1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Bliskości boi się większość z nas. I dobrze

„Nie przekonuje mnie ktoś, kto mówi, że nie potrzebuje bliskości” – mówi Michał Pozdał, psychoterapeuta. (Fot. Uwe Krejci/Getty Images)
„Nie przekonuje mnie ktoś, kto mówi, że nie potrzebuje bliskości” – mówi Michał Pozdał, psychoterapeuta. (Fot. Uwe Krejci/Getty Images)
O lęku przed bliskością mówimy zwykle jak o „chorobie”, tymczasem tak naprawdę bliskości boi się większość z nas. I – jak przekonuje Michał Pozdał, psychoterapeuta – dobrze, bo to nas chroni. Nie sam lęk jest problemem, a jego skala.

Jesteśmy stadnymi osobnikami, wszystkie badania pokazują, że to, co nam najbardziej służy, i to, co nas chroni, daje nam siłę – to międzyludzkie relacje. A jednak jest wśród nas taka grupa, która bliskości z drugim człowiekiem bardzo się boi.
To nawet nie jest grupa. Są osoby, które mają bardzo wysoki poziom lęku przed bliskością, inne mają mniejszy albo zdecydowanie mniejszy, ale prawie każdy z nas ma jakiś rodzaj lęku przed bliskością. Rzadko zdarza się osoba, która takiego lęku zupełnie nie ma.

Wszyscy boimy się bliskości?!
Wielu z nas. I – pewnie zabrzmi to kontrowersyjnie – dobrze. Jakiś rodzaj respektu przed bliskością jest tym, co nas chroni. Pozwala nie iść w każdą relację jak w ogień. Bez żadnych wątpliwości, pytań. Dlatego powiem, że kompletny brak lęku w tym obszarze nie jest wcale wskazany.

Będę odwoływał się w tym temacie do teorii, która jest mi najbliższa, zarówno poznawczo, jak i emocjonalnie – czyli do teorii przywiązania Johna Bowlby'ego. Teoria zakłada, że nasz lęk przed bliskością można zobaczyć jako pewnego rodzaju kontinuum.

To znaczy: każdy z nas ma jakiś rodzaj przywiązania, czyli coś w rodzaju sposobu, w jaki byliśmy kochani, w jaki przywiązaliśmy się do naszych pierwszych opiekunów; najczęściej były to matki, ale nie tylko. Na podstawie tej teorii zostały wyróżnione rodzaje przywiązania: przywiązanie bezpieczne i pozabezpieczne, lękowe. I powiem szczerze, że ten rodzaj bezpieczny, ufny przywiązania współcześnie występuje bardzo rzadko.

A czy to nie jest perspektywa psychoterapeuty, do którego ta cała grupa z bezpiecznym stylem przywiązania po prostu nie trafia…?
Być może tak jest, ale doświadczenie, i to nie tylko zawodowe, podpowiada mi, że ludzie generalnie czują lęk przed zbliżeniem się do drugiego człowieka, choć – tak jak powiedziałaś na początku – wszyscy bez wyjątku tej bliskości potrzebujemy.

Strach jest nam potrzebny, był potrzebny naszym przodkom, żeby przeżyć, dosłownie. Dziś nie uciekamy przed mamutami, ale nadal boimy się o swoje bezpieczeństwo, o to, by nie zostać poturbowanymi – w tym przypadku emocjonalnie.

Tak sobie myślę, że może stan zakochania, tej pierwszej euforii, kiedy nic nie widzimy i idziemy w ciemno, jest po to, żeby ludzie w ogóle łączyli się w pary. Być może bez tego początkowego „znieczulenia” związków można by było szukać ze świecą…
Niewykluczone, choć ja zachęcam jednak do zachowania optymalnego poziomu lęku na każdym etapie znajomości. Ostatnio byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, kiedy mój młody – bo niespełna dwudziestoletni – pacjent opowiedział mi o swojej randce. Dziewczyna, także młoda, z którą się spotkał, zaczęła opowiadać mu o swoich poprzednich relacjach, o tym, że zdarzyło jej się zdradzić partnera. Powiedział do mnie: „Od razu sobie pomyślałem, panie Michale, red flag”.

No właśnie: red flag – musimy umieć czytać sygnały, przyjmować informacje.

I to byś właśnie nazwał optymalnym poziomem lęku?
Właśnie tak – nie wymyślam, nie pozwalam wyobraźni budować scenariuszy, że drugi człowiek na pewno nie skrzywdzi, ale czytam sygnały. Tu jest podobnie jak z lękiem przed wystąpieniami publicznymi czy funkcjonowaniem w społeczeństwie w ogóle – jakiś rodzaj lęku jest dobry, stymuluje nas, ale kiedy przekracza on pewien próg, to mamy fobię społeczną i nie wychodzimy z domu, to jest problem.

A po czym możemy poznać, że nasz lęk nie jest już lękiem optymalnym? Jak możemy to u siebie zauważyć albo jak możemy zauważyć to u kogoś? No bo próba budowania relacji z kimś, kto ma bardzo wysoki poziom lęku przed bliskością, jest ogromnym wyzwaniem.
Na pewno mapą, legendą, która nam bardzo wiele mówi, jest historia naszych dotychczasowych relacji: czy nam się w ogóle udało tworzyć związki – związki wychodzące poza ten czas, który nazwałaś czasem znieczulenia, czyli wychodzące poza fazę zakochania. Oczywiście tu potrzebny jest jakiś bagaż życiowy, ale sądzę, że około trzydziestki już można przyjrzeć się sobie pod tym kątem. Czy jest na przykład tak, że nasze relacje do tej pory nie trwały długo albo że stosowaliśmy jakiś rodzaj mechanizmów obronnych.

Na przykład?
Na przykład seksualizowaliśmy dotychczasowe związki, czyli byliśmy zainteresowani jedynie tym fizycznym aspektem bliskości – to jest rodzaj obrony. Duże znaczenie mają także uzależnienia, najróżniejsze, które są formą ukojenia lęku przed różnymi uczuciami, także przed byciem blisko drugiego człowieka. Dlatego jestem pewien, że osoby uzależnione to osoby, które bardzo często mają problem właśnie z bliskością. Są też osoby, które do związków podchodzą bardzo pragmatycznie – uczucia oczywiście są, ale zakopane gdzieś głęboko, a na powierzchni jest pragmatyzm. Ale kiedy pytasz, po czym poznać, że twój lęk przed bliskością jest silny, przede wszystkim powiem: przyjrzyj się swojej relacyjnej historii.

Czy to znaczy, że warto poznać też historię relacji naszego potencjalnego partnera – że to ona jest największą kopalnią wiedzy o nim i o tym, czy w ogóle potrafi być blisko?
Poznać, ale bez szczegółów. Tu prawidłowość jest taka: poznanie ogólne daje jakiś obraz, jeśli on jest dobry, obniża się nasz lęk, ale kiedy poznajemy historię wcześniejszych relacji ze szczegółami – lęk rośnie.

Jakie jeszcze formy może przybierać lęk przed bliskością?
To jest bardzo pojemna szafa z napisem „obrony” i bardzo dużo w niej „ubrań ochronnych”. Jest ich tak wiele, że często ani osoba, która je nosi, ani otoczenie nie orientują się, że chodzi właśnie o lęk przed bliskością. Czasem go w ogóle po ludziach „nie widać”, może też stąd przekonanie, że bliskości boi się nieliczna grupa.

Chyba warto tu sobie powiedzieć, co to w ogóle znaczy być blisko. Bo to oznacza bycie w relacji, w której mogę czuć to, co rzeczywiście czuję, myśleć to, co rzeczywiście myślę, dzielić się tym otwarcie i być przyjętym z tym wszystkim. To jest clou bliskości. Tymczasem my byliśmy wychowywani w taki sposób, że pewnych uczuć nie mogliśmy mieć. Pewnych myśli nie wolno nam było mieć.

W naszej kulturze dzieci często nie potrafią na przykład złościć się na swoich rodziców. Dziecięca złość jest zablokowana, no bo przecież rodzicom trzeba okazywać szacunek: „Jak tak możesz mówić do mamy?”; „Co ty jesteś taki nadąsany?”; „Dlaczego się nie uśmiechasz? Wszystkie dziewczynki się uśmiechają”; „Co ty jesteś taka zła? Dziewczynki nie mogą być takie złe”.

No i dziecko się nauczyło, że nie może być złe na mamę czy na tatę – nawet w takich skrajnych przypadkach jak przemoc. No bo to oni byli gwarantami bezpieczeństwa albo pozornego bezpieczeństwa.

W ten sposób wielu z nas się nauczyło właśnie tego, że nie można być sobą, nie można mówić: „Jestem zły”, „Nie podoba mi się to”, „Złościsz mnie, kiedy to robisz” itd. A bez możliwości bycia sobą nie może być mowy o byciu z kimś blisko. Nasze wychowanie, nasze doświadczenia są źródłem opakowania się w te wszystkie mechanizmy obronne, ubrania się w nie. Ubieramy się, bo jak ujawnimy, co czujemy, co myślimy – stracimy tę bliskość.

Znaczy tę pozorną bliskość.
Właśnie tak. Pytasz o formy, jakie może przybierać lęk przed bliskością. Jeśli przyjmiemy, że bliskość to możliwość wyrażania tego, co naprawdę czujemy (na przykład złości), to jedną z nich jest uległość: „Tak, kochanie, masz rację”. Kto by pomyślał, że to lęk przed bliskością, prawda? I myślę, że nie trzeba być terapeutą, żeby wiedzieć, że ta niemożność bycia sobą wyjdzie innym kanałem. Czy objawi się uzależnieniem, czy to będzie autoagresywne zachowanie w postaci samookaleczania się, czy to będzie jakaś bierna agresja w postaci odmawiania seksu, przypalania zupy lub spóźniania się, kiedy mamy odebrać partnera. I to właśnie nie jest bliskość.

Podobnie będzie z agresją, odwrotnością uległości. To też nie jest bliskość. Pracoholizm też może być przykrywką dla lęku przed bliskością. Uzależnienie od telefonu, mediów społecznościowych, oglądania seriali. To są wszystko sposoby na to, żeby nie być blisko.

Czy tak naprawdę za każdym lękiem przed bliskością stoi zawsze to samo, czyli lęk przed odrzuceniem? Czy dobrze myślę?
To jest na pewno baza, taki zbiór, który zawiera różne elementy. Tutaj znowu odwołam się do teorii więzi. Tak naprawdę to my przez całe życie monitorujemy stan fizyczny oraz psychiczny naszych bliskich i monitorujemy ich dostępność emocjonalną. Tak jak nauczyliśmy się w relacji z naszymi rodzicami.

Czyli my cały czas skanujemy otoczenie, na ile jesteśmy bezpieczni, na co możemy sobie pozwolić. Ale robimy to w oparciu na tym, jakie jest nasze doświadczenie. Jeżeli miałaś matkę, która znikała, to w bliskiej relacji możesz bać się, że ktoś cię opuści; jeżeli miałaś ojca, który był bardzo kontrolujący, ingerujący, to bliskość możesz łączyć z kontrolą i tego będziesz się bała. Jednak rzeczywiście to wszystko mieści się w zbiorze odrzucenie: czyli jak będziesz sobą, bez maski, mechanizmu obronnego – nie zostaniesz przyjęta.

Czy to oznacza, że związek, w którym nie mogę zawsze powiedzieć, co myślę, powiedzieć, co czuję – jest relacją, w której nie ma prawdziwej bliskości? To by chyba znaczyło, że niewiele jest związków z prawdziwą bliskością…
Nie, ale bardzo ważne jest to, czy to jest twoja decyzja, żeby w danym momencie nie mówić, co myślisz czy czujesz, bo na przykład nie chcesz zranić partnera, pogorszyć sytuacji, ale wiesz, że przyjdzie taki moment, kiedy do tego, co myślisz i czujesz, będziesz mogła wrócić, bo – generalnie – w tej relacji jest na to przestrzeń.

Historie są różne, w życiu bywa różnie i możesz na przykład podjąć decyzję, że teraz nie powiesz, że coś cię wkurzyło, bo jesteście właśnie na wakacjach i teraz taka rozmowa sprawi, że cały urlop będzie zepsuty. I to jest mądre. Ale jednocześnie wiesz, że jesteś w związku, w którym za jakiś czas usiądziecie na kanapie, a ty będziesz mogła powiedzieć: „A pamiętasz tę sytuację na Mazurach, wkurzyłeś mnie wtedy, bo…” itd. Jeśli jest na to przestrzeń, to OK, ale jeśli jest tak, że nie potrafisz, nie możesz mówić, co czujesz czy myślisz przy swoim partnerze czy swojej partnerce – to dobrze nie jest.

Podobnie jest w przyjaźni. Zauważ, że bardzo często, kiedy nie możemy powiedzieć tego, co czujemy, tę złość, która z tej niemożności płynie, kierujemy na siebie samych. Pacjent mówi do mnie na przykład: „Jestem zły na siebie, bo brakuje mi cierpliwości”, dopytuję: „Na siebie jesteś zły. Naprawdę?”. I słyszę: „No tak, bo jestem taki niecierpliwy, jak ona się spóźnia i niepotrzebnie robię awanturę”. Jakiś czas temu nauczyłem się czegoś, co zmieniło moje postrzeganie złości, a mianowicie, że najczęściej, gdy mówimy, że jesteśmy źli na samych siebie, tak naprawdę chronimy innych przed naszą złością. Robimy to, bo nauczyliśmy się, że tak jest bezpiecznie. Wytwarzamy poczucie winy i złością uderzamy w siebie.

Tak więc lęk przed bliskością nie objawia się tym, jak sądzi wielu, że nie wchodzimy w głębsze relacje w ogóle. Nie, on ma bardzo różne oblicza.

Są osoby, które mówią, że nie wchodzą w relacje, bo wcale nie potrzebują bliskości.
Szanuję ten wybór, ale ja za tym nie idę, mnie to nie przekonuje. Uprawiam od lat teorię przywiązania i w nią wierzę. A ta teoria mówi także o tym, że przywiązanie jest instynktowne. Instynktownie przywiązujemy się do ludzi, instynktownie potrzebujemy być blisko. Jeśli ktoś tego nie potrafi, to jest sprawa do przepracowania, do nauczenia się, jak być blisko; czasem trzeba zrobić to z terapeutą.

Czyli deklaracja „jestem typem samotnika” Cię nie przekonuje.
Wierzę, że można lubić spędzać czas ze sobą, ale nie przekonuje mnie ktoś, kto mówi, że nie potrzebuje bliskości. Wtedy wiem, mam pewność, że coś się stało, że tego nie chce. I – o czym jestem przekonany – warto coś z tym zrobić, bo samotność jest jednym z najstraszniejszych uczuć.

Przestrzegałabyś przed próbą budowania relacji z kimś, kto przejawia symptomy lęku przed bliskością? Lepiej uciekać, bo będzie bolało?
Nie, zdecydowanie nie! Być może to ty będziesz tą osobą, przy której ten człowiek poczuje się bezpiecznie. Ludzie mogą w naszym życiu wiele zmienić. My, psychoterapeuci, widzimy każdego dnia, że długotrwałe, dobre relacje bardzo pomagają w tym, żeby poradzić sobie z lękowym stylem przywiązania.

Więc nie, nie uciekać, ale też nie wchodzić w rolę skazaną na porażkę już na starcie, czyli rolę bycia terapeutą takiej osoby. I od razu powiem, że to też jest lęk przed bliskością. Jedną z jego form jest właśnie terapeutyzowanie w relacji: „Będę cię zmieniał/a”, o nie – taka postawa to jedno z ubrań z szafy z napisem „obrony”.

Michał Pozdał, psychoterapeuta i seksuolog. Założyciel i kierujący pracą Instytutu Psychoterapii i Seksuologii w Katowicach. Prowadzi psychoterapię młodzieży i dorosłych. Jest autorem książek „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta” (wraz z dziennikarką Agatą Jankowską) oraz „Kobieta świadoma”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze