1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Singiel - chce, czy musi żyć sam?

Singiel - chce, czy musi żyć sam?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kobieta, która nie ma nikogo po trzydziestce, oznacza jedno – nikt jej nie chciał, i można pleść bzdety o niezależności, aspiracjach, inwestowaniu w siebie. Tylko co zostanie na starość, kot i rozgoryczenie, bo szanse, że w tym wieku pozna się kogoś normalnego, są znikome - przekonuje internautka.

Najnowsze badania zrealizowane na zlecenie serwisu Sympatia.pl przez TNS Pentor, wykazały, że aż ponad 40 proc. polskich singli żyje w pojedynkę od ponad 5 lat. Co siódmy jeszcze nigdy nie był w stałym związku, a tylko 6 proc. z nich deklaruje, że aktywnie poszukuje swojej drugiej połówki.

Czy fakt, że samotni pozostają dość bierni w kwestii poszukiwania partnera to znak czasów, brak umiejętności budowania relacji, czy może oczekiwanie, że to ktoś inny uczyni ten pierwszy krok? A może single są przekonani, że mają jeszcze czas na ułożenie sobie życia?

Mogę, ale nie muszę

Otwartość na nowego partnera jest uzależniona przede wszystkim od wieku singla. Okazuje się, że najbardziej zaangażowani w poszukiwanie nowego partnera wcale nie są single najmłodsi (a więc w wieku 25-34 lata), lecz ci w wieku 35-44 lat. To w tym wieku osoby samotne najczęściej przyznają, że aktywnie poszukują drugiej połówki.

Nie oznacza to jednak, że najmłodsi single są zamknięci na pojawienie się nowej osoby w ich życiu, ponieważ ponad połowa z nich (56 proc.) przyznaje, że jest zainteresowana ewentualnym związkiem.

Statystyczny – nazwijmy go "aktywny poszukiwacz" – to młody mężczyzna, singiel „wyboru”, który często korzysta z zasobów internetu. Osobami biernymi w poszukiwaniu i najmniej zainteresowanymi nowym partnerem są starsze kobiety, głównie mieszkanki wsi.

- Takie podejście często wynika stąd, że ludzie często nie dają sobie nawet szansy na to, by w ich wieku i w sytuacji, w jakiej się znaleźli, by znaleźć sobie drugą osobę - twierdzi prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog i pedagog, ekspert akcji „Pokolenie singli”. - Zmniejszają oni pewne oczekiwania w swoim życiu, analizują je, po czym mówią sobie "tak się stało w moim życiu, tak już musi być", zamykając się na to, że w ich życiu może ponownie zaistnieć wartościowy związek.

Dr Julita Czernecka, ekspertka akcji „Pokolenie singli” uważa z kolei, że młodsi single najczęściej nie czują potrzeby bycia w stałym związku, gdyż uważają, że mają na niego jeszcze czas.

- Najczęściej decyduje zaangażowanie w rozwijanie własnej kariery zawodowej, skupianie uwagi na samorozwoju i zwyczajny brak czasu na poszukiwanie. Single chcą korzystać z zalet bycia solo: bawić się, poznawać nowych ludzi, realizować pasje i marzenia. Ponadto mają też bardzo wysokie oczekiwania wobec potencjalnego partnera i nie chcą iść na kompromisy, żeby żyć "z byle kim i byle jak".

- W ludziach istnieje potrzeba życia w związkach, choć trudno powiedzieć, w jakim stopniu jest to faktyczna potrzeba a w jakim zakodowany przekaz kulturowy - dodaje Katarzyna Kuklińska z Collegium Civitas. - Nie zmienia to faktu, że dla singli w wieku 25-34 lata posiadanie partnera nie jest najważniejsze. To czas doskonalenia swoich umiejętności, posiadania już pewnego stażu pracy, czy możliwość swobodnego poruszania się po rynku pracy. Kiedy osiągną względną stabilizację w pracy zawodowej, wówczas dopiero zaczynają myśleć o zakładaniu rodziny.

Za starzy na związek

Otoczenie singla nie zawsze jest jednak w stanie zrozumieć intencje osób, które – ich zdaniem – zbyt długo zwlekają z założeniem rodziny i wciąż żyją w pojedynkę.

- Taka jest prawda, że najlepszy czas dla kobiety na znalezienie sobie mężczyzny, to do 30. – pisze na forum internauta rann. - Do tego czasu może sobie przebierać i wybierać, jak chce, ale już po trzydziestce jest kiepsko, bo większość facetów jest już zajętych, przebranych, więc taka kobieta, mając 30+, bierze pierwszego lepszego rozwodnika i kończy marnie.

- Kobieta, która nie ma nikogo po trzydziestce, oznacza jedno – nikt jej nie chciał, z takich czy innych powodów, i można pleść bzdety o niezależności, aspiracjach, inwestowaniu w siebie – zgadza się z tą opinią forumowiczka anka. – Tylko co zostanie na starość, kot i rozgoryczenie, bo szanse, że w tym wieku pozna się kogoś normalnego, są znikome. Faceci są zajęci, a rówieśnicy szukają młodych, zdrowych do poczęcia potomstwa. Taka jest smutna prawda.

A jak wygląda podejście do kwestii szukania drugiej połówki wśród najstarszych singli (60 lat)? Aż 64 proc. z nich jest raczej zamknięta na nawiązywanie nowych relacji. Zdecydowanie nie szuka nowego partnera 3/4 osób w wieku powyżej 60 roku życia. Dlaczego wraz z wiekiem, tracimy potrzebę wiązania się z kimś na nowo?

Psycholog Ewa Klepacka-Gryz, ekspert akcji "Pokolenie singli" i serwisu zwierciadlo.pl uważa, że stosunek do szukania drugiej połówki rzeczywiście jest silnie skorelowany z wiekiem.

– Myślę jednak, że "bycie za starym na związek" to bardziej kwestia opinii publicznej niż wewnętrznego przekonania. Z badań wynika, że najmniej chętne do związku są starsze kobiety i ludzie po śmierci partnera. Wynika to prawdopodobnie z przekonania, że o ile starszy mężczyzna poszukujący związku, nawet z dużo młodszą partnerką, to zjawisko akceptowane, to starsza kobieta wiążąca się z młodszym partnerem już nie. Poza tym kobiety w okolicach pięćdziesiątki często pełnią już rolę babci i spełniają oczekiwania dzieci, żeby zająć się wnukami a nie szukaniem nowego związku.

W Polsce żyje dziś około 2,5 miliona singli po pięćdziesiątym roku życia i większość z nich (1,2 miliona) to wdowcy (źródło: TGI SMG/KRC Millward Brown, 2010). Zdania na temat tego, czy będąc seniorem, powinno się wszystko zaczynać od nowa, są podzielone. Owszem, rodzina i znajomi pragną ich szczęścia, ale też chcieliby im oszczędzić rozczarowań i cierpień.

Według Ewy Klepackiej problemem jest także pokutująca w naszej kulturze "powinność" – mit o posiadaniu jednego partnera przez całe życie. – Kiedy wdowiec - mężczyzna w średnim wieku - ponownie wejdzie w związek, to jest jeszcze akceptowane – mówi. - Wiadomo, samemu mężczyźnie jest trudno. Kobieta zaś powinna być wierna, nawet po śmierci, jednemu mężczyźnie.

- Wbrew swojej woli, po nagłej śmierci męża siedem lat temu zostałam singlem i zdecydowanie nigdy, przenigdy nie zwiążę się już na stałe z nikim - dodaje Ya. - Wiem, że w tym kontekście może zabrzmi to obrazoburczo, ale uwielbiam swój stan, mam czas, środki, ochotę na realizację swoich pasji, jestem wolna, mam swoją dobrą pracę, no i nie muszę z nikim zawierać żadnych kompromisów.

Single seniorzy niejednokrotnie udowodnili jednak, że na miłość nigdy nie jest za późno.

- Spotkaliśmy się na waszym portalu w październiku 2005 roku, a po trzech miesiącach byliśmy już zaręczeni – wspomina Ryszard, który poznał swoją żonę w serwisie Sympatia.pl. - Dzisiaj jesteśmy parą i nie wyobrażamy sobie życia oddzielnie.

Stworzony do samotności?

Single, którzy przyznali, że aktywnie poszukują lub są otwarci na nowego partnera, poszukują go zwykle podczas spotkań towarzyskich ze znajomymi i rodziną (47 proc.) lub też za ich pośrednictwem (45 proc.). Ten pierwszy sposób preferowany jest przez młodsze osoby, drugi – przez osoby ze starszych kategorii wiekowych.

Single, którzy chętnie poszukują drugiej połówki za pośrednictwem internetu to zwykle osoby młode, żyjące w pojedynkę "z wyboru" i oczywiście otwarte na nowy związek.

Dlaczego tak duża część singli nie szuka aktywnie partnera? Większość z nich (74 proc.) po prostu nie czuje takiej potrzeby. Część z nich mówi o złych doświadczeniach z przeszłości, obawie przed zranieniem, czy obawie przed brakiem akceptacji ich dziecka.

Tak jest właśnie z Małgorzatą (39 lat), która od dziesięciu lat samotnie wychowuje 14-letniego syna i która kilkakrotnie próbowała wejść w nowy związek.

- Moja niezależność sprawia, że nie potrafię z kimś żyć na dłuższą metę – przyznaje. – Nie dlatego, że nie chcę, lecz dlatego, że moje nieudane małżeństwo pozostawiło na mnie piętno. Mając męża, miałam wszystko, ale brak szacunku z jego strony spowodował, że czułam się nieatrakcyjna i mało wartościowa. Boję się, że sytuacja się powtórzy. Obawiam się też tego, że mój partner nie pokocha mojego dziecka. Mimo dobrych chęci nie potrafię zaufać.

Jeden z internautów pisze z kolei na forum o innym problemie. - Nie podobam się kobietom. Bycie samemu stało się dla mnie stanem normalnym. Nie wierzę, że mógłbym spotkać kiedyś osobę, z którą stworzyłbym własną rodzinę. A skoro nie wierzę, to nie będę tracił sił na poszukiwania.

- Jestem singlem z odzysku od osiemnastu lat, nie zamierzam tego zmieniać po doświadczeniach ze swoim małżonkiem – zabiera głos inna forumowiczka olka.

Z kolei obiektywna jest zdania, że do bycia singlem po prostu ma się predyspozycje. - W życiu trzeba coś robić. Poświęcenie się rodzinie też jest celem samym w sobie, ale nie każdy się do tego nadaje. Wydaje mi się, że wielu singli nie ma predyspozycji ku temu i nie chce mieć. Za bardzo wybrzydzają, są egoistyczni, nastawieni na rozrywkę i zabawę. Nie myślą w ogóle o przyszłości. Ale ludzie dzielą się na takich, którzy są stworzeni, by być samotnymi i takich, którzy są stworzeni do wychowywania dzieci.

- Lepiej zostać singlem, niż związać się z człowiekiem tyranem, który pije, bije i życie niszczy drugiej połówce z dziećmi do końca ich życia - przekonuje natomiast - Szkoda że ludzie tego nie dostrzegają. Poniżają singli. Powinni najpierw zastanowić się, zanim coś powiedzą. Single to osoby, które w życiu przeżyły nie jeden dramat, a mimo tego mają siłę żyć w pojedynkę. Należy im się szacunek.

Psycholog Ewa Klepacka-Gryz przekonuje jednak. - Na miłość i związek nigdy nie jest za późno, pod warunkiem, że mamy na myśli dojrzałą, pełną szacunku, akceptacji własnej odmienności i wolności relację, a nie bycie z drugim człowiekiem: dla wygody, korzyści finansowych, z lęku, czy z chęci zatrzymania upływu czasu.

Artykuł pochodzi z serwisu

26 września wystartowała społeczna akcja "Pokolenie singli", w którą zaangażowani są znani polscy specjaliści, a wśród nich prof. Zbigniew Lew-Starowicz i prof. Zbigniew Izdebski.

Bycie singlem stało się już pewnym stylem życia. Liczba samotnych rośnie, a wraz z nią ich świadomość, że odgrywają coraz większą rolę w społeczeństwie. My chcemy się dowiedzieć, kim naprawdę są polscy single.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Co różni singielkę od osoby samotnej?

Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
„Jej życie nie jest puste” – twierdzi dr Katarzyna L. Kuklińska, socjolog, która kilka lat temu badała zjawisko singlizmu.

Czy „singielka” to jedynie ładniej i nowocześniej brzmiące określenie starej panny?
Absolutnie nie! Stara panna to kobieta zgorzkniała, która uważa swoje życie za nieudane dlatego, że nie ma partnera, która ma poczucie żalu i straconej szansy. Singielka natomiast świadomie wybiera życie w pojedynkę, by móc skupić się na rzeczach – jej zdaniem – ważniejszych niż szukanie męża: na pracy, karierze naukowej czy rozwoju osobistym. Co nie znaczy, że jest osobą samotną. Singielka ma spore grono przyjaciół, z którymi zwykle łączą ją bardzo bliskie, serdeczne relacje. Często z kimś mieszka i w miarę regularnie uprawia seks. To, co odróżnia ją od samotnych kobiet, to brak poczucia, że jej życie jest puste bez stałego partnera.

Kim więc jest typowa polska singielka?
Nie ma jasno określonego typu polskiej singielki. Na potrzeby mojej pracy doktorskiej przyjęłam, że singielką jest kobieta po trzydziestce, bo w dzisiejszych czasach bardzo duża część kobiet przed tym wiekiem jeszcze nie myśli o zakładaniu rodziny. Na pewno to osoba, która identyfikuje się z singielkami, jest zadowolona ze swojej sytuacji i nie szuka desperacko drugiej połówki. Wbrew obiegowym opiniom wcale nie musi to być bizneswoman czy menedżerka z dużego miasta, niezależna finansowo karierowiczka. Równie dobrze może pochodzić z małej miejscowości, pracować w urzędzie i mieszkać z rodzicami. Choć tych drugich jest zdecydowanie mniej z uwagi na presję społeczną, a często nawet ostracyzm, z którymi muszą się zmagać.

Dlaczego coraz więcej dojrzałych kobiet wybiera życie bez zobowiązań?
To nie tak. One nie mają zamiaru całe życie nie mieć partnera. Single są tymczasowi. Raczej odsuwają ten moment w czasie, bo w danej chwili mają inne, ważniejsze rzeczy do zrobienia. To pokolenie jest bardziej pragmatyczne – woli najpierw poukładać sobie życie, tak, żeby było wygodne i dostatnie, a dopiero później myśli o ślubie i dzieciach.

Ale czy po przekroczeniu magicznej trzydziestki szanse na znalezienie stałego partnera nie maleją drastycznie?
Zgadza się, a dzieje się tak z wielu względów. Po pierwsze, mężczyźni szukają zwykle młodych kobiet. Te dojrzałe i niezależne często wzbudzają w nich strach. Po drugie, singielki mają duże wymagania. Chcą stworzyć związek partnerski, dzielić się obowiązkami, pragną, żeby mężczyzna dużo im dawał. Często nie chcą godzić się na kompromisy, szukają ideału, który nie istnieje. Z biegiem czasu, gdy rośnie w nich potrzeba stworzenia związku – czyli de facto przestają być singielkami – zaczynają spuszczać z tonu i godzą się na coś, o czym jeszcze kilka lat wcześniej nie chciały nawet słyszeć.

Na dłuższą metę to niebezpieczna gra. Czy singielki są bardziej podatne na depresję?
Raczej tak, choć nie musi to wynikać z tego, że nie posiadają stałego partnera życiowego. To przeważnie indywidualistki, które bardzo dużo od siebie wymagają i ciężko znoszą porażki. Jeśli do tego zaczynają odczuwać dyskomfort z powodu swojego singlizmu, może to prowadzić do załamania.

Istnieje opinia, że sposób życia singli wynika z tego, jak zostali wychowani, albo jest skutkiem traumatycznych wydarzeń.
W moich badaniach również się nad tym zastanawiałam. Okazuje się jednak, że sytuacja rodzinna czy wychowanie nie mają wpływu na takie decyzje. Mogłoby się na przykład wydawać, że ludzie z rozbitych rodzin, mający negatywne wzorce lub ich brak, będą bardziej skłonni do wybrania życia w pojedynkę. Tymczasem zdecydowana większość kobiet przeze mnie badanych pochodziła z pełnych rodzin. Według stereotypu jedynacy wykazują większą niechęć do tworzenie stałych związków. I tu znów niespodzianka – ponad 75 proc. ankietowanych singielek ma rodzeństwo. Wychowanie też nie jest tu kluczowe. Zbliżone wiekiem siostry, wychowane w identycznych warunkach mogą mieć zupełnie inne podejście do singlizmu. Dla jednej samodzielne życie to normalna sytuacja, dla drugiej brak męża i dzieci to życiowa porażka.

Wspomniała pani, że singielki z małych miejscowości spotyka ostracyzm. A jakie są problemy singielek z dużych miast?
Może problemy to za dużo powiedziane, ale single w dużych miastach też są dyskryminowani. W pracy przyjmuje się często, że kobieta, która nie ma rodziny, może regularnie pracować po godzinach czy między świętami i brać urlop jesienią. A jak już na niego wyjedzie, to lepiej żeby sobie kogoś dobrała, bo w hotelach jedynek jest jak na lekarstwo albo trzeba za nie płacić tyle, ile za dwójki. Takich przykładów można by mnożyć – życie singielek nie jest usłane różami.

Dr Katarzyna L. Kuklińska: socjolog, autorka badań i pracy „Polskie singielki. Płeć kulturowa. Feminizm. Ponowoczesność, Internet”, a także „Singlizm. Nowy styl życia w ponowoczesnym świecie” (2013 r.)

  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Z ciekawością i bez presji - rady dla dojrzałych singielek

W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. Po przepracowaniu życiowych doświadczeń są bardziej otwarte, umieją dostrzec potencjał w partnerze i nie oczekują od niego spełnienia wszystkich potrzeb. O rady dla dojrzałych singielek pytamy psychoterapeutkę Marię Rotkiel.

Kiedy mamy dwadzieścia kilka lat, zwykle w naszym życiu wiele się dzieje, łatwo poznać nowych ludzi. Potem przychodzi stabilizacja, zaczynamy spędzać całe dnie w pracy i nagle okazuje się, że mamy dość ograniczony krąg znajomych. A to oznacza także mniej okazji do spotkania kogoś, kto mógłby zostać naszym partnerem. Co możemy wtedy zrobić? Nie chcę tego nazywać projektem, bo chodzi o relacje, a nie biznes, jednak dojrzała osoba wie, że dziecinno-romantyczne sposoby i bierne czekanie nie wystarczą...
Zacznę od tego, że jeżeli mówimy o otwarciu się na związek w dojrzałym wieku, to w tym wypadku wiek działa na korzyść nas, kobiet, ponieważ mamy za sobą wiele doświadczeń, także trudnych. Możemy je wykorzystać, żeby tworzyć relacje oparte na równowadze, w których będziemy szczęśliwsze i będziemy potrafiły dawać szczęście. Oczywiście jeśli mamy świadomość tych doświadczeń, czyli, używając języka psychologicznego: przepracowałyśmy je. A co do samego poszukiwania partnera, to od lat namawiam kobiety do bycia aktywnymi. W postawie typu „jestem gotowa na zbudowanie związku, rozglądam się za tym potencjałem, który byłby w drugiej osobie do budowania szczęśliwej relacji” nie ma przecież nic złego.

Słyszałam jednak nieraz, że na przykład zapisując się na portal randkowy, kobiety czują się niekomfortowo, jakby wystawione na sprzedaż...
Rozumiem, że można się czuć niekomfortowo w pewnych okolicznościach, ale okoliczności zależą od nas. Przecież nie musimy wystawiać się „na sprzedaż”, czyli pokazywać zdjęcia sprzed 10 lat, podawać swoich wymiarów i numeru telefonu. Wybierzmy portal, który oferuje większy komfort przedstawienia się. Przygotujmy intrygujący, ale i rzeczywisty opis, sprawdzajmy, kto zagląda na nasz profil, badajmy, czy ten ktoś jest gotowy na nawiązanie relacji, a potem obserwujmy, jak ona się rozwija. Internet oferuje szansę poznania kogoś szybciej niż w rzeczywistości, bo w dojrzałym życiu te możliwości są ograniczone. Mamy dość hermetyczne grono przyjaciół i znajomych w miejscu pracy, rzadziej wychodzimy do klubów, choć zawsze zachęcam, żeby z tego nie rezygnować. Uważam zresztą, że właśnie przestrzeń portali randkowych jest dobra do przełamywania dyskomfortu, o którym mówimy, bo możemy ćwiczyć nawiązywanie relacji z poszanowaniem własnych granic i potrzeb.

Powiedziała pani, że ważne jest aktywne rozglądanie się wokół i poszukiwanie znajomości, które mogą się rozwijać. Na czym to polega?
Najważniejsza jest postawa „jestem gotowa na relację”, „chcę relacji”. To wiąże się ze świadomością, o której już mówiłyśmy, ponieważ w określonym momencie życia możemy nie być gotowe na relację, bo chcemy skupić się na sobie, na swoim rozwoju zawodowym czy na dzieciach... Relacja ma być wtedy dla nas wartością dodaną. Ważne jest więc, by nie robić niczego na siłę. Postawa świadomego otwarcia się na związek oznacza, że swobodnie komunikujemy o swojej potrzebie. Nie panikujemy, kiedy koleżanka mówi na przykład: „mój mąż ma interesującego znajomego, może przyjedziesz do nas na kolację, on by go zaprosił?”, albo same proponujemy: „może kogoś fajnego zaprosicie, żebym nie była nie do pary?”. Nie chodzi o desperackie chodzenie ze sztandarem „szukam mężczyzny”, bo  życie może być fajne również bez niego, a o postawę pozytywnej, ciepłej, spokojnej otwartości na to, że jeżeli ktoś ciekawy się pojawi, to chętnie go poznam i zobaczę, co ta znajomość przyniesie.

Tu dotykamy dużego tematu, czyli: kto może być dla nas ciekawy jako potencjalny partner? Dojrzałość oznacza przecież także i to, że nie trzymamy się już kurczowo myśli o „drugiej połówce jabłka”, ale chyba nie można stworzyć trwałego związku z każdym?
Myślę, że możemy stworzyć dobrą relację z osobami o różnych typach osobowości, temperamentach i zainteresowaniach. Jestem zdecydowaną przeciwniczką idei dwóch połówek. W mojej książce „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” piszę o koncepcji puzzli, która polega na tym, że jesteśmy bardzo różni, natomiast jakimś kawałkiem do siebie pasujemy, na przykład oboje kochamy zwierzęta czy jesteśmy domatorami...

Uważam, że liczy się system wartości w dość ogólnym pojęciu, czyli stosunku do świata, bo jeśli brak takiego porozumienia, to wybory, wypowiedzi czy nawet dowcipy partnera będą dla nas niezrozumiałe. Sprowadzam to do pewnej wspólnej płaszczyzny, która definiuje dwie osoby jako parę. I tyle! W takim modelu jest przestrzeń na wiele odmienności. Niektóre koncepcje mówią nawet, że praktycznie z każdym jesteśmy w stanie zbudować związek. Opierają się na tezie, że wszyscy mamy w sobie jakiś potencjał. Na przykład ktoś jest dowcipny, pomysłowy, kreatywny i nigdy nie będziemy się z nim nudzić, więc to może być wartość, która jakiejś osobie zrównoważy brak poczucia bezpieczeństwa w rozumieniu przewidywalności. Inny jest z kolei bardzo przewidywalny, stateczny i daje ogromne poczucie bezpieczeństwa, co może dla kogoś oznaczać deficyt bodźców, ale te potrafi  sam sobie zapewnić: zacząć kolejne studia, naukę języka, wychodzić z przyjaciółmi do klubu. Bardzo ważne jest budowanie związku na jego potencjale i dostarczanie sobie samemu doznań w obszarach, gdzie odczuwamy braki. Tu znowu wracamy do atutów związanych z wiekiem, bo nie dość, że dojrzałe kobiety są bardziej otwarte i bardziej elastyczne, ale jednocześnie mądrzejsze w tej elastyczności, czyli nie przekraczają swoich granic − to jeszcze potrafią dostrzec potencjał partnera.

Internet to bardzo dynamiczne medium, informacje zmieniają się co chwilę, więc możemy też czuć presję, żeby kogoś szybko „odhaczyć”, ocenić, czy się kwalifikuje, czy nie, i przejść do kolejnego kandydata. Jak się od niej uwolnić?
Przede wszystkim samodzielnie budować swój dobrostan. Wspierać się własnym potencjałem, żeby żyć szczęśliwym życiem, w którym partner jest wartością dodaną, a nie narzędziem do zapewnienia nam tego szczęścia. Wtedy związek nie oznacza „kupowania” kogoś, kto ma budować nasz wizerunek czy zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, a okazję do poznania drugiego człowieka.

A doraźnie – nie dać się skusić wizji idealnego związku, nie buszować po Internecie jak w poszukiwaniu nowej pary butów, tylko rozglądać się z perspektywy kogoś, kto siebie dobrze zna, potrafi się sobą zaopiekować oraz jest gotowy na budowanie interesującej relacji. Moim zdaniem bardzo ważna jest właśnie ciekawość drugiego człowieka. Wtedy nie działamy desperacko, pod presją, tylko robimy to dla siebie.

Podkreśla pani potrzebę działania. Jeśli chodzi na przykład o szukanie pracy, to jest to dla nas oczywiste, ale już w stosunku do relacji często wybieramy jakiś rodzaj magicznego myślenia.
Pracuję w nurcie psychologii, który się nazywa poznawczo-behawioralnym. Poznawczość to świadomość, rozumienie, umiejętność wypracowywania pewnych postaw poznawczych, czyli sposobu myślenia, a behawioryzm oznacza, że nasze życie kształtują nasze działania. Tak jak szukamy nowej pracy, jeśli ta, którą mamy, nie daje nam satysfakcji, czy w trosce o zdrowie zmieniamy dietę − tak samo aktywni możemy być w przyjaźniach i związkach. Bardzo wiele od nas zależy. Siedzenie w domu i rozmyślanie nad życiem, choć potrzebne w określonych momentach, kiedy musimy coś przepracować, to za mało! Warto wyjść do ludzi, do świata, uśmiechnąć się rano do siebie, a potem do drugiego człowieka, chodzić do teatru, na lekcje tańca, wyciągnąć przyjaciółki z domu na fajny wyjazd... Należy komunikować swoje potrzeby i pozwolić życiu dawać nam okazje do rozwoju i poznawania ludzi. Sprawczość jest tu ważna, bo nikt nam na złotej tacy ciastka pod nos nie podetknie.

Zatem szukanie partnera to nie jest projekt biznesowy, ale także wymaga pewnego wysiłku.
Tak, jednak nie wiążmy tego z ciężką pracą, bo to jest przyjemne. Mnie samej czasem nie chce się pójść na dłuższy spacer z psem, ale gdy już się zmobilizuję, jestem bardzo zadowolona. I przy zawieraniu nowych znajomości jest tak samo – to wymaga pewnej mobilizacji, zastrzyku energii, na który składają się optymizm, odwaga, wiara i witalność, ale szybko odczuwamy radość z tego wysiłku, bo nawet jeśli nie poznam nikogo nowego w klubie czy na imprezie, to spędzę przyjemnie czas z innymi ludźmi, a to buduje ten wspominany wcześniej dobrostan. Przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejsza relacja w życiu to relacja z samą sobą. Gdy jest dobra, możemy dać innym to, co mamy najcenniejszego, potrafimy też otworzyć się na dobro, które ma dla nas świat.

Maria Rotkiel, psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna. Prowadzi praktykę psychologiczną, terapeutyczną i trenerską. Autorka poradników psychologicznych, ekspert w mediach oraz kampaniach społecznych.

  1. Seks

Życie seksualne singielki

Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego. (Fot. iStock)
Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego. (Fot. iStock)
Jeszcze sto lat temu samotna kobieta niewiele mogła zrobić ze swoim libido. Stłamszona kobieca energia seksualna była przyczyną ataków melancholii i histerii, które leczono masażami. Jak jest dziś, w dobie emancypacji i nowych norm społecznych? Pytamy seksuologa Andrzeja Depko.

Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze na przełomie XIX i XX wieku uważano, że dopiero sperma mężczyzny, wtłoczona do ciała kobiety, wyzwala u niej popęd seksualny. Na szczęście dziś wiemy już, że obydwie płci w jednakowym stopniu mają prawo do tego, żeby odczuwać potrzeby seksualne oraz je zaspokajać. Poza tym zanikło już stygmatyzujące pojęcie starej panny, a samotne życie nie wyklucza, a wręcz zakłada aktywność na różnych poziomach, w tym seksualną. Współczesne kobiety są wsłuchane w swoje potrzeby, choć zdarzają się też singielki, które z powodu wychowania będą starały się swoją seksualność wypierać. Zdecydowana większość wie jednak, że skoro ma potrzeby seksualne, to musi podjąć decyzję, w jaki sposób chce je zaspokoić. Nie da się rozładować napięcia seksualnego poprzez ćwiczenia na siłowni czy bieganie na bieżni. Taki wysiłek może zmęczyć i pomóc zasnąć, ale potrzeby seksualnej nie rozładuje.

Są singielki, które przeżywają dużo frustracji i stresu, bo z powodu braku partnera całkowicie tłamszą swoją seksualność. Nie decydują się na takie rozwiązania, jak pójście do łóżka z przypadkowym chłopakiem poznanym na imprezie czy zamówienie masażysty erotycznego, nie zarejestrują się też na portalu randkowym. Szukają kogoś, kogo będą mogły obdarzyć uczuciem i zaufaniem. Z kim będą mogły się realizować na różnych polach. Dopiero poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego przyczynia się do nasilania ich potrzeb erotycznych.

Część z nich żyje w wewnętrznym rozdarciu. Źle by się czuły, gdyby zdradziły własne zasady. Ale też źle się czują z tym, że nie zaspokajają swoich potrzeb seksualnych. Mają powtarzające się erotyczne sny i fantazje. W skrajnych przypadkach nawet masturbacja przestaje sprawiać im przyjemność – są niezadowolone z siebie, uważają się za ładne, ciekawe i niezależne, i nie chcą się same zaspokajać. Nie afirmują masturbacji jako wyrazu troski i dbałości o siebie, lecz traktują jako formę przymusu. To są potencjalne pacjentki do gabinetu seksuologa. W ich przypadku niezbędna jest zmiana podejścia do siebie – zaakceptowanie różnych form dbałości o sferę erotyczną, w tym masturbacji, jako zdrowego i normalnego zachowania. Tak jak dbamy o zęby, chodząc do dentysty, i o skórę, chodząc do kosmetyczki, tak samo możemy dbać o swoje ciało i umysł poprzez masturbację.

Sama i sfrustrowana

Jeżeli kobieta notorycznie kładzie się spać z niezaspokojoną ochotą na seks, może z czasem zacząć odczuwać problemy wynikające z przekrwienia biernego narządów miednicy małej. Skutkiem jest całonocny ucisk na pnie układu autonomicznego – w efekcie rano wstanie rozdrażniona, będzie łatwiej popadać w złość, stanie się płaczliwa, rozżalona na świat. I zapewne nie będzie potrafiła tych stanów połączyć z brakiem rozładowania seksualnego. Na dodatek po wielu latach może się pojawić zespół pięciu objawów Kehrera: skłonność do stanów zapalnych błony śluzowej pochwy, bóle brzucha i okolicy kości krzyżowej, stany napięcia, a po bardzo długim okresie żylaki w kończynach dolnych (blokada przepływu krwi w obszarze miednicy małej powoduje utrudnienie odpływu krwi z nóg, przepływ zwalnia i powstają żylaki) oraz obrzęk i zgrubienie macicy z towarzyszącymi zaburzeniami miesiączkowania.

Jeżeli nie zajmujemy się swoją seksualnością, to tracimy kontakt z ciałem i w efekcie – ze sobą. Zaczynamy gorzej funkcjonować psychicznie. Czujemy się mniej atrakcyjni, niezadowoleni, pojawiają się dolegliwości, które nas dodatkowo irytują, obniża się samoocena, pogarsza się jakość życia. Może to być prosta droga do depresji.

Kolejna ważna rzecz jest taka, że jeżeli kobieta rezygnuje z seksu i wchodzi w stan uśpienia, nie będzie potem w stanie od razu przejść w stan rozbudzenia i gotowości seksualnej. Uśpienie układu hormonalnego powoduje, że trudno potem rozruszać libido. A jego brak sprawia, że zmniejsza się ochota na seks.  Więc nawet gdy kobieta znajdzie się w łóżku z partnerem, jego dotyk i czułości nie sprawią jej takiej przyjemności, bo będą dla niej obce. Trzeba przyzwyczajać się do zupełnie nowej sytuacji. I ten okres rozbudzenia może trwać krócej lub dłużej. A przecież lepiej cieszyć się seksem bez przerwy.

Afirmacja masturbacji

Co zatem robić? Najlepiej zacząć od myślenia o przyjemności, jaką chcemy sobie sprawić. Dopieśćmy wszystkie zmysły. Najpierw słuch. Może jakaś piękna muzyka? Teraz węch. Zmysłowe zapachowe świece? Smak. Ulubiona potrawa? Dotyk. Aromatyczny balsam, żeby ciało nabrało innego poczucia sensytywności i miękkości? Wzrok. Może jakiś film pornograficzny? Są kobiety, które lubią fantazjować i masturbować się przy tego rodzaju obrazach. Ale są też takie, które to wypierają. A warto spróbować.

Istnieje wiele odmian filmów pornograficznych. Są one tak różne, jak różne są nasze gusta i wrażliwości. Niektóre kobiety uwielbiają filmy delikatne, ledwie muskające erotyką. Są takie, które szukają pięknych ludzi w pięknych wnętrzach – jest namiętność, seks i pożądanie, ale nie ma dosłowności. Są też takie, które uwielbiają filmy bardzo dosadne, gdzie pięciu partnerów ejakuluje na całe ciało kobiety. Wtedy czują się, jakby kierowały emocjami tych mężczyzn. Są też panie, które podniecają filmy prezentujące zachowania erotyczne kobiety z innymi kobietami, bo wierzą, że tylko kobieta wie, jak zaspokoić potrzeby drugiej. Każdy może znaleźć coś, co będzie odpowiadało jego pragnieniom. Można wspomóc się filmem, ale można też pójść do wanny. Zrobić sobie kąpiel z pianą, przy zapalonych świecach i delikatnych dźwiękach pomasować się lub wyjść, nabalsamować się i sprawić sobie przyjemność w sypialni za pomocą wyobraźni i dłoni lub różnych gadżetów.

Potrzeby seksualne są ważne

Dla niektórych kobiet seks jest ważnym motorem w osiąganiu sukcesów w pracy zawodowej. Jeżeli wieczorem mają udany seks, następnego dnia prą do przodu, są bardzo kreatywne i mają poczucie satysfakcji. Nie szukają przygód, tylko same zajmują się swoją seksualnością. A jeżeli nie dostaną lub nie zapewnią sobie zaspokojenia, wszystko leci im z rąk, nie są w stanie podjąć sensownej decyzji, są nieprzyjemne dla współpracowników.

Ale są też kobiety, które doskonale potrafią wyciszyć swoje libido, bo jego poziom nigdy nie był wysoki. Brak partnera nie wywołuje w nich pobudzenia seksualnego, więc łatwo im się wycofać z aktywności seksualnej i dalej świetnie funkcjonować zawodowo i społecznie, zapominając niejako o seksie. Nie czują, żeby seksualność była im do czegoś potrzebna. A jednak…

Gdy prowadzimy aktywne życie seksualne, czy to z partnerem, czy samodzielnie, to reguluje się cykl miesięczny oraz aktywuje produkcja szeregu neuroprzekaźników, które dają poczucie zadowolenia i relaksacji. Dzięki temu pozytywnie postrzegamy świat i siebie, dobrze odnosimy się do innych, spokojnie śpimy, jesteśmy bardziej zrelaksowani. W czasie seksu intensywnie działa układ krążenia i oddychania, podnosi się ciśnienie krwi, zwiększa dotlenienie tkanek, przyspiesza praca nerek, poprawia się metabolizm, skóra jest lepiej dokrwiona i wyglądamy piękniej. Seks przekłada się na funkcjonowanie całego organizmu. To najskuteczniejszy antydepresant – korzystajmy więc z niego.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek. 

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.