1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Natalia Narożańska – nadzieja polskiego lotnictwa

Natalia Narożańska – nadzieja polskiego lotnictwa

Natalia Narożańska znalazła się w zeszłym roku na liście magazynu „Forbes” 25 osób przed 25. rokiem życia, zdobywając główną nagrodę w kategorii „Nowe technologie”. (Fot. Paweł Klein)
Natalia Narożańska znalazła się w zeszłym roku na liście magazynu „Forbes” 25 osób przed 25. rokiem życia, zdobywając główną nagrodę w kategorii „Nowe technologie”. (Fot. Paweł Klein)
Natalia Narożańska jest absolwentką inżynierii lotniczej na Cambridge. I autorką pomysłu, dzięki któremu ma szansę ziścić się marzenie o lepszym, bardziej przyjaznym dla naszej planety świecie.

W zeszłym roku znalazła się na liście magazynu „Forbes” 25 osób przed 25. rokiem życia, zdobywając główną nagrodę w kategorii „Nowe technologie”. Na koncie ma także stypendium Fundacji Jamesa Dysona dla wybitnych studentek inżynierii i wyróżnienie w międzynarodowym konkursie McKinsey Next Generation Women Leaders. O Natalii Narożańskiej w mediach mówi się i pisze jako o nadziei lotnictwa, a o jej projekcie – że jest szansą na zieloną rewolucję. O jaki projekt chodzi? Lekkiego samolotu napędzanego energią słoneczną. Do niedawna wydawało się, że w tej kwestii naukowcy doszli do ściany. Chodzi więc o wizjonerski pomysł młodej Polki, którego nie byłoby – co podkreśla sama Natalia – bez wizjonerskiego pomysłu innej młodej Polki.

Nie da się?

Jest rok 2014, a Natalii, wtedy uczennicy klasy maturalnej, wpada w ręce artykuł o perowskitach, superlekkich ogniwach słonecznych, i o nowej metodzie ich drukowania. Na tyle taniej, że ogniwa można będzie produkować na skalę masową. Nową metodę produkcji opracowała w laboratorium w Hiszpanii młoda naukowczyni Olga Malinkiewicz. Licealistka Narożańska czyta o tym, nie mając pojęcia, że: a) trafi wkrótce na Cambridge, gdzie temat perowskitów okaże się dla niej kluczowy; b) osobiście pozna Olgę.
Parę miesięcy później na portalu popularnonaukowym trafia na inny artykuł. W nagłówku czyta: „Dlaczego nigdy nie będziemy mieli szybkiego samolotu solarnego?”.

– Jeśli ktoś twierdzi, że czegoś nie można zrobić – mówi dziś z rozbawieniem Natalia – natychmiast mam ochotę sprawdzić, czy faktycznie nie można. Zresztą od razu znalazłam w przytaczanych wyliczeniach błąd. Przeliczyłam to sobie sama i stwierdziłam, że rzeczywiście może być z tymi samolotami trudno, ale nie jest to znowu takie niemożliwe. A już szczególnie gdy mamy do dyspozycji sto razy lżejsze perowskity, o których w tekście nie było słowa; powtarzał się jedynie argument, że ogniwa słoneczne są bardzo ciężkie. I rzeczywiście, tradycyjne ogniwa są. Najbardziej znany zbudowany prototyp solarnego samolotu jest zupełnie nieopłacalny w produkcji, bo 60 proc. jego wagi to baterie. Tak czy inaczej można powiedzieć, że zainspirowała mnie myśl, iż szybkich i lekkich samolotów solarnych zbudować się nie da. Postanowiłam to sprawdzić na własną rękę.

Wachlarzówki

Samolot według pomysłu Natalii jest lekki, ale to nie wszystko. W tym opracowanym w ramach pracy magisterskiej na Cambridge projekcie znaczenie ma też unikalna sylwetka. Zaskoczeniem może być długi ogon z tyłu, na którym mieszczą się dodatkowe panele słoneczne. Natalia wpadła na ten pomysł, kiedy była akurat u rodziny w Nowej Zelandii. W Europie zima, tam pełnia lata. Podpatrzyła trzy wachlarzówki, ptaszki wielkości wróbla przypominające z wyglądu… pawie. Biły się o pożywienie, kręcąc w powietrzu młynki. – Wow! – pomyślała Natalia. – Ten ptaszek ma tak gigantyczny ogon i potrafi z nim tak świetnie latać? A skoro tak, może dałoby się to jakoś wykorzystać?

Samolot słoneczny wymaga innego projektowania niż klasyczny, każdy metr kwadratowy generuje dodatkową moc. A jednocześnie każda dodatkowa powierzchnia to ryzyko, że maszyna będzie niestabilna. W trakcie pracy Narożańska zweryfikowała kształt ogona tak, że w obecnej formie nie przypomina już wachlarza, ale ciągnącą się za samolotem wstęgę. Zastrzega, że dzisiaj brzmi to może jak pasmo olśnień i sukcesów, ale momentami sprawy wcale nie toczyły się gładko. Pamięta początkowy sceptycyzm doktora Jerome’a Jarretta z wydziału inżynierii lotnictwa. Po tym, jak w ogóle udało się go przekonać, żeby został jej promotorem i podpisał dokumenty niezbędne, żeby zacząć symulacje i budowę modelu samolotu, doktor Jarrett, składając swój podpis, rzucił pamiętne: „To może być spektakularny sukces albo spektakularna porażka”.

Grubsza skóra

W sieci można znaleźć archiwalne nagranie – odcinek programu „Od przedszkola do Opola” z dziewięcioletnią Natalią Narożańską w roli głównej. Pewna siebie, elokwentna, na pytania prowadzącego program odpowiada bez wahania. Jej wykonanie „Koncertu jesiennego na dwa świerszcze” wygrało ten odcinek, ale występ miał też nieprzyjemne konsekwencje. Natalia pamięta, że po tym, jak program był emitowany w telewizji po raz drugi, była już na tyle świadoma tego, co ją czeka w szkole, że przerwy spędzała – z koleżanką u boku – w łazience. Na korytarzach czekało ją piekło. Przekonała się, że dzieci potrafią być okrutne, ale też, jak mówi, zyskała grubszą skórę: – Nauczyłam się, że krzywdzące opinie innych ludzi na mój temat niewiele znaczą i często mówią więcej o nich niż o mnie. Już nigdy nie pozwoliłam sobie, żeby dotknęły mnie komentarze i żarty. Byłam wygadana i zbuntowana, trudno było mnie przytłoczyć.

Córka dwojga lekarzy. Mama neurolożka, tata urolog. A wcześniej chirurg dziecięcy, co wiele tłumaczy, biorąc pod uwagę, że ich mieszkanie na gdańskich Stogach, kiedy Natalia z bratem byli mali, przypominało twierdzę: – Tata naoglądał się w szpitalu takich rzeczy, że szyby w drzwiach do pokojów zamienił na pleksi. Obklejone rogi blatów, niebezpieczne dla dzieci chemikalia schowane na najwyższej półce. W dodatku po jednym z dyżurów taty w sylwestra dostałam bezwzględny zakaz wychodzenia z domu w Nowy Rok i jakiegokolwiek kontaktu z fajerwerkami.

Dzień matury z fizyki zapamiętała tak: mama pyta nieśmiało, czy Natalia chciałaby coś zjeść. „Nie chcę śniadania”. Herbaty? „Nie chcę”. A kiedy Natalia już przed budynkiem szkoły wychodzi z samochodu, ostatnie, co mówi do mamy, to: „Mam nadzieję, że będzie trudna”. Słowa się ziściły, co nie przeszkodziło jej zdać fizykę na 97 proc., a matematykę na 98 proc. Profil matematyczno-fizyczny wybrała w ostatniej chwili, w trzeciej klasie liceum rezygnując z biologiczno-chemicznego.

Jak to jest

Rozmowa z rodzicami o tym, że nie idzie w ich ślady, że jednak wybiera politechnikę, nie była łatwa. Od taty, wychowującego ją w poczuciu, że musi być samodzielna, niezależna i stawiać na swoim, usłyszała: „To nie jest kierunek przyjazny kobietom”. Natalia: – Mówił mi to z miłości, wiedział, do jakiego świata wychodzę. Czy miał rację? Nie jest tak, że dyskryminacji nie doświadczyłam, potrafię podać konkretne przykłady, kiedy ktoś – i tu wcale nie mam na myśli wyłącznie mężczyzn – wątpił w moje umiejętności tylko dlatego, że jestem dziewczyną, ale też wystarczyło, że się odezwałam, zaczynałam zadawać pytania, i stosunek do mnie natychmiast się zmieniał.

Inną kwestią są dysproporcje płci na uczelniach technicznych. Natalia przytacza zaskakujące wyniki analizy porównawczej. Efekty wysiłków, jakie wkładają kraje, takie jak USA czy Anglia, żeby na kierunkach technicznych było więcej studentek, są bliskie zera. Kampanie zachęcające, żeby dziewczynki studiowały to, co chcą, żeby „były sobą”, najwyraźniej nie działają. W światowych czołówkach, jeśli chodzi o absolwentki uczelni technicznych, są... kraje arabskie, z Algierią na czele, gdzie dyskryminacja jest przecież powszechna. Natalia rozważa, czy nie chodzi przypadkiem o skojarzenia i obietnice, jakie studia inżynierskie za sobą niosą: „porządny zawód”, gwarancja przetrwania, szansa na bycie niezależną. Może więc hasła zachęcające do studiowania powinny się opierać na takich przesłankach, a nie składać złudną obietnicę „bycia sobą”? Dla niej problem jest bardziej złożony – przytacza przykład swój i swojego brata Adama. Ona – inżynierka, on – artysta koncepcyjny. Zanim zaczął odnosić pierwsze sukcesy, nasłuchał się, że to nie droga dla chłopaka. Natalia: – Kto na serio się martwi, że to mężczyzn jest za mało na kierunkach humanistycznych albo że decydują się poświęcić karierę dla dzieci? Chłopaki od małego dostają przekaz, że mają mieć „porządny zawód”, a ilu z nich wolałoby iść na lingwistykę czy projektować torebki?

Od kiedy o samolocie Natalii zrobiło się głośno, dość często słyszy pytanie: „Jak to jest pracować z mężczyznami?”. Słyszy i od razu korci ją, żeby sprawę postawić na głowie, spokojnie więc odpowiada: – Mężczyzna też człowiek. Może to nie facet odkrył radioaktywność, może nie facet jako pierwszy opisał strukturę kodu genetycznego czy oprogramowanie do pierwszego udanego lądowania na Księżycu, ale spotkałam wielu wybitnych mężczyzn i wierzę, że wielu z nich jest w stanie dorównać kobietom, jeśli tylko będą pracowali odpowiednio dużo.

Łyżwy na Marsie

Jak trafiła do Cambridge? Przecież zdała najpierw na Politechnikę Gdańską. Na całkiem nowy kierunek: podstawy nauk technicznych. Dostało się na niego osiem osób i w ostatniej chwili zdecydowano, że to za mała grupa, i połączono ją z kierunkiem fizyka techniczna. To i kilka innych rzeczy Natalię rozczarowało. Była też inna sprawa – chwilę wcześniej, na pomaturalnej imprezie, kiedy powiedziała, jakie miała wyniki, jeden chłopak, kolega koleżanki, rzucił: „Dlaczego nie zdajesz na Cambridge?”. Natalia: – Zaśmiałam się. Równie dobrze mógł zapytać, dlaczego nie lecę na Księżyc.

Kropla drążyła skałę, komentarz kolegi nie dawał jej spokoju. Zaczęła się dowiadywać, jak aplikować na brytyjską uczelnię. Kiedy przyszło zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną, jeszcze się wahała, ale już na miejscu zakochała się i w kampusie, i w mieście: – Nagle tak strasznie chciałam się dostać, mimo że dwa miesiące wcześniej nawet nie byłam pewna, czy w ogóle polecę.
Na rozmowie padały pytania sprawdzające umiejętność myślenia abstrakcyjnego i analitycznego, łączenia faktów, matematyczną kreatywność. Jak zaprojektowałabyś łyżwy na Marsie? Dlaczego „Titanic”, zanim zatonął, złamał się w pół? Jak wyglądałaby tablica Mendelejewa w dwuwymiarowym świecie? Całkiem niedawno prowadzący tamtą rozmowę profesor napisał w aplikacji doktoranckiej Natalii, że do dzisiaj pamięta, jak szybko potrafiła rozgryźć problemy, których nie przerabiała w szkole w Polsce ze względu na różnice programowe.

Mimo to Natalię zaraz po przyjęciu na studia dopadł typowy na Cambridge syndrom oszusta. Uśmiecha się: – W laboratorium byłam w grupie z chłopakiem, który wygrał w Niemczech ogólnokrajową olimpiadę z chemii, i z innym, który w wieku dziewięciu lat został mistrzem szachów juniorów w Chinach. I nagle wśród takiego towarzystwa ja, dziewczyna z Gdańska. Co ja tu robię?!

Rodzice cieszyli się, gratulowali. Później przyznali się, że po tym, jak została przyjęta, nie spali całą noc, zastanawiając się, skąd zdobyć pieniądze na studia w Anglii. Wzięła w końcu kredyt studencki. Wysokooprocentowany – koncepcja brytyjskiego rządu była taka, że absolwenci prestiżowych uczelni dostają intratne propozycje pracy i zanim wartość kredytu szaleńczo pójdzie w górę, zdążą go spłacić. Jeśli zarabiają mało, kredyt zostaje anulowany. Natalia była na drugim roku, kiedy spotkała Olgę Malinkiewicz. Działała w komitecie koła naukowego studentów Cambridge, więc napisała do Olgi, czy zgodziłaby się do nich przyjechać i wygłosić wykład. Malinkiewicz się zgodziła, wykład przyciągnął tłumy. Natalia zdążyła też Oldze pokazać miasto. I to właśnie jej jako pierwszej powiedziała, że zrobiła wstępne obliczenia i ma taki luźny na razie pomysł, żeby technologię perowskitów wykorzystać w projekcie samolotu.

Bałagan

To, że jej praca będzie miała jakiś związek z ochroną planety, wiedziała od dawna. Na co dzień też stara się żyć jak najbardziej proeko: – Nie planuję kupna własnego auta, oczywiście segreguję śmieci, ostatnio na urodziny kupiłam sobie maszynę Singera z ekstramocą i szyję dla siebie ciuchy. Wmawia się nam, że takie gesty nie mają znaczenia, bo za katastrofę ekologiczną są odpowiedzialni giganci, ale to dzięki naszym nawykom zmienia się rynek. Jeśli nie chcemy kupować warzyw w plastiku, to ich nie będzie; jeśli wolimy bawełnę z recyklingu, to fabryki i korporacje zmienią swoje podejście.

Jej projekt samolotu jest na razie teoretyczny. Czy i kiedy miałby szansę na wdrożenie? Wśród paru innych rozwiązań, które uwolniłyby nas od dyktatu silników spalinowych, atutem napędu solarnego jest na pewno to, że lotniska nie muszą inwestować w całą infrastrukturę: w elektryczne stacje ładujące, jak w przypadku samolotów na baterie, czy w stacje dystrybuujące ciekły wodór, gdyby takie właśnie paliwo miało być w przemyśle lotniczym proekologiczną alternatywą. Gwoli wyjaśnienia należy dodać także, że perowskitowy samolot miałby osiągać prędkość około 300 kilometrów na godzinę w porównaniu do maksymalnie 700 kilo­metrów na godzinę rozwijanych przez tradycyjne samoloty. Chodziłoby więc głównie o hiperekologiczne i ekonomiczne samoloty przewożące towary, gdy bardziej niż czas podróży liczy się jej koszt.

Na pierwsze prototypy, przy dzisiejszych możliwościach technologicznych, trzeba by było poczekać co najmniej dziesięć lat. Ale Natalia podkreśla, że jakkolwiek potoczyłyby się losy jej projektu, trzyma mocno kciuki za innych; jeśli ktoś wymyśli coś lepszego, będzie mu gorąco kibicowała. Natychmiast poważnieje: – Za 50 lat będziemy taplać się we własnych śmieciach i w odróżnieniu od poprzednich pokoleń, które za ten bałagan są odpowiedzialne, dla nas perspektywa tych 50 lat jest realna.

No to w górę

Mieszka teraz w Oksfordzie, po studiach posypały się propozycje pracy, zdecydowała się na firmę, w której wcześniej miała staż. Projektującą i produkującą silniki elektryczne i inne proekologiczne rozwiązania w inżynierii, właśnie wchodzącą w branżę lotniczą. Natalia zamierza zacząć studia doktoranckie, ale jak podkreśla, „na razie nie planuje więcej niż na przyszły weekend i bardzo lubi takie podejście”.

Od pewnego czasu ma nowe hobby – aerial hoop. To coraz popularniejszy rodzaj powietrznej akrobatyki: balansujesz na kole – metalowej obręczy półcentymetrowej grubości – przymocowanym do sufitu za pomocą taśmy. Poszła na jedne zajęcia i natychmiast poczuła, że to jest to. Świetna gimnastyka, ale i ćwiczenie mindfulness, spróbuj myśleć o czymkolwiek innym niż o tu i teraz, nie ryzykując upadku. Natalia bardzo lubi ten moment, kiedy podchodzi do koła, chwyta je rękami i odrywa stopy od podłogi. Sekunda i jesteś w górze.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze