Czy mężczyzna, który sprząta, jest sexy? Jak dzielicie obowiązki w związku?

fot. 123rf

Skoro w zgranym związku dzielimy się wszystkim, powinno to dotyczyć także domowych obowiązków. A jednak w XXI wieku nadal to kobieta sprząta, pierze i gotuje, a do tego pracuje zawodowo. Psycholożka Katarzyna Miller wyjaśnia, dlaczego ten tradycyjny układ ma się dobrze, i tłumaczy, o ile lepiej byłoby nam w nowym.

Czy mężczyzna z żelazkiem, odkurzaczem albo wilgotną ściereczką do kurzu w dłoni…

…to jeszcze jest facet? Dla mnie tak. Bo najistotniejsze jest, jak on prasuje, odkurza czy sprząta. Jeśli z radością i zadowoleniem, a do tego ma fajne ciałko, które mi się podoba… Dla mnie niebywale sexy jest widok faceta, który gotuje i zmywa. W ogóle facet, który umie coś zrobić, jest niesamowicie męski. Mam na myśli taką inteligencję codzienności: a to zreperuje radio, które się popsuło, a to posprząta, jak coś się stłukło, a to zupkę dosmaczy, jak mu za mdła wyszła… Jest przytomny, obecny, zaangażowany. Pamiętam, jak u mojej koleżanki w Brukseli jej mąż przygotowywał dla gości kolację. Wygonił nas z kuchni i cały dzień tam siedział w jakimś twórczym szale – ogromnie tym urósł w moich oczach. Albo facet, który umie wyczyścić czy wyprać mi plamę z ważnego ciucha. On jest cudotwórcą!

Jak taki czynny udział mężczyzny w pracach domowych przekłada się na zadowolenie ze związku, a może i z pożycia?

Nie na darmo mówią: „Jeśli chcesz zrobić kobiecie dobrze, ogarnij dzieci i posprzątaj mieszkanie”. Będzie miała i czas, i ochotę na seks. I jeszcze jej powiedz, jaka jest ważna i jak w domu promieniuje jej obecność. Bo kobiety chcą się czuć ważne i doceniane, a mężczyźni bardzo często dają im to odczuć, kiedy one są wobec nich ciepłe. Ciepła kobieta nie zrzędzi, nie marudzi i nie jest wiecznie zmęczona. Jak to osiągnąć? Nie zwalać jej na głowę całego domu. Proste!

Cieszy mnie, że to mówisz, bo co miesiąc jak bumerang wraca do mnie temat tzw. obowiązków domowych. Najnowsze badania CBOS-u pokazują, że nic się nie zmieniło. Ponad 60 proc. czynności związanych z domowymi pracami jest w rękach kobiet.

Cóż, myślę, że kobiety po prostu niechętnie oddają to pole mężczyznom.

Ale oni też się nie kwapią do jego przejęcia. I mają do tego doskonałą wymówkę. Inne badanie, szeroko komentowane w prasie męskiej, dowodziło, że facet w fartuszku jest dla kobiet mniej sexy.

Mężczyźni chętnie chwytają się takich wyników badań, bo to ich utwierdza w przekonaniu, że dalej nie muszą poczuwać się do tego, by w domu sprzątać, gotować czy prasować. Najłatwiej jest powtarzać stereotypy, w dodatku takie kołtuńskie jak ten. A przecież kiedy umiesz oporządzić siebie i dom, jesteś bardziej niezależny. Taka sprawność codziennego życia zwiększa zaufanie do siebie i pewność, że zawsze dasz sobie radę, bo zawsze będziesz umiał na siebie zarobić, a to na zmywaku, a to w firmie sprzątającej… I to nie są wcale uwłaczające godności prace, tylko umiejętności potrzebne wszystkim ludziom, kimkolwiek są.

Może sedno tkwi w słowie „uwłaczające”…

Nadal jest społeczne przekonanie, że prace domowe to zajęcie niższego rzędu i dlatego powinny je wykonywać kobiety albo obcokrajowcy. Dlaczego? Bo tam są małe pieniądze. Gdy zaczną być większe, to będą się do nich garnąć także faceci.

Kiedy słyszę, że żona robi w domu wszystko, a mąż nie wie nawet, gdzie są worki na śmieci, to zastanawia mnie, czy ten mężczyzna nie widzi, że staje się życiowym kaleką. Mieszka w domu, o który nie umie zadbać.

A skąd, on myśli, że jest baszą, którego trzeba obsługiwać.

Co musiałoby się stać, żeby zmienił swoje podejście?

Paradoksalnie trzeba by zacząć tę zmianę od kobiet, a konkretnie matek, które mają tendencję do wyręczania swoich dzieci, a najczęściej chłopców, oraz partnerów w domowych obowiązkach. Myślę też, że ta zmiana może przyjść dość łagodnie i naturalnie. Młode, wyzwolone kobiety po prostu nie będą już tego robić. Postawią sprawę jasno: „Chcesz mieć czyste majtki, to je sobie wypierz”, „Chcesz mieć ładną koszulkę, to sobie ją wyprasuj”.

„A może przy okazji też moją…”

Jeśli ci się będzie chciało. Ja też może, jak będzie mi się chciało, coś dla ciebie zrobię, ale niekoniecznie prasowanie. Bo ja pewnych rzeczy w domu nie robię, i już. Poza tym jeśli w pracy gonią mnie terminy i muszę poświęcić więcej czasu jakiemuś projektowi, to chyba jest to ważniejsze niż prasowanie, które może poczekać. I leży sobie niezrobione. Jak mu to przeszkadza, to niech uprasuje. Tylko że w polskich domach to zwykle ona nie wytrzymuje i w końcu robi coś za niego. No bo jak to tak można, żeby było nieposprzątane? Ano można. Kobiety, na swoje nieszczęście, wiecznie widzą skierowane na siebie oko krytyka: mamusi, sąsiadek, Pana Boga czy księdza proboszcza, które łypie groźnie i z wyrzutem: „No jak to tak można?”.

Ja sama kiedy nie mam czasu, to nie sprzątam, i wcale mi to nie przeszkadza. Ale jeśli ktoś ma przyjść, to robi mi się głupio i albo sprzątam jak szalona, albo zaczynam się tłumaczyć.

„Przepraszam, ale u mnie taki bałagan”. Przestańmy wreszcie mówić ten tekst. Ja wiem, że to szalenie trudna sprawa, bo to zdanie przyswaja się nam osmotycznie już w dzieciństwie. Wchodzi do domu mała Asia, a mamusia od progu krzyczy, żeby zdjęła buty. Ja zawsze wchodzę w butach. Jak się naniesie, to się rozchodzi (śmiech). A potem się to posprząta. U mnie akurat robi to pani, której za to płacimy. Bo sprzątać nie cierpię i powiedziałam sobie i Edkowi, że nie będę. Oczywiście na bieżąco sprzątam coś, co się zabrudziło czy wysypało, natomiast myć podłóg i ścierać kurzów nienawidzę. Za to lubię zmywać naczynia i to co jakiś czas robię. Kiedy mi się zachce.

Przestańmy udręczać się tym, że nie jest posprzątane.

Kobiety mają w sobie strasznego sędziego – Wewnętrzną Perfekcyjną Panią Domu. Swoją drogą przeraża mnie popularność tej postaci. Czy po to pracowałyśmy tyle na rzecz równouprawnienia, by znowu wchodzić w Jej Wysokość Pindzię?! Mówię o pewnym typie kobiety, w którym mieści się też taka Martha Stewart, która w swoich programach pokazuje, jak idealnie ułożyć serwetki, uszyć poszewkę na poduszkę czy zrobić ekstra lambrekin na okno… Wszystko dokładnie według przepisu, a nie „jak się mi chce”.

Bo mój dom świadczy o mnie.

Ależ oczywiście – i nic innego o mnie nie świadczy, tylko mój dom. Przy czym mieszka w nim cała rodzina: mąż, dzieci, psy, czasem nawet i dziadkowie. Ale to ja jestem wydelegowana do tego, żeby zajmować się domem, tak było od wieków. Ale dzisiaj? Jeśli kobieta mieszka sama, to rzeczywiście jej dom świadczy o niej, oprócz wielu innych rzeczy, które także o niej świadczą. Natomiast jeśli mieszka z całą rodziną, to ten dom świadczy przecież o nich wszystkich, o czym jakoś lubimy zapominać.

Zauważ, że kobiety nie tyle mówią o równym podziale obowiązków, co o pomocy w obowiązkach domowych. „Taki dobry mąż mi się trafił, bo mi dużo pomaga”. A on nie powinien pomagać, tylko zwyczajnie robić. Najlepiej by było, żeby wszyscy sobie siedli razem i ustalili, kto czego nienawidzi robić, i powiedzieli: „No, dobrze, to nie będziesz tego robić”, a jak nikt czegoś nie będzie chciał robić, to trzeba to komuś zlecić za pieniądze.

Cała reszta powinna być podzielona po równo?

To zależy. Jeśli jedna osoba więcej pracuje niż druga, to powinna mniej robić w domu, ale mieć jakiś swój przynależny kawałek zadań. Dzieci również.

Podobno najwięcej kłótni małżeńskich rozgrywa się właśnie o podział obowiązków.

Czyli, wydawałoby się, o pierdołę. Jak tu porównać niezmyte naczynia z nadużytym zaufaniem, zdradą czy sprzeniewierzeniem pieniędzy? A jednak mamy poczucie, że zaangażowanie w dom w jakimś stopniu odzwierciedla zaangażowanie w związek.

Mamy też pewne rozdwojenie jaźni: chcemy, by mężczyźni zdjęli z nas ciężar obowiązków, a z drugiej strony „facet w fartuszku jest niemęski”.

Chcemy, by kobiety zarabiały tyle co mężczyźni, a z drugiej strony w restauracji to dobrze, by on za nią płacił. Zdecydujcie się, baby, na Boga! W fartuszku nieseksowny? A to zdejmij mu spodnie i sam fartuszek niech nosi – zaraz będzie bardziej seksowny, skoro tak wolisz.

No ale czy seksowne nie jest już samo to, że poświęcił pół godziny na to, by posprzątać, żebyście mogli w czystym domu pooglądać sobie film czy wypić wino?

Ludzki umysł zawalony jest starymi, wyświechtanymi stereotypami, trzeba w nim po prostu zrobić porządek. Zanim się zrobi porządek w domu. Bo świat się zmienił o 180 stopni, dziś możesz kupić w sklepie pyszne gotowe pierogi i je zwyczajnie sobie odgrzać, zamiast załamywać ręce, że to nie jest „domowe” jedzenie. Niesamowicie oburza mnie fakt, że wymyślamy sposoby na to, jak oszczędzić sobie pracy i mieć więcej czasu – po to, by mieć go coraz mniej.

A w domu wiecznie nieposprzątane.

I wiecznie ten piach nanoszą! Wracasz do domu po pracy i szlag cię trafia, że znów brudno.

No i sprzątasz. Bo on wprawdzie może by to zrobił, ale później, a do tego źle.

Kobiety tak jak są cudowne, tak też są czasem głupie jak cep. Ona woli się urobić, żeby tylko udowodnić mu, że nie jest w stanie zrobić tego lepiej od niej. I co ona z tego ma? Jest urobiona i ma zagwarantowane, że on już nigdy się do tego nie weźmie oraz że coraz mniej będzie ją lubił.

Jeśli nie dopuścimy mężczyzn do prac domowych, to one nigdy nie zostaną uznane za wartościowe. Więc o co nam chodzi? Boimy się, że nie będziemy miały monopolu na sprzątanie? I co wtedy będziemy robić? To wszystko, co już robimy: jesteśmy strażaczkami, dyrektorkami, kierowcami. Zajmujmy przestrzeń mężczyzn, a oni niech zajmują naszą, wtedy wszyscy zrozumiemy, że to, czy ktoś do czegoś się nadaje, zależy od umiejętności personalnych, a nie płciowych. To kobiety muszą zwolnić inne kobiety od tego obowiązku.

Ja bardzo bym chciała, żeby znane kobiety zaczęły częściej mówić, że nie da się wszystkiego ogarnąć. Nie da się być Perfekcyjną Panią Domu, Perfekcyjną Matką i Perfekcyjną Szefową.

Ani prowadzić perfekcyjnego życia, w którym rano medytujesz, następnie wcierasz w ciało olejki i kremy, a potem czytasz rozwojowe książki w czystym jak łza mieszkaniu. Czasem bywa tak, że robisz sobie herbatę na ufajdanym stole, bo nie masz czasu go sprzątnąć. Moja znajoma, pani architekt, mieszkała z synkiem w domu, w którym nie zawsze był porządek, ale była radość. I na przykład na stole stał miód, a obok leżały skarpetki. To była kwintesencja prostego życia! Trzeba dojść do tego, że rzeczy, które nam służą, mogą sobie stać gdziekolwiek. Bylebyśmy wiedzieli gdzie po nie sięgnąć. Bałagan to tylko pojęcie.

Co nie zmienia faktu, że są i kobiety, i mężczyźni, którzy uwielbiają zajmować się domem.

Ależ oczywiście. „Obowiązki domowe” mogą być „domowymi radościami”. Nie ma nic milszego niż zrobić sobie herbatkę w ślicznym kubeczku i zjeść coś pysznego na ulubionym talerzyku. Jakbyśmy mieli w domu same rzeczy, które lubimy, to może chętniej byśmy o nie dbali. Wszyscy, bez podziału na płeć. Zróbmy z obowiązków wartość, a do tego frajdę. A jak będziemy miały dość tego, że nie szanuje się naszej pracy, nie tylko tej w domu, to weźmy przykład z Finek i ich protestu w 1975 roku. Po prostu przestańmy robić cokolwiek i okaże się, jak dużo robimy.

 

Katarzyna Millerpsycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

 

Niebezpieczna zamiana ról?

  • Najnowsze badania CBOS z 2016 r. pokazują, że podział obowiązków w polskich domach nadal jest tradycyjny. Kobiety wykonują większość prac domowych, takich jak przygotowywanie jedzenia (75 proc.), sprzątanie (61 proc.), pranie (84 proc.) czy prasowanie (84 proc.).
  • Według szeroko przywoływanego amerykańskiego badania „Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie”, pary, w których mężczyźni sprzątają, gotują i piorą równie często jak kobiety, rzadziej uprawiają seks. Z kolei zdaniem dr. Thomasa Hansena, psychologa z Norweskiego Instytutu Badań Socjalnych, im więcej mężczyzna pomaga w domu, tym większe jest ryzyko, że związek się rozpadnie. Psycholog dr Bartosz Zalewski, który komentował te badania dla „Newsweeka”, twierdzi, że szczęścia w parze nie mierzy się liczbą odbytych stosunków. Częstotliwość może spadać, ale zwiększać się satysfakcja. Profesor Zbigniew Izdebski na portalu natemat.pl także odniósł się do tej kwestii: – Badania trzeba umieć czytać i nie uogólniać ich wyników. To, że wszystkie kobiety „podświadomie” podniecają mężczyźni w typie macho, nie jest prawdą, to zwykły stereotyp.