1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Grażyna Hase o życiu, twórczości i wystawie „Zawsze w modzie” w rozmowie z Remigiuszem Grzelą

Grażyna Hase, modelka, projektantka mody. Studiowała na ASP. Była w zespole modelek Mody Polskiej, współpracowała z Barbarą Hoff, która prowadziła dział mody w tygodniku „Przekrój”. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Jedna z najbarwniejszych postaci Warszawy. Pierwsza modelka, która nie występowała anonimowo. Projektantka, która odmieniła polskie ulice. Grażyna Hase z szarością PRL-u walczyła energią kolorów. Poświęconą jej wystawę „Zawsze w modzie” w Muzeum Warszawy obejrzało blisko 20 tysięcy widzów.

Wchodząc na poświęconą sobie wystawę, znów weszła pani w swój kolor?
Zielenie i oranże, które ją otwierają – bo były u początku mojego projektowania – są znów modne. Miałam wziąć na nasze spotkanie oranżowy kapelusz. Ale liczyłam, że po niebieskich oprawkach okularów też mnie pan rozpozna.

Jak wyobrażała sobie życie ta dziewczyna z okładki „Przekroju”?
Uczyłam się w szkole architektonicznej, byłam przed studiami, wszystko szło rozpędem. Na pewno nie myślałam, że będę projektantką. Kiedy Basia Hoff zaprosiła mnie do współpracy, od razu podpisała moje zdjęcia w „Przekroju” – pierwszy raz modelka miała imię i nazwisko. A kiedy przyjechałam z Rosji, zapragnęłam zrobić kolekcję, bo przywiozłam czapki rosyjskie i miałam pomysł, jak je wykorzystać. Tak powstał „Kozak Look”. Ale to już było dziesięć lat później, w 1967 roku. Ta wystawa… Ja w ogóle nie umiem się z „tym” rozstać. Przecież to moje życie. Kilka lat temu przez moją pracownię przemaszerowała olbrzymia grupa ludzi – przedstawiciele ekonomiczni, konserwatorzy, zakupili dla muzeum 80 proc. tego, co jest eksponowane. Na szczęście wiele zostało we wspomnieniach, na fotografiach. Wszystkie filmy na wystawie są moje, poza fragmentami „Tysiąca talarów” Stanisława Wohla. Byłam odważna, bo żeby w 1959 roku rozebrać się do bikini…

Zawsze była pani odważna?
Zawsze. Myślę, że ta odwaga jeszcze urosła, kiedy zostałam modelką w Modzie Polskiej u pani Jadwigi Grabowskiej. Obserwowałam ją i bardzo dużo nauczyłam się z zaplecza. Kiedyś byłam świadkiem jej rozmowy z nowy dyrektorem, przyszedł z zupełnie innej branży, bodaj piekarniczej. Były dwa gabinety, a w środku sekretariat, i oni tak do siebie przez ten sekretariat… „Pan zna się na wypieku bułeczek, ja się nie wtrącam. Pozwoli pan, że będę pracowała po swojemu” – usłyszałam. I zobaczyłam, jak rzuca w niego takim dostojnym gabinetowym kryształem. Pilnowała spraw od początku do końca. Więc kiedy robiłam swoją pierwszą kolekcję i wszyscy mieli problem, bo modelka, i do tego smarkata, zabrała się do projektowania, uparcie walczyłam o swoje. Wychodziłam z Cory bardzo późno, raz nawet zostałam na noc, bo krawcy powiedzieli, że jakiegoś ściegu się nie uda. Sama nie wierzyłam, ale przez tę noc mi się udało. Rano kupiłam ogóreczka, kiełbaskę, pieczywo i zjedliśmy śniadanie. I ćwiarteczka była, bo można było jeszcze w pracy świętować. Któregoś wieczoru wracałam brzegiem chodnika i zobaczyłam coś znajomego w koszu na śmieci. Papier z nowym logo Cory. Były to zaproszenia na mój pokaz. Nie wiem, kto i dlaczego wyrzucił. Wyjęłam je ze śmietnika i zawiozłam na Pocztę Główną. Taki był początek.

Biografię Grażyny Hase pod tytułem „Miłość, moda, sztuka” napisał Krzysztof Tomasik. (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Ta wystawa jest precyzyjna, bo stworzyła pani wspaniałe archiwum.
Dokumentowałam wszystko. Z szacunku. Szacunek dla pracy jest ważny. Mówiłam modelkom: „Wracając z wybiegu, nie zrzucaj rzeczy byle jak, na podłogę. Przypomnij sobie, ile godzin stałaś, jak brali miarę, kłuli cię”. Pewne ubrania przetrwały, bo je od Cory kupiłam. Zdobywałam nagrania robione dla kronik filmowych, nawet dla niemieckiej wytwórni UFA. Zdobywałam zdjęcia. W Niemczech robili takie polaroidowe próbki przed sesjami, od razu je chowałam.

Pewnie porządek wynika z niemieckich korzeni, Ordnung muss sein. Ojciec, Karol Hase, miał pochodzenie niemieckie i do tego był ewangelikiem, co by bardzo Niemcom pasowało w czasie okupacji, ale nie chciał być Niemcem, odmówił podpisania folkslisty i od razu zabrali go do Buchenwaldu, potem do Mauthausen. Mama miała krew węgierską, bo babunia Katarzyna była w połowie Węgierką. Zawsze miała artystyczny bałagan. To się jakoś we mnie odzywa, jednak wygrywa porządek. Poza tym w czasie wojny myśmy wszystko stracili. Do zera. Pozostał rulon tasiemki z wzorem i nadpaloną metką. Mama poszła w gruzy szukać, znalazła tylko to.

Jakieś powidoki wojenne wracają?
Z mamą i siostrą byłyśmy w obozie pracy pod Wiedniem. To były pruskie koszary z dużym dziedzińcem. Był kapo, ale można się było prześlizgnąć. Wymknęłam się na plac nad Dunajem, miałam cztery, pięć lat. Został mi obraz wody, gór, mogłabym narysować. Zobaczyłam kobietę niosącą w siatce gruszki. Musiałam tak patrzeć, że wyjęła jedną i mnie poczęstowała. Sok spływał po twarzy. Pamiętam smak. Zawsze podchodzę do gruszek, macam, wącham, ale nie znajduję tamtej. Kiedy zaczęłam pisać z Krzysiem Tomasikiem książkę „Miłość, moda, sztuka”, przynosił swoje ulubione wino, to z Matką Boską na etykiecie, lekko słodkawe, ale jeśli latem dobrze zmrożone, pyszne. Brałam je do ust, coś mi przypominało. Aż przyszło wspomnienie. Po wyzwoleniu obozu wracaliśmy z innymi Polakami furmanką, jechała od winnicy do winnicy. Nie było jedzenia, ale było wino. Z boku uwieszone kubły pełne wina, zapas na drogę, podejrzewam, że konia też tym poili. Wino lekkie, młode, więc mi je dawano dla zdrowia. Po wojnie, kiedy mieszkaliśmy w Jeleniej Górze, śniło mi się, że uciekam po torowisku kolejowym, bo gonią mnie Niemcy z karabinami. Budziłam się mokrzusieńka, ten sen się powtarzał, później minął. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, śniłam tamten sen przez dwie kolejne noce, znów budziłam się spocona.

Jak wyglądał powrót do Polski?
Czesi zabrali nam konia i furmankę i przesadzili nas w taki sam wagon towarowy, jakim wywieźli nas Niemcy. Wysiedliśmy na Dworcu Zachodnim. Domu nie było. Mama zdecydowała się przejść przez Wisłę, na ulicę Grochowską, gdzie na wysokości placu Szembeka mieszkał Julian Haze, bliski krewny ojca, choć inaczej zapisywał nazwisko. Miał duże mieszkanie. Przygarnęli nas.

A ojciec?
Opowiadał, że kiedy Niemcy wchodzili do baraku, więźniowie błyskawicznie zrywali się, by ustawiać się w szeregach. Pewnego dnia, słysząc zgrzyt dużych drzwi, kto jeszcze żył czy mógł, czym prędzej ustawił się w szeregu. Ale to już nie byli Niemcy, tylko Amerykanie. Do środka wpadł wiatr, może zrobił się przeciąg? Kiedy jeden z więźniów się przewrócił, jak w dominie wszyscy się przewrócili. Ojciec ważył trzydzieści parę kilo. Amerykanie wywieźli ich do Malmö, do Szwecji, na leczenie. Kiedy ojciec wrócił do Polski, tak jak my udał się po schronienie do wuja Juliana. I tam nas zastał. Musiał szukać pracy. Nie miał metryki ani dokumentów, jedynie numer wytatuowany na przedramieniu. Ktoś poświadczył datę urodzenia. Zatrudnili go w Państwowej Wytwórni Optycznej w Jeleniej Górze, gdzie zamieszkaliśmy na Grottgera 13, w poniemieckim domu. Całe piętro z olbrzymią werandą. W jadalni wielkie rzeźbione meble z czarnego hebanu i fis­harmonia. Do mojej siostry przychodziły koleżanki i chciały na niej grać. Była na pedały, z jednego zerwała się taśma. Kiedy któraś grała, kładłam się na podłodze i pociągałam za taśmę. W rogu był zielony kaflowy piec, przy którym węgierska babunia siadywała opatulona w fotelu. Pięć pokoi, służbówka, spiżarnia, duża kuchnia i wielki bojler, w którym grzało się wodę do kąpieli. Była raz w tygodniu, w sobotę. Nasza pomoc, którą z siostrą nazwałyśmy Mara, bo się snuła po mieszkaniu, zarządziła kolejność mycia, nie z powodu wody, jej nie brakowało, ale z powodu jej grzania. Byłam pierwsza, potem była siostra, mama, a na końcu kąpał się tata, bo wracał najpóźniej.

W Jeleniej Górze szyła pani po raz pierwszy?
W pierwsze święta w Jeleniej Górze pod choinką stały dwa wielkie wiklinowe kosze wypełnione po brzegi prezentami. Rodzice wrzucali tam, co znaleźli. Między innymi była maleńka maszyna do szycia. Mam ją do dziś. Byłam w pierwszej albo drugiej klasie. Ale to była zabawa, nie szycie, szyło się takim łańcuszkiem. Kiedy po latach robiłam w Jeleniej Górze tak zwaną kolekcję medyczną, odwiedziłam ten dom. Nie było już żywopłotu ani ogrodzenia. Był podzielony na mieszkania kwaterunkowe. Zrobiłam trzy kroki na klatkę schodową, dalej nie miałam ochoty.

W Warszawie wszystko się zaczęło?
Przeobraziłam się z dziecka w panienkę. Kiedy robiliśmy wystawę, zaskoczyło mnie zdjęcie, które kuratorka, pani Agnieszka Dąbrowska, znalazła w agencji – stoję na ulicy Okrąg, wokół gruzy, mam rakietę tenisową. Jestem w płaszczyku à la Jackie Kennedy. Był czerwony, miał trzy duże kwadratowe guziki, i te guziki są u mnie. Były lata 50., zaczynało się chodzić na basen na Legię; to raczej były moje próbki wyjść, bo byłam ukochaną córcią taty i bardzo mnie kontrolował. Miałam spore kieszonkowe, ale żądał, żebym notowała, na co je wydaję. Panowałam nad wydatkami, dopóki nie poznałam Wowa Bielickiego [scenograf, aktor, reżyser, współtwórca studenckiego teatru Bim-Bom – przyp. red.]. Jako dziecko miał „pedełko”, w które wkładał swoje skarby. Kiedy zamieszkaliśmy razem, wziął „pedełko” po butach i tam wrzucaliśmy pieniądze. Pamiętam, byliśmy parę miesięcy przed ślubem. Seniorka rodu Malina Bielicka, ciotka Wowa, postanowiła zrobić wigilię w Warszawie, żeby przedstawić mnie rodzinie z całej Polski. Mieli przyjechać moi przyszli teściowie. Patrzę, a w „pedełku” nie ma grosza. Parę dni wcześniej Wowo nakupił okazyjnie środków czystości. Miałam dużo mydła, ale nie było co podać teściom. Wowo wkroczył do gabinetu prezesa telewizji i rozegrała się wielka scena. Powiedział, że nie wyjdzie, dopóki nie dostanie pieniędzy za scenografię. Próbowali go przetrzymać, ale to on ich przetrzymał i dostał wypłatę. Mogliśmy podjąć teściów.

Wszyscy wspominają, że byliście najładniejszą parą Warszawy.
Teraz o tym czytam. Wowo był bardzo przystojny. Miał urok, ludzie go bardzo lubili. Rozpadło się, zupełnie bez sensu. Moi rodzice rozstali się za późno. Ojciec chorował na raka, którego w Polsce jeszcze nie umiano leczyć. W Warszawie leczył tylko szpital na Wawelskiej. Kiedy zrobiło się źle, wypisali ojca do domu. Myśmy z siostrą się nim opiekowały. Mama chciała pomóc, a on się nie zgadzał. Dopiero trzy tygodnie przed śmiercią pozwolił jej przyjść… Przyrzekłam sobie, że nie doprowadzę do takiej sytuacji, i zawsze usuwałam się ze związków, kiedy coś było nie tak. Traciłam partnerów, a zyskiwałam najlepszych przyjaciół nieskażonych uczuciem nieudanego związku. Brakuje mi śniadań z Wowem. Do tej pory. Bo moje mieszkanie jest takie, jakie stworzyliśmy. Bielicki nie jest moją obsesją, mam jego zdjęcie, ale w takim miejscu, że mało kto je zauważa. Myśmy ze sobą cały czas pracowali. Przy śniadaniu mogłam z nim przegadać wszystko. Dzięki niemu Jurek Gruza zaprosił mnie do zrobienia kostiumów do „Brata marnotrawnego”, Wowo robił scenografię. Kiedy się rozstaliśmy, wyprowadził się, ale wciąż miał klucze. Któregoś razu przyjechał do Warszawy na wernisaż artystów z Niemiec, zabraliśmy ich po wernisażu do słynnego „Ścieku”, Wowo sączył koniak. Zapytał, czy może przenocować. To w ogóle nie był problem. Położył się w sypialni, a ja miałam pilną pracę, rysowałam na dole. Nagle słyszę głos Wowa: „Grażynko, czy możesz przyjść mnie pomasować”. Myślę sobie: „O, łajdus”. Chciałam skomentować. Idę na górę, a on mówi: „Wzywaj pogotowie, już nie musisz mnie masować – zawał”. Zaopiekowałam się nim. A kiedy trafiałam w domu na jego rysunki, scenariusze czy fotografie, zbierałam je. Umawialiśmy się na ich przekazanie z bagażnika samochodu do bagażnika, bo nie miał siły wchodzić na czwarte piętro. Któregoś razu, nie umawiając się, pojechałam z torbą papierów do restauracji Hotelu Europejskiego, gdzie Wowo przychodził na codzienną kawę. Zapytałam menedżera, czy pan Bielicki jest dzisiaj na dyżurze kawowym. Nachylił się do ucha: „Pani Grażyno, nie powinienem mówić, proszono nas o zachowanie tajemnicy, pan Wowo jest na Spartańskiej w szpitalu”. I dodał, że stan jest poważny. Chorował od półtora miesiąca. Już go nie zobaczyłam.

To była miłość życia?
Na pewno. Pani Krysia, która opiekowała się naszym domem i nami, zawsze mówiła: „Szefowo, przecież pani tylko pana Bielickiego kocha”. Tak, chyba byliśmy najładniejszą parą. A dzisiaj mi mówią, że byliśmy celebrytami, to bzdura. W tamtych czasach nie było celebrytów – byli ludzie, którzy mieli nazwiska w swojej branży, osobowość. Nas się znało. Środowisko ludzi twórczych w Warszawie było małe. Chodziło się do tych samych miejsc. To była jedna wielka rodzina – kochająca się lub nienawidząca. Ale jak teraz sobie przypomnę tych wszystkich ludzi, których już nie ma, to serce płacze.

Polska panią pamięta?
Nie. Ludzie odkrywają mnie przy okazji, po głosie. Nie jestem zgorzkniała. Tak po prostu jest.

Ale pani jest prekursorką. Jako pierwsza użyła pani muzyki w pokazie. Każda pani kolekcja miała temat, nikt tego dotąd nie robił. Jako pierwsza zrobiła pani kolekcję za własne pieniądze.
Wowo wprowadził do moich pokazów nowo powstające zespoły bigbitowe – Breakoutów, No To Co, Polan… A później w galerii sztuki, którą otworzyłam z konieczności w 1980 roku, bo już nawet nici nie było, odbył się pierwszy performance. Szymon Bojko był zaprzyjaźniony z amerykańskimi artystami. Niejaki Mel Someroski przyjeżdżał ze studentami na biennale tkaniny do Łodzi. Szymon mówi: „Zaproś ich do siebie”. Zrobili tkaninowy performance z udziałem Grażyny Szapołowskiej. Teatr malowania Franciszka Starowieyskiego też po raz pierwszy był u mnie. Franio dostał klucze, galeria była tylko do jego dyspozycji, przyjmował gości, przychodziły Agnieszka Osiecka, Hanna Bakuła. Tak w dwa tygodnie powstała wystawa „Dojrzałego wieku pań”.

Zdjęcie z 1992 roku ilustrujące Galerię Grażyny Hase, stałą rubrykę „Zwierciadła” , w której autorka przedstawiała swoje projekty. (Fot. Jerzy Michalski, archiwum Wydawnictwa Zwierciadło)

Dzisiaj pani rysuje?
Ciągnie mnie, próbuję. Budzę się o 6 rano, jest świetne światło. Mam naszykowaną olbrzymią ilość papieru, został z dawnych czasów. Muszę kupić flamastry, bo powysychały, farby jeszcze są, tylko sprawdzić pędzelki. No i można by. Pomysły mam, ale to już do szuflady. Ciągle nie dokończyłam kolekcji „Czarny kwadrat” inspirowanej Malewiczem. Ale to już nie będą sukienki do noszenia. Są blejtramy. Sukienki będą przyczepione pleckami. Może wystawa malarska? Może jeszcze zdążę? Nie chodzi o to, żebym żyła 103 lata, ale o to, jak będę żyła. Poznałam Lodę Halamę siedem lat przed jej śmiercią. Przyjeżdżałam do niej prawie codziennie, około 5. Leżała. Wchodziło się i słyszało: „Umyj rączki!”. A potem: „Zrób mi drinka!”. Piła po amerykańsku z sokiem. Popijała i opowiadała o przyjaźni z Polą Negri, Chaplinem, o pięciu mężach. Chciałabym znów mieć taki dom jak jej, z którego wychodziłabym naładowana optymizmem.

Zdjęcie z 1992 roku ilustrujące Galerię Grażyny Hase, stałą rubrykę „Zwierciadła”, w której autorka przedstawiała swoje projekty. (Fot. Jerzy Michalski, archiwum Wydawnictwa Zwierciadło)

Z jakimi emocjami oglądała pani wystawę (wystawa „Zawsze w modzie” w Muzeum Warszawy trwała do 11 września. przyp. redakcji)?
Pomyślałam, że dużo zrobiłam. Wstydziłam się zawsze pierwszych rysunków, bo gdzie im do Antkowiaka [Jerzy Antkowiak, projektant w Modzie Polskiej – przyp. red.], który miał małpią zręczność. Ale nagle, na tej wystawie, zobaczyłam, że na rysunku jest podpis dyrektora naczelnego, kierownika wzorcowni, kierowniczki pracowni, nazwisko krawców, krojczych, moje nazwisko i modelki. Tam jest cała historia.

To jakiego koloru jest w pani najwięcej?
Angielskiej zieleni, to kolor stabilizacji, przewija się przez całe moje życie. Ale soczysta pomarańcz też jest do życia potrzebna.

Grażyna Hase modelka, projektantka mody. Studiowała na ASP. Była w zespole modelek Mody Polskiej, współpracowała z Barbarą Hoff, która prowadziła dział mody w tygodniku „Przekrój”. Jako projektantka debiutowała w 1967 roku kolekcją „Kozak Look”. Projektowała stroje służbowe, między innymi dla pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT, ubiory dla sportowców, kostiumy gwiazd (na przykład dla: Anny Jantar, Haliny Frąckowiak, zespołu 2+1, Krzysztofa Krawczyka), kostiumy teatralne i filmowe. W 1980 założyła Galerię Grażyny Hase. W latach 90. była autorką „Zwierciadła”. Jej biografię pod tytułem „Miłość, moda, sztuka” napisał Krzysztof Tomasik.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze