1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Iwona Firmanty: Poznaj siebie i znajdź miłość

Iwona Firmanty: Poznaj siebie i znajdź miłość

fot.123rf
fot.123rf
Budowanie życia po swojemu wymaga dużej świadomości. Kobiety nie zawsze same wiedzą, czego chcą. Zbyt często bardziej dbają o oczekiwania otoczenia, a nie o swoje.

Dopóki kobieta nie pozna samej siebie i nie odpuści sobie w niektórych obszarach, nie będzie jej łatwo żyć własnym życiem – mówi Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, autorka książki „Jak upolować miłość”.

mat. prasowe mat. prasowe

Magdalena Wrzosek: Na co dzień zajmuje się Pani coachingiem biznesowym. Co sprawiło, że postanowiła Pani napisać książkę o miłości?

Iwona Firmanty: Podczas prowadzonych przeze mnie szkoleń z zakresu komunikacji, budowania relacji międzyludzkich i asertywności uczestnicy bardzo często dzielili się ze mną swoimi doświadczeniami i rozterkami z życia prywatnego. Problemy, z jakimi się spotykałam, choć bardzo indywidualne, były także powtarzalne. Jestem zarówno socjologiem i psychologiem. Wiedza i doświadczenie, jakie posiadam i którymi się dzielę, często okazywały się bardzo przydatne.

Wspomniała Pani kiedyś, że wiele kobiet trafia do niej z całej Polski. Skąd tak duże zapotrzebowanie na wsparcie w tematach damsko-męskich? Czy mamy nie przygotowały swoich córek na wejście w dorosłość? Czy kobiety pokutują za błędy swoich rodziców?

To zjawisko to wynik między innymi socjalizacji i powielania pewnych schematów z otoczenia, w jakim się kobiety wychowywały. Podczas zajęć zachęcam klientki, aby nie szukały winy w tym, co już było. Nasi rodzice/opiekunowie starali się tak, jak umieli. Bardzo często sami ponosili w swoim życiu skutki wychowania przez swoich rodziców/opiekunów. Schematy lubią się ciągnąć w kolejnej linii/pokoleniu.

Dlatego jest tak wiele pięknych, samodzielnych, dobrze zarabiających kobiet, które są samotne?

Czasami w ich życiu nie ma po prostu ich samych. Otoczenie i ich powierzchowność wskazuje, że powinny osiągać sukcesy w każdym obszarze ich życia. Wyraz „powinny” jest często skutkiem tego, że są same. Czasem są same z wyboru i to też jest ok. Dopóki kobieta nie pozna samej siebie i nie odpuści sobie w niektórych obszarach, nie będzie żyła własnym życiem. Często są to kobiety, które trzymają w ciemnych i zimnych mentalnych lochach swoją wewnętrzną dziewczynkę. Wstydzą się jej potrzeb i skupiają się na tym, co bezpieczniejsze. Bardzo często zakładają „zbroję rycerską”, by przetrwać w życiu zawodowym. Zbyt rzadko zapominają ją zdjąć w życiu prywatnym. Bywa, że ta zbroja, czyli system mechanizmów obronnych czy suplementacji wrasta w taką kobietę. Trudno jej wtedy zrozumieć, co się z nią samą dzieje. Niby wszystko ok., ale ciało krzyczy z bólu - np. poprzez objawy psychosomatyczne.

Pierwsza część Pani książki, pt. „Jak upolować miłość” poświęcona jest strefie wewnętrznej kobiety. Co tak naprawdę oznacza - „poznać samą siebie”?

Zrozumieć swoją naturalną osobowość i adoptowane zachowania, które pozwoliły dostosować nam się do warunków, w jakich żyliśmy np. styl miłości, jaki znamy z czasów dzieciństwa. Poznanie własnego indywidualnego sytemu wartości i tego, co daje nam radość życia. Wolność w postrzeganiu siebie i innych. Skupienie się na sobie, ale zarazem wspieranie tych, którzy tego potrzebują. Temat rzeka.

A także znalezienie swoich pasji, zainteresowań…

Tak, ponieważ da nam to szczęście na twarzy, energię do życia i siłę do działania. Masz jedno życie i zajmij się nim. Cytując Johna Lennona – „Życie zbyt często nam się wydarza, kiedy jesteśmy zajęci robieniem innym planów”.

Dlaczego warto znaleźć swoją pasję?

Posiadanie swojej paski podnosi poczucie własnej wartości i daje poczucie sensu życia. Dzięki temu jesteśmy nakręcone do działania i przede wszystkim przeciwdziałamy depresji, a także chorobom cywilizacyjnym.  Aby znaleźć lub uświadomić sobie, co jest naszą pasją, warto zastanowić się nad tym, co nas kręci? Co lubimy? Co nas uszczęśliwia? Przy czym się dobrze się bawimy? O czym w życiu wiemy najwięcej?

Jeżeli dalej nie wiesz, co może być twoją pasją - odrzuć ze spraw, które robisz w swoim życiu te, do których musisz się zmuszać lub masz tendencję, że odkładasz je na później. Przypomnij sobie reakcje twojego ciała na to, co robisz. W jakich sytuacjach czujesz, że jest mu w nich dobrze, a w jakich musi pobrać więcej energii z twojego biologicznego akumulatora by sprostać wyzwaniu? Pasja to coś, co cię nakręca. Dodaje ci energii. Nie to, co ci ją zabiera i po czym czujesz się słabsza.

Mam wrażenie, że kiedyś żyło się inaczej. Był czas na pracę i był czas na przyjemności. Kobiety nie uciekały w pracoholizm. Czy za czasów naszych babć kobietom łatwiej było sobie ułożyć życie niż nam?

Kobiety wówczas niby pracowały i robiły karierę, ale było mniej kobiet w naszym współczesnym typie. Przynajmniej oficjalnie. Globalizacja i nowoczesne technologie ułatwiły nam wyjście w świat z naszymi talentami. Nasze babcie żyły w innych czasach. wpływ na to miały wydarzenia historyczne i sposób wychowania. Czy one sobie układały życie? To, że bywały dłużej czy krócej zamężne, nie stanowi dowodu na to, że były szczęśliwe. Pewne jest to, że te związki jednak były dłuższe, przynajmniej formalnie, na papierze.

Czy kobiety traktują pracę, jako formę odreagowania, rekompensaty za braki w życiu prywatnym?

Tak, bardzo często tak bywa. Jeżeli coś nam się udaje w życiu zawodowym i tam jesteśmy ekspertami, to łatwiej jest nam skupić się na tym, co łatwiejsze. Jeżeli coś nam nie pasuje w pracy, możemy ją zmienić. W życiu prywatnym pojawiają się silniejsze emocje. Trzeba odkryć swój „miękki brzuszek”. Czasami mamy złe doświadczenia lub brak wiary w to, że nam się uda. Bardzo często pracuję z osobami na wysokich stanowiskach. Ich pracoholizm nie zawsze jest autentyczny. Bywa ucieczką przed pustym domem lub problemami w relacji, z jakimi sobie nie radzą.

Jak znaleźć ten balans pomiędzy pracą a życiem prywatnym?

Kolejny temat rzeka. Prowadzę dwudniowe szkolenie z tego tematu z zakresu work-life balance, więc trudno skrócić to do kilku słów. Co jest kluczowe, to świadomość tego jak ty chcesz, aby wyglądało twoje życie zawodowe i prywatne. Jeśli już wiesz, to je zaplanuj. Jasne, że jest to praca nad wizją naszego życia. Proszę mi wierzyć, większość osób nie wie, jak ich życie ma wyglądać za 5 la, a potem dziwią się, że ta strefa życia, o którą nie dbali, nie domaga.

A jak to wygląda z męskiego punktu widzenia? Czy problem ze znalezieniem drugiej połówki mają także współcześni mężczyźni?

Pewnie, że tak. Mam również przyjemność pracować z mężczyznami. Cenię sobie taką możliwość, bo mogę poznać ich emocjonalne potrzeby i obawy z zupełnie innej perspektywy. Zbyt często sami również powielają wgrane schematy, jakim samcem mają być, by być postrzeganym, jako wystarczająco męski okaz.

Czyli mężczyźni także powinni popracować nad poznaniem samych siebie?

Oni też pragną bliskości i poczucia bezpieczeństwa. To, co jest jednak kluczowe by mogli zbudować udany związek to ich świadomość, kim są – tzw. męska tożsamość. Bez tego być może będą szukać siebie w przelotnych romansach lub zamkną się na bliskość z drugą osobą.

Czy coś się zmieniło we współczesnych mężczyznach, że mają opory przed podjęciem inicjatywy? Czy wszystko przeniosło się teraz do Internetu?

Nie wszystko. Internet ułatwia, ale nie wyrokuje. Teraz mamy piękny czas. Pogoda, dzięki której wychodzimy ze swoich norek, ułatwia nam nawiązywanie nowych znajomości. Portale też są ok., bo przynajmniej możemy zaznaczyć, kogo dokładnie szukamy. Mężczyźni, tak jak i my, mają po prostu większy wybór. Ja się im wcale nie dziwię, że nie podchodzą na ulicy do fajnych babeczek. To jest mocne wyjście ze strefy komfortu. Z pewnością łatwo przychodzi to podrywaczom. Jeśli kobieta się fajnie uśmiecha do mężczyzny, to on odbiera to, jako zaproszenie do rozmowy i sygnał „zapraszam do kontaktu”.

Na co powinny zwracać uwagę kobiety poszukujące partnera w sieci?

To kolejny temat rzeka, który poruszam na moim szkoleniu „Sztuka uwodzenia” i odniosę się do tego tematu w mojej drugiej książce - o tym jak przeżyć randkowanie i wybrać tego właściwego partnera. To, na co warto zwracać przede wszystkim uwagę, to intencje piszącego. Poszukiwanie partnera w sieci to dobry pomysł. Warto jednak stosować zasadę ograniczonego zaufania. Tak jak w realu, tak i w sieci, możesz spotkać się z nieuczciwymi zagraniami ze strony mężczyzn. Nie trać jednak wiary w to, że wśród nich są wartościowi mężczyźni. Najczęstsze przypadki to m.in.: poszukiwanie niezobowiązującego seksu, randkowanie z kilkoma kobietami w tym samym czasie, żonaci szukający odskoczni od życia codziennego deklarujący stan wolny, szukający sponsorki czy gospodyni domowej za wikt i opierunek.

Co powinno obudzić twoją uwagę? Między innymi brak zdjęcia lub zdjęcie jakiegoś mniej znanego aktora czy modela, lapidarny opis lub nieprawdziwe dane typu wiek, stan cywilny. Trzeba uważać na osoby, które wypytują dokładnie o informacje, a niewiele mówią o sobie, pojawiają się w sieci, a potem znikają na kilka dni. Takie rzeczy nie powinny budzić zaufania.

W swojej książce podkreśla pani także, że w zamówieniu na idealnego mężczyznę warto określić jego wygląd. Co jednak zrobić, jeżeli nie wiemy do końca, jak on powinien wyglądać?

Jedna z moich klientek powiedziała, że jeśli chcesz się „męczyć” z mężczyzną parę długich lat, to niech on ci się przynajmniej trochę podoba. Kobieto! Ty wiesz, kto ci się podoba. Jak nie wiesz, jaki on ma być, to zacznij od opisania, jaki na pewno nie chcesz, aby był. Drogą eliminacji już będziesz wiedziała. Sylwetka, wzrost, budowa ciała, kolor oczu czy włosów, kształty określonych części ciała... Pamiętaj o tym, jaki on ma być w stosunku do ciebie, bo wygląd to nie wszystko. Wymarz go sobie, a potem tę listę zredukuj. Pomyśl o tym, czego potrzebujesz w życiu? Jaki masz system wartości? Jakie masz dalsze plany na siebie? To ważne, bo jak teraz będziesz znała odpowiedzi na te pytania to będziesz widziała, kogo chcesz spotkać.

Uczestniczki moich szkoleń bardzo często mają długą listę oczekiwań. Zastanów się, co dla Ciebie jest kluczowe. To czy jest wolnego stanu i nie ma dzieci? Czy raczej to, że podobnie jak ty podchodzić będzie do ważnych aspektów życia np., jakim może być religia czy też poglądy polityczne.

A czy istnieje ryzyko, że tak bardzo skupimy się na cechach fizycznych, że odtrącimy całkiem fajnego kandydata, który będzie miał np. inny kolor włosów lub oczu?

Oczywiście, bo nie łączymy się z kimś tylko, dlatego jak wygląda. Nie skupiaj się na drobiazgach. Zastanów się, czego na pewno nie zaakceptujesz. Odpuść sobie coś, co będzie bzdurą. Ważna jest przecież osobowość i jego stosunek do ciebie. Określ sobie proporcje między tym, jak wygląda a tym, co sobą reprezentuje. Po co nam Ken dbający bardziej o siebie niż o ciebie. Wygląd w dzisiejszych czasach bardzo łatwo skorygować.

To też uświadomiłam mojej klientce, która bardzo chciała spotkać mężczyznę o idealnej sylwetce. Poznała mężczyznę, który był bardzo wysportowany, ale jako singiel trochę się zaniedbał. Była gotowa zakończyć z nim znajomość po drugiej randce.  Sfokusowałam ją na tym, kim on jest, a nie na tym jak wygląda – to zawsze można zmienić, ale nie wzrost itp. Dzisiaj jest w bardzo udanej relacji z kimś, kto ją motywuje tym, jak sam dba  siebie.

Czym są kolory osobowości? I dlaczego warto je poznać?

To bardzo ważny i ciekawy temat. Kolory osobowości to odniesienie się do typów osobowości. Z pewnością spotkałaś się już kiedyś z podziałem na choleryków, sangwiników, flegmatyków i melancholików. W książce używam podziału na kolory czerwony i żółty przypadający dla ekstrawertyków oraz zielony i niebieski przypadający dla introwertyków. Warto znać ten podział by najpierw pomyśleć, jaka jestem, by potem wyciągnąć wnioski z relacji z mieszankami kolorów, jakie już spotkałam w życiu i z jakimi chcę się spotykać. Kolory są sporym uproszenie, niemniej jednak potrafią całkiem trafnie przewidzieć, co się zadzieje jak się spotka czerwony z zielonym lub niebieski z żółtym. Każdy z nas jest miksem kolorów, niemniej jednak mamy pewne preferencje.

Poproszę o przykład.

Miałam przyjemność pracować z klientką czerwono-żółtą. Przyszła do mnie na sesję i powiedziała, że chce się rozwieść ze swoim mężem. Na pytanie, dlaczego, przytoczyła jedną z kilu sytuacji, jakie doprowadzały ją do szaleństwa. Któregoś dnia obudziła się z pomysłem, że chce jechać na spływ kajakami i to najlepiej w jakimś innym kraju niż Polska. Oznajmiła to swojemu partnerowi cała dumna ze wizji tego, jaka wspaniała przed nimi aktywność. Jej mąż ze stoickim spokojem zaczął ją pytać o różne szczegóły takie jak ubezpieczenie, miejsce, termin, budżet itp. Jego ton głosu i pytania o detale zbiły ją z tropu. Nie wytrzymała emocjonalnie, rzuciła jakąś kąśliwą uwagę i wybiegła z domu. Jej mąż po kilku tygodniach wrócił do niej z zaplanowaną wycieczką na kajaki na następny rok. Po opowiedzeniu mi kilku podobnych sytuacji udało nam się określić, że jej partner był niebiesko – zielony. W zupełnie inny sposób postrzegał te same sytuacje. Zaczęła uświadamiać sobie, jaka siła płynie z tego, że on ją uzupełnia. Z negacji jego osoby zaczęła mówić z dużą energią w głosie o szacunku, jaki ma do tego człowieka za to, że właśnie taki jest. Zrozumiała, ile spraw utrzymuje on w porządku. Dotarło do niej też, że jej czerwono – żółty sposób komunikacji z nim jest dla niego agresywny, co powoduje, że on jeszcze bardziej zamyka się na nią.  Dzięki zrozumieniu konstelacji kolorystycznej jej małżeństwa dzisiaj mają całkiem udane relacje.

Dużo rozmawiamy o pracy nad samą sobą i nad naszym odpowiednim zamówieniem. A co z miłością od pierwszego wejrzenia? Wierzy pani w nią jeszcze?

Pewnie, że tak. Daleka jestem od kierowania się logicznym zamówieniem w wyborze partnera. Emocje muszą być, bo ich pragniemy i potrzebujemy. Zamówienie tworzymy tylko po to, by wiedzieć, czego chcemy od życia, a na co się nie zgadzamy. Zbyt często spotykałam się z klientkami, które wchodziły w związki np. z żonatymi facetami, którzy ściemniali im, że niedługo się rozwiodą. One, spragnione miłości godziły się z tym i czekały, a ich życie stało w jednym miejscu. Jeżeli wiemy, kogo chcemy spotkać, to obracajmy się w tej grupie docelowej. Wówczas miłość od pierwszego wejrzenia jest jak najbardziej możliwa. Przekonały się o tym również moje klientki.

O czym warto pamiętać, kiedy już się znajdzie wymarzonego partnera? Wspomniała Pani w książce o boginiach. Proszę powiedzieć, o jakie boginie chodzi?

Każda z nas ma w sobie cztery boginie. Bogini wojowniczka odpowiada za dbanie o swoje interesy, ale kiedy jest w niej nas za dużo możemy być agresywne. Bogini mądrości odpowiada za wyciąganie wniosków z własnych doświadczeń i dbanie o rozwój osobisty. Jeżeli za bardzo skupiamy się na dokarmianiu bogini mądrości to trochę tak jakbyśmy wyklejały ścianę dyplomami, jakie mamy a nie dbały o wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce. Wśród uczestniczek moich szkoleń te dwie boginie są zazwyczaj przekarmione kosztem głodu dwóch innych, które są kluczowe dla dbania o kobiecość i energię do życia. Chodzi o boginię radości i zmysłowości. Bogini radości odpowiada za wdzięczność, uśmiech na twarzy, za własne pasje i marzenia. Bogini zmysłowości odpowiada za mądrość ciała, szacunek do swojej kobiecości, o to wszystko, co daje nam ciało, gdy o nie dbamy i z niego korzystamy. Przede wszystkim kobieta ma pamiętać o tym, że powinna dbać o harmonię między swoimi wewnętrznymi boginiami. Gdy jedna będzie „niedokarmiona”, jest ryzyko, że obniży się jej jakość życia czy poczucie szczęścia w danym obszarze.

O czym będzie Pani kolejna książka?

Będzie o kolejnym etapie polowania na miłość. Kiedy już mniej więcej jestem świadoma tego, że najpierw warto upolować miłość do siebie, szykuję zamówienie. Druga książka jest związana z etapem ruszenia w świat z tym zamówieniem, czyli jak rozpocząć komunikację z mężczyznami, jak zneutralizować ich gierki, jak podkreślić swoją kobiecość, przetrwać wszystkie randki i wczesne chwile znajomości z tym, kogo wybrałyśmy.

Pragnę, aby kobiety wiedziały, że mężczyźni w dużej mierze są wzrokowcami. Potrzebują od nas emocji, aby się zakochać w nas i obrazów, aby nas pokochać.  My natomiast obieramy świat mocniej resztą zmysłów, co powoduje, ze szybciej możemy się zakochać. Bardzo często kobiety na tych pierwszych etapach znajomości dają siebie za dużo.  Za mało dbają o budowaniu w nim pozytywnych obrazów.

Czy myślała Pani także, żeby napisać coś dla mężczyzn?

Byłaby to z pewnością bardzo ciekawa książka. Na pewno mężczyźni mają za dużo rebusów emocjonalnych w związkach, w których już są. To bardzo często zachowanie kobiety powoduje jego negatywne podejście do wielu spraw. W większości są od nas słabsi psychicznie, chociaż na takich nie wyglądają. Im więcej mężczyzna ma stresu w życiu tym słabnie a kobieta przybiera na sile. Jest to m.in. związane z budową mózgu. Mężczyźni są w większości wzrokowcami a kobiety słuchowcami. Na hasło deszcz mężczyzna w głowie ma obraz padających kropli, z mniejszymi czy większymi szczegółami. Kobieta natomiast słyszy deszcz, czuje deszcze na skórze, czuje zapach deszczu, czuje smak deszczu, ale widzi mniej szczegółów.  W stresie mężczyzna jest bombardowany obrazami a kobieta ma możliwość analitycznego podejścia do sytuacji. Mężczyźni potrzebują kobiet. Pragną wsparcia emocjonalnego, budowania pozytywnych obrazów i unikania tych negatywnych.  Nie zawsze wiedzą jak o tym powiedzieć swojej kobiecie. Kobiety natomiast za często atakują, zamiast złapać dystans i spojrzeć z boku na pewne sprawy.

Zbyt często my, kobiety, wolimy mieć rację niż być szczęśliwą. Zbyt często zapominamy, że im bardziej my będziemy kobiece, tym bardziej oni będą męscy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Psychologia

Idealny partner - czy istnieje naprawdę?

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. (Fot. iStock)
Brunet, 183 cm wzrostu, oczy brązowe. Mogą też być niebieskie. Rozumie twoje troski i humory, kocha i potrafi pięknie o tym mówić. Jest inteligentny i czuły, tryska dowcipem. Ale czy istnieje naprawdę?

Kogo pragną kobiety? Jest wiele teorii. Jedna mówi, że swojego przeciwieństwa, inna – że podobieństwa. Jeszcze inna, że kobiety instynktownie wybierają na partnerów mężczyzn podobnych do ich ojców. Socjologowie wspominają o zgubnym wpływie mass mediów na nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak powinien wyglądać i zachowywać się idealny partner czy kochanek, a ewolucjoniści twierdzą, że zarówno człowiek pierwotny, jak i żyjący współcześnie, kieruje się – niekoniecznie uświadomionym – pragnieniem przekazania swoich genów.

Większość badaczy ludzkich zachowań skłania się jednak ku twierdzeniu, że kobiety poszukują partnerów, którzy byliby przede wszystkim silni, odpowiedzialni i zaradni, by mogli zapewnić środki niezbędne do życia dla nich i ich potomstwa. Psycholog David M. Buss pociesza wprawdzie, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni oczekują od partnera zafascynowania, postawy miłości, zrównoważenia emocjonalnego, dojrzałości i niezawodności – czyli wszystkich tych cech, które pozwalają zbudować trwały i szczęśliwy związek. Badacz par i autor książki pt. „Jak zaczyna się miłość? Pierwsze trzy minuty” – Michael Lukas Moeller nie ma jednak wątpliwości: kobiety najczęściej wybierają mężczyzn o dobrej sytuacji materialnej i pozycji społecznej. Przy czym nie kierują się bynajmniej zawartością ich portfela, ale takim zestawem cech osobowości, które wskazywałyby na większą zaradność życiową, czyli: inteligencja, pewność siebie, dojrzałość, przedsiębiorczość. I dodaje, że ten trend utrzymuje się nawet pomimo coraz większej emancypacji – kobiety, które same są niezależne i przebojowe, potrzebują mężczyzn, którzy dotrzymają im kroku.

– Można odnieść wrażenie, że na przestrzeni lat czy nawet wieków niewiele się zmieniło w kwestii oczekiwań, jakie mamy wobec idealnych partnerów. Kobiety nadal chcą przede wszystkim, by mężczyzna, z którym się zwiążą, zapewniał byt i bezpieczeństwo – komentuje psycholog Adriana Klos. – Kiedy jednak bliżej przyjrzymy się ostatnim badaniom, dostrzeżemy niewielkie przesunięcie, wynikające zapewne ze zmiany ich statusu społecznego. W porównaniu ze swoimi prababkami współczesne kobiety są bardziej przebojowe i zorganizowane, nie zależy im już tak bardzo na tym, by mężczyzna miał dużo pieniędzy i władzę, bo same mogą sobie to zapewnić. Teraz bardziej chodzi im o to, by mężczyzna był partnerem, rozumiejącym je i współodczuwającym, na dodatek z poczuciem humoru, żeby się z nim nie nudziły.

Czuły, ale nie łagodny

Oto, jaki obraz wyłania się z coraz częściej przeprowadzanych badań. Czuły, inteligentny, odpowiedzialny, troskliwy, uczciwy, szczery, dojrzały – to zestaw cech idealnego mężczyzny, jakie podały użytkowniczki jednego z portali randkowych. Najmniej pociągający wydał im się partner, który jest: praktyczny, logiczny, łagodny, oszczędny, rzetelny, dokładny, systematyczny i zręczny.

Inteligencja, poczucie humoru oraz atrakcyjny wygląd to cechy, które z kolei uznali za najistotniejsze. Szukamy partnerów sympatycznych, troskliwych i kochających. Istotna jest również wierność, wyrozumiałość, szczerość i czułość. Czuły (znowu!), namiętny, rozumiejący potrzeby kobiet – oto Pan Idealny według Polek, które wzięły udział w badaniu na zlecenie Mattel Poland, producenta plastikowego ucieleśnienia dziewczęcych marzeń – Kena. Pytane kobiety marzą głównie o partnerze do rozmowy. Dobrze, gdyby był też wysokim (183 cm) brunetem o niebieskich lub brązowych oczach.

Idealny mężczyzna powinien być – i tu nie ma zaskoczenia – odpowiedzialny, inteligentny i mieć poczucie humoru. Umieć pocieszyć, ale i rozśmieszyć, no i jak najczęściej mówić „kocham”. Wszystko brzmi cudownie, tylko czy jedna osoba jest w stanie pomieścić w sobie tyle cech? – Im bliższy człowiek, tym większe oczekiwania, że spełni nasze potrzeby i większe ryzyko, że tak się nie stanie. Nikt nas nie zadowoli w pełni, nawet rodzona matka – przestrzega psycholog Adriana Klos.

Podążanie za ideałami jest szczytne, ale co, jeśli okaże się, że są nierealne? Czy to nie stanie się przyczyną odrzucenia kogoś „wystarczająco dobrego”, bo nie jest „dokładnie taki, jak marzyłam”? Z drugiej strony, czy warto iść na kompromisy i wiązać się z kimś, kto nie do końca odpowiada oczekiwaniom, ale się stara? Psycholog radzi, by zacząć od tego, by inaczej konstruować listę priorytetów.

– Zamiast wypisywać cechy, jakie powinien mieć mój wymarzony czy moja wymarzona, lepiej zastanowić się nad tym, na czym mi naprawdę zależy w życiu. Jak sobie wyobrażam swoją przyszłość, jakie wartości cenię. Czy chcę mieć dzieci, czy wolę mieszkać w mieście czy na wsi, czy chcę wziąć ślub czy żyć „na kocią łapę”, na co chcę odkładać pieniądze… – i szukać kogoś, kto ma zbieżne zapatrywania. Oczywiście drobne odstępstwa w mniej ważnych kwestiach są dopuszczalne, gorzej, gdy partner czy partnerka odstaje w tych najważniejszych – temperamentalnych czy światopoglądowych – mówi Adriana Klos. Bo ideał to ktoś, kto po prostu pasuje do naszej bajki.

Kwestia wiary?

Coś na pocieszenie. Naukowcy z University of Sheffield przeprowadzili ciekawe badanie. Wspólnie z badaczami z University of Montpellier we Francji zapytali grupę ok. 116 heteroseksualnych par, jak powinien wyglądać idealny partner, a następnie za pomocą specjalnego programu komputerowego porównali zmodyfikowane zdjęcia „ideałów” z portretami ich rzeczywistych „drugich połówek”. Okazało się, że wszyscy partnerzy życiowi są innego wzrostu, wagi i masy ciała, niż chcieliby badani. Mężczyźni woleliby, aby ich partnerka była szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości, kobiety z kolei ucieszyłyby się, gdyby ich partner miał bardziej potężny wygląd. Czego to dowodzi? Że marzymy o męskich mężczyznach i kobiecych kobietach, ale wybieramy… no właśnie, osoby mniej lub bardziej zbliżone do tego ideału. Tylko czy im bliżej gwiazd, tym będziemy bardziej szczęśliwi?

Tak – jeśli wierzymy, że trafiliśmy na ideał. To już wynik innych badań, opublikowanych na łamach „Psychological Science”. 193 pary co 3 miesiące przez 3 lata wypełniały ankietę, w której opisywały charakter partnera, oceniając jego pozytywne i negatywne cechy.

Na koniec opisywały, w jakim stopniu ich ideał powinien się nimi odznaczać. Wyniki były jednoznaczne: osoby, które nie idealizowały swojej „połówki” na początku związku, po trzech latach trwania badań były mniej zadowolone ze swojego małżeństwa. Ci, którzy byli przekonani, że ich ukochany czy ukochana ma w sobie wszystkie cechy, jakich pragnęli (nawet jeśli nie do końca było to zgodne z prawdą) wprost przeciwnie – radośnie utwierdzali się, że trafili w dziesiątkę.

Jaki z tego wniosek? Jeśli w liście do Mikołaja chcesz poprosić o Pana Idealnego, skup się na tym, co chciałabyś z nim robić, jakie wieść życie, jakie wartości powinien wyznawać. Dorzuć do tego jakiś szczegół, który cię najbardziej kręci, czyli błyszczące oczy, zgrabną sylwetkę, niski głos lub silne ręce. Zaklej kopertę, wyślij list, a potem – jak już rozpakujesz prezent – uwierz z miejsca, że to właśnie Ten!

  1. Psychologia

Zamiast zastanawiać się, dlaczego jesteś sama, pomyśl, jak wiele masz z tego korzyści

Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
- Takie „chwile bez związku”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie. To taki egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację - mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „Dlaczego jestem sama?”. Czy możemy im dać na nie prostą odpowiedź?
To faktycznie nie jest łatwe. Bo żeby ją znaleźć, trzeba się sobie dobrze przyjrzeć. Zrobić bilans zysków i strat związanych z dotychczasowymi ważnymi relacjami z mężczyznami. Zysków, czyli naszych doświadczeń, refleksji, tego, czego się nauczyłyśmy. Strat, czyli tego, czego jeszcze nie przerobiłyśmy. Oczywiście, można nawet z trudnych relacji wyjść zwycięsko, czyli zbudowaną, mądrzejszą, czasem może trochę ostrożniejszą, ale niebojącą się uczucia. Zwykle jednak kurz opada, a my zostajemy pokiereszowane, pełne trudnych emocji, i nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wiele jeszcze w tej kwestii musimy ze sobą przegadać. Aby wejść w kolejny związek i zbudować dobrą relację, najpierw trzeba siebie poznać, zrozumieć i pokochać. Ten proces to ogromne wyzwanie!

Boimy się być same, boimy się samotności.
Nie lubię określenia „być samą”, bo tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy same. Po pierwsze, mamy siebie, i jak się sobą opiekujemy i siebie kochamy, to zawsze będziemy mogły na siebie liczyć. Po drugie, zawsze mamy wokół ludzi, czasami na własne życzenie czy z powodu jakichś życiowych trudności trochę się od nich izolujemy, ale zawsze jest obok ktoś, kto nas wspiera. To może być siostra, przyjaciółka, mama, nawet sąsiadka. Nigdy nie jesteśmy więc same, ale bywamy bez partnera, nie w związku. Czasami świadomie podejmujemy decyzję, by w tym momencie skoncentrować się na sobie, odpocząć. Takie „chwile”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie, na podróżach. To taki trochę egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację. Między innymi dlatego, że będziemy miały możliwości przemyślenia tego, co spotkało nas w poprzednich związkach, a to bardzo często jest kotwicą trzymającą nas w marazmie, frustracji.

Te zaś skłaniają nas do tworzenia uogólnień na zasadzie: „Wszyscy mężczyźni to dzieci” czy „Wszyscy mężczyźni to egoiści”. A to nieprawda.

Albo: „Wszyscy mężczyźni w Polsce są do chrzanu”.
Nieprawda. Chociaż osobiście uważam i nie boję się tego powiedzieć, że w Polsce jest więcej fajnych kobiet. Mówiąc „fajnych”, mam na myśli: poukładanych, otwartych na innych, lubiących siebie i godzących swoje potrzeby z potrzebami innych. Co nie znaczy, że nie ma fajnych facetów…

…ale jakoś na żadnego z nich nie możemy trafić.
Myślę, że są dwa rodzaje motywacji do tego, żeby być bez partnera. Pozytywne („Potrzebuję czasu dla siebie”, „Chcę się poukładać sama ze sobą”, „Na ten moment nie ma w pobliżu nikogo, kto by mnie interesował”) i negatywne, czyli wszystkie te, które wynikają z lęków i niepokojów, które prowadzą do błędów poznawczych, czyli wspomnianych generalizacji, w skrócie polegających na konstrukcji: „Wszyscy faceci są jacyś”. To mogą być błędy poznawcze w stosunku do samych mężczyzn, w stosunku do życia (np. „Nie ma prawdziwej miłości”) i w stosunku do siebie (np. „Nie zasługuję na miłość”).

W nurcie psychoterapeutycznym, w którym pracuję, mówimy o tzw. dysfunkcyjnych założeniach. To reguły i zasady, które rządzą naszym życiem, często głęboko zakorzenione. Na przykład: „Muszę być idealna, żeby zasłużyć na miłość”. Dlaczego taka kobieta jest sama? Bo dąży do niedoścignionego ideału, to może być jej wygląd, to może być to, że jest „do rany przyłóż”, ale tak naprawdę spełnia potrzeby innych, a nie swoje.

Po czym poznać, które są te dysfunkcyjne?
To założenia, które zamykają nas na świat, wynikają z lęku i niepokoju. Bo ustawiają nas w kontrze: albo biernej, albo agresywnej. Wtedy postrzegamy w mężczyznach lub w nas samych wrogów i walczymy, czyli jesteśmy agresywne. Albo nic nam się nie chce, nie wierzymy, że coś dobrego nas jeszcze spotka, czyli stajemy się bierne.

Słyszałam dziewczyny, które mówią: „Ja chyba nie potrafię kochać”.
Moim zdaniem potrzeba dostawania i dawania miłości jest silniejsza nawet niż instynkt życia. Człowiek jest istotą stadną. Nawet jeśli jesteśmy introwertyczne czy nieśmiałe, to jednak łakniemy obecności innych ludzi. Natomiast możemy doświadczyć we wczesnym dzieciństwie – i mówię już o okresie okołoporodowym – traum, czyli trudnych doświadczeń. Nieobecności – psychicznej czy fizycznej – matki, ale też agresji, przemocy. Te doświadczenia składają się na naszą umiejętność budowania relacji. Składa się na nią nasza gotowość na miłość, samoświadomość, także odwaga, bo każdy związek jest ryzykiem. Czasem pytam moje klientki: „Czy chciałabyś, aby nigdy nikt cię nie skrzywdził i nie zdradził?”. „Tak” – słyszę w odpowiedzi. „A czy jest na to jakiś sposób?” – pytam. – „Bo jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, to nigdy się nie zakochać”. „Ale ja chcę kochać” – mówią. I dopiero od tego momentu możemy zacząć pracować, uczyć się dojrzale kochać.

Tego można się nauczyć?
Tak, powiedziałabym nawet, że trzeba. Większość z nas wchodzi w dorosłość trochę niedokochana. Jeśli rodzice byli nieprzewidywalni, oziębli emocjonalnie albo zbyt przytłoczeni swoimi kłopotami – mogli zbudować w nas pewnego rodzaju ambiwalencję, która polega z jednej strony na dążeniu do bliskości, z drugiej na ucieczce przed nią, wynikającej z lęku, że zostaniemy zranieni. Ale można też mieć wspaniałe dzieciństwo (albo tak je postrzegać, ale to już inna sprawa), a mimo to w późniejszym życiu być mocno zranioną na przykład w pierwszej ważnej relacji z mężczyzną. Dobre dzieciństwo jest warunkiem koniecznym, by budować dobre relacje, ale niewystarczającym.

Chcemy być kochani, więc szukamy miłości, ale czasem robimy to zbyt kompulsywnie. Może problematyczne jest samo „szukanie”?
Ja nie obawiam się tego słowa. Gdybym została singielką, co mam nadzieję się nie stanie, bo mój partner jest ojcem mojego dziecka i bardzo go kocham, ale gdybym znów była bez partnera, to szukałabym nowego. Cóż złego powiedzieć znajomym: „Jak znacie kogoś fajnego, to dajcie znać” albo spytać koleżanki: „Słuchaj, kim jest ten przystojny facet z twojej pracy?”. To postawa aktywna: wychodzę do ludzi, rozglądam się, może nawet zapisuję na portal randkowy. Korzystam z okazji, ale też potrafię je stworzyć. Bo kiedy jest nam źle, robimy się bierne. Oczywiście, w siedzeniu w domu z dobrą książką i herbatą nie ma nic złego, chodzi o to, żeby to nie było rodzajem ucieczki i poddania się. Dlatego zachęcam: zaproś znajomych, wyjdź do kina, zapisz się na nowe zajęcia. Jeśli jedną z myśli, która tobą kieruje, będzie: „A może tam kogoś poznam?”, nie ma w tym nic złego. Ale JEDNĄ z myśli, bo dotknęłaś tu ważnej kwestii – kompulsywności w nastawieniu na cel, jakim jest znalezienie partnera, i zapominaniu o całej reszcie. Kiedy za wszelką cenę chcę mieć faceta, to pojawia się ogromne ryzyko, że złapię się na wydmuszkę, czyli trafię nie na królewicza, a na rozbójnika. Zdaje się, że to Jung kiedyś powiedział: „Zakochanie to rzutowanie własnych fantazji na przypadkową ofiarę”. Czyli mam wyobrażenie, że mężczyzna powinien być taki a taki i nakładam je na pierwszego mężczyznę, który mi się spodoba. I on staje się ofiarą moich oczekiwań i żądań. Bo potem przyjdzie otrzeźwienie, okaże się, że on nie jest taki, jaki miał być. A on jest taki, jaki był. Tylko ja tego nie widziałam. Można zakochać się mądrze, na trzeźwo.

W książce „Nas dwoje” radzisz, by prowadzić dzienniczek znajomości.
Bo my mamy często bardzo trafne spostrzeżenia, tylko one nam umykają, ponieważ nie wchodzimy z nimi w wewnętrzny monolog. Zrzucamy to na karb intuicji, która tak naprawdę jest poszerzoną percepcją. Czyli ktoś nam mówi: „Nigdy nie poznałem tak pięknej kobiety”, a my czujemy w tym jakiś fałsz. To nie magia czy szósty zmysł, my po prostu widzimy kątem oka, że zaraz potem sprawdza godzinę na komórce czy patrzy się takim samym wzrokiem na naszą koleżankę. Poszerzona percepcja to umiejętność dostrzegania i analizowania ważnych sygnałów, które wiele mówią o drugiej osobie i sytuacji.

A jak długo dawać szansę komuś, kto jest miły, ale jakoś nie ma iskry?
No wiesz, ja też jestem miła, ale to nie znaczy, że mamy zacząć chodzić na randki (śmiech). Trzeba siebie spytać, czego chcemy. Chodzenie na randki z miłymi mężczyznami jest bardzo… miłe. Czemu nie. Ale jeśli chcę budować głębszą relację, a czuję, że akurat tego mężczyzny nie chcę bliżej poznać…?

Nawet czysto fizycznie…
Związek to relacja dwojga przyjaciół i zarazem kochanków – sfera erotyczna, seksualna jest istotna. Może się okazać, że poznałam bardzo fajnego faceta, który będzie moim dobrym kolegą, może nawet przyjacielem, ale czy zaraz partnerem? Bo jeśli jego zapach mi nie odpowiada czy nie mam chęci, by go dotknąć, choćby musnąć w przelocie rękę… to chyba nic z tego nie będzie. Czasem to rodzi się w miarę pogłębiania znajomości i tutaj zachęcałabym, by dawać tę szansę, o którą pytasz. Na początku możemy być spięci, speszeni… Ale jeśli po trzeciej randce wkurza mnie, jak on siorbie i naprawdę mnie to irytuje (śmiech), to proponowałabym się nad tym zastanowić. Nawet jeśli to głupotka, ale skoro ją dostrzegam, może oznaczać, że nie ma właśnie tej pożądanej chemii. Fizyczna przyjemność, jaką odczuwamy w obecności drugiej osoby, jest konieczna, choć niewystarczająca. Ale myślę, że większość czytelniczek może mieć całkiem odwrotny problem. Stawiamy na fizyczność, a potem się okazuje, że nie mamy żadnych wspólnych tematów.

A co, kiedy wszystko gra, ale on nie chce się wiązać?
Z reguły w takiej sytuacji kobiety zadają sobie pytanie: „Co ze mną nie tak?”. A przecież ten człowiek jest z jakiegoś domu, ma na swoim koncie jakieś doświadczenia, bagaż życiowy i może problem tkwi po jego stronie. Może boi się bliskości, może został bardzo zraniony i ma swoje dysfunkcyjne założenie. Relacja to dwie osoby. Nie szukajmy od razu problemu w sobie, ale też nie skreślajmy od razu znajomości i nie reagujmy agresywnie, przypisując komuś złe intencje. Pamiętajmy, że nie mamy zdolności telepatycznych – nie przewidujmy, nie zgadujmy – zapytajmy! „Słuchaj, chciałabym cię bliżej poznać, ale odnoszę wrażenie, że ty się dystansujesz”. Bardzo ważne jest powiedzenie tego, co czujemy, a nie tego, czego się domyślamy. Jeśli mężczyzna jest świadomy swoich przeżyć, emocji, motywacji, może odpowiedzieć wprost: „Tak, masz rację, rozstałem się niedawno z żoną, mam jeszcze obawy przed wchodzeniem w związki”. Mężczyzna, który potrafi tak powiedzieć – skarb (śmiech). Z reguły to kobiety mają większą łatwość werbalizowania swoich emocji. Dlatego też on może powiedzieć coś nie wprost, ale my możemy to nazwać, zadając kolejne pytanie: „Czy z tego, co powiedziałeś, mogę wywnioskować, że boisz się bliskości?”. Pytajmy, nie stwierdzajmy i nie oceniajmy. Zamiast: „boisz się”, mówmy: „boisz się?”.

A może po prostu on nie jest nami zainteresowany?
Ja myślę, że mężczyźni nie mają problemu, by dać do zrozumienia kobiecie, że nie są zainteresowani. To my, kobiety, mamy problem z zachowaniami wprost, asertywnymi, czytelnymi. Dlatego warto nad sobą popracować, zanim wejdziemy w kolejny związek. Uczmy się asertywności od mężczyzn, ale przede wszystkim uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie!

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek. 

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” – gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta?
Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję?
Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie?
Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach?
Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości?
Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja?
Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności?
Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele.
Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.

Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką?
Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach.
Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości?
Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia.
To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik.
To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele. Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Dlaczego nie mam faceta?

Szukanie partnera wymaga poznania siebie, swoich potrzeb, zalet i wad. (Fot. iStock)
Szukanie partnera wymaga poznania siebie, swoich potrzeb, zalet i wad. (Fot. iStock)
Szukanie partnera to proces o tyle trudny, że wymagający dobrego poznania siebie, swoich potrzeb, zalet i wad. Zamiast tego mamy tendencję do skupiania się na drugiej osobie – jaka powinna być i co powinna nam dać. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz, autorka m.in. książki Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania, przygląda się dylematom Iwony, 35-letniej singielki.

Życie w pojedynkę może być świadomym wyborem, ale też wynikać z lęku przed bliskością czy urazy po ostatnim związku. Dopóki nie próbujemy znaleźć partnera, powód jest bez znaczenia. Kiedy jednak mamy za sobą kilka prób bez efektów, zaczynamy myśleć: ,,Coś ze mną nie tak”, ,,Może nie nadaję się do życia w związku?”. Tymczasem to nie z nami jest coś nie tak, tylko z naszym podejściem do tematu, a konkretnie z gotowością do wejścia w nowy związek.

Punkt wyjścia

Iwona przyszła do mnie, ponieważ od kilku lat nie mogła znaleźć odpowiedniego partnera. Już od progu sprawiała wrażenie pewnej siebie, zdyscyplinowanej. – Jeśli mamy tylko godzinę, to od razu powiem, o co mi chodzi. Pięć lat temu zakończyłam toksyczny związek i postanowiłam zainwestować w swój rozwój, by kolejny raz nie popełnić błędu, ale chyba to nie we mnie tkwi przyczyna… – zaczęła. – Zatrzymajmy się na moment, powiedz, jak wyglądał ten toksyczny związek – poprosiłam. – Wszystko robiliśmy tak, jak chciał mój partner. Jedliśmy to, co on lubił, oglądaliśmy filmy, które on wybierał, jeździliśmy na wakacje w jego ulubione miejsca. – Czy on tego od ciebie oczekiwał? – To chyba naturalne, że żyjąc razem, uwzględnia się potrzeby partnera? – odpowiedziała Iwona po chwili namysłu. – Nie odpowiedziałaś na moje pytanie: czy on tego od ciebie oczekiwał? – Chciałam, żeby jemu było dobrze. – A co z tobą? – Cieszyłam się, kiedy był szczęśliwy, ale… – Smuciłaś się, gdy był smutny? – No właśnie. – Kiedy poczułaś, że związek nie daje ci satysfakcji? – Kiedy w ostatniej chwili powiedział, że nie pójdzie ze mną na urodziny mojej najlepszej przyjaciółki. Poszłam sama i wcale się dobrze nie bawiłam.

– Co poczułaś, kiedy odmówił pójścia na urodziny przyjaciółki? – spytałam. – Że mnie nie kocha. – Dlaczego? – Bo gdyby kochał, wiedziałby, że bez niego nie umiem się dobrze bawić.

Związek Iwony prawdopodobnie był oparty na uzależnieniu, a nie na prawdziwej bliskości. Była całkowicie skupiona na partnerze. Chciała uszczęśliwić ukochaną osobę i wierzyła, że ma moc, by to zrobić. Zapomniała o sobie, ale winą za to obarczyła partnera: „On o mnie nie dba. A jak nie dba, to znaczy, że nie kocha”.

Krok 1. Robimy bilans ostatniego związku Iwony

– Powiedziałaś mu o swoich odczuciach? – spytałam. – Nie. Kiedy ludzie się kochają, nie muszą mówić o takich rzeczach. Ja zawsze wiedziałam, co dla niego jest ważne, co lubi, a co mu sprawia przykrość – odpowiedziała Iwona. – Dlaczego ty wiedziałaś, a on nie? – drążyłam. – Bo on myślał tylko o sobie, ja nie byłam dla niego ważna. – To musiało być dla ciebie przykre. Z tego, co mówisz, wiele w ten związek zainwestowałaś. – No właśnie – przytaknęła. – Bardzo dużo dałaś, a  co dostałaś w zamian? – Prawie nic. – Wyobraź sobie, że w związku jest wszystkiego zawsze po 100 proc. Jeśli ty w 90 proc. nastawiona byłaś na dawanie, dla twojego partnera zostawało jedynie 10 proc. Czy to rozumiesz? – spytałam Iwonę. – Myślałam, że jeśli dużo dam, to tyle samo dostanę. – Tylko że nie zostawiłaś swojemu partnerowi przestrzeni do dawania.

Po zakończeniu związku często robimy bilans, podsumowanie, chcemy odkryć, dlaczego nam się nie udało. To ważny moment, bo dzięki temu uda nam się w przyszłości uniknąć podobnych błędów. – Po rozstaniu postanowiłam zadbać o siebie. Miałam dosyć mężczyzn. Zmieniłam fryzurę, zaczęłam się inaczej ubierać. Poznałam nowe przyjaciółki, też singielki tak jak ja. No i zapisałam się na różne warsztaty rozwojowe – ciągnęła swoją opowieść Iwona. – Jaki był tego cel? – Chciałam stać się sama dla siebie atrakcyjna. Chciałam też nauczyć się flirtować, byłam nawet na kursie tantry, żeby odkryć swoją kobiecość. – To było cenne doświadczenie? – Bardzo. Przede wszystkim spotkałam inne kobiety, które tak jak ja trafiały na niewłaściwych mężczyzn… – Czujesz, że poprzedni partner nie był właściwym mężczyzną, że źle wybrałaś? – spytałam. – To chyba jasne. Nie rozumiał mnie, nie kochał wystarczająco.

Samodzielnie przeprowadzony bilans po związku często sprowadza się do napiętnowania winowajcy i konkluzji: ,,Do tej pory wybierałam niewłaściwych mężczyzn”.  Tyle że za satysfakcję w związku zawsze odpowiadają obydwie strony.

Krok 2. Dookreślamy kłopot Iwony

Według zaleceń terapeutów małżeńskich po zakończonym związku potrzebujemy około dwóch lat na pobycie w pojedynkę. Celem tego okresu jest podsumowanie i zamknięcie związku, a przede wszystkim lepsze poznanie siebie. U Iwony ten czas wydłużył się do pięciu lat. – Co się zmieniło w tobie przez ten czas? – spytałam. – Jestem bardziej dojrzała, świadoma siebie, wiem, czego chcę i czego nie chcę. Zainwestowałam dużo czasu, energii i pieniędzy we własny rozwój – odpowiedziała Iwona. – Co jest więc twoim kłopotem (celowo nie używam określenia „problem”)? – Nadal jestem sama. – To źle? – Jestem szczęśliwa, ale smutno mi, kiedy wracam do pustego domu. Dość mam już wakacji z koleżankami, babskich spotkań. Tęsknię za obecnością mężczyzny. – Czy przez ten czas umawiałaś się na randki? – Tak. Kilka razy. Z chłopakami poznanymi na portalach randkowych, raz z kolegą chłopaka znajomej i raz z kimś ode mnie z pracy. – I? – Niestety, żaden z nich nie spełnił moich oczekiwań. – Chodzi więc o to, że spotykani mężczyźni nie spełniają twoich oczekiwań? – Myślisz, że są zbyt wygórowane? – spytała Iwona. – Nie wiem, staram się dokładnie nazwać twój kłopot. Być samą można z wielu powodów. Ty jesteś sama, bo nie spotkałaś tego właściwego mężczyzny – odpowiedziałam. – Na jednym z warsztatów wypisywałyśmy cechy swojej bratniej duszy. Dzięki temu dowiedziałam się, jakiego potrzebuję partnera. Chciałabym, żeby inwestował w swój rozwój, był wegetarianinem, miał artystyczną duszę, był wyższy ode mnie. To zbyt wiele?

Zgodnie z obiegową opinią, jeśli trafiamy na „niewłaściwych” mężczyzn, to oznacza, że nie wiemy, jaki mężczyzna jest dla nas tym „najwłaściwszym”, innymi słowy – trzeba spisać listę cech potencjalnego kandydata. Czyli musimy wiedzieć, kogo szukamy. Ale czy wiemy, kto szuka?

Krok 3. Symbolicznie przedstawiamy początek

– Dowiedziałaś się, jakiego potrzebujesz partnera. Myślisz, że to wystarczy, by mieć udany związek? – spytałam Iwonę. – Tak. Wcześniej to ja byłam wybierana, teraz chcę wybierać sama. – Co to oznacza, że nie możesz spotkać mężczyzny, z którym chciałabyś być w związku? Nie ma wysokich mężczyzn, o artystycznej duszy, wegetarian, dbających o swój rozwój? – Może są, ale z  jakiegoś powodu ciągle jestem sama. – Koncentrujesz się na efekcie swoich poszukiwań, a może żadnemu z poznanych chłopaków nie dałaś szansy? – Na co? – Choćby na to, byście się lepiej poznali. – Nie rozumiem – odpowiedziała Iwona.

Postawiłam przed nią dwie drewniane figurki. – Jedna z  tych figurek to ty, druga to potencjalny partner. Ustaw je naprzeciwko siebie w taki sposób, by pokazać moment ich poznania się – poprosiłam. Iwona ustawiła figurki naprzeciwko siebie w pozycji nieruchomej, z opuszczonymi rękoma.

– Widzę, że stoją naprzeciwko siebie i obserwują się. Pokaż kolejny krok – poprosiłam znowu. – Nie wiem, jak to zrobić… – Przedstaw symbolicznie moment, w którym jakoś się sobie przedstawiają, wymieniają się np. informacjami na własny temat. Pamiętaj, że figurki mają ruchome głowy, ręce, nogi.

Iwona ustawiła figurki z wyciągniętymi ku sobie rękoma. – Opisz, co tu się dzieje – poprosiłam. – Ja mówię mu, czego oczekuję, a on pokazuje, co ma mi do dania. – A co ty masz do dania jemu?

Dwie figurki stojące naprzeciwko siebie z wyciągniętymi rękoma to cudowny symbol związku, pod warunkiem że gest wyciągniętych rąk oznacza dawanie i branie. Między partnerami płynie miłość, uważność, czułość, troska, szacunek i wiele innych wspaniałych darów. Każdy daje to, co ma, czym chce się podzielić i robi to z miłości, a nie jedynie w oczekiwaniu na rewanż. Iwona podświadomie to wiedziała, jednak zranienia w ostatnim związku spowodowały, że z poziomu głowy była nastawiona przede wszystkim na branie.

Krok 4. badamy gotowość Iwony do związku

– Co to znaczy „być gotowym na nowy związek”? – spytałam. – Że tęskni się za bliskością i  wie, kogo się szuka. – Pamiętasz, kiedy opowiadałaś o poprzednim partnerze, czułaś, że sama bardzo dużo dałaś, a dostałaś niewiele. A teraz? – To chyba jasne, że chciałabym więcej dostać. – Pamiętasz o zasadzie 100 proc.? Rozumiem, że dla wyrównania rachunku w nowym związku chciałabyś w 90 proc. dostawać, a tylko w 10 proc. dawać? Nie oceniam tego, ale to znowu będzie oznaczać brak równowagi – tłumaczyłam Iwonie. – Co, w kontekście tego, o czym mówię, oznacza dla ciebie fakt, że nadal jesteś sama? Rozrysujmy to na kartce – zaproponowałam.

Iwona narysowała cztery kwadraty. Pierwszy miał symbolizować uczucie tęsknoty za mężczyzną, drugi – oczekiwanie, jakie ma Iwona w stosunku do partnera, trzeci – niewłaściwych mężczyzn, których spotyka, a czwarty efekt, czyli: „nadal jest sama”. Kiedy spytałam, co widzi, uparcie koncentrowała się na ostatnim kwadracie. – Powiem ci, co ja widzę: pierwszy kwadrat – niewiele wiem o tej, która tęskni, wiem, czego oczekuje, ale nie wiem, co ma do dania. Drugi kwadrat – wiem, jaki jest mężczyzna, za którym tęskni, trzeci – nie wiem nic o tym „niewłaściwym”, czwarty – wiadomy efekt. To równanie ma tylko jedną wiadomą, więc jest nierozwiązywalne – stwierdziłam. – Czym jesteś gotowa podzielić się z innymi ludźmi w relacjach? – spytałam. – Swoim czasem, zainteresowaniem, wsparciem, wiedzą – odpowiedziała po namyśle Iwona.

Gotowość do związku to inaczej dojrzałość. Proces ten przebiega podobnie do dojrzewania dziecka; najpierw wiemy, czego nie chcemy, potem dowiadujemy się, czego chcemy, dalej wiemy, co mamy i czym możemy podzielić się ze światem. Dopiero wtedy, kiedy wiemy, co mamy i co chcemy dać, a co dostać w zamian, jesteśmy gotowi do związku.

Krok 5. Otwieramy Iwonę na nowe

– Wróćmy do symbolu rąk wyciągniętych z darami – zaproponowałam. – Stoicie naprzeciwko siebie i każde ma coś do zaoferowania drugiemu. Z ciekawością i otwartością przyglądacie się nawzajem temu, co macie do wymiany. Nawet jeśli nie jest to dokładnie pakiet twoich oczekiwań, może warto dać szansę drugiej stronie. Może okazać się, że niski wzrost przestanie mieć takie duże znaczenia w kontekście innych zalet mężczyzny, albo kiedy poczęstujesz go pysznym wegetariańskim daniem, chętnie zrezygnuje z mięsa… – A jak znowu mi się nie uda? – spytała Iwona. – Relacja to zawsze duże ryzyko, największe, na jakie wystawia nas życie. Jeśli naprawdę poczujesz się gotowa do związku, podejmiesz je.

Związek można porównać do tańca w parze. Iwona już zna podstawowe kroki, rozgląda się za odpowiednim partnerem do tańca. Różni mężczyźni podchodzą do niej na parkiecie, ale ona odmawia, zanim zabrzmią pierwsze takty muzyki. Potrzebuje jeszcze trochę czasu, odwagi i zaufania.

Ewa Klepacka-Gryz - psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet www.terapiavia.com

 

Więcej w książce „Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania” Ewy Klepackiej-Gryz, Wydawnictwo Zwierciadło.