już tak intensywnych uczuć seksualnych, jak myślimy, że przeżywają wszyscy dokoła. I za naszych partnerów, że nie budzimy w nich namiętności. Boimy się, że nie nadążamy i czegoś nam brakuje.

Podobnie jest z monotonią i nudą. A kto powiedział, że seks nie może nas nudzić? Nuda to niedoceniany stan, wkładamy dużo wysiłku, by jej uniknąć albo udawać, że jej nie ma. A przecież to uczucie może być przedsmakiem zmiany, uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Pozwólmy więc sobie doświadczyć tego, co naprawdę czujemy, z zaciekawieniem. To najlepsza droga do zmiany.