1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Mocne wejście. Rozmawiamy z Magdaleną Gajewską, laureatką nagrody „Zwierciadła” na 46. FPFF w Gdyni

Magdalena Gajewska (Fot. Robby Cyron)
Rok temu debiutowała na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Magdalena Gajewska, reżyserka „Szczelin”, pośród innych nagród zdobyła także wyróżnienie „Zwierciadła”.

W Gdyni „Szczeliny” startowały w konkursie filmów krótkometrażowych, który uważany jest za przedsmak wręczania Złotych Lwów, rodzaj papierka lakmusowego wskazującego, co dzieje się w młodym kinie, a także w których debiutujących twórcach można pokładać nadzieję, że rozwiną skrzydła w długim metrażu. Rok temu na tym samym festiwalu debiutowało też „Zwierciadło” – po raz pierwszy wręczaliśmy naszą nagrodę wspierającą kobiety filmu. Obrady nie były burzliwe, szybko zgodziliśmy się, że wyróżnienie trafi w ręce Magdaleny Gajewskiej. Bo „Szczeliny” to debiut nie tylko zaskakująco dojrzały pod względem formy, ale i historia w nim pokazana robi wrażenie.

Wszystko, co pomiędzy

Teresa, młoda kobieta, przyjeżdża do domu rodziców, żeby zostać na dłużej. Mają z mężem kilkumiesięcznego synka, u rodziców powinno być im łatwiej. Tylko że jej łatwiej nie jest. W tym wszystkim pojawia się dawna miłość, spotkana nie do końca przypadkiem. Mamy więc w tej historii bezsilność, poczucie, że jest się w potrzasku, przeciwstawione wspomnieniom czułości i namiętności. I wszystko, co pomiędzy, ten dziwny czas, kiedy czuwa się nad małym dzieckiem i jest się jakby w zawieszeniu, głównie w czterech ścianach. Tytuł „Szczeliny” nawiązuje do „Szczelin istnienia” Jolanty Brach-Czainy, książki uważanej za biblię feminizmu, ale i w ogóle jednej z najważniejszych napisanych w naszym kraju rozpraw filozoficznych. Przyglądającej się codzienności – od narodzin, porodu, po umieranie – cielesności, zwyczajnym domowym sprawom, które składają się na życie. Ale Magdalena Gajewska mówi, że pisząc scenariusz, myślała również o tym, że nam wszystkim przypisuje się różne role, tożsamości, odgórne prawdy, że jesteśmy tacy, a nie inni. A my nimi nasiąkamy, po czym próbujemy się z nich wyzwolić, znaleźć przestrzenie, choćby najmniejsze, osobistej wolności.

„Szczeliny” stawiają otwarte pytania o tożsamość, także psychoseksualną, bo dawna miłość Teresy to druga kobieta – Anna. Ich relacja jest wyjątkowa, ale i małżeństwo głównej bohaterki, nawet jeśli w kryzysie, pokazane jest z dużą dozą empatii. Mąż Teresy może być wściekły, zazdrosny, może nie rozumieć swojej żony, ale w żadnym razie nie jest negatywną postacią. To empatyczne, nieoceniające spojrzenie działa na widzów, o czym świadczą żywe dyskusje po pokazach filmu czy słane do Magdaleny, czasem bardzo osobiste, wiadomości. Ludzie widzą w „Szczelinach” własne doświadczenia i wątpliwości.

Film z sukcesami jeździ po festiwalach: po premierze w Karlowych Warach (w ramach programu Future Frames prezentującego rokujące reżyserki i reżyserów z Europy) trafił między innymi do półfinału Flickers’ Rhode Island International Film Festivalu. Wśród przyznanych mu nagród jest ta z Lubuskiego Lata Filmowego czy z LGBT+ Film Festival Poland. W Gdyni „Szczeliny” zdobyły w sumie trzy wyróżnienia, oprócz zwierciadlanej także Nagrodę Specjalną od marki Dr Irena Eris oraz nagrodę jury konkursu filmów krótkometrażowych dla Jaśminy Polak za rolę Teresy i dla Justyny Wasilewskiej za rolę Anny.

Lustrzanka

Magdalena ma 28 lat, jest absolwentką Warszawskiej Szkoły Filmowej. Po maturze miała iść na ekonomię: „Szłam wydeptanymi śladami najstarszego brata. Zawsze coś pisałam, zaczytywałam się w książkach, znikałam w filmach, grałam na różnych instrumentach. Byłam dobra z matmy, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że idę w złym kierunku, że muszę się zatrzymać i wszystko przewartościować”. To było w klasie maturalnej, któregoś dnia po prostu wróciła z lekcji i powiedziała, że rzuca szkołę. Rodzice, oczywiście, nie byli tą decyzją zachwyceni. A właściwie poszło gorzej, niż można się było spodziewać. Magdalena wspomina tamten czas jako przyśpieszony kurs dorastania, ale w rezultacie dopięła swego. Znalazła liceum dla dorosłych, tam zdała maturę, po czym poszła na kursy przygotowawcze do filmówki.

Zarabiała, pracując w kawiarni popularnej sieci, i żeby dojechać na poranną zmianę spod Warszawy, wstawała... o 2.30. Uśmiecha się: „To taka trochę romantyczna historia, ale naprawdę tak było. Wstawałam w środku nocy, pociągi jeździły co godzinę, w dodatku miałam do przejścia kawał drogi na piechotę. Na miejscu, przed kawiarnią, byłam zwykle przed wszystkimi i czekałam na ulicy. Po czym za zarobione pieniądze kupiłam lustrzankę, którą nagrałam film potrzebny mi, żeby się dostać do szkoły filmowej, a trzy lata później sprzedałam tę lustrzankę, żeby dołożyć do swojego debiutu”. Wyjaśnia, że gdyby została w klasie o profilu matematycznym, i tak mogłaby dostać się do filmówki. Ale tamten impuls, potrzeba życia na własnych zasadach do dziś są dla niej kluczowe: „Kiedy patrzę w lustro, chcę mieć poczucie, że jestem wobec siebie w porządku. Że nie próbuję się do niczego i nikogo dopasować”.

Ożywcza czerwień

Debiutanckie „Szczeliny” pisała w czasie urlopu dziekańskiego. Potrzebowała tej przerwy, żeby, jak mówi, zadać sobie właściwe pytania. Na przykład: o czym chce opowiadać na ekranie? Ona sama, nie sugerując się głosami z zewnątrz. Z urlopu dziekańskiego wróciła już z gotowym scenariuszem. „Macierzyństwo zawsze było dla mnie ważnym tematem, o którym dużo czytałam i rozmawiałam. Obserwowałam bratową, mamę Wojtusia, mojego ukochanego bratanka, który potrafi jednym zdaniem i uśmiechem wyciągnąć mnie z najczarniejszych myśli. To wszystko zmusiło mnie do rozmyślań, jak ja sprawdziłabym się jako rodzic. Z zobowiązaniem na całe życie, jakim jest dziecko, z jego nieustanną potrzebą uwagi. Do tego doszedł inny ważny dla mnie temat tożsamości i właściwie cała ta historia już tam była, w mojej głowie. Wystarczyło usiąść i ją szybko spisać”.

Jest w „Szczelinach” scena, w której Jaśmina Polak, nie mogąc uspokoić dziecka, sama zaczyna krzyczeć i płakać, a w pewnym momencie rzuca chłopca na łóżko. To przeniesiona na ekran, jeden do jednego, opowieść, którą Magda usłyszała niezależnie od siebie od trzech kobiet. Powtórzone trzy razy niemal identyczne wspomnienie, świetnie zagrane i ujęte w oryginalną formę, bo oprócz charakterystycznych bliskich ujęć w filmie istotną rolę grają kolory. Scenografowie Marta Piotrowska i Janek Zagdański wynajdowali zielone tkaniny i meble – Janek przemalował nawet na zielono własny wiekowy sekretarzyk, który posłużył za jeden z rekwizytów. Kostiumografka Zosia Jocek wyszukiwała ubrania w odcieniach zieleni. Taki był pomysł – zieleń jak sącząca się trucizna, zagrożenie, na jej tle dobrze widać ożywczą czerwień płaszcza Anny. Dla Magdaleny fakt, że z taką precyzją udało się zrealizować pierwotne założenia, w ogóle cała praca nad „Szczelinami”, ma głębsze znaczenie: „To niezwykłe znaleźć ludzi, którzy ufają ci, czują twój pomysł, a w dodatku są gotowi poświęcić swój czas. Uważam, że największą wartością tej pracy są takie spotkania”.

Nasz film

Kino Elektronik na Żoliborzu – Magdalena dorabia sobie, wpisując repertuar na ich stronę. Miejsca jest akurat tyle, żeby zmieścić tytuł i nazwisko reżysera. I za każdym razem w Magdzie rodzi się pokusa, żeby zadzwonić do przełożonego, zresztą jej kolegi, z pytaniem: „Stary, może dołożę przynajmniej operatora, scenarzystę i scenografa? Dopiszmy kilka osób z ekipy”. Sama, mówiąc o „Szczelinach”, stara się zawsze używać sformułowania „nasz film”, bo dokładnie tak uważa. Tego zresztą się boi, kiedy myśli o przyszłości – nie chciałaby żyć i pracować „w bańce”, a branża filmowa jest na to szczególnie narażona, bo obowiązują w niej wyraźna hierarchia i przyzwolenie na przemocowe zachowania. Na przykład w relacjach producent–reszta wykonawców czy w podejściu do osób z pionu technicznego. Magdalena miała okazję pracować na innych planach filmowych i widziała, jak zapomina się o tym, że reżyser wchodzi na plan zwykle raz na kilka lat, ale ekipa techniczna z kręcenia filmów żyje na co dzień. Ludzie, którzy utrzymują rodziny, przy ustalonych 12 godzinach pracy dziennie plus nadgodzinach, które są praktycznie nie do uniknięcia, nie widują się z bliskimi tygodniami, nie mówiąc o odpoczynku. Albo kwestia ustawowo wolnych od pracy przy filmie niedziel, co na razie wydaje się mrzonką.

Jeszcze na studiach Magdalena usłyszała: „Jeśli chcecie być reżyserami przez duże R, musicie się poświęcić”. Ona widzi to inaczej: „Osobista wolność, miłość, rodzina, przyjaźń, to, co jest między człowiekiem a człowiekiem, są dla mnie absolutnie najważniejszymi kwestiami w życiu. Nie chciałabym ich poświęcać, nawet jeśli z tego powodu miałabym nigdy nie nakręcić debiutanckiego pełnometrażowego filmu”.

Początek

Wspomniane kino Elektronik, kawiarnia, Magdalena pracuje też, stojąc za barem w Inclusive.Buzz, miejscu, które działa jak dom kultury sfokusowany na pomoc środowiskom szczególnie narażonym na wykluczenie. Działa tu też bistro. „Osiem godzin zmiany potrafi mi odpowiednio ustawić priorytety. Obok mnie pracują osoby uchodźcze z różnych stron świata, wszyscy mają za sobą ciężkie doświadczenia, takie jak ucieczka z kraju, rozstania z rodzinami. A mimo wszystko to ludzie uśmiechnięci, codziennie czegoś się od nich uczę”.

Właśnie pisze nowy scenariusz: „Główkuję, jak to zrobić, żeby to nie była za mocna historia. Chodzi o temat depresji wśród nastolatków, kondycji psychiatrii dziecięcej w Polsce, wadliwego systemu. Inności i nieprzystosowania”. Przyznaje, że sporo z tego, co chce opowiedzieć, oparła na własnych doświadczeniach. Oczywiście scenariusz to punkt wyjścia, trzeba zdobyć dofinansowanie, znaleźć producentów. Tymczasem 12 września rusza kolejny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, a w chwili, kiedy ten numer „Zwierciadła” idzie do druku, w redakcji debatujemy, komu tym razem wręczyć nagrodę, przyznawaną za świeżość spojrzenia. Twórczyni, która, jak Magdalena, swoim krótkim metrażem udowadnia, że to początek jej artystycznej drogi, że dopiero się rozkręca.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze