1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Depresja bywa też zabawna. O roli śmiechu w chorobie rozmawiamy z autorką książki „Jak płakać w miejscach publicznych”

Depresja bywa też zabawna. O roli śmiechu w chorobie rozmawiamy z autorką książki „Jak płakać w miejscach publicznych”

Emilia Dłużewska: „Wszyscy bez wyjątku mają prawo szukać pomocy. Choćby ich sytuacja nie była najbardziej dramatyczna, choćby inni mieli gorzej, a mniej narzekali. Także ten, kto mimo depresji nadal się śmieje”. (Fot. materiały prasowe)
Emilia Dłużewska: „Wszyscy bez wyjątku mają prawo szukać pomocy. Choćby ich sytuacja nie była najbardziej dramatyczna, choćby inni mieli gorzej, a mniej narzekali. Także ten, kto mimo depresji nadal się śmieje”. (Fot. materiały prasowe)
To poważny problem, nie wyleczy się jej żartami ani optymistycznym nastawieniem, a jednak – jak każda życiowa sytuacja – depresja jest złożona emocjonalnie, zatem od czasu do czasu bywa także… zabawna. „Można chorować i jednocześnie być osobą wesołą” – mówi Emilia Dłużewska, autorka książki „Jak płakać w miejscach publicznych”. Pytamy ją m.in. o rolę śmiechu w jej własnym doświadczeniu choroby.

Napisałaś zabawną książkę o depresji – chorobie, która może zakończyć się tragicznie.
Nie śmieję się z problemu depresji, raczej ze swoich doświadczeń. Nie uważam, że depresja nie jest poważnym problemem. Wręcz odwrotnie – jest bardzo poważną sprawą, co nie zmienia faktu, że jednocześnie bywa zabawna. Rzeczywistość to coś złożonego: mieszają się w niej nieustannie różne rodzaje emocji.

Poza tym w samej depresji śmiech i żart mogą odgrywać rozmaite role. Mogą stanowić próbę rozbrojenia, oswojenia problemów, mogą być maską, mogą być i jednym, i drugim. Nie chciałam zasłaniać się humorem, starałam się raczej ostro zarysować kontury pewnej złożonej sytuacji, jaką jest chorowanie na depresję w dzisiejszych, niełatwych czasach. Z pewnością napisanie książki pomogło mi też uporządkować własne doświadczenia. Od lat pracuję jako dziennikarka, rzeczywistość przetwarzam przez pisanie, przez słowo; najlepiej myśli mi się, kiedy piszę. Chciałam więc zamknąć moje doświadczenie w formie tekstu, aby nadać mu pewną strukturę i lepiej je zrozumieć.

Po publikacji „Jak płakać w miejscach publicznych” otrzymałam wiele wiadomości od czytelników z różnych środowisk, także bardzo odmiennych od mojego. Sprawiły mi one ogromną radość, niespodziewaną i nieplanowaną. Dopiero po wydaniu książki poczułam, że tekst ten powstał nie tylko dla mnie i opowiada nie tylko o mnie.

Nie tylko piszesz o depresji, ale sama na nią cierpisz. Czym jest śmiech i żart dla Ciebie jako pacjentki leczącej się u psychiatry od kilku lat?
Nie jest maską, choć przecież bywa nią dla wielu osób, o czym piszę w książce, mówiąc, że nasze życie to nieustanny występ. Ja akurat maskowałam swoją depresję przede wszystkim dążeniem do perfekcjonizmu. Śmiech natomiast jest dla mnie bardzo istotny, wynika nie z choroby, ale z mojej osobowości, która ma tu nadrzędny charakter. Wbrew pozorom, można chorować na depresję i jednocześnie być osobą wesołą, obdarzoną poczuciem humoru. Depresja to choroba, na którą chorują bardzo różni ludzie!

Rzeczywiście natomiast nie da się być osobą wesołą w epizodzie depresyjnym – w takiej sytuacji mamy do czynienia z maskowaniem problemu, z kreacją, zakłamywaniem rzeczywistości. Pamiętajmy jednak, że osoba chorująca na depresję nie znajduje się nieustannie w epizodzie depresyjnym. W remisji, przerwach między epizodami, można wracać do swojej naturalnej wesołości.

Jakie jeszcze role może według Ciebie spełniać śmiech w depresji?
Humor może mieć funkcję mechanizmu obronnego. Jako taki jest niczym spacer po linie – trzeba być bardzo ostrożnym, żeby utrzymać równowagę. Śmiech, pozornie chroniąc, może odciąć nas od czegoś istotnego, co powinniśmy przeżyć. Wiadomo, że depresja często dopada ludzi, którzy odmawiają sobie prawa do przeżywania pewnych emocji. Z drugiej strony, może też pomóc spojrzeć na trudne doświadczenia inaczej i opowiedzieć je inaczej, po swojemu. To bardzo ważne. Psychologowie pracujący z osobami, które przeżyły traumę, podkreślają, że danie im szansy na opowiedzenie własnej historii, na aktywne przejęcie narracji, bywa bardzo pomocne, bo przywraca im poczucie kontroli. Ważne jednak, by to „prześmiewanie” nie odbywało się zamiast psychoterapii i zamiast konfrontacji z trudnymi uczuciami.

Nie umiem powiedzieć, gdzie jest ta granica, po której śmiech przestaje być pomocny; myślę, że sama wciąż się tego uczę. Może to coś, co powinno się stosować doraźnie? Na dłuższą metę musimy się bowiem zmierzyć z tym, co nas boli; nie wolno się po tym prześlizgiwać.

Mówi się też, że śmiech to zdrowie – rozluźnia, redukuje stres, wzmacnia system odpornościowy.
Wierzę, że może pomagać organizmowi, nie wierzę natomiast, że „śmiech jest najlepszym lekarstwem”. Nie wyleczymy się z depresji, oglądając stand-upy, podobnie jak nie wyleczymy się z nowotworu, jedząc kaszę jaglaną, choć zdrowa dieta może wspierać leczenie. Depresję można i powinno się leczyć. Warto i trzeba szukać pomocy specjalistów. Zachorować może każdy, osoba spokojna i energiczna, pesymista i wesołek. Zachorowałam też ja, osoba uśmiechnięta i raczej radosna. Podkreślmy jednak, że każde doświadczenie depresji jest inne, każdy przechodzi tę chorobę inaczej. Nie ma jednego wzorca.

Ja, chorując, wydałam humorystyczną książkę, ale wiem też, że gdyby propozycja jej napisania dotarła do mnie kilka miesięcy wcześniej, nie podjęłabym się tego zadania. Byłam wówczas w naprawdę kiepskim stanie, zmagałam się ze stanami lękowymi, które sprawiały, że nie czułam się na siłach podejmować nowych wyzwań i unikałam ich za wszelką cenę. Przez kilka lat znajdowałam wymówki, żeby nie przyjąć różnych propozycji, które były dla mnie korzystne. Na szczęście w końcu zgłosiłam się do specjalisty, aby uzyskać fachową pomoc. Choć, żeby do tego doszło, musiałam poczuć się naprawdę fatalnie.

„Jeśli zastanawiacie się, czy nie powinniście iść do psychiatry, to prawdopodobnie powinniście” – to najmądrzejsze zdanie na temat kryzysów psychicznych, jakie przeczytałam w ostatnich latach. Pojawia się ono właśnie w Twojej humorystycznej książce…
Wynika ono z moich własnych przeżyć. Doświadczenie spotkania z psychiatrą było w moim wypadku bardzo pozytywne – zarówno w dłuższej perspektywie, jak i doraźnie, w wypadku pierwszej wizyty. To może brzmieć głupio, ale ta pierwsza wizyta sprawiła, że dałam sobie prawo, żeby czuć się źle. Przestałam to podważać, mówić sobie, że inni mają gorzej, a ja nie powinnam się nad sobą użalać. Byłam wtedy w takim stanie, że nie miałam siły na nic, wciąż bolały mnie głowa i plecy, potrafiłam się popłakać kilka razy dziennie, w głowie miałam kompletną pustkę. I owszem, na pewno wiele osób miało w tym momencie w życiu gorzej, ale moje cierpienie nijak im przecież nie pomagało. Paradoksalnie, dużo mi dało usłyszenie opinii – i to od osoby ze wszech miar wykwalifikowanej i uprawnionej – że nie oszalałam. Mimo że poniekąd tak właśnie się stało – w końcu właśnie zostałam pacjentką psychiatryczną! Jest w tym coś zabawnego, że czuję się dużo normalniej i stabilniej jako osoba zdiagnozowana i lecząca się, niż wcześniej, kiedy nie umiałam powiedzieć, co się ze mną dzieje.

Pomijając moje doświadczenie, możemy także powiedzieć, że zdania, które zacytowałaś, użyłam w sensie w miarę dosłownym. Co mam na myśli? Nie każdy, kto rozważa wizytę u psychiatry, będzie później leczyć się farmakologicznie; nie każdy też wyjdzie z gabinetu z diagnozą. I dobrze. Natomiast jeśli coś nas niepokoi, czujemy się źle, to warto skonsultować się ze specjalistą, lekarzem. Zdaję sobie przy tym sprawę, że nie każdy ma taką możliwość – czy raczej, że mają ją tylko osoby uprzywilejowane. Dostęp do publicznej opieki psychiatrycznej jest bardzo zły. Nawet osoby, które stać na leczenie się prywatnie, nie zawsze mogą dostać pomoc natychmiast. Na stan psychiatrii dziecięcej w Polsce brakuje mi już przymiotników, bo „dramatyczny” był już kilka lat temu, a wciąż się pogarsza. Chciałabym, żeby za tym „powinniście” szło też przekonanie, że dostęp do opieki psychiatrycznej to coś, co się ludziom po prostu należy. Wizyta u psychiatry czy terapeuty nie powinna stanowić dobra luksusowego.

Myślisz, że w XXI wieku, kiedy o kryzysach psychicznych mówi się dosłownie na każdym kroku, temat wizyt u psychiatry nadal potrzebuje odczarowywania?
Myślę, że tak, choć mam na poparcie tej tezy głównie dowody anegdotyczne, w tym mój własny. Z wykształcenia jestem psycholożką, mieszkam w wielkim mieście, temat chorób psychicznych nie stanowił dla mnie nigdy specjalnego tabu, a jednak pójście do psychiatry okazało się dla mnie sporym przeżyciem. Nie bałam się etykietki wariatki, zdawałam sobie także sprawę, że lekarz nie stwierdzi u mnie jakiegoś zaburzenia, jeśli go nie mam. A jednak pewne rzeczy mnie niepokoiły – na przykład kwestia leków. Wiem doskonale, że nie zmieniają one osobowości, jak sądzą niektórzy – z tego dopiero należy się śmiać! – ale mogą być źle dobrane, mogą przejściowo spowodować gorsze samopoczucie, mogą mieć rozmaite skutki uboczne, choćby przybranie na wadze. Przegadałam to z moją psychiatrą, ale i tak się martwiłam, co to będzie.

W mojej bańce – tej warszawskiej, wyluzowanej, rozumiejącej itp. – mam znajomych, którzy się leczą i nie mówią o tym otwarcie. I to też rozumiem. Z badań przeprowadzonych przez Instytut Psychiatrii i Neurologii wynika, że 86,9 proc. Polaków nie wyobraża sobie, żeby osoba, która chorowała psychicznie, uczyła ich dziecko; 81,3 proc. nie chce mieć takiej synowej albo zięcia; 67,6 proc. – bliskiego współpracownika. To okropne, ale ukrywanie choroby psychicznej jest w takich warunkach czymś racjonalnym. Przy czym podejście otoczenia z pewnością zależy od choroby. Wydaje mi się, że leczenie depresji jest społecznie najbardziej oswojone. Podobnie jak korzystanie z psychoterapii.

Przekonujesz, że nawet słaby terapeuta jest lepszy niż żaden terapeuta, dowcipnie opisując swoje perypetie podczas poszukiwań tego właściwego.
Psychoterapeuta przeprowadza nas przez doświadczenie depresji inaczej niż lekarz psychiatra. Z badań naukowych wynika, że w leczeniu tego zaburzenia najlepsze efekty przynosi połączenie farmakoterapii i psychoterapii. To, jak przeżywamy świat, wynika w dużej mierze z naszych schematów myślowych, poznawczych, ze sposobu postrzegania rzeczywistości i tego, jak odnosimy się do własnych minionych doświadczeń. Są to rzeczy, nad którymi można pracować, można je kształtować, zmieniać – właśnie z terapeutą. Leki stosowane w depresji sprawiają, że czujemy się lepiej, pomagają wybić się z myślowych kolein, które nie są dla nas dobre, jednak by efekt był długotrwały i naprawdę satysfakcjonujący, psychoterapia jest często niezbędna. Wiele znanych mi osób wpada w pułapkę szukania najlepszego psychoterapeuty na świecie, co powstrzymuje ich przed rozpoczęciem terapii w ogóle. Zdanie z mojej książki jest radą, którą dała mi przyjaciółka. Dla mnie była ona bardzo pomocna, bo uchroniła mnie przed perfekcjonizmem, typowym dla mnie lękiem przed popełnieniem błędu, dokonaniem złego wyboru. Przy czym, co ważne, mówiąc o „terapeucie”, mam na myśli osobę z odpowiednim wykształceniem, zrzeszoną w Polskim Towarzystwie Psychologicznym, podlegającą superwizji. To akurat warto i należy sprawdzić – wielu terapeutów zamieszcza taką informację na stronie internetowej, a jeśli nie, warto o to dopytać. Niestety, w Polsce gabinet psychoterapeutyczny może otworzyć dosłownie każdy, a przecież to jasne, że wizyty u osoby pozbawionej odpowiedniego przygotowania mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

Gdybyś miała wypunktować najzabawniejsze momenty Twoich zmagań z depresją, co by to było? Mnie w Twojej książce najbardziej rozbawiła właśnie część o terapeutach, bo problem perfekcjonizmu jest mi bliski. Lubię czasem obśmiać to swoje nieustające dążenie do ideału.
To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo przy okazji dostałam mnóstwo porad, łącznie z tym, żeby sprawdzić, czy potencjalna terapeutka nie trzyma przypadkiem w domu gołębiego jaja. Mnie bawiła cała ta estetyczna otoczka wokół gabinetów psychiatrycznych i terapeutycznych – neutralne kolory, cukierki na recepcji czy plakaty reklamujące porady psychiatryczne na Facebooku. Albo to, że w gabinecie psychiatry na ścianie wisiało kilkanaście dyplomów, po czym, jeśli przyjrzało się im uważnie, okazywało się, że są na różne nazwiska – bo ten gabinet dzieliły różne lekarki. Są też rzeczy, które z perspektywy wydają mi się absurdalnie zabawne, choć wtedy wcale takie nie były, np. to, że kiedy bardzo dużo płakałam, potrafiłam zrobić sobie przerwę, żeby coś załatwić i potem wrócić do płakania jak do odcinka serialu. Podobnie z perspektywy bawi mnie fakt, że w ulotce leków jest informacja o efekcie ubocznym: „dziwne samopoczucie” i „niezwykłe sny”. Konia z rzędem temu, kto wie, co to właściwie znaczy.

Na okładce Twojej książki czytamy, że wszyscy w jakiś sposób się w niej odnajdziemy. Czy to oznacza, że wszyscy mamy depresję?
Na pewno nie wszyscy mamy depresję, ale jestem też przekonana, że jest nas bardzo wielu. Z całą pewnością diagnozuje się więcej osób niż kiedyś; analogicznie, więcej osób mówi o swojej chorobie otwarcie. Przy czym kryteria, które należy spełnić, aby usłyszeć diagnozę „depresja”, są jasno sprecyzowane – nieprawdą jest, jak twierdzą niektórzy, że depresję można stwierdzić właściwie u każdego. Rzeczywiście jednak istnieje pewne spectrum – objawy mogą być bardzo różne i mieć rozmaite nasilenie, depresja u różnych osób może wyglądać inaczej. Dlatego właśnie – będę powtarzać to do zanudzenia – powinni ją diagnozować lekarze, a nie Instagram, sąsiadka czy moja książka.

Jedno z moich ulubionych określeń „Jak płakać w miejscach publicznych”, użyte w pewnej recenzji, to: „książka, w której odnajdą się ludzie w kryzysach”. Bo depresja to coś, co trudno jest wyizolować ze wszystkiego innego, co nas otacza. Żyjemy w skomplikowanych czasach. Pandemia, wojna w Ukrainie, kultura pracy kosztem życia prywatnego, inflacja – to wszystko przekłada się na nasze zdrowie psychiczne, nawet jeśli nie wywoła depresji. I to właśnie chciałam pokazać w swojej książce – że wszystkich nas otacza trudna rzeczywistość, która ma na nas wymierny wpływ. Jedni radzą sobie z nią lepiej, inni gorzej; wszyscy bez wyjątku mają prawo szukać pomocy – choćby ich sytuacja wcale nie była najbardziej dramatyczna, choćby inni mieli gorzej, a mniej narzekali. Pomocy ma prawo szukać także ten, kto mimo depresji nadal się śmieje. Zaburzenia nie definiują człowieka, są jego doświadczeniem, a nie nim.

Zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą: różnicą między śmiechem a uśmiechem. Może nie tyle powinniśmy śmiać się z depresji, ale się do depresji uśmiechać?
Ja bym się do mojej depresji nie uśmiechała, bo to straszna szuja i nie życzę jej dobrze. Wolę chyba metaforę śmiechu, bo uśmiech jest sygnałem sympatii, pogodzenia albo podległości. A śmiech może być bronią.

Emilia Dłużewska, psycholożka, kulturoznawczyni, dziennikarka. Powieść „Jak płakać w miejscach publicznych” to jej książkowy debiut.

Polecamy książkę: „Jak płakać w  miejscach publicznych”, wyd. Znak Literanova. Polecamy książkę: „Jak płakać w miejscach publicznych”, wyd. Znak Literanova.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze