1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Potrafisz rozmawiać o seksie? Eksperci: od 100 lat wstydzimy się w Polsce tych samych rzeczy

Potrafisz rozmawiać o seksie? Eksperci: od 100 lat wstydzimy się w Polsce tych samych rzeczy

(Fot. Natalia Biegalska)
(Fot. Natalia Biegalska)

Odsłuchaj artykuł

Joanna Derda - Potrafisz rozmawiać o seksie? Eksperci: od 100 lat wstydzimy się w Polsce tych samych rzeczy

00:00
15s
0,5 x
15s
Pytał o to w latach 80. XX wieku w piosence „Czego się boisz, głupia” Jan Kaczmarek i kwestia pozostaje aktualna do dziś. Choć zaczęła się Właśnie druga ćwiartka kolejnego stulecia, seks nadal jest tematem wstydliwym, wokół którego narosło mnóstwo mitów i stereotypów.

Spis treści:

  1. Edukacja seksualna w Polsce. Czego boją się rodzice?
  2. Masturbacja: od „choroby” do zachowania prozdrowotnego
  3. Homoseksualizm dawniej i dziś. Zaskakująco podobne argumenty
  4. Seksualność kobiet i podwójne standardy
  5. Antykoncepcja i aborcja. Spory, które nie chcą się skończyć
  6. Dlaczego wciąż trudno rozmawiać o seksie?

Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026

Na zajęcia z edukacji zdrowotnej chodzi około 30 procent uczniów. Przy czym sama nazwa przedmiotu mówi wyraźnie – to nie są lekcje seksu. Uczy się tam o zdrowiu człowieka, seks jest tylko jedną ze składowych tego zdrowia. Boimy się? Nie chcemy wiedzieć?

Kamil Janicki napisał fascynującą książkę „Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce”. Ciekawe jest przyjrzenie się tamtej odległej od nas już o 100 lat z górą epoce i porównanie, co właściwie się zmieniło. Myślicie, że wszystko? Jesteście w błędzie.

Janicki pisze o dwóch Polskach. Pierwsza to ta, w której temat seksualności jest tożsamy z tematem grzechu. Druga chce w tej sferze całkowitej wolności, bez kontroli, bez reguł i ram prawa. Spory ideologiczne między przedstawicielami tych skrajnie różnych sposobów myślenia mocno przypominają nasze dzisiejsze zacięte dyskusje, w których przeciwnicy wciągają na sztandary wiarę oraz prawa człowieka.

Edukacja seksualna w Polsce. Czego boją się rodzice?

„W 1929 roku papież Pius XI oficjalnie skrytykował tych, którzy »propagują niebezpieczną metodę wychowawczą, którą określa się wstrętnym mianem wychowania seksualnego«. W ten sposób położył kres pomysłom wprowadzenia lekcji o seksie do szkół” – pisze Janicki. Mimo to zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego lekarze szkolni mieli prowadzić kilka godzin wykładów z higieny w ciągu roku.

Inna rzecz, czego tam uczono. Ministerstwo sugerowało, by korzystać z „Odezwy do młodzieży męskiej” Aleksandra Herzena, w której autor straszył kiłą, ostrzegał przed seksem, zanim osiągnie się dojrzałość płciową, czyli, jak sądzono, między 20. a 22. rokiem życia, inaczej mężczyzna narazi się na osłabienie, którego skutki „ponosić będzie przez całe życie nie tylko on sam, ale i jego potomstwo, a tym samym i kraj cały!”. Kobietami Herzen się nie zajmował.

Dzisiaj pomysły wprowadzenia do szkół przedmiotu, na którym mówić się będzie m.in. o seksualności człowieka, wywołały, jak wiemy, gigantyczną awanturę. Skończyło się na nieobowiązkowej edukacji zdrowotnej. Rząd podjął właśnie decyzję, że od września przedmiot ten ma być już obligatoryjny – ale poza modułem dotyczącym seksu… Skąd wśród rodziców ta niechęć?

– Niewiedza powoduje lęk. Nie wiemy, co tam będzie, a że nie chce nam się sprawdzić, wyobrażamy sobie straszne rzeczy. Ludzie nie czytają podręczników, ale chcą je spalić – uważa psycholog i terapeuta par Piotr Mosak.

Psycholożka i seksuolożka Magdalena Waśko z Fundacji SEXEDPL uzupełnia: – Mam poczucie, że sprzeciw wobec edukacji seksualnej wynika nie z braku troski o dzieci, ale raczej z konfliktu między systemami wartości. Doktryny religijne bardziej opierają się na normach moralnych niż naukowych. A seksuologia bazuje na badaniach naukowych. I to są dwa różne porządki, które mogą być dla niektórych nie do pogodzenia.

– Rodzice boją się, że nastąpi „przyspieszenie seksualizacji” – uważa psycholożka Halina Piasecka. – Że jeśli dzieci będą dużo o tym wiedziały, to zaczną wcześniej. To w dobie powszechnego internetu nie jest szczególnie racjonalne, oczywiście można wprowadzić dostęp z kontrolą rodzicielską, ale co z tego, skoro u kolegi nie ma takich ograniczeń? Zresztą badania pokazują coś dokładnie odwrotnego: edukacja zwykle opóźnia inicjację i zmniejsza ryzykowne zachowanie. Poza tym mamy całą sferę polityczną i ideologiczną.

W zależności od światopoglądu, religii, modelu rodziny, wartości różnimy się w tym, czy widzimy ten temat jako zagrożenie, czy też jako coś, co jest ważne w naszym życiu, a przez to stanowi kwestię, o której nie tylko można, ale i trzeba rozmawiać.

Magdalena Waśko podkreśla, że edukacja seksualna chroni dzieci. – A jej brak chroni sprawców przemocy seksualnej, bo sprawia, że dzieci nie mają wiedzy czy zasobów do tego, żeby zareagować. Nie są uczone o konsencie, czyli świadomej zgodzie, o tym, że możemy stawiać granice, że coś nam może nie pasować.

W dwudziestoleciu międzywojennym temat seksualności – w skromnej formie i z archaiczną treścią – był jednak w szkołach poruszany. Czy i jakie efekty to przyniosło? Nie da się stwierdzić z całkowitą pewnością, jednak przeprowadzona w 1934 roku na dwóch tysiącach badanych ankieta pokazała, że wiek inicjacji seksualnej znacznie się obniżył, tylko dziewięć procent respondentów przyznało, że nastąpiła przed 15. rokiem życia. „Te same statystyki, które dzisiaj skłaniają lekarzy do bicia na alarm, 70 lat temu pozwalały odetchnąć z ulgą” – podsumowuje Kamil Janicki.

Masturbacja: od „choroby” do zachowania prozdrowotnego

„Nic nie wywiera tak okropnego wpływu na organizm ludzki, nic tak nie skraca życia naszego, jak nadmierna utrata nasienia” – pisali Jonathan Braun i Beniamin Rosenblum w książce „Samogwałt (onanizm) u mężczyzn i kobiet i jego skutki”. Nie było to stanowisko odosobnione.

Uważano, że „epidemia samogwałtu” to zagrożenie dla całych społeczeństw. Onanista to żywy trup.

Przy czym o ile wcześniej masturbacja była jedynie grzechem, występkiem przeciw moralności, tak w XX wieku postanowiono podejść do sprawy naukowo. Lekarze uznali, że prowadzi do ostrych schorzeń układu pokarmowego, epilepsji, astmy, halucynacji, zapalenia płuc, przewlekłych migren, zaników pamięci, chorób układu krążenia, podrażnień skóry i kataru macicy. I tym wszystkim straszono.

Braun i Rosenblum opisują przypadek 24-letniej kobiety, która umarła na skutek samogwałtu, „wyglądała na pierwszy rzut oka na lat 50, stan jej był skrzywiony, szczęki występowały wybitnie, koniec nosa był siny, wargi obwisły. Najmniejszy ruch męczył ją bardzo i zaledwie była ona w stanie wymówić słów kilka. Chudość ciała była straszna, nogi zaś miała opuchnięte”.

Oczywiste więc było, że za wszelką cenę trzeba przed tą plagą ustrzec dzieci. A nie było to łatwe, bo, jak podejrzewano, opiekunki, służące i nianie, żeby dziecko uspokoić, zabawiają je „głaskaniem” stref intymnych. Kiedy z kolei dziecko idzie do szkoły, spotyka tam złe, demoralizujące towarzystwo w szkole. I katastrofa gotowa.

Jak jej zapobiegać? Były na to sposoby. W domu musi panować rygor – przekonywali „specjaliści” – trzeba zapełnić dziecku każdą minutę dnia, żeby nie miało czasu na oddawanie się niezdrowej rozrywce. Zapewnić ćwiczenia fizyczne, zabraniać kołysania się na krzesłach, zsuwania się po poręczach schodów, ocierania się o meble. I koniecznie ręce na kołdrze!

Brzmi idiotycznie? Pewnie tak. Zastanówmy się jednak, jaki stosunek do masturbacji mamy dziś. Czy sami nie reagujemy paniką, zażenowaniem czy lękiem, kiedy „przyłapiemy” nasze dziecko na takiej czynności? Dziewięciolatkowie przygotowujący się do pierwszej komunii idą wcześniej do spowiedzi. Ilu z nich słyszy w konfesjonale pytanie, czy przypadkiem nie było „myśli i czynów nieczystych”? Podejrzewam, że sporo.

– Dziwnie się dzieje, kiedy z jednej strony znajdujemy na Instagramie apele lekarzy, że dorosły mężczyzna dla zdrowia, żeby nie dostać raka prostaty, powinien mieć 21 wytrysków w miesiącu, a to wiąże się również z masturbacją, a z drugiej strony wyświetlają się modlitwy o „uwolnienie od grzechu masturbacji” – mówi Piotr Mosak.

A seksuolog Arek Kubea, znany w sieci jako DrDydol, autor książki „Zdrrrowe kochanie”, dodaje: – Przez tyle lat sami lekarze wmawiali nam, że to jest złe, że zamieniamy się w zombie, w żywe trupy, i są efekty. Choć teraz, kiedy dostęp do wiedzy jest powszechny, możemy to zweryfikować, a badania jasno mówią, że mastrubacja nie dość, że nie jest zła, to jest wręcz prozdrowotna. Zmniejsza wielokrotnie ryzyko prostaty u mężczyzn. A u kobiet? Pozwala lepiej poznać swoje ciało, orgazm redukuje napięcie, polepsza się sen. Trzeba tylko pamiętać, dlaczego to robimy, czy nie zastępujemy masturbacją na przykład relacji z partnerem. Masturbacja będzie mieć na nas negatywna wpływ tylko wtedy, kiedy skojarzymy ją z poczuciem winy.

Homoseksualizm dawniej i dziś. Zaskakująco podobne argumenty

Mówiło się o nich „urningowie”. Od potomstwa greckiego boga Uranosa. To termin stworzony w XIX wieku przez Karla Ulrichsa, niemieckiego prawnika, na określenie mężczyzny o skłonnościach homoseksualnych. Oczywiście traktowano to jako chorobę. I karano więzieniem – choć w przedwojennej Polsce na szczęście głównie w teorii, a w pewnym momencie i ten przepis zniesiono.

Byli także obrońcy homoseksualistów. Kamil Janicki w „Epoce hipokryzji” pisze m.in. o Antonim Mikulskim, dyrektorze szpitala psychiatrycznego Kochanówka pod Łodzią. Wydał on broszurę, w której rozwiewał mit zaraźliwości homoseksualizmu i upominał się o godność osób o tej orientacji. Choć, żeby powiedzieć całą prawdę, uważał, że jeśli zostawi się ich w spokoju, nie będzie zmuszać do żenienia się i płodzenia dzieci, problem rozwiąże się w sposób naturalny – wymrą i tyle. Rada ta nie była pozbawiona logicznych podstaw, ślub był wówczas wśród homoseksualnych mężczyzn popularnym sposobem na radzenie sobie z życiem. A w każdym razie z funkcjonowaniem w społeczeństwie. Nawet jeśli takie małżeństwa w większości nie były szczęśliwe.

Przyczyna „choroby”? Może jakieś zaburzenia chemiczne? Może, jak sądził Mikulski, „chorobliwe zboczenie organów, nie uwidaczniające się na razie ani makro-, ani mikroskopowo”? W każdym razie mieli to coś, od czego „normalni” ludzie byli wolni.

Przypomnijmy sobie hasła polityków sprzed paru lat zaledwie, wygłaszane publicznie, że „ci ludzie nie są równi ludziom normalnym”. Czy naprawdę zmieniło się tak wiele?

Piotr Mosak: – Odrzuciliśmy kulturę antyczną, słowa „pedał”, „ciota” są pełne pogardy, obrzydzenia, seks analny to synonim „zboczenia”. A badania, całkiem niedawne, bo z przełomu wieków pokazują, że w związkach hetero jest dużo seksu analnego. I co z tym zrobimy?

Magdalena Waśko, która pracuje z osobami ze społeczności LGBTQ+, mówi: – Seksualność jest tabu. Seksualność osób queerowych to tabu do potęgi. A jednocześnie występuje tu pewien paradoks.

Seksualność osób heteroseksualnych, cispłciowych, choć obudowana różnymi mitami i wstydem, jest jednocześnie osadzona w gotowych skryptach.

Mamy jasną narrację, jaki powinien być ten seks, co robi kobieta, co robi mężczyzna, i te ramy mogą dawać poczucie bezpieczeństwa, są jednak ograniczające i utrudniają autentyczność. W przypadku osób LGBTQ+ z jednej strony często to jest doświadczenie większego tabu, niewidzialności, wstydu wynikającego ze stresu mniejszościowego. A z drugiej strony myślę, że brak gotowych scenariuszy bywa wyzwalający, że seksualność osób queerowych jest częściej tworzona od zera. To wymaga komunikacji, wymaga negocjowania potrzeb, świadomego ustalania granic. Czyli ta seksualność może być bardziej elastyczna, mniej oparta na tych stereotypowych rolach, dopasowana do konkretnych osób, nie do kulturowych oczekiwań. Bo skoro nie mamy żadnych oczekiwań, możemy mieć taki seks, jaki sobie wymyślimy.

Lęk przed „uranicznymi” skłonnościami był powszechny. Pisze Janicki: „Freudyści wciąż straszyli, że w każdym człowieku drzemie pierwiastek biseksualizmu. Tym samym nad każdym wisiała groźba tego, co rozumiano jako niebezpieczne zboczenie”.

– Wyobrażenia dotyczące kontaktów seksualnych między mężczyznami może u części mężczyzn wywoływać ambiwalentne reakcje: zarówno ciekawość, jak i dyskomfort. Niektóre koncepcje wskazują, że intensywność tych reakcji bywa związana z napięciem i lękiem wokół własnej orientacji lub nie w pełni uświadomionych aspektów seksualności – tłumaczy Magdalena Waśko.

Historia sprzed roku. Trzech heteroseksualnych mężczyzn jedzie razem rowerami w Polskę. Nocleg, jeden pokój, w pokoju dwa łóżka, pojedyncze i podwójne. Okazuje się, że żaden z trójki nie wyobraża sobie, że mógłby spać w łóżku z kolegą. W efekcie losują, jeden spędza noc na kocu na podłodze.

– Bycie heteroseksualnym mężczyzną jest postrzegane jako norma czy miara męskości, a ta męskość to sztywna rama. I każde odstępstwo od normy – nawet domysł czy żart – może być odbierane jako zagrożenie dla pozycji społecznej. Homofobia jest szeroko obecna, mężczyzna wychowany w kulturze, w której homoseksualność jest piętnowana, może reagować obronnie nawet na najmniejszy sygnał, że ktoś go tak zaszufladkuje – mówi Magdalena Waśko.

A Piotr Mosak dodaje: – Położenie się do łóżka z mężczyzną to lęk przed etykietą. Związane jest to z męską fizjologią, z tym, jak reaguje ciało. Panowie wstają myć zęby i widzą, że jeden i drugi ma wzwód poranny. Wstydzą się więc, że to natychmiast zrodzi „podejrzenie”.

W dwudziestoleciu międzywojennym prasa endecka przedstawiała homoseksualizm jako przypadłość typowo żydowską, inni winą obarczali literatów i aktorów, twierdząc, że w artystycznych środowiskach grasuje homoseksualizm. Dziś mówi się podobnie o „lewakach”.

I, niestety, wiązano tę orientację seksualną z pedofilią, z seksem z nieletnimi. Takie poglądy słychać i dziś, choć odrzuciła je nauka.

Ciekawe, że obrzydzenie i oburzenie budzili tylko mężczyźni. Inna narracja dotyczyła kobiet – mieszkanek wyspy Lesbos. Kamil Janicki przytacza w książce historię lekarki Zofii Sadowskiej. W jej mieszkaniu miały się odbywać „orgie safizmu”, gdzie demoralizowano młode kobiety, które z dobrych żon i matek stawały się „przygnębionymi, zniechęconymi do rodzinnego życia”.

Sama doktor S. była lesbijką i nie kryła się z tym, w przekonaniu, że w wieku XX, w epoce postępu i tolerancji, w dodatku w stolicy Polski nikt nikomu do łóżka nie zagląda. Bo rzeczywiście – pisze Janicki – jeśli relacje jednopłciowe budziły konsternację, to tylko w odniesieniu do mężczyzn. Homoseksualnymi kobietami nikt się nie przejmował. Jeśli o nich wspominano, to po to, by sobie pożartować. I, na szczęście, nikt ich na siłę nie leczył. Za to chętnie wydawano je za mąż, co miało wywiać im z głów te fanaberie.

Seksualność kobiet i podwójne standardy

Kamil Janicki cytuje Pawła Klingera, lekarza, autora „Vita Sexualis”, jednego z pierwszych (1930) polskich podręczników seksuologii: „Mąż powinien być przewodnikiem i mentorem swojej żony”. W dodatku według niego „nieraz dużo trzeba czasu, zanim mąż wychowa żonę o »słabym temperamencie« i nauczy ją techniki spółkowania”.

Równouprawnienie? Postępowe społeczeństwo (w końcu dało kobietom prawa wyborcze)? To piękna teoria. Były oczywiście femmes fatales, ale kto by chciał z taką być? Świat nie lubił silnych kobiet wtedy, nie lubi i dziś. Za żony chętnie brali skromne dziewczątka, zapatrzone w męża. Technika miłosna miała przede wszystkim ułatwić zapłodnienie, gdzieś na końcu dopiero znajdowała się przyjemność. I to raczej męska. Co ciekawe, nawet od kochanek panowie oczekiwali skromności i rumieńców wstydu.

– Przez wieki seksualność kobiet była definiowana przez potrzeby mężczyzn – mówi Magdalena Waśko. – Nic więc dziwnego, że kobiety ciągle mogą mieć trudność w rozpoznawaniu swoich potrzeb, w komunikowaniu ich. I przekonanie, że seks to bardziej obowiązek niż przyjemność.

To stwarza duże pole do przekroczeń. Choćby pojęcie obowiązku małżeńskiego – ważniejszego niż to, czy kobieta ma w tym momencie na to ochotę, czy nie. A jeśli seks się kojarzy z przymusem, z bólem, z przekroczeniem granic, to naturalną reakcją będzie wycofanie zainteresowania tą sferą życia. Myślę też o tym, że kobiety były przez wieki uczone, jak zadowalać innych. Ale zauważam zmianę, która mnie bardzo cieszy, uczymy się, jak rozpoznawać własne potrzeby, jak je realizować. Od poświęcenia przechodzimy do podmiotowości.

Arek Kubea: – Kobieta powinna być czysta i nietknięta, a facet – hulaj dusza, piekła nie ma. Takie myślenie jest ciągle obecne, choć coraz rzadziej. Ale dalej zdarzają się sytuacje, kiedy kobieta mówi: „Lubię seks oralny”, a w komentarzach czytamy, że jest dziwką. Niestety bywa też tak, że mężczyźni nie chcą, żeby kobieta mówiła: „Uwielbiam robić to albo tamto”. Syndrom Madonny i ladacznicy ciągle ma się dobrze. Żona, matka dzieci jest tą „czystą i porządną”, będą się z nią kochać po ciemku i pod kołdrą, delikatnie. A po dziki seks pójdą gdzie indziej.

Przed wojną obowiązywało przekonanie, że seks jest dla zdrowia mężczyzny niezbędny. Janicki cytuje pismo „Kosmetyka” z 1908 roku: „Zupełne wstrzymanie się od stosunku płciowego jest dla kobiety rzeczą dla zdrowia obojętną, podczas gdy u mężczyzny wywołać ono może pewne zaburzenia w sferze nerwowej lub psychicznej”.

Męska inicjacja seksualna powinna więc odbyć się wcześnie. Były na to różne pomysły, dwa podstawowe to panna służąca albo dom publiczny. Chłopcy odwiedzali te przybytki nie tylko z kolegami, ale i z ojcami. Wizyta w burdelu stanowić miała dla nich profilaktykę migren, bólu kręgosłupa czy problemów z koordynacją ruchową. „Prostytutka stała się na wiek cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem państwowym” – pisał z ironią Tadeusz Boy-Żeleński.

Obowiązywała podwójna moralność. „Polegała na przyjęciu zupełnie różnych oczekiwań wobec kobiet i wobec mężczyzn. Tym drugim wolno było bezkarnie prowadzić życie seksualne przed i poza małżeństwem. Panny i mężatki miały z kolei być bezwzględnie cnotliwe i wierne” – pisze Janicki.

Sufrażystki nie miały wątpliwości: te podwójne standardy muszą szybko zniknąć. Przy czym, rzecz jasna, sufrażystki nie stanowiły wśród polskich kobiet większości. I kiedy 23-letnia Zofia Nałkowska na Drugim Zjeździe Kobiet Polskich krzyczała: „Chcemy całego życia!” – czyli prawa do czerpania z tego życia garściami, do wyboru swojej drogi – stojąca po drugiej stronie światopoglądowej barykady Maria Turzyma komentowała, że to tak, jakby żądać prawa do oddawania się prostytucji.

Czy i dziś nie słyszymy podobnych głosów? Wystarczy zastanowić się choćby nad sformułowaniem: zachowanie czystości przedmałżeńskiej. – Wstyd i czystość to pozostałość dziedzictwa kulturowego, kontroli kobiet. Nie mówiąc już o tym, że zachowanie czystości ma być obowiązkiem jedynie kobiet. W dodatku użycie w tym kontekście słowa „czystość” zawiera sugestię, że seks to brud – mówi Halina Piasecka.

Antykoncepcja i aborcja. Spory, które nie chcą się skończyć

Tym, co na pewno uległo zmianie, jest stosunek do antykoncepcji i aborcji. Co zresztą nie sprawia, że temat stał się łatwiejszy i mniej kontrowersyjny, wręcz przeciwnie. W przedwojennej Polsce wśród bogatszej części społeczeństwa aborcja – nielegalna – wręcz zastępowała antykoncepcję.

W 1929 roku Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński zapoczątkowali batalię o zniesienie karalności aborcji. O przerwanie zmowy milczenia na temat podziemia aborcyjnego, które zabierało kobietom zdrowie, a czasem życie. Co ciekawe, oponenci nie wytaczali przeciw nim dział przede wszystkim religijnych, jak dziś, lecz moralne, obawiano się mianowicie „rozluźnienia obyczajów”. Kampania nie przyniosła efektów, zakaz aborcji utrzymano, robiąc jednak wyjątek dla gwałtu i ważnych wskazań medycznych. Brzmi znajomo?

Dziś, na szczęście, panowie nie muszą sięgać po kondomy zrobione z materiału, jak pisze Janicki, niewiele różniącego się od dętek rowerowych. Już przed wojną w pewnym momencie nastąpiła rewolucja i te toporne wytwory zastąpiły luksusowe produkty z lateksu. Kobiety stosowały pesaria, czyli „czapeczki” na macicę, inaczej zwane zatykadłami.

Powodowały ból, upławy, stany zapalne. Ale to i tak drobiazg w porównaniu z rozmaitymi substancjami chemicznymi stosowanymi dopochwowo, mającymi działać plemnikobójczo, jak lysol czy kwas mrówkowy. W powszechnym użyciu były też irygatory, za pomocą których przepłukiwało się pochwę po stosunku. Tyle że nie działały. No i wtedy właśnie zaczęto stosować kalendarzyk małżeński.

Przynajmniej więc w tej dziedzinie dziś sytuacja wygląda bez porównania lepiej.

Dlaczego wciąż trudno rozmawiać o seksie?

Na koniec wróćmy do edukacji. Czy odbywa się ona w domu, czy w szkole, jej sukces uzależniony jest od tego, czy umiemy o seksie rozmawiać. – Nie rozmawiamy, więc nie stworzyliśmy języka, nie mamy języka, więc nie rozmawiamy – mówi Magdalena Waśko. –

Nie chodzi o to, że nie uważamy tematu za ważny, ale brak nam słów. Jest ciągle problem choćby z neutralnym słownictwem dotyczącym genitaliów. Są określenia medyczne, są wulgarne, są nacechowane wstydem.

Zawsze podaję jako przykład słowo „srom”, które pochodzi od „sromać”, czyli wstydzić się. I nawet nie jest precyzyjne, bo opisuje zewnętrzną część narządu. – Język medyczny brzmi dość sztywno, można się czuć nieswojo, jak na wizycie u lekarza – mówi Arek Kubea.

– Język wulgarny nie każdemu odpowiada. Nie mamy języka neutralnego. Ja namawiam pary, by tworzyły swój własny, który stanie się ich tajnym kodem. W książce zamieszczam moje propozycje – nie macie pomysłów, korzystajcie. Bez słów nie pogadacie.

Stanisław Kurkiewicz, przedwojenny krakowski lekarz – dziś powiedzielibyśmy seksuolog, on jednak określał się jako płciownik – był tego samego zdania. Uważał, że za to, że nie potrafimy rozmawiać o seksie, odpowiedzialny jest język. I z zapałem tworzył „Słownik płciowy”.

Orgazm nazywał błogoszczeniem, masturbację – samieństwem. Pisał o „gorejącym płciwie” i „usposobieniu trudnoszczytliwym”. Jednak wśród kolegów lekarzy nie cieszył się poważaniem, być może dlatego, że jego misja graniczyła z obsesją, i został po śmierci w 1921 roku zapomniany.

A jakie są konsekwencje braku rozmowy? – Bez niej trudno zadbać o zdrowie seksualne, o granice, rozpoznać własne potrzeby, potem je wyrazić. Jeśli brak na to słów i nie mamy poczucia, że o tym można rozmawiać, to ciężko je odkrywać. A w konsekwencji trudno odczuwać przyjemność – uważa Magdalena Waśko.

Piotr Mosak: – Tworzymy sztuczny świat. Albo omijamy temat, albo pokazujemy go w sposób fałszywy. Rodzice nie rozmawiają z dziećmi, w szkole to samo, w telewizji pokazują seks nieprawdziwy: wszyscy wstają z łóżka owinięci w prześcieradła, kobiecie nigdy nie rozmazuje się makijaż, mężczyzna nigdy nie ma potarganych włosów, a dochodzą zawsze w tej samej chwili.

Arek Kubea potwierdza: – Nie ma przeciągającej się po seksie nagiej kobiety, nie ma faceta, który idzie z gołym tyłkiem przynieść tej kobiecie wodę. Wszystko jest idealnie. Nie! Ma być prawdziwie. Rozmazana szminka, łzy w oczach, pot i czerwone plamy na dekolcie – to jest obraz po seksie.

– Wstydzimy się sami siebie – mówi Piotr Mosak – i wstydzimy się innych. Może ktoś nas wyśmieje, może to, czego chcemy, oznacza „zboczenie”?

Wstydzimy się na przykład nagości. Rodzice zasłaniają ciała, dziecko rośnie w poczuciu, że nagość jest czymś zakazanym, na basenie pod prysznicem myjemy się w kąpielówkach. Jedyne, czym się chwalimy, to: mężczyźni – ile mieli lasek, kobiety – ile fantastycznych orgazmów.

Pamiętam, jak moja wykładowczyni na studiach mówiła monotonnym głosem: „seks w życiu człowieka jest czymś takim samym jak wszystko inne, tylko że ważnym”. To część przyjemności, intymności, bliskości, relacji, wpływa na zdrowie, ma mnóstwo pozytywnych konsekwencji, a my przenosimy go w sferę wstydu. Słowo wstyd powinno być zakazane w kodeksie karnym, ono niszczy psychikę.

Halina Piasecka jest zdania, że żeby rozmawiać o seksie, trzeba umieć regulować emocje. – W tym nauczyć się pracy z własnym wstydem. Uświadomić sobie, skąd pochodzą nasze przekonania. Zobaczyć, że one nie są jedynym możliwym sposobem myślenia o seksualności. Gdybyśmy potrafili emocje regulować, byłoby nam dużo łatwiej budować relacje, rozmawiać, formułować potrzeby, odczuwać przyjemność. Dajmy sobie na to zgodę. Bez hipokryzji.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE