1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Medycyna chińska: jak nasz organizm funkcjonuje latem?

Medycyna chińska: jak nasz organizm funkcjonuje latem?

fot.123rf
fot.123rf
Według medycyny chińskiej w sierpniu powinniśmy obdarzyć szczególną troską serce, śledzionę i trzustkę – o tej porze roku odpowiadają za naszą równowagę psychofizyczną. Co to oznacza w praktyce? Kochajmy się, balujmy, ucinajmy sobie drzemki i niczym się nie martwmy.

Chińscy mędrcy każdej porze roku przypisują związek z jakimś organem. Związek ten polega na swoistym „otwarciu”: z jednej strony dany organ pracuje wtedy najlepiej i najwydajniej oraz najlepiej się czuje, jest w pełnym rozkwicie – z drugiej jest też narażony na wyeksploatowanie, a jeśli go przeciążymy, najłatwiej możemy mu zaszkodzić. Jakie organy „otwierają się” latem?

– Chińska medycyna tę porę roku dzieli na dwie części: wczesne lato, trwające od początku czerwca do końca lipca, i późne lato, które obejmuje cały sierpień – wyjaśnia Rafał Becker, trener szaolińskiego qigongu i specjalista medycyny chińskiej. – Wczesne lato powiązane jest z sercem, późne – ze śledzioną, przy czym w chińskiej medycynie pod tą nazwą kryje się także trzustka.

Serce chce czuć

Serce jest siedliskiem miłości, a w chińskiej medycynie także siedzibą umysłu – pulsuje energią yang i kontroluje wszelkie emocje, w tym radość. I to właśnie często czujemy latem: w naszych sercach otwiera się naturalny rezerwuar radości. Jesteśmy gotowi na nowe doznania, przygody, przeżycia.

– Lato to także okres, kiedy mamy większą ochotę na życie towarzyskie i nie powinniśmy się przed tym bronić – mówi Rafał Becker. – Coś nas pcha do wyjścia z domu, do spotykania się z innymi ludźmi. Dobrze to widać podczas wakacji, kiedy z dużą łatwością nawiązujemy nowe kontakty. Ale nawet człowiek, który pracuje i co dzień wraca zmęczony do domu, w weekend, kiedy odeśpi, chętnie spotyka się z ludźmi.

I tak ma być, bo tego chce nasze letnie, otwarte serce! Teraz możemy trochę pobalować, bo to jedyna pora roku, w której chińska medycyna pozwala na późniejsze chodzenie spać (trzeba dodać, że „późno” oznacza maksymalnie godzinę 23). Jeśli spaliśmy za krótko, możemy się zdrzemnąć w ciągu dnia. Medycyna chińska pozwala na jedną lub dwie drzemki w ciągu dnia, podkreśla jednak, by nie traktować ich jako alternatywy dla nocnego odpoczynku. Mogą być, co najwyżej, delikatnym uzupełnieniem.

Latem serce otwiera się też na letnie romanse i flirty. I dobrze. – Sercu szkodzi zwykle nadmiar emocji, bo rozprasza jego energię qi, czyli energię witalną – wyjaśnia Rafał Becker. – Ale letnie romanse nie są szkodliwe, niosą emocje, które w otwartym sercu dobrze się mieszczą. Lato to także dobry czas na seks, bo seks łączy się z letnią obfitością witalnej energii. Uwaga jednak na romanse pozamałżeńskie, wywołujące zwykle wielkie zamieszanie, zazdrość, lęk i nadmierne pobudzenie – te mogą serce przeciążać.

Serce chce przeżywać emocje, ale kiedy przegrzany układ nerwowy nałoży się na otwarte serce, łatwiej wpadamy w stan poirytowania, gniewu i jesteśmy bardziej wrażliwi na bodźce. To nie służy energii serca. Silne emocje mogą się skończyć kłopotami zdrowotnymi, np. zawałem lub udarem. Tym bardziej że wysokie temperatury działają niekorzystnie na układ nerwowy. Dlatego osoby z wybuchowymi charakterami latem powinny szczędzić sobie atrakcji.

A krew krąży, krąży…

Doskonała kondycja serca to także świetnie działający układ krążenia. W czasie upałów krążenie i tak ma ciężką pracę do wykonania. Dobrze, że energia witalna wspiera je w wysiłkach. – Niskociśnieniowcy czują się wyśmienicie, bo ciśnienie krwi w naturalny sposób rośnie, a żyły zaczynają się wyraźniej rysować pod skórą – mówi Rafał Becker. – Gorzej mają nadciśnieniowcy: ci powinni regularnie się monitorować, a kiedy ciśnienie zaczyna rosnąć, odstawić kawę i alkohol oraz szukać wytchnienia i spokoju.

Dużo energii, doskonała forma fizyczna i wolny czas sprawiają, że rzucamy się w objęcia sportu i aktywności fizycznej. Ale często robimy to zbyt entuzjastycznie i przedobrzamy. W tej fazie lata organizmowi ruch służy, bo dodatkowo dodaje wigoru i zapobiega zastojom energii i krwi – ale przesadzać też nie warto. Lepiej się zdecydować na krótką sesję siatkówki plażowej, kajakarstwo, qigong, wycieczkę rowerową czy pływanie niż na forsowne, długotrwałe biegi czy wspinaczkę – bo takie aktywności przeciążają serce. – Przeciążenie wiąże się także z przegrzaniem organizmu i dużą utratą płynów ustrojowych, co grozi zagęszczeniem krwi i skłonnością do zakrzepów – dodaje Rafał Becker. – Ale i na to medycyna chińska ma receptę: właściwie nawadniać organizm, najlepiej wodą o pokojowej temperaturze, zieloną herbatą, herbatami owocowymi i wodą kokosową. Zwłaszcza ta ostatnia jest wskazana, ponieważ woda kokosowa to cudowny izotonik, prawdziwa skarbnica elektrolitów i mikroelementów, które nawilżają i regenerują organizm w czasie upałów.

Co ciekawe, medycyna chińska nie zaleca napojów prosto z lodówki – nawet w największe upały. Takie naprawdę zimne picie może bowiem osłabić żołądek.

Wczesnoletnie menu

Skoro jesteśmy już przy kuchni… Co powinno się znaleźć latem na naszych talerzach? – Koniecznie ogórki, pomidory, rabarbar, rzodkiewki, wodorosty, soja (w tym tofu), fasola mung, gruszki, arbuzy i czerwone owoce (np. czereśnie, wiśnie, maliny) – wylicza Rafał Becker. – Zalecane są też miód i mleko, bo dobrze nawilżają organizm. Natomiast niewskazane są duże ilości czerwonego mięsa, gorzkie produkty, takie jak kawa, bo wysuszają organizm, oraz ostre przyprawy, takie jak chilli, pieprz czy czosnek – dodają organizmowi gorąca, którego i tak ma już pod dostatkiem.

Druga połowa wakacji

Sierpień jest wciąż gorącym miesiącem, ale temperatury powoli spadają. Sprawne krążenie nie jest już tak ważne, jak było w początkowej fazie lata – teraz na pierwsze miejsce wysuwają się organy potrzebne do trawienia płodów lata. Wszędzie dookoła coś dojrzewa, pachnie i wabi, zachęcając „zjedz mnie”. Ponieważ sezonowe owoce są słodkie, trzustka musi być w doskonałej formie. I jest: stara się, jak może. A jej możliwości są teraz największe. – Śledzionie i trzustce najlepiej służy dieta oparta na jabłkach, brzoskwiniach i figach, a z warzyw na marchwi, dyni, ziemniakach oraz delikatnie duszonej cebuli. Lubią też zboża (ale pełnoziarniste), miód pitny, herbatki z lukrecji, napoje z koprem włoskim i anyżem, a z przypraw: imbir, kardamon, cynamon, oregano, rozmaryn i tymianek – tłumaczy Becker.

Jeśli jednak mamy osłabioną trzustkę – pamiętajmy, teraz jest „otwarta” i możemy jej łatwiej zaszkodzić. Posilajmy się obficie naturalną słodyczą pochodzącą z natury – ale unikajmy tej rafinowanej. Zrezygnujmy z lodów, napojów alkoholowych i wysoko słodzonych, lepiej strońmy też od tłustego i smażonego jedzenia, potraw słonych i ciężkostrawnych, a także suchego prowiantu.

Latem ładujemy „witaminowe akumulatory” – z kapitałem, jaki uzbieramy, wkroczymy w jesień i zimę, które będą dla nas łatwiejsze, jeśli właśnie teraz stworzymy solidne podstawy. Dlatego owoce i warzywa powinny stanowić trzon posiłków (z mięs wskazany jest głównie drób). – Pamiętajmy, że surowe potrawy obciążają układ pokarmowy, nie odżywiajmy się więc wyłącznie surowizną – ostrzega Rafał Becker. – W ciągu dnia jedzmy pięć posiłków, z czego trzy powinny być gotowane, surowe mogą być tylko dwa – najlepiej jeść surowe dodatki do gotowanych dań.

Dla kogo późny urlop?

Medycyna chińska ma odpowiedź i na to pytanie: w sierpniu o urlopie powinny pomyśleć osoby mające skłonność do zamartwiania się jednym tematem czy obsesyjnych myśli, krążących wokół jednej sprawy. – Według tradycyjnej medycyny chińskiej śledziona jest domem intelektu – zdrowa powoduje, że nasze myślenie jest jasne i przejrzyste, a koncentracja znakomita. Kiedy jednak śledziona zaczyna szwankować, pojawiają się problemy ze skupieniem, zapamiętywaniem czy snuciem precyzyjnego myślowego wątku – wyjaśnia Rafał Becker.

Druga połowa lata to czas, kiedy śledziona jest „otwarta” – a więc mamy do niej dostęp i wpływ – a obsesyjnym myśleniem mocno ją osłabiamy. Dlatego teraz lepiej uciec od tego, co mogłoby nas wpędzać w takie ciągi martwienia się. Z dala od pracy, obowiązków, obciążeń łatwiej się będzie zrelaksować. Kiedy w dobrym towarzystwie wyskoczymy w jakieś fajne miejsce, będziemy się wysypiać i smacznie jeść, łatwiej umkniemy smutkom i zmartwieniom. A kiedy nas najdą obsesyjne myśli, zjedzmy słodki owoc – śledziona lubi słodycz, odpręża się dzięki takim smakom. – Warto też przed obiadem czy lunchem, czyli ok. 13, uciąć sobie krótką drzemkę – radzi Rafał Becker. – Dzięki temu układ pokarmowy nabierze wigoru i powiększy się jego energia. Taka drzemka jest zalecana zwłaszcza osobom z osłabionym układem pokarmowym.

Ale drzemka właściwie przyda się nam wszystkim. Przyznajmy się: kto z nas śpi tyle, ile potrzebuje? No właśnie… A latem o bezsenność jest łatwiej niż w innych porach roku. Gorąco i wyższe ciśnienie przekładają się na problemy z zaśnięciem i wybudzaniem w nocy. Dlatego „podrzemujmy” codziennie – na zdrowie!

Ekspert Rafał Becker: instruktor qigong, specjalista w zakresie chińskiej profilaktyki zdrowia www.shaolinqigong.pl, www.yangsheng.com.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Życiowy potencjał w medycynie wschodniej - skąd możemy czerpać energię?

Fot. iStock
Fot. iStock
W ujęciu tradycyjnej medycyny chińskiej potencjał, jakim będziemy dysponować przez całe życie jest określony już w chwili narodzin. Chińczycy nazywają go energią przedurodzeniową. Składa się na nią potencjał naszych rodziców, naszych przodków, a więc to, co dzisiejsza nauka dostrzegła w genach. I na to nie mamy wpływu.

Z każdym dniem i godziną każdemu z nas ubywa tej energii – dlatego się starzejemy.

Ale na tempo utraty życiowego potencjału mają wpływ: energia czerpana z pożywienia, z powietrza i z umysłu. Dzięki temu możemy i powinniśmy świadomie oddziaływać na stan naszej energii życiowej – wspomagać fizyczne i psychiczne zdrowie, i w ten sposób opóźnić proces starzenia.

Energia z pokarmu

Energię chi, bo tak się ją określa, możemy czerpać z właściwego dla naszych indywidualnych  potrzeb pokarmu. Nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich ludzi, ale podstawą pożywienia każdego dbającego o swoje zdrowie człowieka powinny być wszystkie jadalne nasiona (mają dużo własnej chi i są w łańcuchu pokarmowym oddalone od ludzkiego DNA). Należą do nich przede wszystkim zboża, wszelkiego rodzaju kasze, ale również nasiona roślin strączkowych, np. groch, fasola oraz takie przysmaki, jak orzechy, migdały, pestki słonecznika, dyni itp. Pokarmy sprzyjające zdrowiu to również warzywa i owoce spożywane w różnych wersjach, zarówno surowe, jak i na ciepło. W piramidzie zdrowia ostatnie miejsce zajmują pokarmy zwierzęce, a wśród nich pokarmy ssaków będących genowo najbliżej białka ludzkiego (należy do nich wieprzowina), potem białko mięsa ptaków i ryb.

Energię do życia czerpiemy też z powietrza, dlatego tak duże znaczenie mają ćwiczenia oddechowe oraz jakość powietrza, którym napełniamy nasze płuca. Aktywność fizyczna sprzyja czerpaniu tej energii wraz z tlenem transportowanym przez pęcherzyki płucne do krwi.

Energia generowana przez umysł

Najpotężniejszą porcją energii można zasilić się (ale i, niestety, osłabić) poprzez sterowanie własnym umysłem. Jeśli w życiu przeważają mądrość, przyjacielskość, współczucie, sprawiedliwość i uczciwe zamiary nasz umysł zdolny jest zrekompensować nawet niedomagania ciała. Zdolny jest też dać radość życia i poczucie sensu w każdej zastanej chwili. To czyni człowieka nieustraszonym.

Strach natomiast jest najbardziej destrukcyjną emocją dla nerek, od których, według tradycyjnej medycyny chińskiej, zależy energia chi. Współczesnemu człowiekowi, bardziej niż kiedyś, towarzyszy strach przed starością i przemijaniem. W dawnych czasach starość była atutem, mówiło się np. z szacunkiem „zacny staruszek”. W niektórych kulturach tylko starzec mógł być uznany za mędrca. W kulturze zachodniej zewsząd podsycany kult młodości czyni człowieka nieodpornym na najbardziej naturalne ze wszystkich naturalnych zjawisk – przemijanie.

Jeśli mamy dobrej jakości energię życiową, nie boimy się przemijania i przyjmujemy spokojnie to, co lata niosą.
Tymczasem słyszy się dokoła, że młodość może nam przedłużyć lek od ginekologa, skalpel chirurga czy zabieg u kosmetyczki. Wszystko to sprawia, że przestajemy być świadomi możliwości własnego organizmu, a naturalne procesy, jakie w nim zachodzą jawią się jako choroba, która wymaga leczenia. Jednym z przykładów może być okres menopauzy. Lansowane hormony, zwane eliksirem ryzyka, nie są jedynym środkiem do łagodzenia objawów menopauzy i na pewno nie są  eliksirem zdrowia. Oprócz działania onkogennego (ryzyko choroby nowotworowej) obciążają wątrobę, która musi sobie poradzić z ich metabolizmem. Ponieważ wątroba jest też odpowiedzialna za poziom niektórych czynników krzepnięcia, pojawia się możliwość wystąpienia choroby zakrzepowej. W medycynie Wschodu i Zachodu niejednakowo respektuje się powiązania narządowe warunkujące homeostazę, czyli równowagę wewnętrzną wszystkich układów ciała ludzkiego.

Ojciec medycyny, Hipokrates podkreślał, że naczelną zasadą leczenia jest „po pierwsze nie szkodzić”. A więc, jeśli działanie lekarza ma spowodować szkody większe niż sama choroba, należy przyjąć inną strategię. Przecież takie objawy jak gorączka czy ból często ostrzegają przed tym, co zaczyna się dziać w chorym organizmie. Mogą więc stać się jego sprzymierzeńcem poprzez szybką mobilizację układu odpornościowego (w podwyższonej temperaturze na przykład intensywnie produkowane są przeciwciała, a mniej intensywne jest namnażanie się bakterii, wirusów i innych patogenów). Oczywiście medycyna Zachodu w sytuacjach załamania się układu odpornościowego, urazach, nieodwracalnych lub wrodzonych defektach zdrowia przejmuje dowodzenie i jej zasługi są niekwestionowane. Jednak w wielu  przypadkach przewlekłych schorzeń sama nie zdaje egzaminu i powinna czerpać z mądrości medycyny Wschodu.

Dr n. med. Wiesława Stopińska: lekarka rodzinna i pediatra; dyplomowana akupunkturzystka. Propaguje i stosuje w praktyce lekarskiej naturalne metody diagnozowania i leczenia obok metod akademickich. Autorka książki "Medycyna. Między wschodem a zachodem".

  1. Zdrowie

Oczyszczanie? Naturalnie!

Trzeba pić wodę, aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie. (Fot. iStock)
Trzeba pić wodę, aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie. (Fot. iStock)
Wiosną wszyscy chcemy się oczyszczać. Detoksykować. Rozważamy głodówki, niekiedy kuriozalne diety. Chcemy łyknąć pigułkę, ewentualnie wypić jakiś napar i mieć to oczyszczenie za sobą.

W duchu miłości do naszego ciała i wiary w moc organizmu oraz jedzenia zaproponuję jednak oczyszczanie spokojniejsze. Warto sobie przypomnieć, że nasze ciała są teoretycznie samowystarczalne. Wiadomo – czasem sami im szkodzimy aż nadto, pijąc alkohol, paląc, zjadając za dużo leków lub suplementów diety. Generalnie jednak ludzki organizm jest w stanie oczyścić się z większości szkodliwych substancji (chyba że przesadzimy z dawką). Ale ja dziś zajmę się normalnym życiem przeciętnego człowieka. Tych, którzy zjedli muchomora, odsyłam w trybie pilnym do lekarza.

Za oczyszczanie odpowiadają nerki oraz wątroba – choć i poprzez jelita pozbywamy się części niechcianych składników. Wątroba pełni w naszym organizmie kilka funkcji – tu zajmę się jedynie tematem filtrowania. 80 proc. krwi, która trafia do wątroby, dopływa żyłą wrotną (pozostałe 20 proc. pochodzi z tętnicy wątrobowej). To właśnie w żyle wrotnej są i składniki wchłonięte w przewodzie pokarmowym, i te „zebrane” z narządów. Co można, zostanie zneutralizowane, rozłożone i unieszkodliwione, po czym trafi ponownie do krwi, a z nią z kolei do nerek. One między innymi tworzą mocz. To nie tylko sposób na pozbycie się nadmiaru wody, tak również usuwane są z organizmu metabolity. Osocze krwi przepływającej przez naczynia włosowate kłębuszków nerkowych jest filtrowane, a co w organizmie niepotrzebne, trafia do ich środka (światła, jak to się fachowo nazywa) w związku z różnicą ciśnień. Część substancji transportowana jest jeszcze w mechanizmie pinocytozy (przenoszenie pojedynczych substancji). Dlatego tak zachęcam do picia wody oraz do radości wynikającej z siusiania. Im częściej, tym lepiej!

Ale to nie koniec. Błonnik w jelitach wiąże różne niepotrzebne nam substancje – załatwiając się, wydalamy je z organizmu. Dlatego należy pić wodę (tak, wiem, znowu to samo), aby błonnik mógł pęcznieć i wędrować przez przewód pokarmowy. Pamiętajmy o tym, że każdy dzień powinniśmy zaczynać od napoczęcia półtoralitrowej butelki wody, którą późnym popołudniem napełnimy ponownie! I jedzmy warzywa, pełnoziarniste produkty zbożowe i rośliny strączkowe. To powtarzane kolejny raz zalecenie, ale jakże ważne. One dostarczają nam antyoksydantów, które także chronią organizm przed szkodliwymi substancjami!

Dodam jeszcze do listy ruch. Dla detoksu, a i owszem! Jeżeli pobudzimy limfę w organizmie (uprawiając aktywność fizyczną, masując ciało czy chociażby szczotkując je), to również przyspieszy pozbycie się tego, co szkodliwe. Ruch pomaga w oczyszczaniu organizmu także poprzez zwiększenie wydzielania potu, wraz z którym wydalane będą niepożądane substancje.

A na koniec zasugeruję, że może warto zrobić sobie rachunek sumienia. I zastanowić się, z czego chcemy się oczyścić. Dobrze przeprowadzić analizę własnych poczynań i przyzwyczajeń. Ile z rzeczy, które jadamy, to produkty wysokoprzetworzone, w których składzie znajdują się barwniki, aromaty, konserwanty? To ich właśnie powinniśmy unikać – szczególnie w okresie detoksykacji.
Proszę, sprzątajmy nasze ciała, ale delikatnie, powoli, bez brutalnych działań. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Zdrowie

Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Tak wygląda mózg migrenika. Jedna sucha gałązka może wywołać wybuch płomieni. Trzeba dojść, co dla ciebie jest tą gałązką – mówi dr Anna Błażucka, neurolog zajmująca się leczeniem migren.

Czym właściwie jest migrena?
Migrena to cierpienie. Ciężka choroba. Jeden z częstszych i najsilniejszych bólów głowy, słabszy tylko od bólów klasterowych. Nasila się podczas zwykłych codziennych czynności. Chory w trakcie napadu myśli tylko o tym, by położyć się w cichym, ciemnym pomieszczeniu i żeby wszyscy dali mu spokój. Nie sposób otworzyć oczu, bo ból się nasila. Towarzyszą mu nudności, czasami wymioty, światłowstręt, nadwrażliwość na dźwięki i zapachy. Ból ma charakter pulsujący, rozdzierający, jakby ktoś walił nas po głowie 50-kilogramowym młotem. Najczęściej obejmuje połowę głowy, choć wraz z rozwojem napadu może się rozszerzać na całą. Napad może trwać kilka dni, nawet jeśli ból po lekach ustępuje; migrena ma cztery fazy, ból to tylko jedna z nich. Problemem jest to, że migrena nie jest postrzegana jako ciężka choroba przez osoby, które same nie chorują albo nie mają chorych w otoczeniu. Dużo złego zrobiły tu naleciałości kulturowe.

Choroba „histeryczek”...
Pamiętamy z „Nad Niemnem” Emilię Korczyńską z jej „globusem”. Każdego normalnego człowieka boli głowa, a migreny mają arystokraci – taka jest utrwalona kulturowo opinia. Migrena bywa traktowana jako ucieczka przed pracą, przed życiem. Każdego kiedyś bolała głowa i jeśli był to ból typu napięciowego, czyli o niewielkim natężeniu, na cudzy ból patrzymy przez pryzmat swojego. Myślimy: „Przesada, to się przecież da wytrzymać”.

A w rzeczywistości to choroba, która wyłącza z życia. Nie można nic zaplanować, urlop kończy się tym, że wszyscy chodzą na palcach, bo mama leży z migreną. Nie zawsze da się pojechać tam, gdzie chcemy, bo na przykład w górach osoby z migreną gorzej się czują. Zmiana stref czasowych to także ryzyko napadu. No i praca. Nie każdy pracodawca zrozumie, chory często bierze urlopy, bo trudno przy każdym napadzie migreny iść do lekarza. A nawet jeśli do pracy przyjdziemy, a czasem po prostu inaczej nie można, niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Osoby chore częściej też zapadają na depresję. W dodatku rujnują sobie zdrowie, bo bez przerwy biorą leki przeciwbólowe. Błędne koło.

I życie w stresie…
Tak, w oczekiwaniu na kolejny napad.

Czy każdą migrenę poprzedza tak zwana aura?
Migrena przebiega w czterech fazach, ból głowy to trzecia z nich. Faza druga, poprzedzająca ból głowy, to aura, występuje u 30 proc. pacjentów. Najczęściej jest aura wzrokowa – migoczące mroczki, zniekształcenia obrazu, zmniejszenie albo powiększenie otaczających przedmiotów. Może być aura czuciowa – drętwienie zaczynające się od palców, obejmujące całą kończynę, twarz i język. Zdarzają się też niedowłady, zaburzenia mowy, co jest dla pacjentów przerażające – boją się, czy to nie udar. Aura trwa od pół godziny do godziny, potem zaczyna się ból. Czasami aura i ból dobę czy dwie wcześniej poprzedzone są objawami zwiastującymi. To pierwsza faza migreny: niepokój, rozdrażnienie, coś, co przypomina zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast po bólu głowy jest faza ponapadowa – pacjenci często wiążą ją z lekami i może tak być, ale to czwarta faza migreny: uczucie zmęczenia, słabości, senności.

Znamy przyczyny migreny?
Bóle głowy dzielimy na pierwotne i wtórne. Pierwotne to takie, których przyczyny nie znamy. Wtórne powstają w przebiegu innych chorób, internistycznych czy neurologicznych. Migrena i napięciowe bóle głowy zaliczamy do pierwotnych. Przyczyna oczywiście jest, ale my dostępnymi narzędziami nie potrafimy jej zbadać. Na dziś wiemy, że migrena to wielogenowa choroba genetyczna.

Przyczyn migreny nie znamy. Ale wiemy, co może ją wywołać?
Tak, są czynniki prowokujące. U osoby chorej na migrenę wywołają napad, u zdrowej nie spowodują żadnych zmian samopoczucia. Tych czynników znamy wiele i od razu podkreślę: chory nie jest podatny na wszystkie. Są czynniki niezależne od nas – takie jak pogoda. Migrena jest chorobą sezonową, nasila się wiosną i jesienią. Mówi się, że wywołuje ją halny w górach – ale tu nie o wiatr chodzi, lecz o gwałtowne zmiany ciśnienia. Są też czynniki, które zależą od nas, w tym od tego, co jemy. Do sztandarowych pokarmów wysokiego ryzyka należą: żółte sery, czerwone mięso, glutaminian sodu, orzechy, czekolada, alkohole – najczęściej czerwone wino. Ale u każdego może być co innego, także cokolwiek spoza tej grupy. A bywa i tak, że żaden pokarm napadu nie wywołuje. Są osoby chore na migrenę, które mogą pić czerwone wino, są i takie, które powąchają alkohol i mają napad. Problemem może być odwodnienie. Głodzenie – migrena go nie lubi. Stres, ale i odpoczynek po stresie. Zmiany rytmu dobowego, stref czasowych, zbyt krótki albo zbyt długi sen. Jest tak zwana migrena weekendowa związana ze zbyt długim spaniem właśnie. Nieodpowiedni, zbyt intensywny wysiłek fizyczny albo odpoczynek po wysiłku. U kobiet może też być cykl hormonalny, okres okołoowulacyjny albo okołomiesiączkowy.

Migrena to choroba nieuleczalna. Jednak możemy sobie pomóc. Jak?
Migreny nie zlikwidujemy, ale możemy skutecznie ją kontrolować. Leczenie ma na celu doprowadzić do tego, że napady ustąpią albo będzie ich mniej, albo będą słabsze, albo będą dobrze reagowały na leki przerywające ból.

Od czego pani zaczyna, kiedy przychodzi pacjent i mówi, że ma napady migreny?
Przede wszystkim muszę się dowiedzieć, czy to rzeczywiście migrena. Czyli: charakterystyka samego bólu głowy, jego lokalizacja i charakter, objawy towarzyszące. Czy migrena występuje coraz częściej, czy jest stabilna. Czyli czy napad jest jeden, czy dwa w ciągu miesiąca i od kilku lat tak samo, czy, powiedzmy, od pół roku więcej. A może zaczęła się gorsza reakcja na leki? Może napady coraz dłużej trwają?

Migreny dzielimy na epizodyczne i przewlekłe. Ważne, ile jest napadów w ciągu miesiąca, jak długo trwają, ile dni z bólem w ciągu miesiąca, czy występuje tylko jeden rodzaj bólów głowy. W jaki sposób napady bólu głowy są leczone, w jakich dawkach, czy leki przerywają napad, czy tylko zmniejszają natężenie bólu na kilka godzin. Jakie było leczenie w przeszłości. Często pacjent mówi: „Ja już byłem leczony wszystkim”. Ale kiedy się dopytuję, to okazuje się, że nie były to leki właściwe dla leczenia migreny. Albo stosowane w zbyt małych dawkach, takich, które nie mają prawa pomóc. W zależności od tych wszystkich danych zaczynamy rozmawiać o leczeniu.

Czy zaleca pani na przykład tomografię, żeby wyeliminować inne ewentualne przyczyny bólu, jak torbiele czy guzy?
W zaleceniach nie ma konieczności wykonywania tomografii ani rezonansu, migrena jest pierwotnym bólem głowy, więc my nic w tej głowie nie znajdziemy. Czasami w rezonansie opisane są drobne zmiany naczyniowe – ale u osób zdrowych też się takie zdarzają. Przyznam się jednak, że ja, jeśli pacjent badań obrazowych nie miał, na ogół je zlecam. Bo jeśli kogoś często i mocno boli głowa, to po prostu boi się, czy nie ma guza. I wynik badania go uspokoi.

Wywiad – i co dalej?
Wyjaśniam, jakie są możliwości i zasady leczenia. To ważne, bo inaczej leczymy, kiedy są jeden, dwa czy trzy napady w ciągu miesiąca, inaczej, jeśli jest ich więcej, a w dodatku takich, które nie ustępują pod wpływem leków. Dysponujemy leczeniem przerywającym napad migreny i leczeniem profilaktycznym. Przy małej liczbie napadów możemy zastosować tylko leczenie przerywające napad bólu – poszukać leków, pod których wpływem ból ustępuje w ciągu godziny, a najdalej trzech. Ważne też, by przyjąć leki od razu, kiedy tylko pojawia się ból. I w odpowiedniej dawce. Zazwyczaj w dolegliwościach bólowych zalecane jest dawkowanie dwa czy trzy razy dziennie po tabletce. W migrenie jest inaczej – na samym początku dwie, trzy tabletki, w zależności od preparatu. No i kwestia, jaki to powinien być lek. Ludzie często biorą leki z kodeiną. A ona nie jest wskazana – choć w danej chwili zadziała, prowokuje następne bóle głowy. Ułatwia też przejście migreny w przewlekłą oraz w powstanie polekowych bólów głowy.

Trudność zwiększa to, że pacjent poza migreną może mieć „zwykłe” bóle głowy, takie, które, jak mówi, „same przechodzą”. I wtedy na początku bólu nie wie, czy to migrena, czy nie. A czekanie, w jaki sposób ból się rozwinie, to już opóźnienie leczenia. To jedna pułapka. A druga – nadużywanie leków przeciwbólowych, które powoduje powstanie polekowych bólów głowy oraz transformację migreny w przewlekłą, czyli występującą przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego osiem to migrena. Uważa się, że przy bólach głowy można przyjmować osiem do dziesięciu tabletek miesięcznie. Jeśli bierzemy leki z powodu bólu kolana, to nie wyindukujemy sobie polekowych bólów kolana. A u osób z migreną leki przeciwbólowe wywołują polekowe bóle głowy. Po jakimś czasie przychodzi pacjent i mówi, że głowa boli go codziennie i codziennie bierze kilka tabletek, a i tak jest coraz gorzej. Bierze, bo musi, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. I koło się zamyka.

Chorzy na forach migrenowych piszą, że biorą dziennie opakowanie leków...
Kiedy człowiek jest młody, nie myśli, że w dłuższej perspektywie jest to niebezpieczne dla wątroby, nerek, serca, układu krwiotwórczego. Oczywiście organizm ma zdolności do regeneracji. Jednak gdy bierzemy leki miesiącami czy latami, to prędzej czy później doprowadzimy do jego uszkodzenia.

Leczenie migreny epizodycznej polega, jak pani powiedziała, na przerywaniu napadu. Ale jest i leczenie mające na celu niedopuszczanie do napadów. Co to takiego?
To leczenie profilaktyczne, które polega na codziennym przyjmowaniu leków. Pacjenci często się tego boją, bo to między innymi leki przeciwpadaczkowe i przeciwdepresyjne. W powszechnej opinii „ogłupiają, otępiają, uzależniają”. Oczywiście, każdy lek może wywołać objawy uboczne, ale to nie chemioterapia choroby nowotworowej, szukamy więc odpowiednich leków dla konkretnego pacjenta, skutecznych i dobrze tolerowanych. Mamy w czym wybierać, jeśli odpowiednio je dobierzemy, będą pozwalały normalnie żyć.

Trudność polega na tym, że efektów nie widać od razu. Trzeba dojść do odpowiedniej dawki, co trwa kilka tygodni, następnie odczekać co najmniej miesiąc, by ocenić, czy leczenie działa, czy trzeba szukać innych środków.
Leczenie profilaktyczne jest obowiązkowe w przypadku dużej liczby napadów i w migrenie przewlekłej. Najlepiej zaczynać je wcześnie, gdy w ciągu miesiąca występują trzy, cztery, pięć napadów migreny. Później – to kiepska wiadomość – będzie ono mniej skuteczne, bo już mamy migrenę rozwiniętą, oporną na leczenie.

Czasem decyzja o leczeniu profilaktycznym to indywidualna kwestia. Powiedzmy, że ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Można z tym żyć. Ale ten ktoś jest, dajmy na to, sędzią albo aktorem teatralnym. I musi przyjść na rozprawę albo wyjść na scenę, czy boli, czy nie. To, moim zdaniem, może być wskazaniem do włączenia terapii.

A jeśli działa, to jak długo trwa kuracja?
Co najmniej rok. Później możemy próbować odstawiać albo zmniejszać dawkę. To leczenie jest bezpieczne. Z kolei lekami, które z definicji przeznaczone są do stosowania przewlekłego, jak padaczka czy depresja – tu często terapia trwa do końca życia. Nie zawsze jest tak, że napady ustaną, ale będą zdecydowanie rzadsze albo krótsze, albo leki przeciwbólowe będą skuteczniejsze. Bo jedno drugiego nie wyklucza – jeśli w trakcie leczenia profilaktycznego mamy napad, możemy stosować leki przeciwbólowe.

Ale poza tabletkami mamy też inne możliwości?
Tak. Leczenie botoksem. Toksyna botulinowa jest skuteczna nawet u 50 proc. osób po pierwszym podaniu. Pierwsze efekty obserwujemy po dwóch tygodniach do miesiąca. Szybciej niż przy farmakoterapii. Pierwsze trzy dawki podajemy co 12 tygodni, potem w zależności od potrzeb raz na rok, pół roku lub co trzy miesiące.

Toksyna jest stosowana w medycynie estetycznej. Jaki jest jej mechanizm działania w leczeniu migreny?
Nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem napięcia mięśniowego, co wykorzystuje się w medycynie estetycznej i w neurologii, w leczeniu dystonii. Tam rozłącza się nerw od mięśnia, tu wykorzystuje się przeciwbólowe działanie toksyny. Znamy kaskadę zdarzeń napadu migreny: z ośrodka bólu w głębi mózgu propagacja na obwód, na opony mózgowe i naczynia. Rozszerzenie naczyń i tak zwane neurogenne zapalenie naczyń powoduje ból. Tak jakby w środku mózgu rozpalało się nam powoli ognisko. Napad migreny wynika z pobudzenia nerwu trójdzielnego unerwiającego całą głowę, to główny nerw czuciowy, jego zakończenia wychodzą na skórę. Toksynę podajemy w okolice zakończeń nerwu trójdzielnego, żeby transportem wstecznym wzdłuż nerwu wyłączyć „generatorek bólu” w środku mózgu.

Dla kogo jest taka kuracja?
Toksyna jest zarejestrowana do leczenia migreny przewlekłej, uważa się też, że może być skuteczna w migrenie epizodycznej z dużą częstotliwością napadów. Leczenie botoksem jest bezpieczne, ma mało ograniczeń. Substancja działa miejscowo, nie wchłania się, a po 12 godzinach od podania jest rozkładana. Problem to niewłaściwe leczenie toksyną stosowane w wielu gabinetach. Na rynku istnieją co najmniej trzy toksyny i to są trzy różne leki. Tylko jedna – toksyna botulinowa typu A – zarejestrowana jest w leczeniu migreny. Podawać ją trzeba w określony sposób. To schemat PREEMP, od 155 do 195 jednostek – od 1,5 do 2 ampułek. Niestety, lekarze robią to według uznania, na przykład podają według schematu stosowanego w medycynie estetycznej, w złej, czyli zbyt małej, dawce. Albo stosują inny preparat. To rzadko bywa skuteczne, ale chory nie jest w stanie tego zweryfikować. Efekt: nie pomogło. I w świat idzie informacja, że botoks nie działa. Warto pytać lekarza o rodzaj preparatu i dawkę oraz o certyfikat umiejętności podawania toksyny, każdy z nas taki otrzymał.

Są jeszcze jakieś metody leczenia?
Przeciwciała monoklonalne. I jest to na dziś najskuteczniejsze. U osób z migreną stwierdzono w mózgu wysokie stężenie białka CGRP, a w momencie napadu migreny następuje jeszcze wyrzut tego białka. Przeciwciała monoklonalne blokują ten nadmiar. Zastrzyk podaje się raz w miesiącu. Pierwsze efekty są po dwóch tygodniach do miesiąca. Problemem jest cena.

Leczenie nie jest refundowane?
Żadne leczenie migreny nie jest refundowane. Ministerstwo Zdrowia odrzuciło właśnie wnioski. Argument: nie wiemy, ilu jest chorych, bo nie ma spójnych badań epidemiologicznych, migrena to choroba, „której nie da się zmierzyć”, trudno też ocenić skuteczność leczenia. A koszty są wysokie. Toksyna to 2–2,5 tysiąca złotych co 12 tygodni, przeciwciała – 2–3,5 tysiąca złotych co miesiąc. To za dużo dla przeciętnego pacjenta. Tymczasem w migrenie przewlekłej, „uzłośliwionej”, tak naprawdę nie ma innej terapii, bo leki są mało skuteczne.

Jak możemy sobie pomóc trybem życia?
Mózg migrenika to mózg uporządkowany. Lubi regularny sen, pobudki o jednej porze, regularne posiłki, unikanie pokarmów prowokujących napady, pilnowanie nawadniania organizmu. To pomaga, ale nie gwarantuje, że napadów unikniemy. Na początku leczenia wskazane jest prowadzenie dzienniczka. Zapisywanie, co się zjadło, co się wypiło, czy bolała głowa, ile czasu, jakie braliśmy leki, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Są specjalne aplikacje, nie musimy notować w zeszycie. Możemy w ten sposób znaleźć prawidłowość, z której nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Mózg migrenika możemy porównać do żarzącego się ogniska. Napad migreny to wybuch płomieni. W leczeniu chodzi o to, żeby jak najsłabiej się żarzyło. Bo jeśli żar jest duży, to nawet jedna gałązka może sprawić, że płomienie skaczą do góry. Każdy musi sam dojść do tego, co u niego jest tą gałązką.

Czy każdy lek przeciwbólowy jest w migrenie skuteczny?
Na jednych działa paracetamol, na innych ketoprofen, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen czy naproksen. U niektórych skuteczny będzie paracetamol z kofeiną, u innych kofeina nasili ból. Kodeina przerywa napad, ale na dłuższą metę nie jest wskazana. No i są tryptany – mamy ich pięć. I nie jest tak, że jeśli dla kogoś jeden lek z tej grupy będzie nieskuteczny, to żaden nie zadziała. Trzeba wypróbować wszystkie.

Migreników przybywa?
Na pewno zaczyna się coraz więcej mówić o migrenie, więc nie wiadomo, czy przybywa chorych, czy precyzyjniej ich diagnozujemy. Nowe sposoby leczenia znane są od niedawna. I ciągle jeszcze funkcjonuje przekonanie: „Taka już pani/pana uroda”. To błędne myślenie. Migrenę trzeba leczyć.

Dr n. med. Anna Błażucka, specjalista neurolog, kierownik Instytutu Diagnostyki i Leczenia Bólu w Warszawie, zajmuje się między innymi leczeniem bólów głowy, polineuropatii, fibromialgii, bólów kręgosłupa.

  1. Zdrowie

Jak spożywać pestki i nasiona, żeby przyswoić z nich to, co najcenniejsze?

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Pestki dyni są znane ze swojego działania przeciwpasożytniczego oraz pozytywnego wpływu na gospodarkę hormonalną kobiet. Wszystkie pestki są źródłem antyoksydantów oraz witamin, które mogą być cennym wsparciem zdrowia. Warto jednak pamiętać, że małe pestki, takie jak chia czy siemię lniane, nie są trawione przez nasz układ pokarmowy i po prostu przez niego przelatują, a ich rolą jest po prostu oczyszczenie jelit. Można je również zmielić, by cieszyć się większą ilością składników odżywczych, natomiast nie do końca jest to zgodne z naturą człowieka – pisze Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Moczenie pestek

Moczenie nasion i pestek zaleca się ze względu na zawartość w nich kwasu fitynowego. Jest to antyodżywcza substancja, która odpowiada za chelatację, czyli wiązanie minerałów, takich jak: żelazo, magnez, wapń i cynk, co znacznie utrudnia ich wchłanianie przez organizm. Ta informacja może okazać się cenna dla osób, których dieta obfituje w nasiona oraz pestki. Przed zjedzeniem należy je namoczyć przez minimum 12 godzin. Rekomenduje się moczenie nasion w samej wodzie, lecz można także dodać do niej sok z cytryny, ocet jabłkowy lub sól, by przyśpieszyć neutralizację kwasu fitynowego. Nie musimy moczyć nasion, jeżeli dziennie spożywamy ich niewiele (20–30 gramów), ponieważ taka ilość kwasu fitynowego nie będzie negatywnie wpływała na nasz organizm. Wręcz przeciwnie, kwas fitynowy spożywany w umiarkowanych ilościach wiąże metale ciężkie, które zatruwają organizm.

Stosunek omega-3 do omega-6

Przy spożywaniu nasion i pestek powinniśmy pamiętać o dążeniu do prawidłowego stosunku kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6, który powinien wynosić 1:2 (maksymalnie 1:4, przykład wspomnianego już orzecha włoskiego). Jeśli sięgasz po pestki dyni, nasiona słonecznika oraz sezamu, a także wybierasz mąkę dyniową i inne tego typu alternatywne produkty, to zwiększasz spożycie wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 o działaniu prozapalnym, co z czasem staje się niebezpieczne, bo może nasilić stany zapalne. Jedz pestki z umiarem!

Jak piszą Małgorzata Białek i Jarosława Rutkowska (Znaczenie kwasu γ-linolenowego w profilaktyce i terapii, „Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej” 2015):

„Wyniki badań epidemiologicznych wskazują na wzrost zachorowań na nowotwory w populacjach, w których zwiększyło się spożycie kwasów z rodziny omega-6, co spowodowało podwyższenie stosunku kwasów omega-6 do omega-3. Zbyt duży udział kwasów z grupy omega-6 w diecie sprzyja powstawaniu głównie nowotworów jelita grubego, piersi i stercza. Wyjątkiem w tej grupie związków jest GLA (kwas gamma-linolenowy, frakcja antyzapalna kwasu omega-6), który działa hamująco na proces karcinogenezy (nowotworzenia). Kwas GLA znajdziemy na przykład w oleju wiesiołka czy ogórecznika”.

Nie praż pestek!

Prażenie, na przykład pestek dyni lub nasion słonecznika, lub smażenie na oleju lnianym, a także wykorzystywanie mąki dyniowej do pieczenia prowadzi do stanów zapalnych, choroby miażdżycowej, chorób nowotworowych oraz autoimmunologicznych. Tego typu produkty spożywcze nie nadają się do obróbki termicznej i należy korzystać z nich na surowo. Warto także pamiętać o przechowywaniu olejów roślinnych obfitujących w kwasy tłuszczowe omega-3 (na przykład olej lniany) w ciemnej butelce oraz w lodówce, co zapobiega ich utlenianiu.

Najzdrowszymi tłuszczami roślinnymi są tłuszcze nierafinowane. Należy je zawsze przechowywać w lodówce (wyjątek oliwa i olej kokosowy, mogą stać poza lodówką) i zużyć przed upływem terminu ważności.

Terapia pestkowa dla kobiet

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. Warto jednak pamiętać, że zdrowa gospodarka hormonalna jest zależna od wielu różnych czynników…

Terapia pestkowa

  • Od 1. do 15. dnia cyklu spożywaj pestki dyni i siemię lniane (po dwie łyżki, możesz zmielić).
  • Od 16. do 28. dnia cyklu jedz sezam i pestki słonecznika (po dwie łyżki, możesz zmielić).

Tę terapię stosuje się również w chorobach autoimmunologicznych, aby wyrównać estrogen i progesteron. Jeśli cykl jest nieregularny lub brak miesiączki, można zacząć przyjmować w dowolnym momencie, zaczynając od etapu pierwszego. Po etapie pierwszym następuje drugi i tak regularnie od 3 do 6 miesięcy.

Pestki dyni przeciw pasożytom

Dzięki zawartej w nich kukurbitacynie stają się naturalnym sprzymierzeńcem w walce z niechcianymi mieszkańcami naszego organizmu. Kukurbitacyna ponadto wykazuje działanie przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe. W pestce dyni znajduje się tuż pod łupiną, to ta zielona otoczka pestki. Najwięcej tej dobroczynnej substancji jest w pestkach świeżo łuskanych.

Jak przeprowadzić kurację u dzieci i dorosłych?

  • Przez dwa tygodnie zjada się garść świeżo łuskanych pestek dyni (u dzieci około 10–15 pestek lub wielkość ich garści).
  • Do tego powinno być kilka suszonych fig lub śliwek (chodzi o przyśpieszenie perystaltyki jelit).
  • Zamiennikiem pestek może być olej z pestek dyni tłoczony na zimno, dodaje się go do sałatek (nie wolno podgrzewać).

Badania naukowe dowodzą ponadto, że kukurbitacyna ma działanie redukujące stany zapalne w organizmie, wspomaga leczenie nowotworów, bóli stawów i cukrzycy. Ponadto blokuje działanie enzymu 5-alfa reduktazy, dzięki czemu ma oddziaływanie antyandrogenne. Pestki dyni i olej z nich może mieć zatem spektakularne zastosowanie w łysieniu androgennym kobiet i mężczyzn, jak również w PCOS i insulinooporności.

Fragment książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność”.

  1. Zdrowie

Jak dobrać soczewki kontaktowe?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Niezależnie od tego, czy korzystasz już z soczewek kontaktowych, czy dopiero rozpoczynasz z nimi swoją przygodę, wybierając je musisz wziąć pod uwagę różne czynniki. Należy dokonać wyboru w oparciu o wygodę, koszty, styl życia i korzyści zdrowotne. To najważniejsze czynniki, które należy uwzględnić podczas wyboru takich soczewek kontaktowych, które idealnie skorygują konkretną wadę wzroku, a jednocześnie umożliwią komfortowe i bezpieczne użytkowanie.

Wybór soczewek kontaktowych - na co musisz zwrócić uwagę?

Oczywistą kwestia, którą należy uwzględnić podczas wyboru soczewek kontaktowych jest wada wzroku - jej rodzaj oraz stopień zaawansowania. Dzięki soczewkom kontaktowym sferycznym możliwe jest korygowanie krótkowzroczności i dalekowzroczności, także tej bardzo zaawansowanej. Soczewki toryczne pozwalają na skorygowanie astygmatyzmu, a soczewki multifokalne przywracają ostrość wzroku osobom mającym prezbiopię.

Duże znaczenie podczas wyboru soczewek kontaktowych ma styl życia i częstotliwość wymiany soczewek. Te jednorazowego użytku wymagają używania świeżej pary soczewek kontaktowych za każdym razem, gdy je zakładamy i wyrzucania ich za każdym razem, gdy je zdejmujemy. Codzienne jednorazowe soczewki kontaktowe są naprawdę wygodne, ponieważ nie muszą być czyszczone ani przechowywane przez noc. Są pakowane w poręczny blister, pozwalający na przechowywanie poszczególnych soczewek w roztworze soli fizjologicznej. Codzienne soczewki kontaktowe nigdy nie powinny być ponownie stosowane. Po otwarciu blistra soczewkę należy natychmiast nałożyć na oko. Większość ludzi nosi swoje codzienne soczewki kontaktowe bezpiecznie i wygodnie przez 10 - 12 godzin dziennie. Noszenie soczewek kontaktowych dłużej niż jest to zalecane może spowodować zaczerwienienie, dyskomfort i zwiększone ryzyko infekcji. Ważne jest również, aby pamiętać, że codzienne jednorazowe nie są przeznaczone do noszenia podczas snu, chociaż nie wyklucza się ucięcia w nich krótkiej drzemki.

Po soczewki jednodniowe sięgają osoby noszące soczewki sporadycznie oraz te osoby, które nie mają możliwości ich czyszczenia i przechowywania. Z kolei soczewki wielokrotnego użytku, z których najpopularniejsze są miesięczne, są idealne dla osób noszących soczewki stale oraz pracujących w systemie zmianowym. Soczewki wielokrotnego użytku należy czyścić codziennie po ich usunięciu. Należy je delikatnie przepłukać preparatem do soczewek i przechowywać w świeżym roztworze przez noc. Roztworu dezynfekującego nigdy nie należy ponownie używać ani uzupełniać wodą lub świeżym roztworem. Pojemniczek do przechowywania soczewek powinien być wymieniany co miesiąc.

Czy samodzielny zakup soczewek to dobry pomysł?

Fot. materiały prasowe partneraFot. materiały prasowe partnera

Przed zakupem soczewek kontaktowych zawsze warto skonsultować się ze specjalistą, np. okulistą czy optometrystą. Oczywiste jest, że osoba zauważająca u siebie problemy ze wzrokiem musi być poddana diagnostyce - konieczne jest określenie rodzaju wady wzroku oraz jej wielkości. Także osoby już noszące okulary korekcyjne powinny przed zakupem soczewek skorzystać z pomocy specjalisty - nie zawsze moc optyczna okularów odpowiada mocy optycznej soczewek kontaktowych – mówi nam optometrysta Kyciak, współpracujące ze sklepem BezOkularow.pl. Oferuje on szeroki wybór profesjonalnych soczewek kontaktowych najwyższej jakości, w tym soczewek próbnych. Ponadto każdy klient może liczyć na fachowe poradnictwo, rozwianie wszelkich wątpliwości dotyczących wyboru soczewek oraz praktyczne wskazówki dotyczące użytkowania soczewek.

Zawsze należy mieć na uwadze, że kwestia dopasowania odpowiednich soczewek dotyczy nie tylko trybu użytkowania soczewki. Ogromne znaczenie ma materiał, z jakiego wykonana jest soczewka, jej kształt, parametry optyczne, indywidualny stan zdrowia. Wszystkie te czynniki uwzględnić może jedynie specjalista. Konsultacja z fachowcem może odbyć się bezpośrednio w salonie optycznym, ale także za pośrednictwem Wirtualnego Gabinetu, opcji opisanej na stronie https://www.bezokularow.pl/wirtualny-gabinet . Bez wychodzenia z domu można uczestniczyć w konsultacji z optometrystą. Dzięki temu możliwe jest dokonanie trafnego, w pełni udanego zakupu soczewek kontaktowych, dopasowanych do indywidualnych predyspozycji każdego klienta.