fbpx

Ireneusz Czop: Na podium

Ireneusz Czop: Na podium
fot. Rafał Masłow

Kiedyś w szkole teatralnej jeden z pedagogów stwierdził, że czop to nie jest nazwisko na afisz „poczułem się tym dotknięty, obiecałem sobie, że jeszcze mu pokażę. I dotrzymałem słowa” – mówi Ireneusz Czop. Właśnie zagrał w „konwoju” w reż. Macieja żaka u boku Janusza Gajosa i Roberta Więckiewicza. I nie są to pierwsze sławne nazwiska w jego biografii. Od czasu „pokłosia” Władysława Pasikowskiego role nieustannie go ścigają. Przestał wychodzić z castingów ze srebrnym medalem.

Kopie pan jeszcze piłkę?

Czasami z synem.

Michał skończył 16 lat. Nie wstydzi się grać z tatą?

Mówi, nie do mnie, tylko do kogoś z rodziny, że staruszek daje radę. Zadyszki nie mam, ale odzywają się dawne kontuzje.

Na jakiej pozycji grał pan w drużynie Wisła Płock?

Zaczynałem od ławki rezerwowych. Potem byłem stoperem, wysuniętym, pomocą, aż w końcu prawym skrzydłowym w ataku.

Był pan dobry?

Niezły, ale nie miałem predyspozycji do tego, żeby zrobić piłkarską karierę. Ostatnie sparingi, które pamiętam, były wysokie. Na miarę drugiej ligi. Zdarzył się jednak taki mecz, który mi nie wyszedł. Pomyślałem wtedy, że tyle wysiłku wkładam w treningi, a nie dostaję wystarczającej informacji zwrotnej. Piłka przestała być zabawą, sprawiać mi przyjemność. Zauważyłem też, że w grę wchodzi jakaś polityka, układy, do tego doszły kontuzje. A wtedy już, były to lata 80., śpiewałem…

…w katolickim zespole wokalnym Vox Clamantis. Dlaczego nie w jakiejś grupie punkowej?

Bo byłem za popersami i Republiką. Wychowywano mnie w duchu katolickim. Byłem bardzo wierzącym chłopcem, do tego ministrantem, kantorem. Vox Clamantis powstał przy płockim Klubie Inteligencji Katolickiej w kościele seminaryjnym Świętego Jana Chrzciciela. Założył go ksiądz Henryk Seweryniak. Ale zanim tam trafiłem, z kolegami z oazy mieliśmy zespół Soli Deo.

W repertuarze oczywiście piosenki religijne.

Nie mieliśmy większego wyboru. W domu kultury grali „umpa-umpa” albo heavy metal. Trzecim wyjściem była właśnie muzyka religijna. Nasz zespół nie był taki zły, skoro Vox Clamantis postanowił nas podkupić. Ja grałem na gitarze i śpiewałem. Wykonywaliśmy głównie muzykę wokalną z okresu od XIV wieku do współczesnego jazzu. Byliśmy laureatami wszystkich festiwali sacro. Śpiewaliśmy dla papieża, Wałęsy. Fajnie.

Nie był pan chyba święty jako nastolatek?

Przeciwnie. Łobuzowałem, ale zespół mnie ratował, bo byli w nim fajni ludzie. Chciałem spędzać czas w ich towarzystwie. Ksiądz Seweryniak co jakiś czas powtarzał: „Irek, znowu nie przyszedłeś na próbę, znowu jakaś dziewczyna, znowu mówili mi, że się przepychałeś (biłeś) na dzielnicy” i tak dalej, i tak dalej.

I słuchał pan księdza?

On znalazł na mnie sposób. Podsuwał książki, mówił, co przeczytać. I nagle ja, blokers z Płocka, zacząłem interesować się literaturą. Dzięki księdzu Seweryniakowi i babci, która od dziecka czytała mi zamiast bajek powieści Kraszewskiego, zdałem na studia do szkoły teatralnej.

Religia nadal pana angażuje?

Mniej. Aktywny byłem do studiów.

Pana mama nie miała łatwo. Jako 13-latek zadarł pan z ówczesną władzą, kiedy w 1981 roku zerwał pan z muru komunikat o stanie wojennym. Czołgi na ulicach i generał w telewizji robili na panu wrażenie?

Żołnierze, którzy siedzieli na czołgach, coś do mnie krzyczeli, ale myślałem, że to zabawa. Na tym skończyła się ta moja walka z komunizmem. Koło Petrochemii, gdzie mieszkałem z mamą i siostrą, zawsze stacjonowało wojsko. Czołgi na ulicach mogły być czymś normalnym. Nosiłem oporniki w klapie, ale wtedy nie wiedziałem do końca, jakie to ma znaczenie.

W domu rozmawiało się o polityce?

Nie za głośno. Mama pracowała w biurze projektów i miała kontakt z ludźmi z Solidarności. Coś dla nich przepisywała. Chroniło ją to, że samotnie wychowywała dwójkę dzieci. U nas w domu polityka kojarzyła się ze strachem. Po wojnie dziadek dostał czapę za AK. Dwa lata spędził w więzieniu. Kiedy na akademii szkolnej zaśpiewałem „Czerwone maki na Monte Cassino”, babcia była pewna, że teraz zamkną całą rodzinę.

Po co zdawał pan do technikum elektrycznego, skoro lubił pan książki?

Mogłem dostać się do liceum, bo byłem laureatem olimpiady z języka polskiego. Ale wtedy, jak porządny blokers, myślałem, że do liceum chodzą „cieniasy”. Przyjaciel chciał zostać elektrykiem. Postanowiłem zdawać razem z nim. On się nie dostał. Ja spędziłem w technikum elektrycznym pięć lat. Wtedy ojca nie było już z nami. Miałem siedem, osiem lat, kiedy rodzice się rozstali. W domu się nie przelewało, więc uznałem, że warto mieć jakiś zawód. Być może zostałbym specjalistą od instalacji elektrycznych, gdyby nie szczęście do ludzi. Moja nauczycielka niemieckiego Marta Kowalska, którą ze względu na działalność opozycyjną wyrzucano z różnych miejsc, zaczęła edukować mnie literacko. Bez takich osób jak ona nie wiem, jak bym skończył.

Jako anegdotę opowiada pan, że wszedł do szkoły teatralnej w Łodzi, zobaczył ładne dziewczyny i postanowił tam zdawać.

To nie tylko to. Poznałem młodych ludzi, którzy zamykali się w szkole i pracowali nad czymś, co pochłaniało ich bez reszty. Byłem pod wrażeniem. W tym czasie oglądałem też dużo filmów. Przed egzaminami zobaczyłem „Maskaradę” Janusza Kijowskiego. Zafascynowała mnie relacja między mentorem, którego grał Zbigniew Zapasiewicz, a głównym aktorem Polski (w tej roli Bogusław Linda). Co to jest? Jak to? Dlaczego? Znowu w szkole teatralnej obejrzałem jeden ze spektakli dyplomowych – „Wesele” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. To oczarowało mnie do końca. A że tekstów uczyłem się szybko na pamięć, podszedłem do egzaminów. Przez dwa tygodnie chodziłem zakręcony. Indeks KUL, który miałem w kieszeni, bo chciałem zostać encyklopedystą, przestał mnie interesować.

Co rodzina na to?

Babcia była niezadowolona. Uważała, że teraz będę pokazywał cztery litery w telewizji. W rodzinie od strony mamy zawodu aktora nie traktowano poważnie. Komediant, fircyk, pajac. Krewni ojca, w większości budowniczy PRL, cenili sobie profesję montera konstrukcji żelaznych, ale nie aktora. Rodzina była przyzwyczajona do moich zaskakujących decyzji i dawała mi wolność wyboru.

Wcześnie się pan usamodzielnił.

Miałem 18 lat, kiedy zamieszkałem sam. Rodzice pomagali mi, ale to nie wystarczało. Zacząłem więc dorabiać. Rozładowywałem węgiel, zbierałem owoce, chodziłem na budowę, rozrzucałem gnój. Podczas roku szkolnego nie mogłem na stałe nigdzie pracować. Wtedy było cienko.

Jak pan się w tym odnajdywał?

Z trudem. Nikt nie stawiał mnie do pionu, nie walił w łeb i nie mówił: „Irek, nie rób tego”. Brakowało autorytetu. Ojca przecież nie było. Nie widywaliśmy się po kilka lat, na ogół mnie dołował, mimo to go kochałem. Był prawdziwy. Mówił „Lubię to” albo „Nienawidzę tego” . Szalenie mi to imponowało. Nasze relacje poprawiły się pod koniec jego życia.

Jaką rolę odgrywała mama?

Stymulatora. Zawsze mówiła: „Musisz zrobić to, musisz to zobaczyć, musisz liczyć na siebie”. Dzięki temu był we mnie duch walki. Kiedyś jeden z moich pedagogów w szkole teatralnej powiedział, że Czop to nie jest nazwisko na afisz. Poczułem się dotknięty, obiecałem sobie, że jeszcze mu pokażę. I dotrzymałem słowa.

W głowie miał pan plany instalacji elektrycznych, a na pierwszym roku studiów koledzy rozmawiali o Mrożku i Szekspirze.

To była masakra. Nie wiedziałem, o czym ci ludzie mówią. Nie umiałem powiedzieć, kim są Racine czy Grotowski ani gdzie szukać takich informacji i z czym to się je. Przed studiami byłem w teatrze trzy razy. Chciałem zrezygnować.

Ale pan tego nie zrobił.

Coś we mnie pękło. W 1989 roku pojechałem z kolegą do Finlandii, żeby przez trzy i pół miesiąca pracować w teatrze. Robiliśmy różne rzeczy przy obsłudze teatru. Któregoś dnia ktoś zapytał mnie, czy mówię po rosyjsku. Reżyser spektaklu potrzebował pijanego sprzedawcy łodzi, Rosjanina, który zaczyna tańczyć, kiedy wchodzi cygańska orkiestra. Z próby na próbę moja scena się wydłużała. Potem gdzieś przeczytałem, że sztukę uświetnił występ tancerza z Polski, co mnie rozbawiło, bo taniec na pierwszym roku ledwo co zaliczyłem. Jednak wtedy poczułem, czym jest teatr i energia publiczności. Wróciłem do Polski i postanowiłem bardziej się starać. Ale wchodziłem w związki, które się rozpadały, pojawił się alkohol, poczucie wolności, miałem pieniądze po pobycie w Finlandii…

I na rok wziął pan urlop dziekański.

Dostałem też propozycje, które były porażką. Zostałem z niczym. Mogłem więc albo skończyć szkołę, albo zaczynać od początku. Wróciłem na studia. Nie umiem tego? Nauczę się. To mi nie wychodzi? Popracuję. Po dwóch miesiącach dostałem propozycję z teatru – rola młodego Salieriego w „Amadeuszu”. To był mój debiut. 25 lat temu. Sprzedałem mieszkanie w Płocku, zamieszkałem w Łodzi, zagrałem dwie główne role w Teatrze Telewizji, jedną ważną w filmie. A potem żadnej propozycji przez rok.

Pomógł Jacek Chmielnik, dyrektor Teatru Nowego w Łodzi.

Zobaczył mnie w spektaklu z piosenkami Brela i zatrudnił. W jego teatrze zagrałem mnóstwo wspaniałych ról. Ale potem…

Miało być już dobrze, a w wieku 32 lat ma pan żonę, roczne dziecko i nagle zostaje bez etatu i propozycji.

Bo odwołali Chmielnika ze stanowiska dyrektora. Trafiłem na pięć lat do innego teatru, ale nie mogłem się w nim odnaleźć. Dyrektorka mnie wyrzuciła, mimo że zdobyłem kilka nagród. Nigdzie nie chcieli mnie przyjąć. Przez trzy miesiące piłem w piwnicy i udawałem, że wszystko jest w porządku. Potem razem z kolegą zacząłem sprzedawać polary. I oprzytomniałem. Zobaczyłem, że mam rodzinę, ludzi, których kocham. Rzuciłem wszystko: picie, mięso, kawę, papierosy.

Miał pan poczucie porażki życiowej?

Oczywiście. Świetnie zacząłem, a potem miałem dziesięcioletnią posuchę. Koledzy z roku wyrabiali sobie nazwiska, a ja stałem z boku. Miałem 34 czy 35 lat i byłem w nie najlepszej kondycji psychicznej. I wtedy Mikołaj Grabowski zaprosił mnie na casting do „Wesela” w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Dostałem rolę. Po premierze szedłem ulicą, zastanawiając się, za co wrócę do Łodzi, kiedy zadzwonił telefon. Ktoś przedstawia się: „Kazimierz Dejmek”. Myślałem, że koledzy robią sobie żarty. Dejmek wyczuł, że coś jest nie tak, i poprosił, żebym zadzwonił później. Przyjął mnie do Teatru Nowego. Zagrałem Horacego w „Hamlecie”. Za „Komedię pomyłek” w reżyserii Macieja Prusa zgarnąłem kosz nagród.

Po śmierci Dejmka znowu rzucił pan papierami.

Zaraz po tym zadzwonili do mnie z produkcji „Samego życia”. Zaproponowali dwa dni zdjęciowe, a zostałem dwa lata.

Aż trafił pan na plan „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego. To był przełom w pana karierze.

Zacząłem być inaczej postrzegany. Przestałem wychodzić z castingów ze srebrnym medalem. Choć nie jest to reguła.

Niedawno weszła do kin „Prosta historia o morderstwie”, a na swoją premierę czekają „Konwój” i „Miłość w mieście ogrodów” z pana udziałem. Uczy pan w szkole filmowej, gra w serialu. Jak tyle godzić i nie zwariować?

Koncentruję się na tym, co dzieje się w danej chwili. Klucz stanowią dla mnie partnerzy i reżyser, który wprowadza mnie w swój świat. Dzięki nim wiem, kim mam być przed kamerą. Tu i teraz. Przyznaję, że jestem trochę zmęczony. Ostatnio często zmieniałem skórę.

W pewnym momencie schodzi pan z planu, jedzie do córki, syna, żony i musi stać się prawdziwym ojcem, mężem.

Kiedy wracam do domu pod Łodzią, odcinam się od wszystkiego. W Warszawie, w rytmie, jakie narzuca to miasto, trudno o dystans. W domu chcę oddawać siebie bliskim w 100 procentach. Gdy córka podchodzi do mnie i mówi: „Chodź, zagramy”, to wstaję i bawię się z nią do upadłego. Chyba że rozmawiam właśnie przez telefon, o co ona ma do mnie pretensję. W moim domu w Dobroniu czasem śpię po cztery godziny, ale odpoczywam tam bardziej niż gdziekolwiek indziej.

Kończy pan 48 lat. Czterdziestka przyniosła dużo zmian?

Tak, bo wtedy poznałem moją Teresę. Spotkaliśmy się na planie filmu „Leśne Doły”, który był kręcony w miejscu, gdzie teraz jest nasz dom. Zbudowałem nowy związek.

Nie miał pan problemu z hasłem „rozwód”?

Rozwód nie miał nic wspólnego z kolejną partnerką. Długo podchodziłem do życia jak harcerz: „Jak to, ja nie dam rady? Dam radę”. A czasami trzeba odpuścić.

Czy myśli pan, co wydarzy się po pięćdziesiątce?

Moje życie dalej będzie miało tę właściwą sobie odrobinę szaleństwa. Chciałbym tylko, żeby w pracy zapanował większy porządek.

Aktor jest nieszczęśliwy, kiedy gra za dużo albo za mało?

Wolę klęskę urodzaju. Przez większość życia miałem kompleks „bidy”. Dlatego lubię i muszę pracować. Nie chodzi o chęć posiadania. Dziecku zawsze chętnie coś kupię. Sobie – czasem, chyba że nie mam innego wyjścia, bo na przykład przyjeżdżam na jakąś galę w krótkich spodenkach.

Kogo dziś pan słucha?

Wielu ludzi, ale nie zawsze robię to, czego chcą. Do myślenia dają mi też dzieci. Słyszę na przykład: „Tata, byłeś taki szczęśliwy dzisiaj i jest to twój największy sukces”. Albo: „Musisz? Musisz? Wcale nie”.

W rozmowach z żoną czyje jest na wierzchu?

Tego nie powiem w wywiadzie. Ale dam przykład. Żona pyta mnie: „Czemu dałeś mi dwa kolory do wyboru?”. Odpowiadam: „Bo pozostałe są beznadziejne”.

Domową instalację elektryczną sam pan zakładał?

Naprawię lampkę. Prostą instalację w urządzeniu domowym też ogarnę. Przy stycznikach wymiękam.

Czyli jest pan mężczyzną, który zarobi i naprawi. Tylko to pielenie ogródka nie pasuje do obrazka idealnego macho.

Generalnie pieleniem zajmuje się żona [aktor wyciąga telefon komórkowy i jako dowód pokazuje zdjęcie żony wśród kwiatów – przyp. red]. Jednak kiedy jestem w ogrodzie, nie umiem się powstrzymać. Widzę chwast i muszę go wyrwać. Ja to lubię.

Co powiedziała żona, kiedy ostatnio – zakładam, że tak było – wręczył jej pan kwiaty?

Zrobiłem jej niespodziankę na urodziny. Kupiłem mnóstwo kwiatów ogrodowych, na punkcie których Teresa ma bzika. Zastawiłem nimi taras i czekałem na reakcję. Żona zeszła, spojrzała i powiedziała: „I ty pewnie myślisz, że ja to wszystko będę sadziła?”.

Wywiad pochodzi z numeru 1/2017

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze