1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Will Smith – co się kryje pod maską komika? Publikujemy fragment autobiografii

Ten Will Smith, jakiego znamy – raper i pogromca kosmitów, wiodący barwne życie gwiazdor kina – to w dużym stopniu kreacja, wystudiowany i dopracowany do perfekcji wizerunek. (Fot. H.Nicholls/Reuters/Forum)
Czy za żartami każdego wesołka kryje się smutna historia? W swojej najnowszej książce znany aktor i muzyk Will Smith zdaje się potwierdzać tę zasadę. Pisze też o ważnej lekcji, jaką wyciągnął z pewnego zdarzenia z dzieciństwa. Zrozumiał wtedy, że kluczem do szczęścia i spokoju duszy nie jest wcale ucieczka od tego, co przykre. Publikujemy ten właśnie fragment.

Fragment książki „Will”, Will Smith i Mark Manson, przeł. Michał Jóźwiak i Michał Strąkow, wyd. Insignis. Wybór, skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Kiedy miałem dziewięć lat, byłem świadkiem, jak ojciec uderzył mamę pięścią w twarz. Cios był tak mocny, że mama upadła na podłogę. Widziałem, jak później pluła krwią. Tamto wydarzenie w sypialni rodziców prawdopodobnie bardziej niż jakiekolwiek inne doświadczenie w moim życiu wpłynęło na to, kim dzisiaj jestem. Wszystko, co później osiągnąłem – nagrody i wyróżnienia, sława i błysk fleszy, wszystkie role, w które się wcielałem i wszystkie komiczne maski, jakie zakładałem – było w pewnym sensie próbą zadośćuczynienia mamie za moją bierność tamtego dnia. Za to, że ją wtedy zawiodłem. Za to, że nie umiałem przeciwstawić się ojcu. Za to, że okazałem się tchórzem.

Ten Will Smith, jakiego znacie – raper i pogromca kosmitów, wiodący barwne życie gwiazdor kina – to w znacznym stopniu moja kreacja, wystudiowany i dopracowany do perfekcji wizerunek, który stworzyłem po to, żeby się chronić.

Tatulo

Mój ojciec był moim bohaterem. Nazywał się Willard Carroll Smith, ale dla nas był po prostu Tatulem. Wychował się w latach czterdziestych ubiegłego wieku na niebezpiecznych i nieprzyjaznych ulicach północnej Filadelfii. Jego ojciec, a mój dziadek, miał mały targ rybny, na którym pracował codziennie od czwartej nad ranem do późnego wieczoru. Moja babcia była pielęgniarką i często pełniła nocne dyżury w szpitalu. W rezultacie Tatulo spędził większość dzieciństwa bez nadzoru rodziców, wałęsając się samopas po okolicy. Ulice północnej Filadelfii potrafiły szybko zahartować młodego człowieka. Albo stawałeś się twardym sukinsynem, albo byłeś słabeuszem i zbierałeś cięgi.

Kiedy miał czternaście lat, moi dziadkowie, zaniepokojeni kierunkiem, w jakim zmierzało życie ich syna, wysupłali oszczędności i wysłali go na pensylwańską prowincję, do szkoły rolniczej z internatem. Uczono tam technik uprawy roślin, hodowli zwierząt oraz prostych prac naprawczych. Szkoła stawiała na tradycyjne, surowe wzorce wychowawcze i moi dziadkowie mieli nadzieję, że dzięki temu uda się narzucić ich krnąbrnemu synowi nieco rygoru i dyscypliny. Ale Tatulo ani myślał godzić się na to, by ktoś mówił mu, co ma robić. Jedyne, co interesowało go w nowej szkole, to naprawianie silników traktorów; całą resztę programu nauczania uważał za „bzdury dla wieśniaków”. Wagarował, palił i pił.

Wkrótce po swoich szesnastych urodzinach Tatulo uznał, że ma już dość szkoły, i zapragnął wrócić do Filadelfii. Doszedł do wniosku, że najprostszą drogą do tego celu będzie doprowadzenie do relegowania go ze szkoły. Zaczął więc przeszkadzać w prowadzeniu zajęć, ostentacyjnie lekceważył obowiązujące w szkole zasady i okazywał nieposłuszeństwo nauczycielom. Dyrekcja placówki chciała odesłać go do domu, jednak moi dziadkowie zaprotestowali. „Zapłaciliśmy za pełny rok jego nauki”, oświadczyli. „Bierzecie pieniądze za to, żeby się nim zajmować, więc róbcie, co do was należy”.

Wyglądało na to, że Tatulo utknął w szkole na dobre. Ale Tatulo był cwaniakiem – znalazł sposób na to, żeby postawić na swoim. Pewnego dnia wymknął się ze szkolnego kampusu, przeszedł pieszo prawie dziesięć kilometrów do najbliższego biura werbunkowego i zaciągnął się do amerykańskich sił powietrznych. Cały Tatulo – tak bardzo zależało mu na tym, by zagrać na nosie rodzicom, pedagogom i wszystkim, którzy rościli sobie prawo do decydowania o jego losie, że dobrowolnie wpakował się z deszczu pod rynnę. Zaciągając się do wojska, trafił do świata rygoru i posłuszeństwa, które tak bardzo chcieli w nim zaszczepić moi dziadkowie.

Od bieguna do bieguna

Okazało się jednak, że wojskowe życie bardzo przypadło mu do gustu. W wojsku odkrył transformacyjną siłę porządku i dyscypliny, dwóch wartości, dla których zaczął żywić nabożny szacunek, ponieważ pozwalały mu utrzymać w ryzach jego najgorsze demony. Pobudka o czwartej, cały poranek wypełniony ćwiczeniami fizycznymi, cały dzień wypełniony pracą, cały wieczór wypełniony nauką – Tatulo odnalazł swoje powołanie. Odkrył, że jest w stanie wytrzymać więcej niż inni, i poczuł się z tego dumny. To była druga strona jego buntowniczego charakteru. Nikt nie mógł zmusić go, żeby budził się na dźwięk wojskowej trąbki, bo kiedy rozlegał się sygnał pobudki, Tatulo był już na nogach.

Jego fanatyczna pracowitość, niewyczerpane pokłady energii i niewątpliwa inteligencja powinny zapewnić mu szybki awans w wojskowej hierarchii. Ale na przeszkodzie stanęły dwa problemy. Po pierwsze, Tatulo miał trudny charakter – kiedy uważał, że ktoś nie ma racji, nawet jeśli był to przełożony wyższy stopniem, nie zamierzał wykonywać jego poleceń. Drugim problemem był pociąg do alkoholu. Mój ojciec był jednym z najbystrzejszych ludzi, jakich znałem, ale kiedy był rozgniewany albo pijany, zachowywał się jak prawdziwy idiota. Łamał własne zasady, sabotował swoje dążenia, niszczył to, co posiadał.

Mniej więcej dwa lata po rozpoczęciu przez Tatula służby jego autodestrukcyjne skłonności doprowadziły do zakończenia jego kariery w wojsku. Któregoś wieczoru grał na pieniądze z kolegami ze swojego plutonu (Tatulo uwielbiał grać w kości). Wygrał od nich w sumie prawie tysiąc dolarów. Schował pieniądze do szafki przy łóżku, a potem poszedł coś przekąsić. Po powrocie z kantyny stwierdził, że pieniądze zniknęły – koledzy ukradli mu całą wygraną. Wściekły Tatulo upił się i w pijackim szale, wymachując służbowym pistoletem, podpalił koszary. Ostatecznie na skutek pożaru nikt nie ucierpiał, ale ten wybryk był wystarczającym powodem do wydalenia go ze służby. Tatulo miał szczęście, że nie zajął się nim sąd wojskowy – wsadzono go po prostu do autobusu i kazano więcej się nie pokazywać w koszarach.

Ta dwubiegunowość charakteru ojca miała destrukcyjny wpływ na całe jego życie. Z jednej strony zawsze wymagał perfekcji od siebie samego i od wszystkich wokół, z drugiej strony wystarczyło, że za dużo wypił albo że nagle puściły mu nerwy – mógł wtedy spalić wszystko do gołej ziemi.

Emocjonalna świadomość

Tatulo postrzegał rzeczywistość w kategoriach dowodzenia i zadań bojowych do wykonania. W roli głowy rodziny zachowywał się zupełnie tak, jakby był dowódcą plutonu na polu walki i jakby nasz dom przy Woodcrest Avenue był koszarami. Nie uznawał istnienia czegoś takiego jak rzeczy mało istotne. Odrabianie pracy domowej było zadaniem bojowym. Wyszorowanie podłogi? Nigdy nie chodziło o samo tylko wyszorowanie podłogi – chodziło o udowodnienie, że umiemy słuchać poleceń, o wykazanie się samodyscypliną, o absolutnie perfekcyjne wykonanie zadania. Jedno z jego ulubionych powiedzonek brzmiało: „Dziewięćdziesiąt dziewięć procent to tyle samo co zero”.

Dla Tatula wszystko było sprawą życia i śmierci. Przygotowywał swoje dzieci, żeby potrafiły radzić sobie w nieprzyjaznym świecie – świecie, który jawił się Tatulowi jako miejsce pełne chaosu i okrucieństwa. Wpajanie strachu było – i w znacznym stopniu jest nadal – typową metodą wychowawczą w społeczności czarnych Amerykanów. Uważa się, że aby chronić czarne dzieci, trzeba sprawić, by odczuwały lęk przed władzą rodzicielską. Wpajanie im strachu uchodzi za przejaw rodzicielskiej miłości.

Strach, który nieustannie towarzyszył mi w dzieciństwie, wyostrzył moją wrażliwość na to, co działo się wokół mnie. Nauczyłem się wyczuwać gniew, przewidywać radość i rozumieć smutek na znacznie głębszym poziomie niż większość moich rówieśników.Bezbłędne rozpoznawanie tych emocji było konieczne i kluczowe dla mojego własnego bezeczeństwa: ton głosu Tatula, sarkastyczna nuta pobrzmiewająca w pytaniu zadanym przez mamę, drgnienie powieki mojej siostry. Mój mózg nauczył się przetwarzać takie sygnały szybko i bezbłędnie – przegapione spojrzenie albo mylnie zinterpretowane słowo mogło skończyć się pręgami po pasku na moim tyłku albo śladem po pięści na twarzy mojej matki. Tatulo nosił przy pasie czarne skórzane etui z mniej więcej trzydziestoma kluczami, które służyły mi za system alarmowy. Za każdym razem, gdy przestępował przez próg po powrocie do domu, słychać było brzęk kluczy – Tatulo wkładał je do etui, które przywieszał następnie do pasa. Mój słuch wyczulił się do tego stopnia, że byłem w stanie odgadnąć jego nastrój na podstawie tego, jak obchodził się z kluczami. Jeśli Tatulo był w dobrym humorze, klucze pobrzękiwały swobodnie, jakby ważyły mniej niż zwykle. Jeśli był wkurzony, chował klucze i przywieszał etui gwałtownym ruchem, któremu towarzyszył ostry metaliczny szczęk. Jeżeli był pijany, dźwięk kluczy nie miał znaczenia.

Ta nabyta w dzieciństwie emocjonalna świadomość została we mnie na całe życie. Paradoksalnie okazała się bardzo przydatna w mojej karierze aktorskiej i w występach przed publicznością. Potrafiłem bez trudu rozpoznawać, pojmować, a także odgrywać złożone emocje na długo przed tym, zanim zorientowałem się, że ludzie gotowi są mi za to płacić.

Ojciec przez wiele lat był sprawcą mojej udręki, ale był też jedną z najwspanialszych znanych mi osób. Był gwałtowny i często uciekał się do przemocy, ale nie opuścił żadnego mojego meczu, żadnego przedstawienia i żadnego koncertu. Był alkoholikiem, ale na premierze każdego mojego filmu zawsze zjawiał się trzeźwy. Przesłuchał każdą moją płytę. Odwiedził mnie w każdym studiu nagraniowym. Ten sam niezłomny perfekcjonizm, którym Tatulo terroryzował swoją rodzinę, zapewniał nam jedzenie i dach nad głową.

Wpoił mi wartości i zasady, dzięki którym mogłem zmierzyć się ze swoimi demonami, chociaż on sam nigdy nie nauczył się przezwyciężać własnych.

Obietnica

Wszyscy cierpieliśmy na skutek wojskowego podejścia Tatula do miłości i rodziny, ale żadne z nas nie cierpiało bardziej od mojej mamy. Tatulo był święcie przekonany, że dwóch dowódców to prosta droga do zguby dla całego oddziału – co oznaczało, że w naszym domu dowodzić mógł tylko on i nikt poza nim. Problem polegał na tym, że mama nie zaliczała się do kobiet, które posłusznie wykonują rozkazy. Była na to za dobrze wykształcona, zbyt dumna i uparta – i chociaż nieraz błagaliśmy ją, żeby milczała, nie chciała słuchać.

Któregoś razu Tatulo wymierzył jej policzek. – Och, prawdziwy z ciebie mężczyzna! – rzuciła wyzywającym tonem mama. – Zdaje ci się, że bicie kobiety jest takie męskie, co?

Kolejny cios zwalił ją z nóg. Natychmiast wstała, spojrzała Tatulowi prosto w oczy i powiedziała: – Możesz mnie bić, ile tylko chcesz, ale nie możesz mnie zranić.

Zapadło mi to głęboko w pamięć. A więc on może ją bić, ale to ona decyduje o tym, czy będzie w stanie ją zranić? Chciałem być tak silny jak ona.

Moje rodzeństwo równie dobrze jak ja pamięta, co wydarzyło się tamtego wieczoru w sypialni rodziców. Wszyscy byliśmy przerażeni, ale każde z nas zareagowało wówczas inaczej – nasze reakcje zdefiniowały to, kim byliśmy przez większą część naszego dalszego życia. Harry, choć miał wtedy zaledwie sześć lat, próbował interweniować i stanąć w obronie matki – w kolejnych latach robił to jeszcze wielokrotnie, niekiedy skutecznie. Pamiętam, jak kiedyś krzyknął do ojca: „Będziesz musiał mnie zabić, żeby mnie powstrzymać!”.

Tego samego wieczoru moja siostra Ellen zareagowała ucieczką – skryła się w swoim pokoju, zwinęła w kłębek na łóżku, zatkała uszy i zaczęła płakać. Wspominała później, że kiedy Tatulo przechodził obok jej pokoju i usłyszał szlochanie, zapytał ozięble: „No i o co, do cholery, tak się mażesz?”.

Harry został „wojownikiem”, Ellen została „uciekinierką”, ja natomiast stałem się „zadowalaczem”. Przez całe nasze dzieciństwo moje rodzeństwo i ja osądzaliśmy się wzajemnie i ocenialiśmy surowo nasze odmienne reakcje; z czasem te oceny przerodziły się w urazę. Ellen miała poczucie, że Harry i ja nie okazywaliśmy jej wystarczającego wsparcia. Harry uważał, że jako starszy brat powinienem być silniejszy; że powinienem coś zrobić. Ja z kolei miałem poczucie, że ich reakcje jedynie zaogniają sytuację i pogarszają położenie nas wszystkich. Chciałem, żeby się przymknęli i robili to co ja. Chciałem za wszelką cenę zadowolić i uspokoić Tatula, ponieważ wierzyłem, że dopóki on będzie uśmiechnięty i roześmiany, my będziemy bezpieczni. Przyjąłem za swoje zadanie zapewnianie rodzinie rozrywki. Chciałem, żeby w naszym domu stale panowała beztroska, zabawna i radosna atmosfera. Wiele lat później ta psychologiczna reakcja przyniosła mi wymierne artystyczne oraz finansowe korzyści, ale kiedy miałem dziewięć lat, mój mały dziecięcy mózg wykoncypował, że to ja ponoszę winę za epizody agresji Tatula.

Ponosiłem winę, bo powinienem zadbać o to, żeby ojciec czuł się zadowolony. Powinienem ochronić moją matkę. Powinienem sprawić, żeby moja rodzina pozostawała spokojna i szczęśliwa. Powinienem wszystko naprawić.

W tym kompulsywnym dążeniu do ciągłego zadowalania innych, do wywoływania na ich twarzach uśmiechu, do odwracania ich uwagi od tego, co przykre i nieprzyjemne, i kierowania jej ku temu, co piękne i radosne – tak rodzi się prawdziwy artysta rozrywkowy. Ale tamtego wieczoru, stojąc na progu sypialni rodziców, obserwując, jak pięść ojca zderza się z twarzą kobiety, którą kocham najbardziej na świecie, i jak ta ukochana osoba upada bezradnie na podłogę, po prostu tam stałem. Jak skamieniały.

Strach towarzyszył mi przez całe dzieciństwo, jednak dopiero w tamtej chwili po raz pierwszy uświadomiłem sobie własną bierność. Byłem najstarszym synem mojej mamy. Dzieliło mnie od niej zaledwie kilka metrów. Byłem jej jedyną nadzieją na ratunek. A mimo to nie zrobiłem nic.

Tamtego wieczoru, w tamtej sypialni, mając zaledwie dziewięć lat i widząc, jak moja rodzina rozpada się w momencie, gdy matka upada na podłogę – w tamtej chwili podjąłem decyzję. Złożyłem milczącą obietnicę. Obiecałem to swojej matce, swojej rodzinie, sobie samemu: „Pewnego dnia to ja będę dowodził. I coś takiego już nigdy, przenigdy się nie wydarzy”.

Polecamy książkę: „Will”, Will Smith i Mark Manson, przeł. Michał Jóźwiak i Michał Strąkow, wyd. Insignis

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze