1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seksoholizm - 8 mniej znanych faktów

Seksoholizm - 8 mniej znanych faktów

123rf.com
123rf.com
Nieumiejętność powstrzymania się od seksu, brak zaangażowania uczuciowego w relacjach, kompulsyjne korzystanie z pornografii, ogromne poczucie winy i stłumiona złość - to dość znane objawy uzależnienia od seksu. Co jeszcze warto wiedzieć o seksoholizmie?

1. Osoby z chorobą dwubiegunową maniakalno - depresyjną angażują się z ryzykowne zachowania seksualne w okresie manii. 2. Podobnie ludzie z zaburzeniem borderline podczas seksu mogą się nawet samookaleczać. 3. Nieuświadomiona tożsamość seksualna prowadzi do kompulsywnego seksu. 4. Ludzie z zaburzeń seksualnych takimi jak ekshibicjonizm czy pedofilia wymagają leczenia znacznie głębszego, ponieważ obok seksoholizmu to najczęściej zaburzone osobowości antyspołeczne. 5. Ofiary wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie często nieświadomie powtarzają wzór nadużyć, próbując przejąć kontrolę nad traumą z dzieciństwa. Ich seksoholizm ma podłoże posttraumatyczne. 6. Nastolatki i dorośli, którzy są intelektualnie opóźnieni w rozwoju, mogą przejawiać kompulsywne zachowania seksualne, ponieważ nie rozwinęli dokładnego zrozumienia zdrowej seksualności. Zwłaszcza osoby z zespołem Aspergera są na to narażone. 7. Seksoholizm często towarzyszy narkomanii. Albo po odstawieniu narkotyków to drugie rozwija się jako rodzaj uzależnienia zastępczego. 8. Osoby z syndromem uzależnienia od miłości bardzo często popadają w seksoholizm.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Game changer - Cleo Ćwiek o Fundacji "Można zwariować"

Cleo Ćwiek, modelka, współzałożycielka Fundacji „Można Zwariować” oraz autorka kampanii społecznej pod tym samym tytułem. (Fot. Łukasz Dziewic/Fundacja Można zwariować)
Cleo Ćwiek, modelka, współzałożycielka Fundacji „Można Zwariować” oraz autorka kampanii społecznej pod tym samym tytułem. (Fot. Łukasz Dziewic/Fundacja Można zwariować)
Osoby z zaburzeniami psychicznymi idą przez życie jak inni, ale mają trochę trudniej. Tak jakby niosły cięższy plecak, miały w nim kilka „nadprogramowych” kamieni – mówi Cleo Ćwiek. Jej Fundacja Można Zwariować chce odczarować to, jak mówimy i myślimy o zdrowiu psychicznym.

Nie zliczę, ile razy w ciągu ubiegłego roku powiedziałam sama do siebie: „Można zwariować!”. Jak w ogóle wpadłaś na pomysł nazwy dla swojej fundacji?
To nie ja na niego wpadłam. Mieliśmy burzę mózgów. Szukaliśmy czegoś, co będzie adekwatne, ale też w pewien sposób przewrotne, bo to, czym się zajmujemy i co chcemy robić, ale też jaka będzie nasza kampania społeczna, narodziło się z niezadowolenia z tego, jak do tej pory wyglądało zajmowanie się tematem osób w kryzysie zdrowia psychicznego. Bardzo długo zastanawialiśmy się nad nazwą, a że mamy w teamie scenarzystę copywritera, to on ostatecznie wpadł na ten pomysł. Wszedł i powiedział: „Wymyśliłem! Podaję nazwę: można zwariować”. Chórem odpowiedzieliśmy: „Tak, to jest to! Genialna nazwa”.

To hasło można odbierać na różne sposoby. Jako przyzwolenie, przy założeniu oczywiście, że słowo „zwariować” jest tu przewrotnym określeniem kryzysu psychicznego, czyli odwołaniem się do tego, jak to słowo funkcjonuje w mowie potocznej. Dajemy więc pewne przyzwolenie na to, co do tej pory społecznie było zamiatane pod dywan.

Można je też rozumieć jako komentarz do tego, że kondycja systemu ochrony zdrowia psychicznego w Polsce jest taka, że można zwariować. Czasem naprawdę trudno uwierzyć w to, że ma to taki format, jaki ma, czyli że psychologów i psychiatrów, ale też środków finansowych jest za mało, więc bezpłatna pomoc dla każdego w potrzebie praktycznie jest niemożliwa.

Członkowie zarządu Fundacji „Można Zwariować”, od lewej: Maciej Jabłoński, Kaja Dobrowolska, Mariusz Mac, Cleo Ćwiek, Wojciech Szczerba, Filip Tułak (zdjęcie sprzed pandemii). (Fot. Łukasz Dziewic/Fundacja Można zwariować) Członkowie zarządu Fundacji „Można Zwariować”, od lewej: Maciej Jabłoński, Kaja Dobrowolska, Mariusz Mac, Cleo Ćwiek, Wojciech Szczerba, Filip Tułak (zdjęcie sprzed pandemii). (Fot. Łukasz Dziewic/Fundacja Można zwariować)

Mnie mijający rok dostarczał wielu pretekstów i powodów do „zwariowania”, czyli bycia na granicy kryzysu psychicznego, jak świetnie to określasz. Właśnie, jak powinno się dziś mówić o chorobach psychicznych? Jakim językiem? Pytam o to ciebie też dlatego, że sama masz zdiagnozowaną chorobę dwubiegunową. Czy rażą cię określenia „wariat” albo „chory psychicznie” używane w formie żartu? Mieliśmy rok temu kampanię zachęcającą do wzięcia udziału w wyborach, w której znani aktorzy mówili: „Nie świruj, idź na wybory”.
„Wariat” czy „chory psychicznie” nadal jest żartobliwym określeniem na kogoś, kto „gada głupoty”. Nieraz używamy tych słów zbyt pochopnie, nie zważając na to, że mogą ranić. Sama byłam świadkiem, jak na planie zdjęciowym ktoś rzucał: „No, daj spokój, ty jesteś chyba chora psychicznie!”, w formie komentarza, który nie miał w sumie nic wspólnego z tym, co ktoś inny powiedział.

W kręgach bardziej zainteresowanych tematem od strony naukowej czy praktycznej odchodzi się już od mówienia „schizo­frenik” na rzecz mówienia „osoba ze schizofrenią”, nie mówimy „anorektyczka”, ale „osoba z anoreksją”, bo człowieka definiuje o wiele więcej rzeczy niż tylko zdiagnozowane zaburzenie psychiczne. Określenia jak „schizofrenik” czy „anorektyczka” stają się piętnem dla osób, które zmagają się ze swoją chorobą, tak jakby to ona ich jedynie określała. Na przykład ja jestem osobą z chorobą dwubiegunową, ale ponieważ leczenie postępuje bardzo dobrze i można powiedzieć, że choroba jest praktycznie w remisji, w ogóle nie czuję, by mnie określała, poza momentami, kiedy coś się dzieje, czyli kiedy mam zwyżkę lub zniżkę nastroju.

Niedawno zostałam zaproszona do rady w sprawie reformy psychiatrii przy Ogólnopolskim Strajku Kobiet i jestem teraz odpowiedzialna za pracę teamu zajmującego się tematem anty­dyskryminacji. Jednym z aspektów naszej pracy jest właśnie język, który może być dyskryminujący wobec osób chorych psychicznie, a który często jest głęboko zakorzeniony w uzusie. Bierze się to z tego, że przez lata w społeczeństwie panował lęk przed osobami chorującymi psychicznie, podkręcany przez filmy czy książki ukazujące osoby chore jako niebezpieczne dla innych czy niepoczytalne.

Niektórzy mówią, że wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy chorzy psychicznie…
Ale to tak jakby ktoś powiedział, że wszyscy w pewnym stopniu mamy problemy z trawieniem, ale przecież nie wszyscy mamy w związku z tym chorobę wrzodową żołądka. Na diagnozę psychiatryczną składa się występowanie całego zespołu objawów. Jeśli więc mamy kilka objawów, a reszty nie – to nie ma diagnozy. Prawdą jest więc jedynie to, że każdy w mniejszym lub większym stopniu, a także w pewnym okresie życia, może przejawiać JAKIEŚ objawy cechujące zaburzenia psychiczne.

Czy taki jest cel twojej fundacji? Chcesz pokazać, że z chorobą psychiczną można też prowadzić normalne życie? Że można o niej swobodnie rozmawiać? W jednym z wywiadów powiedziałaś, że coraz więcej osób ma teraz depresję, a nikt już nie chce o tym słuchać.
Depresja weszła do powszechnego języka jako słowo na określenie smutku, doła, gorszego nastroju. A to też mija się z celem. Niedługo startujemy z kampanią społeczną, w której chcemy odejść od stygmatyzujących form przedstawiania kryzysu zdrowia psychicznego. Czyli czarno-białych ujęć i dźwięku skrzypiec w tle. Skupiają się one na tym, że jest źle. A to jest dokładnie to, czego nie chcemy robić. Nie żebym miała coś do skrzypiec. Uważam tylko, że niepotrzebnie dramatyzują temat. Nie mówię też, że kryzys psychiczny nie jest dramatyczną sytuacją, często jest wręcz najbardziej dramatyczną, z jaką przychodzi się nam mierzyć w życiu, ale utwierdzanie w takim obrazie nie pomaga ludziom z niego wyjść i mieć nadzieję na przyszłość. Chcieliśmy ruszyć z kampanią w zeszłym roku, ale zatrzymała nas pandemia, z czego się cieszę, bo mogliśmy ją lepiej dopracować. Będzie interaktywna, kumpelska, prosta i – mam nadzieję – zmieniająca nasze spojrzenie. Bardzo bym chciała, by to, co nią rozpoczniemy, nie skończyło się wraz z jej końcem, by udało nam się przekuć ją w coś większego. My chcemy otworzyć dialog społeczny. Najfajniejszym wzorem dla mnie jest fundacja Rak’n’roll. Kilkanaście lat temu, zanim powstała, mówienie o raku piersi w Polsce było jednym z wielu tabu.

A wtedy dziewczyny z Rak’n’roll zrobiły kampanię o tym, że zbierają pieniądze na cycki, nowe fryzury i dragi!
I to jest świetny sposób, by odczarować temat, przerwać zmowę milczenia wokół jakiegoś problemu. Bo teraz jest tak, że jeśli ktoś jest w kryzysie zdrowia psychicznego, to po pierwsze, nie ma się do kogo zwrócić; po drugie, nie wie, gdzie może znaleźć informację i pomoc; a po trzecie, myśli, że jest w tym sam. Polska jest w ścisłej czołówce państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o liczbę samobójstw dzieci. Nie możemy tego tak zostawić! To da się zaniżyć, inne państwa już to zrobiły, między innymi właśnie otwierając dialog społeczny, który zwiększa uważność ludzi na te sprawy. Dzięki temu tak samo jak dziś podchodzimy do kogoś, kto zasłabł na ulicy, by spytać się, jak mu pomóc, tak samo będziemy mieli większą świadomość, że ktoś właśnie przechodzi atak paniki – i już nie machniemy na to ręką, myśląc: „Jakoś dziwnie się zachowuje, lepiej trzymać się od niego z daleka”.

Chcielibyście, żeby więcej znanych osób mówiło o swoich problemach psychicznych? Czy żeby raczej edukować o objawach i leczeniu konkretnych schorzeń?
Chodzi nam o to wszystko. Sądzę, że dopiero wtedy poczuję satysfakcję i zadowolenie z wykonanej pracy, gdy na wykładzie o zdrowiu psychicznym zwykli ludzie w dowolnej części Polski będą mówić: „Ale przecież to już każdy wie!”. To będzie oznaczało, że znormalizowaliśmy temat na tyle, że nikomu już nie trzeba go tłumaczyć. A co do twojego pytania o świadectwa znanych osób, sama się przekonałam o tym, że opowiadanie o własnych doświadczeniach ma niesamowitą moc. Jeśli oczywiście robimy to szczerze i otwarcie. Jako fundacja możemy edukować społeczeństwo w kwestii objawów, badań czy leczenia, ale ostatecznie najlepiej zapamiętuje się i tak czyjąś historię, osadzoną w konkretnym miejscu i czasie. Od momentu, kiedy zaczęłam mówić o zdrowiu psychicznym, co zdarzyło się zupełnym przypadkiem przy okazji projektu siostry mojego przyjaciela parę lat temu, nie spotkałam się z żadnym hejtem, krytyką czy atakiem. Zawsze masz rację i siłę, kiedy opowiadasz swoją historię.

Opowiesz ją też czytelniczkom „Zwierciadła”?
Od zawsze czułam, że jestem niedopasowana. Poszłam nawet na terapię grupową, próbując znaleźć tego przyczynę, zrozumieć, co ze mną jest nie tak. Przez prawie całe liceum pracowałam jako modelka i nie mieszkałam już w Warszawie, na ostatni rok jednak wróciłam, żeby zrobić maturę stacjonarnie. To się stało po feriach, miałam po prostu załamanie nerwowe. Po tym, jak rodzice zorientowali się, że nie jest to żadne schorzenie fizyczne, postanowili mnie zawieźć na Sobieskiego [przy ulicy Jana III Sobieskiego w Warszawie znajduje się Instytut Psychiatrii i Neurologii – przyp. red.]. Lekarka zapytała, czy zgadzam się na 48 godzin hospitalizacji, siostra odpowiedziała za mnie: „tak”, i zostałam. Ostatecznie spędziłam w szpitalu trzy tygodnie. Miałam objawy depresji i zaburzeń lękowych. Wyszłam więc ze szpitala z taką diagnozą. Od tego czasu byłam stale pod opieką psychiatry, który na podstawie obserwacji, po mojej pierwszej manii, zdiagnozował u mnie ChAD. I to był kompletny game changer.

W jakim sensie?
Po prostu wszystkie kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce. I mogłam wreszcie zacząć właściwe leczenie. To, jak ważne jest przy takich zaburzeniach leczenie farmakologiczne, jest nie do przecenienia. ChAD to zaburzenia chemii w mózgu. Terapia zawsze dużo daje, ale w moim przypadku nie wystarcza. To leki umożliwiają mi normalne życie. Ja postrzegam to jako pewne utrudnienie. Osoby z zaburzeniami psychicznymi idą przez życie jak inni, ale mają trochę trudniej. Tak jakby niosły cięższy plecak, miały w nim kilka „nadprogramowych” kamieni. Tuż po diagnozie zaczęłam leczenie, najpierw nie do końca dobrane, potem już właściwe, poszłam też na terapię. To wszystko bardzo zmieniło mnie i moje życie. Na lepsze.

Jak teraz wygląda?
Codziennie rano i wieczorem przyjmuję leki, prawie miesiąc temu zakończyłam kolejną dwuipółletnią terapię, którą podjęłam już zupełnie świadomie, nie jako wspomaganie leczenia, ale by poradzić sobie z konkretnymi kwestiami. Supersprawa. Poza tym moje życie jest całkiem normalne. Pracuję od 11 lat jako modelka i dzięki temu, że jestem pod stałą kontrolą lekarza, funkcjonuję tak samo jak inne osoby. Leczę się prywatnie – niewydolność polskiego systemu ochrony zdrowia psychicznego to osobna kwestia – i uważam, że każdemu, kto przechodzi kryzys zdrowia psychicznego czy ma zaburzenia na tym tle, które można leczyć w ten sposób, taki komfort życia po prostu się należy.

Ja też się podzielę swoją historią. Tuż po studiach miałam epizod napadów paniki. Pierwszego doświadczyłam w tramwaju. Do dzisiaj pamiętam to uczucie: jakbym umierała. Nie wiedziałam kompletnie, co się ze mną dzieje, jakbym zupełnie straciła kontakt z ciałem.
Ataki paniki to jest obecnie powszechny problem. Ogromna liczba ludzi ich doświadcza, ale większość przeżywa je w samotności.

Ja też byłam w tym osamotniona. Nikomu o tym nie powiedziałam, nie wiedziałam nawet, że nie jestem w tym sama, że nie oszalałam, a to, co czuję, ma swoją nazwę, można to zdiagnozować i – co najważniejsze – wyleczyć.
To, co powiedziałaś, jest bardzo ważne. „Nie jestem z tym sama”, to nie dzieje się tylko mnie. Większość osób, które do nas piszą, powtarza: „Dzięki, że o tym mówicie, bo ja do tej pory myślałem, że to się dzieje tylko mnie”. Ja też tak myślałam. Dlaczego? Z braku wiedzy, z braku dostępu do informacji, z braku powszechnego mówienia o tych rzeczach. Poczucie, że nie jesteś jedyną osobą na świecie, która przeżywa coś podobnego, zmienia postrzeganie sytuacji. Myślisz: „Skoro to się dzieje też komuś innemu i ten ktoś potrafił coś z tym zrobić, znaczy, że ja też mogę”.

Mimo że było to dla mnie wtedy straszne doświadczenie, bardzo otworzyło mnie na psychologię, skierowało ku poznawaniu różnych metod, ale też uświadomiło o konieczności zaopiekowania się tą zaniedbaną częścią mojego życia. Czyli zdrowiem psychicznym. Świetnie dbamy o swoją fizyczność, ale zapominamy o psychice. Myślimy, że zdrowie psychiczne się albo ma, albo nie. Takie fundacje i kampanie jak wasza pomagają nie tylko osobom w kryzysie zdrowia psychicznego, ale i nam wszystkim, bo kto wie, w jakim stanie będziemy za jakiś czas.
Według badań depresja jest w pierwszej trójce najczęstszych przyczyn zgonów ludzi na świecie, ale prognozy mówią, że w ciągu najbliższych lat może się wywindować na pierwsze miejsce. Aktualnie predykcje są takie, że jeden na czterech Polaków – czy Polek – będzie miał w swoim życiu doświadczenie jakiegoś kryzysu psychicznego. To już nie dotyczy tylko „innych”, prawdopodobieństwo, że kiedyś dopadnie ciebie, jest ogromne. A prawdopodobieństwo, że dopadło kogoś z twojego bliskiego otoczenia – jeszcze większe.

To naturalne, że kiedy nas coś nie dotyka, to się tym nie zajmujemy. Na przykład ja w ogóle nie zajmuję się kwestią zdrowia mojej wątroby. Bo nie mam z nią problemów. Obszar psyche jest dużo bardziej złożony i ma o wiele większy wpływ na nasze życie niż wtedy, gdy jesteśmy w kryzysie. Jedno z prostych, ale kluczowych zdań brzmi: „Dobrostan psychiczny to podstawa naszego zdrowia”. Dla mnie kiedyś to zdanie było puste. Pewien rodzaj zadowolenia z siebie i dobrego samopoczucia wydawał mi się nieosiągalny. Byłam przekonana, że urodziłam się z taką konstrukcją psychiczną czy też osobowościową, że nigdy tego nie poczuję, nie zaznam. I że do końca życia będę żyła w depresji i pesymizmie. Starałam się myśleć pozytywnie, ale nic z tego nie wychodziło. Gdybym wtedy, w wieku 18 lat, spotkała siebie jako 25-latkę, to nie mogłabym uwierzyć, że to się stało. Dziś wiem, jak niesamowite rzeczy można osiągnąć pracą nad sobą, terapią i właściwym leczeniem. Jeżeli jest więc ktoś, kto myśli dziś tak jak ja wtedy, to chciałam mu powiedzieć, że droga stamtąd–dotąd jest możliwa do przejścia. To się naprawdę może wydarzyć.

Ja w momentach kryzysu stosowałam ćwiczenie, które znalazłam chyba w książce Ewy Foley. Wyobrażałam sobie siebie samą za dziesięć lat, jako szczęśliwą, zadowoloną i spokojną. I jako ja z przyszłości mówiłam do siebie z czułością: „To jesteś ty za dziesięć lat i jesteś szczęśliwa. Uwierz mi, tak się stanie”.
To super, że mogłaś sobie siebie taką szczęśliwą wyobrazić. Dla mnie dziesięć lat temu to byłoby nierealne. Sądziłam, że nie dożyję tego wieku, byłam totalnie zagubiona. Oczywiście napady paniki to jest coś zupełnie innego niż depresja, która cię przygniata do ziemi. Wtedy potrzebna jest pomoc specjalisty. I leki. Przy okazji chciałam rozwiać mity na temat tego, że leki na depresję zmieniają osobowość. To nie działa na takim poziomie. Te leki wpływają na nastrój, a nie na to, jakimi jesteśmy ludźmi.

Moim zdaniem one działają dokładnie przeciwnie: dzięki nim możesz się dopiero dowiedzieć, jaką masz osobowość. Bo uwalniają cię od tej mgły umysłowej, która ją przysłania.
Dokładnie tak. To, jak się rozwinęłam, odkąd dostałam właściwe leczenie, to jest po prostu kosmos. Ja dopiero wtedy się dowiedziałam, jaką jestem osobą i jak mogę wykorzystywać swoje cechy w pozytywny sposób. Będąc w depresji, nie miałabym w ogóle takiej możliwości. Nie miałabym przestrzeni, by się tym zająć, bo byłam zajęta swoją rozpaczą. To tak, jakby ktoś wyjął z osiem kamieni z mojego przyciężkiego plecaka. Nie jestem entuzjastką faszerowania się lekarstwami; gdybym mogła, to wolałabym ich nie brać, ale jeśli to mi daje takie samopoczucie, jakie mam teraz, i takie życie, jakie wiodę teraz – to nie zamieniłabym tego nawet na chwilę.

Ciebie też kryzys psychiczny popchnął do pracy nad sobą. A jaki wpływ na twoje samopoczucie miała, i ma, pandemia?
Nie jestem może dobrym przykładem... Dla mnie miniony rok to był świetny czas – czas wielkich zmian i nowych pomysłów. Zawód modelki to ciągłe jeżdżenie z lotniska na lotnisko, brakuje czasu na inne rzeczy. Oczywiście tęskniłam za pracą, ale ponieważ jestem totalną introwertyczką, ten czas był dla mnie jak najwspanialszy sen introwertyka. Wiem jednak od innych osób, że było im ciężko, a pozbawieni wsparcia społecznego i kontaktu z bliskimi popadali w coraz większe przygnębienie. Na początku pandemii odnotowano globalne nasilenie problemów związanych ze zdrowiem psychicznym. Wzrosła liczba tak zwanych zabójstw kuchennych, przemocy domowej czy przypadków molestowania dzieci – wydarzyło się strasznie dużo negatywnych rzeczy. Sam koncept izolacji to była zawsze najgorsza z kar...

Nadal jest – na niej zasadza się przecież koncepcja więzienia.
Ja pomyślałam o Napoleonie zesłanym na Elbę. Odosobnienie, izolacja na dłuższą metę mogą być strasznie trudne, szczególnie dla osób będących w kryzysie. Ja akurat czułam się świetnie, ale trzeba dodać, że byłam pod opieką terapeutki i na moich lekach. Miałam czas na przemyślenie wielu rzeczy, w tym przeanalizowanie pewnych relacji, ale też na rozwój fundacji, zabrałam się do rzeczy, na które wcześniej nie miałam czasu, a które zawsze mnie interesowały. Potrafię się sama sobą zająć i lubię swoje towarzystwo, ale wiem też, że nie wszyscy tak mają. Dla wielu to był bardzo ciężki czas. Ale też podczas pandemii pojawiło się wiele inicjatyw typu „psycholodzy dla medyków”, dzięki czemu można było skorzystać bezpłatnie z fachowej pomocy. Inni właśnie dlatego, że mieli więcej czasu dla siebie i że nic ich nie rozpraszało, dopiero teraz zdecydowali się na terapię czy uczestniczenie w grupach wsparcia.

I jak rozwinęła się terapia online! Zauważyłam też, że ludzie, dzwoniąc do siebie, o wiele częściej pytali: „Jak się czujesz? Czy wszystko w porządku? Chcesz o tym pogadać?”. Wcześniej nie mieliśmy na to czasu, w ogóle nas to nie interesowało. Dzwonię z interesem i tyle. Teraz bardziej niż kiedyś potrafimy zrozumieć, że komuś jest źle czy jest przybity, bo wszystkim nam w jakimś sensie jest źle i wszyscy byliśmy przybici.
Włączyło się w nas większe współodczuwanie. Ostatnio rozmawiałyśmy o tym z Anią Cyklińską na naszym podcaście, zastanawiając się, jak przetłumaczyć słowo compassion na polski. Doszłyśmy do wniosku, że nie chodzi o współczucie, ale o współodczuwanie. Wszyscy teraz jesteśmy w podobnej sytuacji, bardziej rozumiemy rozmaite lęki i niepokoje, dajemy sobie i innym na nie większe przyzwolenie.

Ja zdałam sobie sprawę z tego, że chyba czekałam na coś takiego jak to, co się wydarzyło w 2020 roku. Dorastając, słuchałam historii mojego taty o czasach stanu wojennego i o tym, jak uciekał przed zomowcami na Nowym Świecie, i cały czas myślałam, że moje pokolenie nie ma takiego doświadczenia. Nie mieliśmy się przeciwko czemu buntować, więc skupiamy się na rzeczach, które są całkowicie powierzchowne. Doświadczenie pandemii nas zjednoczyło. Zmienił się nasz stosunek do innych ludzi, do samych siebie i do świata. I to może być niezły zwrot akcji!

Cleo Ćwiek, modelka agencji Model Plus, odkryta w wieku 14 lat. W ubiegłym roku wystąpiła między innymi w kampaniach perfum marki Hermés czy polskiej marki odzieżowej Elementy. Współzałożycielka Fundacji „Można Zwariować” oraz autorka kampanii społecznej pod tym samym tytułem.

  1. Seks

Jak w dzieciństwie kształtuje się nasza erotyczna wrażliwość?

Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. (Fot. iStock)
Nie doceniamy wagi zmysłowych przeżyć z czasów dzieciństwa. A przecież one kształtują erotyczną wrażliwość, otwierają na doznania przyjemności, radości, ekscytacji. To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie – mówi Olga Haller, psycholog, terapeutka.

Co cię zafrapowało w temacie wczesnych doświadczeń seksualnych?
Zajmując się kobiecą seksualnością w praktyce – mam na myśli doświadczenia z życia, terapii i warsztatów dla kobiet – odkryłam, jak bardzo brakowało mi łączności z tym właśnie okresem, że nie pamiętałam i nie doceniałam dziecięcych przeżyć dotyczących płci, a przede wszystkim jak się ich wstydziłam. I kiedy już pozwoliłam sobie na to, żeby je odkrywać, aż zaparło mi dech ze zdumienia, jak silne i radosne są to przeżycia, jaki w nich tkwi potencjał! Przez pryzmat tych odkryć zobaczyłam wyraźnie, że moja seksualność jest moja! Od urodzenia mam do niej prawo – moje ciało, wszystkie jego części bez wyjątku, wszystkie zmysły są uprawnione, żeby być! Mam je po to, żeby przeżywać kontakt ze światem, cieszyć się nimi!

Początek doświadczeń seksualnych kojarzymy najczęściej z okresem dojrzewania czy inicjacją seksualną.
Seksualność nie zaczyna się od okresu dorastania: pierwszej miesiączki, pierwszego seksu. Wiąże się z płcią, która wpływa na nasze życie od chwili, kiedy się rodzimy. Choćby na to, jak jesteśmy przyjmowani na świecie przez rodziców. To nie jest sprawa zamierzchłych czasów, że gdy przychodzi na świat chłopiec, dla ojca jest to powód do dumy, a matki czują, że wywiązały się z zadania. Na warsztatach spotykam się z kobietami, które mówią, jak bardzo pragnęły urodzić chłopca i jak bardzo bały się urodzić dziewczynkę. To znak, że taki przekaz nadal działa i wpływa na to, jak postrzegamy siebie – czy mamy poczucie, że to dobrze być dziewczynką, czy nie. Zaraz potem uczymy się, czy my same i nasze dziewczęce ciała zasługujemy na akceptację. Z większym przyzwoleniem na eksplorację ciała spotyka się niemowlę płci męskiej. Zabawy chłopczyka penisem budzą zwykle czułe uśmiechy i pobłażliwe napomnienia; dziewczynka, która wsadza paluszek do pochwy, spotyka się ze stanowczym zakazem zabarwionym silną nieakceptacją. Kontakt matki z niemowlęciem płci żeńskiej często aktywizuje jej własne lęki. Bardzo świadomie przygotowywałam się do porodu, a mimo to pamiętam przerażenie po urodzeniu córki, kiedy zobaczyłam jej powiększone naturalnie, z powodu moich hormonów, wargi sromowe. Nie śmiałam zapytać o przyczynę, sądziłam, że coś jest nie w porządku. Z nikim się tym nie podzieliłam. Nazajutrz z lękiem odwijałam pieluszkę i odetchnęłam z ulgą, kiedy to minęło. Kobiety, które odczuwają niechęć i lęk wobec własnych genitaliów, przekazują to dalej córkom. Wiele z nich ma poczucie, że wagina to część wstydliwa, a odczucia z nią związane nie nadają się do opowiadania. Nie można swobodnie jej mieć. A co dopiero z ciekawością poznawać i badać. Małe dzieci, gdy leżą, wierzgają nóżkami, otwierają je, pokazują krocze. U chłopca to w porządku...

...a u dziewczynki nie bardzo.
No więc trzeba to zamknąć, zasłonić, nie widzieć tego sedna naszej płci.

A my potem nóżki razem, elegancko, jak przystoi kobiecie.
I staje się to naszą drugą naturą. Wstydliwe zamykanie, ściśnięcie, powstrzymanie. Wydaje się to oczywiste w zachowaniu kobiety. Nie możemy być wyzywające, mamy być skromne. Chłopcy oglądają sobie siusiaczki, ściągają majtki, mówią o ciele i seksie, „świntuszą” – dorośli zwykle traktują to jako coś oczywistego – chłopcy są po prostu ciekawi, tak mają. A jak robią to dziewczynki, jest to naganne, fe, be, wstydziłabyś się. Dziewczynki bardzo wcześnie się uczą, że ciekawość tego, co dotyczy ciała, spotyka się z zakazem, jest nie na miejscu i powinny się jej wstydzić. A już na pewno tematy te nie powinny ich podniecać.

Jedna z kobiet opowiadała na warsztacie o swoich zabawach z koleżanką. Miały może pięć, sześć lat. Mizianie, łaskotki, zabawy w lekarza były wielką tajemnicą. Jeździły kiedyś rowerem i omal nie wpadły na wielkiego konia, który pojawił się na drodze. Sterczące uszy, grzywa na sztorc, płomień w ślepiach... Były przekonane, że zobaczyły diabła. Pognały do domu, upadły na kolana i modliły się, że już nigdy więcej nie będą robić „tych brzydkich rzeczy”.
No właśnie, na konia zrzutowały lęki, które towarzyszyły tak przyjemnie podniecającej zabawie. Bawiąc się, przeczuwały, że kara się należy, no i proszę: spotkanie z diabłem, bo byłyśmy niegrzeczne! Trzeba się bać, kiedy odczuwa się ekscytację w podbrzuszu! Niewerbalny przekaz, który nie jest uświadomiony ani przez matkę, ani przez dziecko, działa tym mocniej. Czasem nie wiadomo nawet, czego nie wolno, ale dziecko dobrze wyczuwa, że wszystko, co przyjemne, co dotyczy genitaliów i ich okolic, jest niewłaściwe i już.

Erotyzm związany jest jednak nie tylko ze sferą genitalną?
Jasne, że nie, zwłaszcza w okresie dzieciństwa. Organizm przygotowuje się do życia seksualnego nie tylko w taki sposób, że zmieniają się narządy płciowe. Dojrzałą przyjemność seksualną przeżywa się całym ciałem. Cali jesteśmy do tego! I cali do tego dorastamy! W dzieciństwie doświadczamy naszej zmysłowości w różnego rodzaju zabawach: dziewczynek z dziewczynkami, chłopców z chłopcami, pomiędzy rodzeństwem i, aż głupio to powiedzieć, czasem z dorosłymi – i nie ma to charakteru nadużycia czy wykorzystania, ale tak się może kojarzyć. Może mieć, i wtedy to nieprawidłowość, ale mówię o czymś naturalnym – zabawach związanych z potrzebą dotyku, czułości, ciepła, przyjemności. Nie są to przeżycia stricte seksualne. Kształtują wrażliwość zmysłową, uczą pozwalania sobie na doznawanie przyjemności, ekscytacji. Kiedy wspominamy te przeżycia z kobietami na warsztatach, okazuje się, że takich właśnie odczuć pragniemy w dorosłym życiu seksualnym: swobody, odwagi, zaufania, radości, spontaniczności, odkrywania, ciekawości...

 
Te wspomnienia jednak często splatają się ze wstydem, czymś bardzo trudnym. Tak, jednak najciekawsze jest to, że niezależnie od tego, w jaki sposób je stłumimy, u podstaw pozostają przyjemne. I umysł może je na nowo zatytułować. Można podważyć negatywny przekaz i odzyskać pamięć ciała o tym, co radosne i miłe. Oczywiście przeżycia o charakterze zmysłowym mogą się wiązać z czymś przykrym. Dzieciom zdarza się przekraczać granice. Jak w każdej innej zabawie. To nie znaczy, że jeżeli zrobią coś źle, to cała ta sfera jest zła i nie powinny chcieć się bawić. Muszą nauczyć się bawić z głową, przewidzieć konsekwencje. Na tym polega późniejsza odpowiedzialność w seksie. Dlatego potrzebna jest obecność dorosłych, którzy z jednej strony akceptują sferę dziecięcych pragnień tak jak każdą inną, ale potrafią też postawić granice, powiedzieć: to jest OK, ale nie można tego robić w ten sposób, bo wtedy krzywdzisz drugą osobę, albo: jest to niebezpieczne dla ciebie. Ale skoro my, dorośli, boimy się seksualności własnej i naszych dzieci, wolimy udawać, że jej nie ma, to nie mamy szansy pomagać dziecku w uzyskaniu zdrowej kontroli nad tą sferą.

Jak odzyskać pozytywny potencjał wczesnych doświadczeń?
Żeby dojść do wczesnych doświadczeń, potrzeba na początku klimatu zaufania, wiary, że to ma sens, że mamy prawo szukać swoich prawdziwych odczuć. Kobiety muszą też wiedzieć, po co to robią. Kiedy opowiadają już o swoich wspomnieniach dziecięcych zabaw związanych z erotycznym pobudzeniem, bardzo często mówią: „O rany, jak to dobrze usłyszeć, że inne miały podobnie!”. Bo np. bawiłam się z drugą dziewczynką i myślałam, że to coś złego. Wiele wspomnień dotyczy tego, co się dzieje, gdy rodzice wyszli z domu. Eksperymentujemy z udawaniem dorosłej kobiety: wypychamy biustonosze albo suknie mamy poduszkami, jakbyśmy były w ciąży, i przeglądamy się w lustrze podniecone swoją kobiecą figurą. Towarzyszy temu erotyczne pobudzenie – wizja przyszłości: stanę się kobietą z piersiami, z brzuchem. I to jest takie ekscytujące! Zabawy w lekarza z siostrą, bratem czy z koleżanką, podciąganie koszulki, ściąganie majtek... Oglądanie gazet z fotografiami nagich kobiet, czytanie książek, oglądanie filmów z momentami – to jest przeżycie! Pamiętam, jak mając 11 lat, któregoś dnia wylegiwałam się na leżaku w ogrodzie i czytałam opowiadanie Fowlesa „Kolekcjoner”. O milczącym kolekcjonerze motyli zakochanym w dziewczynie, którą porywa i zamyka w podziemiach swojego domu. Usypia ją, zniewala, jest zdana na niego, nie może uciec, a on ją tak kocha! Pamiętam ciepłe promienie słońca rozgrzewające ciało i delikatne fale niezrozumiałej, przemożnej przyjemności, które przepływały przez moje podbrzusze. Na całe lata utraciłam kontakt cielesny z tym doświadczeniem, choć pamiętałam je głową. Gdy je odzyskałam, wróciło to cudowne uczucie erotycznego podniecenia, moje ciało ożyło. Za tym wspomnieniem przyszły inne: tańce przed lustrem w przezroczystej nocnej koszulce, wyprawy do parku po lekcjach religii po to, by uciekać przed chłopakami do utraty tchu, czytanie w „dorosłych” książkach o menstruacji, pettingu i stosunku seksualnym, rozmowy z dziewczynkami o tym, skąd się biorą dzieci...

Ile w tym energii, życia! Te doświadczenia uczą czerpania radości z ciała, bycia w ciele?
To jest właśnie ten nasz zagubiony potencjał. Kiedy przypominamy sobie o tych doświadczeniach, możemy poczuć się tak, jakbyśmy odzyskiwały siebie. Bo w tych momentach ekscytacji doświadczałyśmy życia całą sobą. Wrażliwość zmysłowa dotyczy nie tylko seksu. To wrażliwość na kontakt ze światem: z całą przyrodą i innymi ludźmi. Wszystkie zmysły, które biorą udział w seksie, wykorzystujemy w wielu innych sytuacjach. Węch, dotyk, wzrok, słuch, smak... Służą poznawaniu, pogłębieniu kontaktu, odczuwaniu radości, przyjemności, rozkoszy. Warto je budzić.

W rozwijaniu swojej seksualności potrzebujemy innych kobiet? Tych, które przedarły się przez swoje mroczne tajemnice? Które pomogą nam przywrócić pamięć ciała?
W grupach kobiecych możemy dostać to, czego nie dostałyśmy z różnych powodów, czego każda z nas w głębi serca pragnie – matczynego przyzwolenia. Potrzebujemy usłyszeć, poczuć: „To, co przeżywasz, jest w porządku. Możesz sobie pozwolić na bycie istotą seksualną”.

  1. Psychologia

Borderline. Życie nad przepaścią

Zaburzenie osobowości typu borderline nazywa się inaczej zaburzeniem z pogranicza. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. (Ilustracja: iStock)
Zaburzenie osobowości typu borderline nazywa się inaczej zaburzeniem z pogranicza. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. (Ilustracja: iStock)
To zaburzenie z naszego życia nie zniknie, bo, jak mówi psychoterapeutka Monika Kotlarek, zajmująca się terapią osób z borderline, „nie da się wyleczyć osobowości. Ale jesteśmy w stanie ją trochę zmienić. Wyrobić sobie zdrowsze nawyki, sprawić, że będzie nam łatwiej żyć. I innym z nami”. Napisała książkę, która pomoże zrozumieć i wesprzeć – bez szufladkowania i stygmatyzowania.

Tytuł pani książki jest groźny – „Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią”… No tak, bo to zaburzenie trochę tak wygląda.

Co jest tą przepaścią? Zaburzenie osobowości typu borderline nazywa się inaczej zaburzeniem z pogranicza. Bo cały czas w gruncie rzeczy jesteśmy na granicy upadku. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. W jednej chwili kogoś kochamy i marzymy o tym, by z nim spędzić całe życie, 10 minut później go nienawidzimy i chcemy wyrzucić z domu. Ta przepaść nie jest jednoznacznie określona – to balansowanie między dwiem skrajnościami, bardzo ciężko spotkać się na emocjonalnym continuum, zatrzymać się gdzieś pośrodku.

Ale to continuum w ogóle występuje? Tak, osoby z borderline mogą tworzyć szczęśliwe związki, pracować, żyć jak każdy z nas. Pomaga w tym terapia. Oczywiście skrajne emocje się pojawiają, jak u każdego, tyle że osoby z borderline dają się im pochłonąć. Terapia pomaga poradzić sobie z nimi, lepiej na nie reagować. Przepracować je.

Czyli mówiąc w dużym uproszczeniu, istota problemu jest taka, że emocje panują nad nami, nie my nad nimi? W bardzo dużym skrócie – tak. Ale pamiętajmy, że nikt z nas nie jest w stanie do końca zapanować nad emocjami. Chodzi o reakcję. U osób bez borderline na ogół jest ona stonowana. U osób z tym zaburzeniem – nie. Trudno im znaleźć środek, nie reagować agresją, gdy ktoś krzywo spojrzy, nie myśleć: on mnie nienawidzi albo mną gardzi – tylko powiedzieć: ok, może ma gorszy dzień, trudno, idę dalej.

Panują nad nimi emocje negatywne? Emocje jako takie nie są ani pozytywne, ani negatywne, ani dobre, ani złe. Dobre czy złe bywa tylko postrzeganie emocji, to, jak na nie reagujemy. Złość jest informacją. Odczuwać złość możemy różnie. Albo zastanawiać się, dlaczego coś się stało, czy to my zrobiliśmy coś nie tak, czy ktoś wobec nas. A osoba z borderline „idzie po całości” – od razu wszystko jest najgorsze, wszyscy ją nienawidzą, oni sami są beznadziejni, a świat i życie nie mają sensu. Czyli totalne skrajności.

Czy znamy przyczyny powstawania tego zaburzenia? Nie jest to jednoznacznie zbadane. U części osób jest ono na pewno w jakimś stopniu dziedziczne,  w wywiadzie widać, że podobne problemy miała matka czy babcia. Bywa też, że w czasie, kiedy zaczyna się kształtować osobowość, pojawia się przemoc czy molestowanie seksualne. Co może mieć wpływ na powstanie tego zaburzenia. To najczęściej podawane w badaniach przyczyny.

Jest jakiś konkretny wiek, w którym ujawniają się zaburzenia borderline? Nasza osobowość kończy się kształtować, gdy mamy 24 lata. Tuż przed tym momentem widać problem.

Czyli dzieci z borderline – tak jak dzieci z ADHD – nie spotkamy? Mogą być dzieci wykazujące cechy tego zaburzenia, ale to za wczesny okres życia, żeby stawiać taką diagnozę. Jeśli mamy podejrzenia, warto obserwować, jak się to rozwija – może się rozwinąć, ale równie dobrze nie, trudno ocenić, co jest osobowością, zaburzeniem, a co na przykład buntem nastolatka.

Bywają kłopoty z diagnozą, to pewnie kolejny problem. Tak, to trudne, bo niejednoznaczne. Dużo zależy od momentu, kiedy diagnoza jest stawiana. Czasem dzieje się to, gdy akurat czujemy się dobrze, jesteśmy bardziej stonowani. Albo czujemy się źle, jesteśmy przygnębieni – wówczas to zaburzenie bywa mylone z depresją. Czasem też z chorobą afektywną dwubiegunową.

No właśnie, w tym ostatnim przypadku jest chyba pewne podobieństwo zachowań. Tak, ale przy borderline te zmiany zachodzą bardzo szybko. Dosłownie z chwili na chwilę. To zaburzenie utrudnia życie – a dodatkowym kłopotem jest, że nie da się go leczyć farmakologicznie. Jeśli więc ktoś otrzymuje diagnozę choroby afektywnej dwubiegunowej (ChAD) i leki kompletnie na niego nie działają, trzeba się przyjrzeć i może pójść w stronę borderline. Wtedy rozwiązaniem będzie terapia.

Jaki rodzaj terapii jest najbardziej skuteczny? Pod borderline stworzono odłam terapii behawioralno-poznawczej, czyli terapię dialektyczno-behawioralną. Pracuje się z myślami, nastrojami, zmianą nawyków, kontrolowaniem emocji, nauką reagowania w bezpieczny sposób, żeby nie rządziły nami emocje. Kładziemy nacisk na relaksację, na rozpoznawanie emocji i rozumienie ich, na rozumienie siebie samego, swoich reakcji. Nie jesteśmy w stanie ich zmienić, bo ciało reaguje w określony sposób, ale terapia pomaga to zaakceptować.

Na czym ona polega? Zaczyna się od tego, że pracujemy z tym, co dla pacjenta najbardziej palące. Na przykład problemy w związku. Próbujemy też dojść do tego, skąd zaburzenie się wzięło. Jeśli jest wynikiem traumy, to pracujemy z traumami. Zastanawiamy się, jakie myśli towarzyszą pacjentowi na co dzień, co jest triggerem, czyli co wyzwala eksplozję, staramy się to rozpoznawać, uczymy się nad tym panować. I pokochać siebie, bo ci ludzie mają często problemy z samoakceptacją. A bez niej trudno o powodzenie.

Każdemu by się samoakceptacja przydała. Ale to ogólne hasło, jak w praktyce można to osiągnąć? Trudno o tym opowiedzieć generalnie, bo każdy jest inny i ma inne potrzeby. Jeśli trauma związana jest z molestowaniem seksualnym i chory jest oderwany od siebie, swoich doznań, pracujemy nad tym, żeby zaakceptować siebie jako kobietę czy mężczyznę, swoje ciało. Zaczynamy od drobnych rzeczy, od tego, co sprawia przyjemność, co dobrze działa fizycznie. Ważne jest też wyregulowanie snu, ważna jest odpowiednia dieta, ruch, aktywność fizyczna. Istotne, by uregulować pracę hormonów, żeby nie było problemów chociażby z nadczynnością tarczycy, bo to tylko wzmaga kłopoty z emocjami.

Czyli działanie na wielu płaszczyznach? Tak, podejście holistyczne. Bo nie jesteśmy w stanie oderwać umysłu od ciała. One muszą ze sobą współpracować.

A kiedy już dochodzi do „eksplozji” – jak długo taki wybuch może trwać? Zwykle to chwila. Można zdemolować pół mieszkania, ale trwa to pięć czy dziesięć minut. Nastrój zmienia się szybko i gwałtownie. Na przykład cztery razy w ciągu półgodzinnej rozmowy.

Czy to jest tak, że jeśli w ataku furii demoluję mieszkanie, to mam świadomość, że przemawia przeze mnie choroba? Nie chcę demonizować osób z zaburzeniem borderline, nie jest przecież tak, że każdy demoluje mieszkanie. Ale jeśli mamy się już trzymać tego przykładu: ci ludzie nie mają zaburzonego postrzegania tego, co dobre, a co złe. Wiedzą, co się dzieje, choć oczywiście mogą być momenty jakiegoś odrealnienia, poczucia, że nie są sobą. To nie jest jednak zaburzenie, które odocina świadomość.

A czemu leki tu są nieskuteczne? Mamy przecież preparaty uspokajające, wyrównujące nastrój – dlaczego nie pomagają? Bo u osób z borderline, inaczej niż u pacjentów z depresją, nie ma zaburzeń chemii mózgu. Nie ma problemów z wytwarzaniem odpowiedniej ilości dopaminy czy serotoniny, z zaburzonym przewodzeniem nerwowym. Problem leży w naszej osobowości, w tym, jacy jesteśmy. Jeśli pojawiają się na przykład lęki, to oczywiście można z nimi walczyć farmakologicznie, ale to sprawy dodatkowe. Borderline wspiera się terapią.

Ale o wyleczeniu mówić nie możemy? Nie, wyleczyć osobowości się nie da. Ale jesteśmy w stanie ją trochę zmienić. Wyrobić sobie zdrowsze nawyki, sprawić, że będzie nam łatwiej żyć. I innym z nami.

Jesteśmy istotami społecznymi. Związki – wszelkie, nie tylko miłosne – są dla nas podstawą funkcjonowania. Wydaje się, że borderline skutecznie może wchodzenie w związki czy pozostawanie w nich utrudniać. Jeśli nic z tym nie robimy, na pewno. Zwłaszcza że często osoby te mają tendencje autoagresywne, podejmują próby samobójcze, okaleczają się. Partner może tego nie wytrzymać – z lęku o drugą osobę, z poczucia odpowiedzialności za nią. To samo dotyczy przyjaciół, rodziny. Ale to nie znaczy, że sytuacja jest bez wyjścia. Są szczęśliwe związki, to możliwe. Znam takie pary.

Choć oczywiście to trudne dla obu stron. Pamiętajmy, że osoby z borderline są cały czas świadome tego, co się z nimi dzieje. Tego, że są niefajne. I toną w wyrzutach sumienia. To dla nich ciężkie. Czasem kiedy ludzie się poznają, osoba z zaburzeniem borderline nie ma jeszcze diagnozy, zaczynają wspólne życie i okazuje się, że jest problem… Ale kiedy zwrócimy się wówczas do specjalisty, kiedy jest już diagnoza, można zacząć terapię. To wymaga pracy, ale są naprawdę duże szanse, że będzie lepiej.

Co by pani powiedziała partnerowi osoby z borderline – jak jej towarzyszyć, jak ją wspierać? I jak dbać o siebie samego, bo to przecież też istotne? To podstawa. Jeśli nie zadbamy o siebie, nie damy wsparcia i siły drugiej osobie. Możemy też szukać pomocy w terapii albo w grupie wsparcia. Albo mieć prywatną grupę wsparcia, czyli przyjaciół, którym możemy się wygadać. Dbać także o swój sen, o dietę, przyglądać się sobie – żeby nie odcinać się od innych, żeby mieć kontakt z ludźmi. A jakim być dla partnera? Przede wszystkim po prostu być. Pomagać, na ile się da, akceptować go jako człowieka, wspierać od strony czysto technicznej, jak zrobienie zakupów, pilnowanie, żeby poszedł na terapię. Forma trochę dyrektywnej opieki, ale to też istotne.

Ale czy ta dyrektywna opieka nie zmieni relacji z partnerskiej na opiekun – podopieczny? Nie, absolutnie nie chodzi o to, żeby wejść w rolę opiekuna czy „matki”. Ważne, żeby już na początku pewne rzeczy sobie wyjaśnić, powiedzieć, z czym jest największy problem. Jeśli jest nim na przykład autoagresja, to musimy zadbać, żeby zredukować ryzyko, żeby ograniczyć dostęp do ostrych przedmiotów, może się pojawić konieczność, by zawieźć partnera do szpitala. Jeśli brak motywacji do terapii, my jesteśmy od tego, żeby partnera zmotywować. Tak jak w depresji – czasem chory nie ma siły, my musimy tę siłę dać. To nie jest wejście w rolę opiekuna, a partnera, który się troszczy. Fajnie byłoby, gdyby role w związku dzieliły się 50 procent na 50, ale tak bywa rzadko. Czasem trzeba dać z siebie 80 procent, żeby druga strona mogła udźwignąć swoje 20. Ale przecież też nie zawsze tak jest, związek fluktuuje, bywają gorsze i lepsze chwile, w każdej relacji. Nie, ja bym się tej dyrektywności nie bała.

Mówiła pani o tym, że warto ustalić różne sprawy na początku. Ale przecież nie zawsze na początku wiemy o zaburzeniu, diagnoza może zostać postawiona później. Najprościej sprawdzić, czy cokolwiek jest nie tak, zastanawiając się, czy zachowanie naszego partnera w jakikolwiek sposób utrudnia nam codzienne funkcjonowanie. Jeśli ktoś ma problemy z kontrolowaniem emocji i przez to są kłopoty w pracy na przykład, jeśli są zachowania autoagresywne, to znaczy, że mamy problem. Nawet jeśli na razie jest on nienazwany. Kiedy czujemy, że nasze życie jest zakłócone, zaburzone, trzeba pomyśleć, zacząć rozmawiać, pójść po pomoc. Nasze życie nie może tak wyglądać. Musimy stawiać jasne granice. To nie jest wymierzone w partnera, to nie jest przeciwko niemu, odwrotnie, to w naszej wspólnej sprawie.

Fajne związki są możliwe. Ale czy częste? Nie chciałabym generalizować, uogólniać, to kwestie indywidualne. Znam świetne związki mimo trudności, ale znam też osoby samotne, pomimo lat terapii, pracy nad sobą. Albo po wielu nieudanych relacjach.

Wspomniała pani o szpitalu. Choć leczenia innego niż terapia nie ma. To po co ten szpital? Zdarza się, że osoby z zaburzeniem borderline podejmują próby samobójcze. Wtedy konieczna jest hospitalizacja, obserwacja, leki wyciszające. A jeśli pacjent wyrazi zgodę, to terapia indywidualna czy grupowa. Czasem szpital jest dobrym rozwiązaniem, bo odrywa chorego od tego, co powoduje wybuchy.

A jak z pracą zawodową? Czy taka w zespole jest możliwa?Tak, oczywiście. Choć często osoby z borderline pracują na zlecenie, na własnych warunkach, w swoim trybie. To bywa dla nich lepsze. Muszą też właściwie ustawić priorytety – w ich przypadku praca nie może być na pierwszym miejscu, muszą dawać sobie prawo do słabości, do wypoczynku. Po prostu dbać o siebie bardziej niż robi to na ogół większość z nas.

Czy jeśli pracują, powiedzmy, w korporacji, szef powinien wiedzieć o ich problemach? Byłoby fajnie, ale nie mam złudzeń. Nie każdy to zrozumie. Nie każdy przyjmie, że ok, pracujesz, ale może być dzień, kiedy po prostu nie przyjdziesz do biura. Nie każdy zatrzyma to dla siebie. Do tego ciągle mamy jako społeczeństwo problem z postrzeganiem zaburzeń psychicznych. Dlatego byłabym ostrożna. Ale jeśli jesteśmy przekonani, że nasz szef jest osobą otwartą, że można z nim pogadać, to tak, mówmy otwarcie. To wiele spraw ułatwi.

Długofalowe plany, na przykład wakacje, dłuższe wyjazdy – czy jeśli jestem w związku z osobą z borderline, planowanie ma w ogóle sens, czy może się okazać, że nagle wszystko się zmieni? Planowanie fajnych rzeczy jest dobre dla każdego człowieka, jest wtedy na co czekać. Ale oczywiście jeśli są stany depresyjne czy ataki paniki, trudno przewidzieć, czy plany, nawet te miłe, zostaną zrealizowane. Dobrze więc uświadamiać sobie, co jest wyzwalaczem trudnych emocji i, o ile jest to możliwe, eliminować je z naszego życia. Jeśli w jakimś choć stopniu to się uda, będzie o wiele łatwiej.

Oczywiście czasem nie jesteśmy w stanie czegoś wyeliminować, ale można nauczyć się stawiać jasne granice. Jeśli problem dotyczy na przykład pracy, jeśli nie jesteśmy w stanie funkcjonować bezpiecznie w danym środowisku, namawiałabym do zastanowienia się nad zmianą pracy. Utrzymywanie tej, która jest triggerem, na dłuższą metę będzie dla nas po prostu niszczące.

Jak powszechne jest występowanie tego zaburzenia? Zdarza się to częściej u kobiet niż u mężczyzn, ale w ogóle nie jest to dużo – ok. 3 procent w społeczeństwie. Choć rzeczywiście zauważam to coraz częściej.

Częściej występuje czy dziś są lepsze metody diagnostyczne? Chyba lepsze metody. I większa świadomość psychiatrów i psychologów. To nie jest tak, że 30 lat temu osób z borderline nie było. Były oczywiście, tylko mówiono: histeryczka. Albo: choleryk. Pozbyć się tego do końca nie można, ale można mieć rodzinę, pracę, cieszyć się życiem. Czasem będzie pod górkę, ale w końcu czasem każdy ma pod górkę.

Monika Kotlarek „Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią”, wyd. Sensus

  1. Psychologia

Narcyzm ukryty – zaburzenia narcystyczne mogą mieć różne twarze

Narcyzm może przyjąć formę, którą niezwykle trudno jest wychwycić. (fot. iStock)
Narcyzm może przyjąć formę, którą niezwykle trudno jest wychwycić. (fot. iStock)
Narcyz to kochający siebie z wzajemnością człowiek; głośny, przykuwający uwagę, skupiony na sobie niczym wiązka lasera, stawiający się w centrum wszechświata, złotousty, bezkrytyczny manipulant. Jednak narcyzm może mieć również spokojniejszą, introwertyczną twarz…

Myliłby się ten, kto uważa, że spektrum narcyzmu zamyka się tylko w jednym typie, a zaburzenia narcystyczne może mieć jedynie ekstraweryk. Wieloletnie badania W. Keitha Campbella z University of Georgia, oparte na wcześniejszych hipotezach amerykańskich naukowców dowiodły, że narcyzm może mieć również spokojniejszą, introwertyczną twarz! Nazywa się ją „narcyzmem ukrytym”.

Kim jest ukryty narcyz?

To zazwyczaj człowiek bez wielkiej osobowości, spokojny, wycofany, małomówny. Ale w manipulowaniu otoczeniem równie niebezpieczny jak narcyz jawny. Niebezpieczeństwo w przypadku osób cierpiących na narcyzm ukryty jest tym większe, że dość trudno je rozpoznać.

Narcyz ukryty jest paranoikiem, którego cechuje duża podejrzliwość i niemalże zerowa odporność na krytykę. Narcyz jawny informuje nas nieustannie o swojej wspaniałości i nic nie jest w stanie zburzyć mu tego obrazu. Narcyz ukryty również jest przekonany o tym, że jest wyjątkowy, ale nie demonstruje tego głośno, starannie kolekcjonując w głowie krzywdy od tych wszystkich, którzy nie poznali się na jego wielkości. Człowiek cierpiący na narcyzm ukryty nie jest w stanie zbudować żadnej relacji, bo wieczny stan niedocenienia przez innych i „zmowy otoczenia” pogłębia w nim poczucie krzywdy i niezrozumienia.

Współczesny świat skupiony na ładnym obrazku sprzyja namnażaniu zaburzeń narcystycznych, ale nie dajmy się zwieść pozorom i pamiętajmy, że narcyzm ma dwie strony medalu: tę błyszczącą, głośną, jawną i tę zacienioną, cichą, ukrytą. A obie są tak samo niebezpieczne dla otoczenia, bo niezależnie od tego czy jawny czy ukryty, narcyzm jest zaburzeniem osobowości.

Dr Tomasz Sobierajski: socjolog, kulturoznawca, metodolog, wakcynolog społeczny, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Spektrum autyzmu u dorosłych i dzieci - co to jest? Jakie zachowania mu towarzyszą?

Autyzm - odmienna perspektywa (Fot. Getty Images)
Autyzm - odmienna perspektywa (Fot. Getty Images)
Inaczej postrzegają świat. Są bardziej wrażliwi na zranienia. A kiedy tych zranień jest dużo, wycofują się. Chowają w sobie. Ale tęsknią za przyjaźnią, za miłością. – Tak nie musi być. Każdy człowiek potrzebuje innych. Do rozwoju, do życia. Mamy tu pracę do wykonania – mówi Anna Prokopiak, prezes Fundacji Alpha zajmującej się pomocą osobom ze spektrum autyzmu.

Czym jest grupa zaburzeń związanych ze spektrum autyzmu?
Od razu się poprzyczepiam, przepraszam. Osoby ze spektrum autyzmu nie życzą sobie, żeby używać słowa „zaburzenie”. Bo to spektrum, czyli cały obraz, cała paleta barw. Od ludzi z niepełnosprawnością intelektualną po profesorów uczelni. „My nie jesteśmy zaburzeni” – mówią. „To nasza natura”. Ja sama staram się tego słowa nie używać, myślę i mówię o pewnej odmienności. Uta Frith, niemiecka psycholog, mówi, że są mężczyźni, kobiety i osoby ze spektrum autyzmu. Takie, które po prostu inaczej postrzegają świat. Mają odmienną od naszej perspektywę.

Na czym ta perspektywa polega?
Ponieważ to właśnie spektrum, to trudno się o tym rozmawia. Bo co innego 25-letni mężczyzna z niepełnosprawnością intelektualną w warsztatach terapii zajęciowej, co innego człowiek intelektualnie sprawny, nawet wybitny, a to się zdarza, choćby przy zespole Aspergera. Większość z nas pamięta film „Rain Man” i bohatera granego przez Dustina Hoffmana – niemal genialnego, ale z trudnościami w komunikacji i relacjach społecznych. Różnice – poza kwestią sprawności intelektualnej – dotyczą stopnia nasilenia objawów. A chodzi przede wszystkim o komunikację społeczną, o bycie z drugą osobą, o trudności w relacji. Często towarzyszą temu różne stereotypie w zachowaniu czy w mowie.

Stereotypie, czyli co?
Powtarzalne zachowania, słowa, czynności. Uważa się, że mają działanie terapeutyczne – to, że ktoś siada w ustalony sposób, chodzi w ustalony sposób, wykonuje te same gesty, potrzebuje konkretnego układu przedmiotów w pokoju, sprawia, że czuje się bezpieczniej. Zresztą wszyscy, którzy mają w sobie wysoki poziom niepokoju, potrzebują znanych sytuacji.

Ale czy nie jest tak, że w przypadku autystów nieoczekiwane zmiany, zakłócenia tego porządku mogą wywołać kaskadę negatywnych reakcji?
Tak, choć niekoniecznie. Bo ci ludzie, mówię tu o dorosłych, zdają sobie z tego sprawę i próbują mieć nad tym panowanie. Rozmawiałam z pewną kobietą, która niedawno dostała diagnozę spektrum autyzmu i miała dylemat. Czy zasugerować pracodawcy, jak chce pracować? Teraz praca wymaga elastyczności, dopasowania. To nie dla niej. Ona potrafi być świetnym pracownikiem, ale w odpowiednich warunkach. Przewidywalnych. Ale jeśli porozmawia, musi powiedzieć, że ma autyzm. Może wtedy zostanie zwolniona? Mimo swojego potencjału? Ale jednocześnie ponosiła ogromne koszty, dużo wysiłku ją kosztowało, żeby po przyjściu do domu wrócić do pewnego komfortu psychicznego i fizycznego. Nie ma w Polsce pracy dla osób ze spektrum autyzmu. Nie ma zrozumienia ani nie ma systemu pomocy.

Słuchałam matki chłopca ze spektrum autyzmu. Chłopiec ma kilka lat, nie mówi, matka zajmuje się nim non stop, odgaduje potrzeby, czasem trafnie, czasem nie. Ale czas płynie i jej największy lęk jest o to, kto tę opiekę udźwignie, kiedy jej zabraknie. Co będzie, kiedy chłopiec stanie się mężczyzną. Czy w Polsce są drogi dla takich osób?
Nie jestem tą matką. Patrzę z zewnątrz i może to, co powiem, będzie trudne. Ale chyba taki straszny lęk, myślenie, że tylko ja potrafię zająć się moim dzieckiem, jest przeszkodą w tym, żeby inni mogli pomóc. Był czas, że chciałam wybudować dom dla dorosłych ze spektrum autyzmu. Dom, w którym mogliby mieszkać sami. Ale po iluś spotkaniach z rodzicami odstąpiłam od tego planu. Bo tylko jedna, może dwie rodziny były gotowe „puścić” swoje dorosłe dziecko. Coś, co jest naturalne – odłączenie od rodziców, gdy człowiek staje się dorosły – w przypadku osób ze spektrum autyzmu jest problemem. Z jednej strony rozumiem, że ta ich odmienność w relacjach wywołuje w matkach lęk, ale z drugiej – gdyby one trochę odpuściły, można by pewne rzeczy zrobić łatwiej. I skuteczniej pomóc. Czy są takie struktury? Jest ich niewiele, ale to wynika z wielu rzeczy. Raz, że opieka jest droga, wymaga nakładów, a z tym zawsze jest kłopot. A dwa – to właśnie lęk rodziców przed zaufaniem innym. Przeraziłam się, kiedy sprawdziłam, co robią w życiu osoby dorosłe z autyzmem. Okazuje się, że osoby z zespołem Aspergera, czyli ci, którzy mają potencjał intelektualny, najczęściej pozostają pod opieką matki czy rodziny. Ci z niepełnosprawnością intelektualną są w jakichś warsztatach terapii zajęciowej, w opiece strukturalnej, a osoby z aspergerem nie znajdują swojego miejsca. Nie stworzyliśmy go jako społeczeństwo. Ale z drugiej strony myślę, że tu trzeba wielkiej delikatności. Każdy ma w odniesieniu do swoich dzieci marzenia, aspiracje. Przychodzi mi do głowy rozmowa z tego tygodnia z matką nastolatka z diagnozą autyzmu. Ona jest pracownikiem naukowym, poświęciła wiele czasu i sił, żeby syna zainteresować choćby literaturą. A on funkcjonuje intelektualnie poniżej przeciętnej. I teraz myślę, co zrobić, żeby zaspokoić i jej aspiracje, i jego potrzeby. Ona chce rzeczy, które na ten moment w Polsce są po prostu niemożliwe. Tu musi zostać wykonana praca, i duża jej część jest po naszej, osób neurotypowych, stronie. Stworzenie warunków do przełamywania stereotypów, przekonanie, że na przykład osoba z zespołem Aspergera może wykonywać odpowiedzialne zadania, choć często na niewielkim obszarze. I nie stanie się to bez konkretnego modelu, jak w Australii. Tam dorosły z niepełnosprawnością dostaje ogromne wsparcie, żeby mógł pracować, tworzy mu się do tego warunki. U nas odwrotnie – podczas edukacji wsparcie jest, edukacja się kończy – i trzeba dawać sobie radę samemu. My tę dorosłość musimy przygotować, żeby ci ludzie mogli prowadzić lepsze, bardziej satysfakcjonujące życie. Proszę sobie pomyśleć, jak czułaby się pani bez pracy. Słabo, prawda? Ja bym oszalała. A osoby ze spektrum często nawet kończą studia, a potem siedzą u mamy w domu.

Siedzą w domu w poczuciu odrzucenia, braku akceptacji?
Tak, a akceptacja jest szalenie ważna. Akceptacja środowiska. I tu znowu lęk matek nie jest pomocny. To jest właśnie praca do wykonania – żeby miały wobec dzieci aspiracje, ale żeby pozwoliły im pokonywać przeszkody. Jeśli będziemy je kurczowo trzymać przy sobie, nie pozwolimy im rozwinąć skrzydeł. Choć i to się powoli zmienia. W fundacji mamy od ponad dwóch lat psychoterapeutę. Na początku było nam trudno przekonać rodziców, że oni też potrzebują wsparcia; teraz często już przy pierwszej rozmowie dochodzimy do wniosku, że matka wymaga większej pomocy niż dziecko. I to jest szalenie ważne, kiedy myślimy o dorosłości osób ze spektrum autyzmu. To plus pozwolenie im na realizowanie planów w miarę samodzielnie, na dorastanie w grupie rówieśniczej.

Ale osoby ze spektrum autyzmu największe trudności mają właśnie w relacjach. Samo greckie słowo autos, od którego pochodzi termin „autyzm”, znaczy sam. Zamknięty w swoim świecie.
Myślę, że to stereotyp. To są osoby, które nie mają kompetencji do bycia z innymi, a bardzo za relacjami tęsknią. Ale od samego początku doświadczają odrzucenia na różnych poziomach, bo są wymagającymi partnerami w relacji. Na przykład ktoś się spóźnia – trudno im to zaakceptować. Ktoś mówi, że nie może się spotkać, używa jakiejś wymówki, potem okazuje się, że to nieprawda. Nie rozumieją takich zachowań, a po iluś tego typu doświadczeniach w końcu wycofują się, wolą być sami. Ale jestem przekonana, że to wynik tych doświadczeń. Rozczarowań. Każdy potrzebuje drugiego człowieka do rozwoju.

Takie reakcje na głupie spóźnienie pokazują, że te osoby nie potrafią dobrze czytać emocji. To utrudnia nawiązanie relacji?
To nie tak. Jeśli zajrzymy do badań naukowych, zobaczymy, że osoby z autyzmem świetnie sobie radzą, jeśli chodzi o rozpoznawanie emocji u innych. Uważa się raczej, że nazywanie ich własnych emocji jest dla nich trudnością. Kiedy widzą, że ktoś coś kręci, to rozumieją, co się dzieje, ale nadają temu zbyt duże znaczenie. Nie pojmują niuansów w relacjach międzyludzkich, odcieni szarości, tego, że czasem każdy trochę „ściemnia” i nie ma to tak wielkiego znaczenia, bo takie jest życie.

Ta nadmierna interpretacja naraża ich na kolejne zranienia.
Właśnie. Bo osoba ze spektrum autyzmu to ktoś szalenie wrażliwy. I te powtarzające się zranienia są tak silne, że w końcu stawia blokadę i może się wydarzyć, iż się całkiem wycofa. Powie: „Wolę być sam niż z tymi ludźmi, którzy mnie nie rozumieją i nie dotrzymują obietnic”. To jest jakiś rodzaj bezkompromisowości.

A czy ludzie ze spektrum autyzmu, szczególnie ci z autyzmem wysokofunkcjonującym, mogą tworzyć szczęśliwe związki?
Znowu się przyczepię. Tym razem do słowa „wysokofunkcjonujący”, bo rozumiem, że mówi pani o osobach sprawnych intelektualnie. Czyli to „wysokie funkcjonowanie” dotyczy tylko intelektu, z relacjami już dobrze nie jest. Czy skoro z nimi jest problem, można mimo to tworzyć związki? Tak. Tego ci ludzie szukają, tego potrzebują, za tym tęsknią. Tylko… Taki związek jest obarczony pewnymi trudnościami. Raz, że jeśli mówimy o relacji heteroseksualnej, to mogą się w niej naturalnie pojawić dzieci. A dziś wiemy, że za autyzmem stoją geny. Jeśli ojciec ma autyzm, to jest duże prawdopodobieństwo, że dzieci będą mieć autyzm na jeszcze głębszym poziomie. To na pewno ryzyko. Druga rzecz: autyzm częściej dotyka mężczyzn. I teraz pytanie, w jakich mężczyznach się zakochujemy. Lubimy tych tajemniczych, trochę zagadkowych. Oni tacy są. Ale potem, w życiu, szukamy romantyczności, niespodzianek, cudownych gestów, spontaniczności. Mężczyzna ze spektrum nigdy taki nie będzie. Będzie chciał wszystko z góry zaplanować. Peter Schmidt, naukowiec z zespołem Aspergera, napisał książkę „Kaktus na walentynki, czyli miłość aspergerowca”. Opowiada w niej, że umówili się z żoną na seks: zawsze w niedzielę rano. Umowa to umowa – dla niego rzecz święta. A ona niezadowolona. Bo życie oparte jest na subtelnościach, które osobie z autyzmem trudno zrozumieć. Ale pamiętam też rozmowę z kobietą, która się śmiała: „mój mąż jest zawsze słowny, jak powie, że zrobi, to zrobi na pewno”. Potrafiła w trudnościach znaleźć pozytywy.

Nie tak łatwo znaleźć kogoś, kto nasze ograniczenia będzie traktować jak zalety. A bez tego trudno o trwałą relację.
Robiłam badania dotyczące wsparcia społecznego osób ze spektrum. One rzadko się o to wsparcie upominają, a bliscy albo tego nie widzą, albo widzą na znacznie niższym poziomie. Ich samotność nie jest ich cechą indywidualną, ale społeczną. I na świecie tworzą częściej związki homo- niż heteroseksualne. Przy czym nie tyle wynika to z orientacji seksualnej, ile z poszukiwania kogoś podobnego. Czasem odnajdują się w mediach społecznościowych, nie znając się, a potem okazuje się, że obaj mają zespół Aspergera.

Łatwiej o przyjaźń niż o miłość?
Osoba ze spektrum może być przyjacielem na sto procent, ale wymaga tego samego od drugiej strony. A życie nie zawsze jest na sto procent etyczne. W fundacji mamy wolontariat rówieśniczy. „Parujemy” osobę ze spektrum z wolontariuszem, kimś, kto chce nawiązać z nią przyjacielskie relacje. Osoby z autyzmem tęsknią za spotkaniami, za tym, żeby ktoś wysłał do nich w sylwestra SMS… Szukamy osób o wspólnych zainteresowaniach, żeby mogły się tym dzielić. Choć z tym też bywa kłopot. Myślę na przykład o naszym podopiecznym Maćku – jego pasja to komunikacja miejska w Lublinie. I tak głęboko w tym siedzi, że coraz wyraźniej zdaje sobie sprawę, iż nie znajdzie osoby, która to z nim podzieli. Bo te pasje bywają w naszym rozumieniu nietypowe…

Jakie jeszcze fundacja prowadzi działania?
Jedno to nastawienie na dorastających i dorosłych. Moim marzeniem jest stworzyć miejsca pracy dla osób z autyzmem. Druga rzecz to badania przesiewowe dzieci. Mówię o małych, rocznych dzieciakach. Bo jest już potwierdzone, że autyzm można w pewnym stopniu „ominąć”. Że można nie doprowadzić do rozwoju wszystkich objawów. Niesamowite, jak plastyczny jest mózg dziecka. Jeśli szybko uchwycimy trudności związane z komunikacją, z nawiązywaniem relacji, to już wiemy, w jaki sposób rozwijać obszary, które szwankują.

Autyzm u dziecka można „ominąć”. A co z osobami dorosłymi, które nagle dowiadują się, że ta ich odmienność, z którą się całe życie zmagały, właśnie zyskuje nazwę: spektrum autyzmu? Coś da się zrobić? Zmienić?
Człowiek zawsze może się zmienić. To, że mózg jest już ukształtowany, nie oznacza, że nie możemy rozwijać pewnych umiejętności. W dorosłości „ominąć” autyzmu już nie możemy, ale możemy zmniejszyć jego objawy. Choćby zdefiniować, co jest mi potrzebne, żebym mógł poczuć się bezpiecznie – to ważne, bo ci ludzie mają zwykle wyższy poziom lęku. Żeby lepiej funkcjonowali, trzeba ten poziom lęku obniżyć. Samo nazwanie problemu już dużo daje, samo zdanie sobie sprawy z tego, że nie, nie jestem „dziwny”, taka jest moja natura. Osoby, które dostają diagnozę jako dorosłe, często w przeszłości miały diagnozy depresji, czasem próby samobójcze. Ale to wszystko wołanie o pomoc: ja potrzebuję ludzi. Choć w różnym zakresie. Kaktus musi mieć wodę, bez niej umrze. Ale jeśli wody jest za dużo, też może nie przeżyć…

Mówi pani o tym, jak ważna jest akceptacja – ale chyba długa przed nami droga, skoro dorosła kobieta boi się, że na hasło „autyzm” straci pracę. Nie rozumiemy autyzmu. Boimy się go?
Myślę, że jest coraz lepiej. Choć ten proces potrwa. Trudność polega na tym, że często problemu nie widać. Kiedy ktoś porusza się na wózku, rozumiemy, że potrzebuje windy czy podjazdu. A tego, że osoba ze spektrum potrzebuje ściśle określonych reguł, nie widzimy. Więc nie rozumiemy. Jaki kłopot, żeby zostać dłużej czy zrobić coś inaczej? Tak, to może być kłopot! Kiedyś Bartek Topa w ramach akcji fundacji Synapsis pokazywał trudności osoby ze spektrum – i popłynęły negatywne komentarze. Ale to i tak chyba jedyna droga. Mówić, uczyć, pokazywać. Bo jednak zmieniamy się jako społeczeństwo. W tym roku pojechaliśmy całą grupą na wakacje i kiedy usiedliśmy przy ognisku, nie było widać, kto tu jest wolontariuszem, a kto „pacjentem”. Tworzą się relacje, wymagają wsparcia, ale się rozwijają. To cieszy.