1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jakie archetypy i normy seksualne stale nam towarzyszą?

Jakie archetypy i normy seksualne stale nam towarzyszą?

Nasza seksualna historia ma duży wpływ na to, jak dzisiaj postrzegamy seks. (Fot. iStock)
Na początku był raj: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” – tak zaczyna się nasza seksualna historia, która z czasem coraz bardziej się komplikuje… Dziś przychodzi nam na nowo odnaleźć się w normach i oczekiwaniach. Z czego biorą się nasze seksualne frustracje? Czemu tyle gadamy o seksie? Jest celem samym w sobie czy tylko narzędziem?

Uporządkujmy fakty. Adam (z hebrajskiego „mężczyzna”, „człowiek”) i Ewa („budząca życie”) żyli w idealnej harmonii. Ze sobą i ze światem. Złamali jednak zakaz Boga i sięgnęli – kuszeni przez węża – po owoc z drzewa poznania dobra i zła. Wygnani z raju zostali odcięci od Boga i poczucia wiecznej harmonii. A wraz z nimi cały ludzki ród. A więc także ja i ty…

Postać Lilith

To wersja, jaką wszyscy znają, ale – jak podają niektóre źródła (m.in. Rękopisy z Qumran w Izraelu czy teksty Talmudu i Zoharu) – przed Ewą była z Adamem inna kobieta, Lilith – dla jednych symbol wolności, niezależności i nieposłuszeństwa, dla innych – demon rozwiązłości, symbol wszelkiego zła, ciemnej strony mocy. Lilith nie godziła się na podległą rolę, jaką później przez wieki mężczyźni wyznaczyli kobietom, także w seksie, więc odeszła od Adama. Nikt jej z raju nie wypędzał. Dopiero potem pojawiła się Ewa, z Adamowego żebra... I wszystko zepsuła, sięgając po jabłko. To właśnie Lilith, jak podają dawne księgi, mogła być owym wężem, który nakłonił Ewę do… no właśnie – nieposłuszeństwa czy poznania?

Lilith to postać bardzo seksualna, niepoddająca się woli mężczyzny, sama decydująca, jak ma się kochać – tak widzą ją przedstawicielki nurtów feministycznych: oto nasza pramatka. Świadoma, niezależna, niepodległa. Dla kobiet często jest symbolem emancypacji, wolnej woli, zbuntowaną kobietą pragnącą niezależności, wypowiadającą nieposłuszeństwo patriarchalnym normom obyczajowym („Dlaczego mam leżeć pod Tobą? Jestem Tobie równa!”). Ale też – mówią księgi – Lilith to demon, wszetecznica, potwór porywający dzieci – potomków Adama i Ewy, kochanka najwyższego szatana. Tak obecna jest w sztuce, astrologii i mitach. Nawiedza mężczyzn podczas snu i zsyła na nich namiętne żądze, ale za chęć ich spełnienia budzi seksualne lęki, przyczynia się do impotencji i bezpłodności.

Czy nasze lęki i frustracje to w takim razie zasługa Lilith? A może Ewy? Kara za nieposłuszeństwo?

Rozpasanie kontra wstrzemięźliwość

Dziś, gdy seks otacza nas zewsząd i nie daje o sobie zapomnieć, wyzierając z telewizyjnych i prasowych reklam, billboardów wielkości wieżowców z roznegliżowanymi paniami – ale i panami – wydaje nam się, że żyjemy w czasach bardzo swobodnych. W starożytności nie było skromniej: na ścianach domów czy w publicznych łaźniach, na ściennych malowidłach, domowych wazach – dumnie sterczały, kamienne lub namalowane, wizerunki męskiego przyrodzenia. W zapisach historycznych i na freskach odnajdujemy opisy orgii, które w starożytnym Rzymie nie były niczym niezwykłym – szał zmysłów, nieposkromiony wyrzutami sumienia, żadnym tabu, poczuciem wstydu czy grzechu, był normą. Ale tylko dla mężczyzn (kobiecie za zdradę męża groziło wygnanie, a nawet pozbawienie życia), i to wolnych (wszyscy inni, czyli niewolnicy, służący – zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej – byli stroną bierną, nie inicjującą). Seksu i miłości nie dzielono na homoseksualne i heteroseksualne, a czynności erotyczne traktowano jak wszelkie inne dotyczące ciała. Wzorem bogów z Olimpu starożytni cieszyli się życiem w różnych jego przejawach, a w owych czasach do długich ono nie należało (średnia życia wynosiła 25 lat).

Z czasem i owo rozpasanie uległo obyczajowym zmianom, filozofowie mówili o umiarkowaniu i „złotym środku”, doszły stoicyzm i ascetyzm, a zdradę czynioną przez męża zaczęto równać do zdrady czynionej przez żonę, czyli obie potępiać. Starożytna Grecja była mniej rozpasana od Rzymu, ale prawdziwe moralne okowy nadeszły wraz ze średniowieczem i troszczącą się o czystość seksualną interpretacją chrześcijaństwa przez ówczesnych Ojców Kościoła. Życie seksualne w wiekach średnich toczyło się dwoma nurtami – bogobojnym, gdzie ciało jest źródłem udręki i jest grzeszne, a seks służy głównie prokreacji (to wśród ludu i mieszczaństwa), i drugim, wśród szlachty i rycerstwa realizowanym m.in. z wojennymi brankami, podczas gdy żony zakuwano w pasy cnoty. Z seksualnością ludzie się nie obnosili, a swoje pragnienia realizowali w ukryciu, po ciemku, pod osłoną nocy lub w miejscach tajemnych schadzek, by nie narazić się na wstyd czy potępienie.

Epoka wiktoriańska i jej surowa obyczajowość skutecznie zepchnęły w cień temat seksu na wiele lat. Świat zachwycał się postępem technicznym, przemysłem, odkryciami naukowymi. Wyparta seksualność znalazła swe ujście w rozkwitającej wówczas prostytucji. Potem co prawda pojawił się Freud i jego badania nad popędem seksualnym (początek XX wieku), ale jego prace znane były wówczas nielicznym. Tym niemniej seks zaczął być badany.

Prawdą jest, że przez stulecia seks był domeną mężczyzn, według reguł przez nich wyznaczanych i prawnie anektowanych, a kobiety – oficjalnie – pragnień seksualnych nie miały i nie powinny mieć. W niektórych kulturach do dziś to kobiety winione są za budzenie erotycznych pragnień u mężczyzn i z tego powodu muszą ukrywać ciało i włosy pod warstwami ubrań, a w jeszcze innych są wręcz pozbawiane ostrym narzędziem kobiecego atrybutu seksualnego i źródła przyjemności – łechtaczki.

Co innego na Dalekim Wschodzie – tantra, kabała, Kamasutra… W dziełach powstałych w dalekich krajach wielbi się potrzeby i uczucia obojga kochanków. Kobieta nie służy mężczyźnie, oboje służą sobie. I w jednym celu – pogłębienia miłosnej więzi. Kamasutra w podtytule nosi nazwę „Traktat o miłowaniu” i dotyczy dbałości nie tylko wzajemnie o siebie, ale o otoczenie, relacje z innymi. Podobnie tantra – jest filozofią życia, a nie tylko techniką pogłębiania satysfakcji z seksu, jak wielu ją traktuje.

Satysfakcja gwarantowana

Czy dziś żyjemy w seksualnym raju? W cywilizacji seksu? Media, które promują bycie sexy przez 24 godziny na dobę czy podają sposoby na osiągnięcie większej satysfakcji seksualnej, wpędzają ludzkość w kompleksy – jak tu dorównać papierowym czy celuloidowym postaciom z reklam, telewizji, internetu i gazet?

Oddzieliliśmy zachowania seksualne od ich źródła – wyrażania emocji. Odwróciliśmy role i znaczenie – to zachowanie seksualne ma dostarczać nam emocji. Ekstremalnych i w żaden inny sposób nieosiągalnych. Dowiodły tego m.in. powojenne badania dr. Alfreda Kinseya, które zburzyły „porządny” obraz amerykańskich rodzin – pokazały, że głoszone postawy z realizowanymi zachowaniami niewiele mają wspólnego. I kto wie, może właśnie od tej pory zaczęliśmy się przejmować, co jest normą, a co nie… Raport Kinseya przyczynił się do przełomu kulturowego w latach 50., a w konsekwencji – do rewolucji seksualnej w latach 60. I choć niektóre dane z jego badań zostały poddane krytyce (m.in. za nierzetelność, dobór badanych osób), to do dziś dla wielu stanowią wzorce i normy. Na przykład: średnia liczba stosunków małżeńskich tygodniowo to 2,8, seks oralny uprawia 60 proc. badanych, masturbacja jest powszechna u mężczyzn (92 proc.) i częsta u kobiet (62 proc.), a średnia długość penisa w zwodzie to 15,5 centymetra (jeśli podają sami badani) lub 13 centymetrów (gdy pomiaru dokonuje personel). Zresztą większość badań, również tych przeprowadzanych później, dowodzi, że nasze zachowania odbiegają od tego, jaką postawę obyczajową oficjalnie przyjmujemy lub prezentujemy. To nie my „grzeszymy”, tylko inni.

Odkąd wiedza o zachowaniach seksualnych stała się powszechna, a kobiety zaczęły domagać się prawa do orgazmu, frustracja seksualna wzrosła. I to nie tylko u mężczyzn. Bo jeśli orgazm, do którego kobieta wreszcie „ma prawo”, nie nadchodzi, a niektóre żony dla świętego spokoju, by nie frustrować męża, po prostu go udają, to coś jest pewnie z nimi nie tak… Albo z tymi mężami, że nie potrafią…

– W dzisiejszych czasach dużo o seksie mówimy i myślimy, ale to nie znaczy, że równie często go uprawiamy – twierdzi Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Statystyczny Polak widzi dziennie pięć, sześć rozebranych osób i w tygodniu co najmniej jedną kopulującą parę – na filmie, na billboardzie, w reklamie. Ale osobiście seks uprawia trzy, cztery razy na miesiąc. Statystyczny Afgańczyk z wioski może nie widzieć przez całe życie ani jednej rozebranej osoby, ani jednej kopulującej pary. Ale ile razy w tygodniu uprawia seks? Nie wiem. Oni o tym nie mówią. My mówimy bez przerwy.

Skupienie się na słowach, obrazach i technikach zamiast na okazywaniu sobie wzajemnie uczuć sprawiło, że pogubiliśmy się w rozmaitych „normach”, „statystykach” i potrzebujemy przewodników, którzy nas poprowadzą. Jedni wybiorą tantrę, inni sakrament małżeństwa, jeszcze inni będą szukać spełnienia u kolejnych partnerów, od nich uzależniając swoje erotyczne bądź miłosne spełnienie. Jeszcze inni zaprzeczą swoim seksualnym potrzebom i będą żyć samotnie, w zgrupowaniach, poślubieni idei lub Bogu. I może trzeba przyjąć, że dróg jest wiele – i niech każdy podąża swoją, jeśli ją znajdzie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze