Pomiędzy wolnością a przynależnością: jak ochronić swoje „ja” w społeczeństwie?

Pomiędzy wolnością a przynależnością: jak ochronić swoje „ja” w społeczeństwie?
fot.123rf

Wyjątkowi i ważni, ale nie najważniejsi. Obok nas żyją równie wyjątkowi ludzie. A wszyscy jesteśmy niczym ziarnko piasku na pustyni, kropla wody w oceanie. Jak ze sobą nawzajem współdziałać, ale i chronić swoje „ja”?
Każdy człowiek pisze swój mit, najczęściej nieświadomie. Dobrze jest go zidentyfikować i „przeczytać”. Bo wtedy możemy zastanowić się, jaką rolę w nim odgrywamy. Pierwszoplanową, drugoplanową, epizod? Konfrontacja z naszym mitem jest jednocześnie konfrontacją ze społeczeństwem.

Konstanty, 40 lat, fizyk nuklearny: – Mój życiowy mit od urodzenia pisali za mnie inni – najpierw rodzice, potem społeczeństwo. Uświadomiłem sobie to z całą jaskrawością jakieś pięć lat temu, ale dopiero teraz, w 40. urodziny, powiedziałem sobie: „Wychodzę na plan pierwszy”. Zawsze ważniejsze było to, co wypada, trzeba, niż to, co czuję i jaki jestem naprawdę. Byłem wrażliwym, zamkniętym w sobie chłopcem. Wychowywała mnie matka, kochająca, ale neurotyczna. Ojciec pojawiał się w moim życiu rzadko, zawsze po to, żeby mnie strofować za to, że jestem „babą, która wiecznie się maże”. Nie miałem ani przyjaciół, ani dziewczyny, już w szkole średniej odkryłem, że jestem gejem. Od kiedy pamiętam, uciekałem w naukę, potem w pracę. Można powiedzieć, że w życiu zawodowym płynąłem i płynę z prądem. Wszystko przychodzi mi dość łatwo, osiągam sukcesy, wspinam się po szczeblach kariery, dużo zarabiam. W życiu prywatnym natomiast do tej pory wiosłowałem pod prąd. Cały swój wysiłek kierowałem na kamuflowanie mojej prawdziwej natury. Nikt nie mógł dowiedzieć się, że jestem gejem. Nie miałem odwagi przyznać się do tego nawet przed samym sobą. Dopiero kiedy poznałem swojego obecnego partnera, szczęśliwego, wyluzowanego człowieka, który już jako nastolatek zrobił swój coming out, postanowiłem pójść w jego ślady. Pięć lat temu wyznałem prawdę rodzicom. Byli w szoku, zabronili mi pojawiać się
z partnerem w ich domach. Odpowiedziałem spokojnie: „Albo przyjeżdżamy razem, albo nie pojawiam się w ogóle”. I konsekwentnie przez pięć lat ich nie odwiedzałem. W grudniu zadzwoniła mama i zaprosiła nas na Wigilię. Z ojcem nie będzie łatwo, ale trudno. Zdecydowałem się także – poprzez Facebooka – powiedzieć całemu światu, że jestem gejem. Wreszcie sam piszę swój mit.

Totalitarne ego

Wielu z nas żyje w podobnej schizofrenii. Spychamy część siebie, która płynie pod prąd, wstydzimy się jej, czasem strasznie jej nienawidzimy. A tak się żyć nie da. Ta część też musi być wyrażona, trzeba się do niej przyznać i ją przed sobą ujawnić. Na przykład to, że jest się gejem. Albo bywa zołzowata wobec partnera. Albo kłamie, żeby było prościej. A my skrzętnie to skrywamy. Amerykański psycholog Leslie Greenberg tłumaczy ten mechanizm reżimem totalitarnego ego. Polega on na tym, że tworzymy obraz siebie w taki sposób, żeby dodawać sobie pozytywnych cech, wybielać swoją przeszłość. Tymczasem warto zadać sobie kilka pytań na własny temat: Jaka jestem „w całości”? Czy nie jest tak, że coś o sobie wiem, ale uważam to za wstydliwe i nie chcę tego pamiętać, a inne sprawy, cechy, które nie są stuprocentowo prawdziwe, eksponuję, wypaczając prawdę o sobie samej?

Znakomity amerykański psycholog międzykulturowy Harry Triandis uważa, że tak naprawdę żyjemy w miksie trzech „ja”: prywatnego (jak widzę siebie i siebie rozumiem), publicznego (jak widzą mnie inni i jak mnie oceniają, jakim cieszę się prestiżem i jaką odgrywam rolę społeczną) oraz kolektywnego (do jakich grup przynależę i jakie łączą mnie współzależności). Na jednego człowieka napiera tyle sił! Z jednej strony siła „ja” prywatnego, która robi wszystko, żeby być super wobec siebie, bo reżim totalitarnego ego podpowiada: „O tym nie mów, a to powiedz, to umniejszaj, a to podkoloruj”. Z drugiej strony – publiczne „ja” popycha do zakładania masek, przybierania ról. No i „ja” kolektywne chcące zadowolić grupę (rodzinę), do której przynależymy, co czasem może kłócić się z „ja” prywatnym. Efekt? Jesteśmy non stop w totalnym konflikcie. Jakby tego było mało – do głosu dochodzi globalizacja, czyli aspekty polityczne, społeczne i kulturowe, które sprawiają, że do końca nie wiemy, co jest nasze, a co nie. Nasi rodzice i dziadkowie nie mieli tego problemu, pole wyboru ich własnego „ja” było zawężone – syn szewca na ogół zostawał szewcem, mało kto decydował się na radykalne zmiany miejsca zamieszkania. Naszym przodkom żyło się więc pod tym względem prościej. Natomiast współcześni młodzi ludzie mają tak szerokie spektrum perspektyw, tak wielkie możliwości wyboru, kim być, gdzie mieszkać, że dowolnie mogą kształtować swoją tożsamość.

Połączyć się ze sobą

Dzisiaj wszystko jest niejednoznaczne, nieoczywiste, niekonkretne, zmienne. Także perspektywy budowania własnego „ja”. Bo do głosu dochodzą także „ja” idealne i powinnościowe, które to budowanie „ja” realnego komplikują. A przecież wielki wpływ wywierają na nas także rodzice, dziadkowie. Jak rozpoznać, co jest moje, prawdziwe, a co nie?

Warto uświadomić sobie koszty, jakie ponosimy, gdy któreś „ja” całkowicie nas zdominuje. Olga, lat 42, dziennikarka, właśnie wniosła sprawę o rozwód. Przez 22 lata małżeństwa łudziła się, że jej mąż (znany polityk) przestanie romansować. Tak jej zresztą obiecywał zawsze, ilekroć wyszło szydło z worka. Kiedy życzliwi ludzie donieśli jej o ostatnim romansie męża, trafiła do szpitala z niedowładem nóg. Dopiero gdy ciało odmówiło posłuszeństwa, odważyła się na rozwód. Wcześniej słuchała „ja” publicznego – pilnującego wizerunku znanej rodziny – za co płaci dzisiaj dotkliwe koszty.

Justyna, lat 32, nauczycielka, poddała się z kolei „ja” kolektywnemu. Skutek? Jej ciało też powiedziało „nie”. – Do niedawna żyłam pod dyktando rodziców. Gdy zdałam maturę, tata sędzia nakazał mi studiować prawo, a mama lekarz – medycynę, choć marzyłam od dziecka, żeby uczyć polskiego. Sprzeciwienie się rodzicom było nie do pomyślenia! Dlatego studiowałam dwa wybrane przez rodziców kierunki, co było tak obciążające, że nieustannie chorowałam. Skończyłam studia, wiedząc, że na dłuższą metę nie wytrwam w żadnym z tych zawodów. Pracowałam przez rok jako lekarka, a jednocześnie, w tajemnicy przed rodzicami, zaczęłam studia polonistyczne. Wszystko to okupiłam ciężką chorobą. Właśnie przeszłam operację guza tarczycy, czeka mnie chemioterapia. Od roku pracuję w wymarzonym zawodzie, ponieważ udało mi się – w wyniku terapii – rozpocząć dialog z „ja” kolektywnym, skonfrontować się z rodzicami, którzy w końcu zaakceptowali moje wybory. Teraz wiem, że mogłam postawić się im dużo wcześniej. Bałam się jednak walczyć o swoje. I to był straszny błąd.

Psychologowie mówią, żeby nie bać się konfliktów, ponieważ konflikty prowadzą do kryzysów, a te z kolei są drogą do rozwoju. Lawrence A. Pervin, autor „Psychologii osobowości”, uważa, że człowiek ma poczucie własnej jedności (jest w tzw. stanie unity). To znaczy, że potrafi łączyć się ze sobą, podtrzymywać ciągłość siebie w czasie i przestrzeni. Pomimo zmiany ról, rangi, warunków życiowych człowiek wie, kiedy jest sobą, a kiedy nie, choć ta wiedza może się różnie przejawiać.

Na skrzyżowaniu dróg

Erich Fromm nazwał nasze wybory ucieczką od i do wolności. W pierwszym przypadku podporządkowujemy się zbiorowości, szukając złudnej więzi. W drugim – kierujemy się pragnieniem realizacji swojej osobowości, którą Fromm nazywa samorealizacją. Obie te drogi są mocno przez nas idealizowane. Bo to nie jest tak, że można osiągnąć szczęście, podporządkowując się społecznym wymogom albo zupełnie się od nich odwracając.

Dobrze być świadomym, że równie mocno naciskają na nas dwie siły – wewnętrzna potrzeba samorozwoju i zewnętrzna społeczna i kulturowa presja. Nigdy nie jesteśmy bowiem w stanie „czystym”. Zawsze pozostajemy na skrzyżowaniu dróg – pomiędzy wolnością a podporządkowaniem. Zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu prywatnym. Robić karierę w korporacji czy ryzykować własny biznes? Poświęcać czas partnerowi czy zapisać się na kolejne warsztaty? Dążyć do założonego celu, realizować swoje ambicje czy dbać o rodzinę? Ponieważ jedno uniemożliwia drugie, stoimy w rozkroku.

Psychologia zorientowana na proces zakłada, że wszystko, co nam się wydarza, jest pewną opowieścią, historią, mitem, przez który nasze życie chce się wyrazić. I nie zawsze tym, kto przeze mnie dobija się do głosu, jestem ja.

Dlatego dobrze spojrzeć na swoje życie jak na opowieść. I zapytać siebie: Co jest tą siłą, która się przeze mnie wyraża? Co się w mojej historii powtarza, jakie wydarzenia, wartości? Czemu służę? Miłości, potrzebie zadowalania innych, ambicjom, zazdrości?

Bo może być tak, że żyjemy jakby porwani przez wydarzenia, przez ludzi, że jesteśmy ich zakładnikami, bezwolnie egzystując. Uświadomienie sobie tego faktu jest ważne, ponieważ niejako wymusza ustosunkowanie się wobec niego. I wtedy możemy albo zamknąć ten rozdział, albo w nim trwać, wyciągając z niego jakąś lekcję. Iść pod prąd albo z prądem. Uciekać od wolności albo do wolności. Ważne, żeby ten wybór był świadomy. Bo kiedy jestem świadomy tego, co się ze mną dzieję, CZUJĘ, ŻE ŻYJĘ.

Joanna, lat 48, lekarka, matka trójki dorosłych dzieci, ma w sobie coś magnetyzującego. Wszędzie, gdzie się pojawi, skupia uwagę innych. Przychodzi na przyjęcie, siada z boku i za chwilę otacza ją wianuszek ludzi. Nic nie robi, żeby być w centrum, a w przedziwny sposób w nim jest. Pacjenci ją uwielbiają, współpracownicy cenią, znajomi podziwiają. Przyjaciółka Barbara tak tłumaczy fenomen Joanny: „Ona nikogo nigdy nie udaje. Prawdziwa do bólu, nawet jak jej z tą prawdą nie do twarzy. Nie napina się, nie napiera, po prostu jest. Niepokorna i – o paradoksie – właśnie dlatego wszędzie wszyscy ją kupują, wcale nie musi się do nikogo dostosowywać. Absolutnie niezależna, ale jednocześnie mocno związana z rodziną, przyjaciółmi, pacjentami. Nie widziałam jej nigdy skupionej na swoich sprawach – ciągle zajmuje się chorymi, rodziną, znajomymi. A oni odpłacają jej to z nawiązką”.

Joanna przypomina mędrca z przypowieści mistrza tao Lao-tse, który – jak go opisuje w książce „Odmień swój umysł. Odmień swoje życie” Wayne W. Dyer – „innych stawia na pierwszym miejscu, o nic nie prosi w zamian i całym sercem służy. W ten sposób wyraża swoim życiem odwieczny paradoks tao – dając nieproszony, otrzymuje wszystko, czego mógłby pragnąć i potrzebować”.

Od relacji tego, co prywatne, z tym, co społeczne, zależy nie tylko nasze życie, ale i też życie innych. Rozbuchane ego może nieść ludziom cierpienie, natomiast nadmierny respekt dla tego, co społeczne – ograniczać nasz rozwój. Cały sekret tkwi w tym, jak zachować właściwe proporcje.

Konsultacja psychologiczna Monika Myszka

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze