1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna

Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna

Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna
Borelioza. Choroba groźna, ale uleczalna
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Przede wszystkim: bez paniki. Nie jest tak, że nie możemy jechać do lasu czy na łąkę, że musimy zrezygnować z wakacji na Mazurach. Natomiast trzeba włączyć radar: uwaga na kleszcze. – Najważniejsza jest profilaktyka – mówi dr hab. Renata Welc-Falęciak, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Odpowiedni strój, sprawdzanie ciała po powrocie do domu. I pamiętajmy – to się leczy. 

Kleszcze. Jest ich coraz więcej. I to nie tylko w wilgotnych mazurskich lasach, ale i w dużych miastach, w parkach, na skwerach. Sprzyja temu ocieplający się klimat, coraz łagodniejsze zimy.

Kleszcze to borelioza – taki znak równości ma w głowach wielu z nas. A hasło „borelioza” budzi grozę. Przyczyniają się do tego media społecznościowe, gdzie często możemy spotkać się z opiniami, że boreliozy nie da się wyleczyć, że lekarze nie potrafią jej rozpoznawać, a czasem – że może by się i leczyć dało, ale to trudne, drogie i nieopłacalne.

Niedawno ukazała się książka Izabeli Morskiej „Znikanie” – autorka w przejmujący sposób opisuje w niej swoje zmagania z tajemniczym przeciwnikiem, wywołującym ból, odbierającym siły i radość życia. Ten przeciwnik to właśnie borelioza.

Czy wcześniej ta choroba nie istniała? Przecież kleszcze znamy od dawna, na wakacjach w dzieciństwie zdejmowaliśmy ich z siebie kilka dziennie. Nie było to miłe, ale nikt nie umierał ze strachu. Kiedyś kleszcze nie przenosiły krętków borelii?

– Oczywiście, że przenosiły – mówi dr hab. Renata Welc-Falęciak, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego, która opracowuje m.in. innowacyjne, a zarazem nieinwazyjne metody wykrywania markerów zakażeń pasożytniczych. – Borelioza znana jest od lat. Ale zmienia się – czyli zwiększa – odsetek zakażonych kleszczy. Dziś waha się on od 20 do 50 procent. W niektórych latach obserwujemy tendencję wzrostową. Do tego większa jest świadomość zagrożenia, a to przekłada się na zachowania: częściej i dokładniej się obserwujemy, częściej zgłaszamy do lekarza, coraz lepsza jest diagnostyka – między innymi dlatego stwierdza się więcej przypadków. Rocznie to dziś w Polsce ok. 20 tysięcy.

Faktem jest, że boreliozę demonizujemy. Co stanowi swojego rodzaju paradoks, bo chorobę tę się leczy – mamy antybiotyk stosowany od lat, skuteczny, choć rzeczywiście kuracja wymaga czasu, nawet do ok. czterech tygodni. Ale przekonanie, że to jest trudne, a nawet niemożliwe, skłania wiele osób do sięgania po rozmaite dziwne środki, a czasem do przeciągania antybiotykoterapii nawet do roku, co oczywiście na organizm działa wyniszczająco.

Choć rzeczywiście to choroba podstępna. – Zaczyna się od miejsca ukąszenia, ale po kilku tygodniach, jeśli nie jest leczona, dochodzi do fazy rozsianej – krętki mają zdolność penetrowania stawów, atakowania ośrodkowego układu nerwowego, powodowania zmian zapalnych w sercu. Stąd ta mnogość objawów – nie jeden układ, a różne narządy – tłumaczy Renata Welc-Falęciak.

I dodaje: Objawy są mało specyficzne Nie ma jednego schematu. Zapalenie stawów, neuroborelioza, dotykająca ośrodkowy układ nerwowy, zmiany zapalne skóry – w zależności od tego, jakim rodzajem krętka zostaliśmy zakażeni.

Nie jest tak, że jeśli znajdziemy na skórze kleszcza i go wyjmiemy, natychmiast musimy biec do lekarza po antybiotyk. Zgodnie z obowiązującymi w Polsce rekomendacjami trzeba miejsce po usunięciu kleszcza obserwować. Zaczerwienienie w miejscu ugryzienia nie powinno budzić niepokoju, to miejscowy stan zapalny, najzupełniej normalny w tej sytuacji. Jeśli jednak rumień zacznie się w kolejnych dniach przemieszczać i powiększać, trzeba iść do lekarza. Wtedy nie ma nawet wskazań do robienia badań – konieczny jest antybiotyk. Ale musimy zdawać sobie sprawę, że nie każdy kleszcz jest zakażony, a nawet jeśli jest, to nie musi jeszcze oznaczać, że zachorujemy. Ryzyko przeniesienia boreliozy po ugryzieniu przez zakażonego kleszcza szacowane jest w Europie na około 3-5 procent. Jednym z czynników zwiększających ryzyko jest czas pobierania przez kleszcza krwi. Do 24 godzin jesteśmy w miarę bezpieczni (choć mogą się zdarzyć wyjątki), później prawdopodobieństwo zakażenia znacznie rośnie.

Kleszczowe zapalenie mózgu

Borelioza to niejedyna przenoszona przez kleszcze choroba. Oprócz niej jest jeszcze kleszczowe zapalenie mózgu (KZM). Tu od lat liczba przypadków w Polsce utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie – ok. 300 rocznie – ale pamiętajmy, że wszystko to osoby, które trafiły do szpitala z objawami neurologicznymi i były leczone. Ta choroba też jest podstępna – do dwóch tygodni po ugryzieniu może nam się wydawać, że dopadła nas po prostu grypa. Jakaś zwykła infekcja, której nie łączymy z kleszczem. Potem pojawia się faza typowo neurologiczna wymagająca leczenia szpitalnego. Ale ta występuje tylko u 30 procent osób zakażonych – i to są właśnie te wykryte, widoczne w statystykach przypadki. Leczenie mamy wyłącznie objawowe, ale – to ważne – na KZM, w przeciwieństwie do boreliozy, jest szczepionka.

Czy zatem planując wakacje na Mazurach, warto po nią sięgnąć?

– Ja uważam, że warto, sama jestem zaszczepiona – mówi Renata Welc-Falęciak. – Szczepionka jest bezpieczna, od lat obecna na rynku, sprawdzona – podajemy trzy dawki, po ok. pięciu latach od ostatniej robi się szczepienie przypominające.

Ale choć szczepionka na KZM istnieje od dawna, nie korzysta z niej zbyt wiele osób. A przecież choroba ta może skutkować trwałymi uszczerbkami zdrowia, leczenie powikłań neurologicznych, takich jak porażenia i niedowłady, jest ciężkie, wymaga często długiej rehabilitacji.

Babeszjoza

– Kolejna oprócz boreliozy i KZM choroba odkleszczowa to babeszjoza. Znamy przede wszystkim tę zwierzęcą, choć jest i ludzka. Bywa niebezpieczna zwłaszcza dla osób starszych, z osłabioną odpornością, przyjmujących leki immunosupresyjne, po przeszczepach – tłumaczy dr hab. Renata Welc-Falęciak. – Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy osoby zakażone nie mają objawów, a są na przykład dawcami krwi. Nie zdają sobie sprawy z zakażenia, a krew standardowo nie jest badana pod kątem Babesia. Jeśli podana zostanie osobie z obniżoną odpornością, może dojść do rozwoju pełnoobjawowej choroby – a jej przebieg bywa w takich sytuacjach dramatyczny. Na szczęście my w Europie nie musimy się tym przesadnie martwić – patogenów w środowisku jest mało, a trzeba pamiętać, że kleszcze rzadko rodzą się zakażone, nabywają zakażenia, żerując na różnych zwierzętach. Ale już w USA to poważny problem.

Zdarzają się kleszcze zakażone kilkoma patogenami jednocześnie – pijąc krew, przekazują nam cały pakiet – ale to naprawdę pojedyncze przypadki. Oczywiście leczenie jest wtedy znacznie trudniejsze, trudniejsza jest także diagnoza – dopiero kiedy terapia nie przebiega tak, jak powinna, lekarz zleca badania sprawdzające, czy kleszcz mógł nam „sprzedać” coś jeszcze.

Warto powtórzyć: borelioza jest uleczalna. Tylko trzeba ją dobrze i szybko zdiagnozować. A żeby tak się stało, musimy być uważni, czujni, ostrożni. Najważniejsza jest profilaktyka. Odpowiedni strój na spacer po lesie. Dokładne oglądanie skóry po powrocie. Nie każdy kleszcz jest zakażony, nie każde ugryzienie oznacza chorobę. Ale nawet jeśli tak się stanie, nie ma powodu do wpadania w panikę.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Wiosenne oczyszczanie - jak może wyglądać dzień na detoksie?

O czym warto pamiętać, gdy chcemy skutecznie oczyścić swój organizm? – Przede wszystkim o tym, żeby podejść do tematu bardziej holistycznie. Pomyśleć nie tylko o jedzeniu, ale też o wyciszeniu, masażu, czy właściwym oddychaniu. (fot. iStock)
O czym warto pamiętać, gdy chcemy skutecznie oczyścić swój organizm? – Przede wszystkim o tym, żeby podejść do tematu bardziej holistycznie. Pomyśleć nie tylko o jedzeniu, ale też o wyciszeniu, masażu, czy właściwym oddychaniu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Detoks nie jest wymysłem naszych czasów. Ludzkość zna go od wieków i nazywa postem. Nowością jest to, że nie musi być serią wyrzeczeń i trwać 40 dni, a ledwie dzień lub tydzień. Efekty? Szczupłe ciało, lepsze samopoczucie. Podstawowa zasada? Powtarzalność.

Detoks nie jest wymysłem naszych czasów. Ludzkość zna go od wieków i nazywa postem. Nowością jest to, że nie musi być serią wyrzeczeń i trwać 40 dni, a ledwie dzień lub tydzień. Efekty? Szczupłe ciało, lepsze samopoczucie. Podstawowa zasada? Powtarzalność.

Rutyna nigdy nie kojarzyła mi się dobrze: kanapa, ciepłe kapcie i serial o 20.00. „Moje życie nigdy nie będzie tak wyglądało!” − obiecywałam sobie. Wszystko, co powtarzalne, przewidywalne, co nie budzi lęku, nie wywołuje charakterystycznego skurczu w brzuchu, wiązało się z nudą. Ale w moim życiu pojawiły się joga, medytacja i techniki oddechowe. Podstawowym założeniem tych praktyk jest zaś powtarzanie. Codziennie rano te same lub podobne asany i techniki oddechowe. W medytacji uwagę przenosi się na ten sam oddech, te same części ciała i ośrodki energetyczne w ciele. A jednak prawie za każdym razem te same, powtarzalne asany, pranajamy i medytacje są inne. Wyjątkowe w swej powtarzalności. Wywołują odmienne emocje i wrażenie w umyśle oraz ciele. Choć pozornie nic się nie dzieje, dzieje się wiele.

Tak samo, a jednak inaczej

Ja i Maciek też mamy wrażenie, że się powtarzamy. Piszemy o akceptacji siebie, o obserwowaniu, a nie wypieraniu emocji... Na warsztatach oczyszczających mówimy o tych samych mechanizmach i uwarunkowaniach. Opowiadamy o podobnych produktach. Często nawet powołujemy się na te same historie. I choć każdy nasz detoks, każda odnowa jest do siebie na tym najbardziej elementarnym poziomie podobna, to jednak okazuje się zupełnie inna. To prawda, że na warsztaty składają się podobne techniki i podobne oczyszczające jedzenie. Z grupą pracują najczęściej ci sami prowadzący. Zmieniają się jednak nasze smaki, doświadczenia i inspiracje, ale też (choćby nieznacznie) przyprawy, produkty i przepisy, z których korzystamy. A przede wszystkim zmieniają się uczestnicy. Ich doświadczenia, problemy, kompleksy, mocne i słabe strony. Wszystko to nadaje powtarzalności nowy wymiar.

Powtarzalna i stała jest nasza warsztatowa, oczyszczająca rutyna. Powstała po to, by detoks działał kompleksowo. Aby oddziaływał nie tylko na ciało, lecz również na umysł i emocje. Komponujemy go wielopoziomowo. Korzystamy z medycyny Wschodu i współczesnej dietetyki, z jogi, psychodietetyki i pranajam. Krok po kroku pomagamy uwolnić latami gromadzone w ciele złogi oraz toksyny mentalne. Nie wszystkie naraz. Tyle, na ile jesteśmy gotowi. Do granicy przyjemnego bólu.

Co zrobić, aby granica nie przesunęła się ku bólowi nieprzyjemnemu? Trzymać się powtarzalności. Nawet w trakcie najdelikatniejszego oczyszczania. Oczywiście najlepiej i najprościej przeprowadzać detoks podczas urlopu, lecz moje doświadczenie podpowiada, że 30 minut rano i 30 po południu na oczyszczające rytuały można wygospodarować także, chodząc do pracy.

Jak może wyglądać dzień na detoksie?

Między 6.30 a 7.00 − pobudka, a następnie 10−15-minutowy automasaż podgrzanym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (jesienią i zimą oraz wczesną wiosną) lub kokosowym (w ciepłe, letnie dni) albo ich mieszanką (w trakcie okresów przejściowych z umiarkowaną temperaturą). Masuj całe ciało od czubka głowy aż po stopy. Wykonuj ruchy podłużne na rękach czy nogach, a okrężne na brzuchu i w okolicach stawów. Po masażu obmyj wodą całe ciało pod prysznicem. W ten sposób pozbędziesz się toksyn.

Między 7.00 a 7.30 − rozciągnij ciało. Wykonaj kilka delikatnych asan jogi, np. wolnych powitań słońca lub innych ćwiczeń rozciągających. Wystarczy nawet 10−15 minut. Rozbudzisz się i pobudzisz obieg energii w całym ciele. Następnie możesz zrobić prostą technikę oddechową, np. oddychanie naprzemienne, a po nim krótką medytację. Najłatwiejszą metodą na sprowadzenie umysłu do chwili obecnej i zwiększenie uważności jest przenoszenie uwagi na oddech.

Nadi Shodhan Pranayama, czyli oddychanie naprzemienne, to jedna z najbardziej znanych technik oddechowych wywodzących się z jogi. Równoważy ona m.in. pracę prawej i lewej półkuli mózgu. Trzeba usiąść w siadzie skrzyżnym, lotosie lub na krześle, z wyprostowanym kręgosłupem i zamknąć oczy. Lewą dłoń położyć na lewym kolanie. Jej wnętrze powinno być odwrócone do sufitu. Kciuk i palec wskazujący dotykają się. Pozostałe trzy palce powinny być wyprostowane. Palec wskazujący i środkowy prawej dłoni należy położyć w okolicy tzw. trzeciego oka (między brwiami). Kciukiem zasłaniamy prawą dziurkę nosa. Robimy wydech, a następnie głęboki, powolny wdech. Teraz serdecznym palcem zasłaniamy lewą dziurkę, a prawą odsłaniamy. Robimy wydech, a następnie głęboki wdech. Czynność powtarzamy przez 9 pełnych cykli.

3 posiłki − w książce „Jak oczyścić swój organizm, czyli detoksy dla zdrowia i urody” pisaliśmy, że ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia jest szczególnie ważne w trakcie oczyszczania. I tak, śniadanie powinniśmy jeść między 7.00 a 9.00. Obiad w godzinach południowych (od 12.00 do 14.00). Kolację w opcji idealnej powinniśmy zjeść przed zachodem słońca. Możemy jednak przyjąć, że optymalna pora będzie między godziną 17.00 a 19.00 i najpóźniej 3 godziny przed położeniem się spać.

Między 18.00 a 21.00 − wieczorna relaksacja lub medytacja. Nieważne, czy pracujesz, czy oczyszczasz się w domku za miastem. Twoje ciało i umysł w trakcie detoksu potrzebują spokoju i odpoczynku. Poza snem (śpij, kiedy tylko możesz i poczujesz ochotę) warto ich dostarczyć również za pomocą medytacji. Po powrocie z pracy lub przed kolacją usiądź i „wyczyść” głowę ze zbędnych myśli. Możesz tak jak przed śniadaniem zrobić w pierwszej kolejności oddychanie naprzemienne, a następnie zamknąć oczy i przenieść uwagę na oddech.

  1. Zdrowie

Sen to zdrowie - smacznych snów!

Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę. (Fot. iStock)
Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Jesteśmy chyba jedynym na świecie gatunkiem kwestionującym rolę snu. Pozwalamy sobie na niego coraz rzadziej, czas w łóżku rodzi wyrzuty sumienia, a liczba chorób spowodowanych jego deficytem rośnie.

Najpierw ogień, świeczki, lampy naftowe i pochodnie umożliwiały nam funkcjonowanie po zmierzchu. Kolejnym krokiem była elektryczność i światło, z którego korzystać możemy nieustająco, przez całą dobę. Podświetlane tablety, smartfony i ekrany poszły o krok dalej.

Ogromną popularnością cieszą się kofeina oraz inne używki, dzięki którym zachowujemy jasność umysłu na dłużej, odwlekając moment pójścia spać. Czy też dzięki którym niewyspani możemy funkcjonować dalej. Widział ktoś kota okładającego się łapkami lub dolewającego espresso do swojego mleczka, aby zrezygnować z wylegiwania się, mruczenia i spania?

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła epidemię niedoboru snu. Amerykańska Narodowa Fundacja Snu oraz WHO zalecają, aby dorośli spali średnio osiem godzin na dobę – wam się to udaje?
Niedobory snu między innymi obniżają odporność, zwiększają ryzyko wystąpienia nowotworów aż dwukrotnie, przyczyniają się do rozwoju choroby Alzheimera oraz otyłości, miażdżycy i depresji. Krótszy sen – krótsze życie. Zaburzenia snu w tydzień spowodowały nieprawidłowy poziom glukozy u badanych! Zmiany wywołane niewystarczającym odpoczynkiem mają szkodliwy wpływ na tętnice wieńcowe, nasilają ryzyko wystąpienia stanów zapalnych oraz w dalszej kolejności niewydolności serca. W 2013 roku w magazynie „Science” ukazała się praca dowodząca, że podczas snu przyspiesza oczyszczanie organizmu z toksyn – zamiast męczyć się detoksami, śpijmy! Ma to też wpływ na ochronę przed alzheimerem (bezpośrednio skorelowanym z funkcjonowaniem mózgu).

Zmęczenie nasila głód, obniża poziom hormonów sygnalizujących sytość – więc nawet gdy zjemy, będziemy nadal głodni. Dlatego młode mamy, wycieńczone pobudkami, nie mogą schudnąć. Zamartwiając się nadwagą, budzimy się o świcie na trening, a wciąż nosimy dodatkowy bagaż kilogramów. Pierwszym krokiem powinien więc być zdrowy i spokojny sen! Dzięki spaniu logicznie myślimy, mamy lepszą pamięć i koncentrację. Jesteśmy uważniejsi i popełniamy mniej błędów. Profesor Russell Foster z Instytutu Neurologii Okołodobowej i Snu mówi, że jesteśmy skrajnie aroganckim gatunkiem – myślimy, że możemy przechytrzyć 4 miliardy lat ewolucji. Przestawianie zegara biologicznego może prowadzić do poważnych problemów zdrowotnych. Brak snu zaburza niemal wszystkie procesy fizjologiczne w organizmie. Hormony są zależne od regularności, ale i jakości wypoczynku. Dlatego niewyspanie doprowadza do zaburzeń psychicznych, lęków, obniżenia nastroju, anemii i otyłości. Otyłość jest jednym ze stanów połączonych z zaburzeniami rytmu dobowego, a jedną z metod terapii jest kontakt ze światłem dziennym od samego rana i wyciszanie bodźców świetlnych (szczególnie fal niebieskiego światła) wieczorami. Ostatnie godziny dnia spędzajmy z książką, w delikatnym oświetleniu. A może przy świecach?

Jest także korelacja z dietą – rytm dobowy wyznacza, co i kiedy powinniśmy jeść. Zbyt późny posiłek wieczorem może zaburzyć sen, spowodować rozchwianie funkcjonowania poszczególnych narządów. Wyobraźmy sobie wahadło Newtona, którego kulki bujają się każda w swoją stronę, czasem się zderzą, czasem uda im się odchylić w tym samym kierunku, a niekiedy wypchną którąś z kul na bok. Zdrowy sen, korzystanie ze światła dziennego (lub na przykład silnego światła lamp) powinno się odbywać w pierwszej części dnia. Zadbajmy o ruch na świeżym powietrzu, obniżmy temperaturę w sypialni. I śpijmy smacznie. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Zdrowie

Aby schudnąć, musisz jeść! Poznaj opinię i składniki diety Akopa Szostaka

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Istnieje błędne przekonanie, że tak długo, jak spalasz więcej kalorii niż konsumujesz - chudniesz. Choć jest w tym ziarenko prawdy, to w rzeczywistości ludzki organizm funkcjonuje w sposób o wiele bardziej złożony. W dietach kluczem staje się skupienie się na jakości jedzenia, a nie na kaloriach. Ale czym tak właściwie jest dieta?

„Dieta” - pojęcie względne

Ankietowani zrealizowanego przez SW Research raportu „Polacy na diecie” zostali zapytani, czym według nich jest „dieta”. 36 proc. przepytywanych osób uznało, że termin „dieta” oznacza taki sposób żywienia, w którym wyklucza się pewne składniki, np. laktozę, gluten, cukier czy węglowodany. 33 proc. ankietowanych uznało, że celem diety jest redukcja masy ciała, a najmniejszy odsetek - 30 proc. stwierdziło, że „dieta” to po prostu każdy model odżywiania się, niezależne od tego, co jemy.

Każdy z nas na diecie jest absolutnie zawsze, nie ważne, czy aktualnie stawia sobie jakieś cele sylwetkowe (utrata lub zwiększenie masy ciała czy tkanki mięśniowej, polepszenie stanu zdrowia, itp.). Oczywistym faktem jest, że w takich przypadkach niektóre osoby podejmują pewne kroki, które mają im pomóc owe zamierzone cele osiągnąć: więcej ćwiczą, mocniej skupiają się na dopasowaniu właściwej kaloryczności i bilansowaniu składników pokarmowych.

Zdrowa dieta według Akopa Szostaka

Diety ostatnimi czasy biją rekordy popularności, a my żyjemy w czasach, w których jesteśmy zalewani ogromem informacji, których głównym źródłem jest internet i media społecznościowe. Co rusz jakieś osoby chwalą się swoim przemianami, które uzyskały na dietach-cud, a my w to wierzymy! Tymczasem restrykcyjne diety owszem - pomagają szybko uzyskać pożądany efekt, ale efekt ten prędzej czy później okazuje się złudny. Z tym że o porażkach Instagram milczy. Tymczasem w diecie nie chodzi o pozbawianie się jakichś składników pokarmowych:

- Nikt nie przytył w tydzień i w tydzień nie schudnie. Każdy proces wymaga czasu. Drastyczne diety często prowadzą do powrotu wagi, tak zwanego efektu jojo. Proces pracy nad ciałem powinien być stopniowy i łatwy w utrzymaniu - twierdzi kulturysta, trener i specjalista od żywienia Akop Szostak - Wszystkie składniki pokarmowe są nam niezbędne. Białka, tłuszcz oraz węglowodany - dodaje, tłumacząc, że wyznaje zasadę zbilansowanej diety.

Liczy się nie tylko to, ile jedzenia ląduje na twoim talerzu, ale też to, jakie produkty wybierasz na co dzień

Tak naprawdę w dobrej diecie liczy się kilka czynników: różnorodność posiłków i odpowiednia ich kompozycja, a jeśli klientowi zależy na redukcji masy ciała, w grę wchodzi też odpowiednia energetyczność. Często bywa tak, że osoby trenujące ograniczają się do monotonnych składników („klasyką” stał się kurczak i ryż, byle by tylko „makro się zgadzało”). Podobne tendencje przejawiają osoby, których celem jest tylko zrzucenie nadprogramowych kilogramów. Nic bardziej mylnego! Aby trwale schudnąć, organizmowi należy dostarczyć wszystkich makro i mikroskładników. Dlatego tak ważna jest urozmaicona dieta. Dlatego, aby schudnąć, musisz jeść!

Aby schudnąć, musisz jeść! Odpowiednio zbilansowane posiłki przyniosą znacznie lepsze rezultaty niż restrykcyjne diety-cud. Aby schudnąć, musisz jeść! Odpowiednio zbilansowane posiłki przyniosą znacznie lepsze rezultaty niż restrykcyjne diety-cud.

Kompozycja a dieta Akopa Szostaka - opinie

Miarą dobrze dobranej diety - nawet tej o ujemnym bilansie energetycznym, jest brak uczucia głodu. Ten jesteśmy w stanie zapewnić jedynie odpowiednią kompozycją posiłków. Co daje uczucie sytości? W głównej mierze białko, ponieważ jest najdłużej trawione w przewodzie pokarmowym. Białko zapobiega też skokom insulinowym we krwi, co najczęściej odczuwamy jako „ssanie”, niepohamowaną chęć zjedzenia czegoś (najczęściej słodkiego) po całkiem sutym posiłku. Użytkownicy zbilansowanych diet często wyrażają negatywne opinie o ilości białka w codziennym planie żywieniowym, którego w istocie jest sporo. Należy jednak pamiętać, że nie chodzi tylko o białko zwierzęce, ale i roślinne. Stosunek białka zwierzęcego do roślinnego w diecie powinien wynosić 1:1, z tym że dotyczy to osób nietrenujących. Ci, którzy mają większe zapotrzebowanie na białko, będą mieć już inne zalecenia.

Tłuszcze są niemniej ważnym elementem w kompozycji codziennych posiłków. Te również są odpowiedzialne za uczucie sytości, są ponadto nośnikiem smaku i spowalniają wchłanianie węglowodanów. Aby posiłek był pełny, brakuje jeszcze węglowodanów, których spożywanie w niektórych dietach uważane jest wręcz za zbrodnię. Tymczasem według IŻŻ, węglowodany powinny stanowić od 50 do 70% kcal diety - a to całkiem sporo. Nie zapominajmy o owocach i warzywach, ze wskazaniem na te ostatnie- to one są obecnie uważane za podstawę zbilansowanej diety.

Co jeść, by schudnąć?

Specjaliści od żywienia, choć pomagają w osiągnięciu celów swoich podopiecznych, nie mówią im, by schudli. Przedstawiają za to skuteczne strategie, które pomagają im zrealizować swoje plany, wybierając odpowiednią żywność i jednocześnie eliminując tę niewłaściwą. Po prostu pomagają im przywracać zdrowie. Bo twoim celem może być utrata wagi, a celem twojego trenera - abyś był zdrowy. Tak czy inaczej, oboje wygrywacie. Co zatem jeść?

Już tylko skupiając się na odpowiedniej żywności, automatycznie eliminujesz zbędne kalorie w postaci syropu glukozowo-fruktozowego i innych dodanych cukrów, tłuszczów trans i pozostałych niepożądanych składników. Po prostu jedz odpowiednie pokarmy w odpowiednich ilościach, a utrata wagi u prawie każdego sama się rozwiąże. I automatycznie będziesz spożywać dietę o niskim ładunku glikemicznym, zapobiegającą wyrzutom insuliny (= uczucia głodu). Zamiast skupiać się na tym, czego nie możesz, skup się na tym, jak wiele możesz.

- Sukcesem diety nie jest to, ile schudniesz, tylko to, jakich nawyków żywieniowych się nauczysz, by móc cieszyć się swoim „nowym” ciałem dłużej - kwituje Szostak.

  1. Zdrowie

Psychosomatyka a alergie. Czy stres może nasilić reakcje alergiczne?

Choroba jest zawsze sygnałem, który każe nam się zatrzymać, rozejrzeć i zastanowić, czy idziemy dobrą drogą. (Fot. iStock)
Choroba jest zawsze sygnałem, który każe nam się zatrzymać, rozejrzeć i zastanowić, czy idziemy dobrą drogą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Wysypka, zaczerwienienie, katar sienny, załzawione oczy – czy przypadłości dotykające coraz większą liczbę osób pojawiają się z winy alergenów, czy może ich przyczyna tkwi w ludzkim umyśle?

Karolina, mama dwuletniej Zuzanki, opada już z sił, bo wszystko w ich domu – sposób  życia, jedzenia, rytm dobowy – podporządkowane jest alergii małej. Jednak psycholog, do którego się udała, w zachowaniu kobiety dostrzegł wynikającą ze strachu przesadę. Powiedział Karolinie, że nie musi sprawdzać bez przerwy, czy Zuzia aby nie zjadła czegoś niedozwolonego, albo biegać po domu ze szmatką pięć razy dziennie i ścierać byle pyłek kurzu. Zwłaszcza że wszystkie te starania na nic się zdają, poprawy nie ma. „Czuję się beznadziejnie jako matka” – płacze Karolina. – „Nie umiem pomóc swojemu dziecku!”. Myślała, że wystarczy stosować się do zaleceń lekarzy, przestrzegać diety i alergia minie. Sytuacja ją przerasta, stała się nerwowa, nie dosypia, w domu jest coraz więcej napięć i krzyku.

Ania, która z alergią swojego syna walczyła kilkanaście lat, jest przekonana, że tym, co dziecko najszybciej leczy z alergii, jest... spokój. Wcześniej też miała obsesję prania, sprzątania, którym towarzyszyło wieczne napięcie i poczucie, że jest niewolnikiem choroby. Dziś jej syn pływa, uprawia sporty, jeździ na rowerze, ale – dziwnym trafem – gdy stresuje się egzaminem w szkole, znów pojawiają się ataki astmy i wykwity na skórze. Jednocześnie w piłkę może grać…

Przepracować alergię

Współcześni naukowcy i lekarze, zgłębiając temat alergii, coraz bardziej interesują się czynnikami psychospołecznymi i ich znaczeniem w występowaniu i przebiegu chorób alergicznych. – Wynika to z faktu naukowego potwierdzenia powiązania ze sobą układów: nerwowego, hormonalnego i immunologicznego – mówi psycholog i trener biznesu Dorota Kałużyńska. – Każde zakłócenie w jednym z nich powoduje reakcję w pozostałych. Współczesny styl życia obfituje w czynniki wywołujące stres – zalew bodźców, nerwowość, pośpiech, zła dieta, obciążenie obowiązkami – to tylko niektóre z nich. Długotrwałe przeżywanie stresu sprawia, że ludzki organizm znajduje się w ciągłej fizycznej gotowości do działania i w pobudzeniu emocjonalnym. Taka mobilizacja to duży wydatek energetyczny. Jeśli dołączymy do tego niezbyt higieniczny tryb życia współczesnego człowieka: niedojedzenie, niedospanie – częstą konsekwencją jest spadek odporności, którego możemy nie zauważyć, dopóki się nie rozchorujemy.

– Był taki czas w naszym życiu, że po zjedzeniu pewnych produktów czy substancji ciągle byliśmy chorzy – mój mąż, ja, dwójka naszych dzieci – mówi Dorota Biały, psychoterapeutka Psychologii Zorientowanej na Proces. – Chodziliśmy na odczulanie, ale pracowaliśmy też na planie psychicznym. Jesteśmy ze sobą powiązani – gdy choruje jedna osoba, wpływa to na cały system. Co odkryłam, odbywając terapię nad alergią rodzinną? Że powinniśmy skupić się na sobie. W moim procesie było, żeby się zająć rodziną i nie otwierać się w tamtym czasie na nowe znajomości, na ludzi, którzy nas odwiedzają. Odkąd to zmieniliśmy, zaczęliśmy funkcjonować normalnie, nie mamy alergii.

Ciało, umysł, dusza

Uznana za chorobę cywilizacyjną alergia (allos – inny, ergos – reakcja) była znana już w starożytności. Na przełomie wieków XVIII i XIX odnotowano, że katar sienny i astma występują głównie u ludzi zamożnych i jedynaków. Wiek XX został uznany za winowajcę rosnącej liczby zachorowań (mówi się, że alergikiem jest co drugi z nas). Przyczyn upatruje się w zmianie odżywiania, pospiesznym i stresującym stylu życia i... nadmiernym przywiązaniu do higieny. Alergia uważana jest też za chorobę dziedziczną. Ale np. w medycynie chińskiej, liczącej trzy tysiące lat, pojęcie alergii w ogóle nie funkcjonuje. Specjaliści od medycyny chińskiej i ajurwedyjskiej, którzy postrzegają człowieka holistycznie i zawsze skupiają się na przyczynach, widzą w objawach choroby jedynie manifestację źle funkcjonującego systemu, a nie tylko jakiejś jego części. Szczególną rolę odgrywają tu łączność i wzajemne oddziaływanie ciała, umysłu i duszy.

Dążenie, by dotrzeć do istoty przyczyny, każe szukać głębiej, dalej. Claude Diolosa, francuski lekarz tradycyjnej medycyny chińskiej, nauczyciel buddyzmu tybetańskiego tradycji Kagyu, autor wielu książek i wykładów na temat zdrowia i odżywiania, twierdzi, że przyczyną alergii nie jest uczulenie czy nadwrażliwość na jakąś substancję – kluczową rolę odgrywają tu zaburzenia energii życiowej, zwanej energią Qi (Czi).

Weźmy taką alergię pokarmową – z powodu złego, zbyt oczyszczonego pożywienia żołądek nie pracuje prawidłowo – im więcej wilgoci i gorąca jest w przewodzie pokarmowym, tym częściej pojawia się tzw. katar sienny. Diolosa w takich przypadkach zaleca nie używać: cukru, kawy, mleka (szczególnie w połączeniu z owocami i cukrem), owoców egzotycznych, w tym bananów (które wytwarzają wilgoć w jelicie grubym). Przestrzega też przed przyjmowaniem witaminy C dla wzmocnienia układu odpornościowego, bo w nadmiarze może na niego niekorzystnie wpływać i powodować dużą produkcję śluzu w płucach (ponieważ jest „zimna i ściągająca”).

Inni naukowcy, alergolodzy, Robert Wood z Johns Hopkins Children’s Center i Scott Sicherer z Mt. Sinai Hospital w Nowym Jorku, ogłosili, że używane w diagnostyce testy na alergię – skórne i krwi – mogą być niewiarygodne. Naukowcy przestrzegają lekarzy, by ostrożnie stawiali diagnozy bazujące jedynie na tych dwóch tradycyjnych metodach. Według Wooda i Sicherera nie można w oparciu o nie wiarygodnie określić, że pacjent będzie miał rzeczywistą reakcję alergiczną na dany alergen i jak ciężka może być ta reakcja. Testy powinny być wykorzystywane jedynie w celu potwierdzenia diagnozy postawionej na podstawie objawów i historii choroby. Ich wyniki same w sobie nie przesądzają bowiem o niczym i nie mogą być magiczną kulą, z której się wróży potencjalne alergie u bezobjawowego pacjenta.

Uczulenie bierze się ze strachu

„Choroba nie jest możliwa, gdy twoje ciało jest w doskonałej równowadze” – mówi chińskie powiedzenie. Podobnie myślą dr Thorwald Dethlefsen i lekarz i psycholog Ruediger Dahlke, autorzy wielu książek o wpływie naszych  doświadczeń i postawy życiowej na zdrowie (m.in. „Przez chorobę do samopoznania”, „Choroba twoim przyjacielem. Ulecz duszę, ulecz ciało”). Według nich ciało daje człowiekowi sygnały, że jakaś granica została przekroczona, wytwarza przeciwciała, by się bronić przed – często irracjonalnym i nieświadomym – lękiem.

Dethlefsen i Dahlke przekonują, że nadwrażliwość wielu alergików na czynniki uznawane przez nich za wrogie jest przesadna i że: „podobnie jak w sferze militarnej, spirala zbrojeń jest zawsze oznaką agresywności, tak i alergia jest symptomem silnej obrony i agresywności, której jednak najczęściej alergik u siebie nie zauważa, nie przyjmuje jej do świadomości”, obwiniając czynniki zewnętrzne, świat, który go otacza. Mówią, że w leczeniu każdej choroby należy równocześnie zająć się duszą.

Według Dethlefsena i Dahlke alergia bierze się ze strachu, a strach jest przeciwieństwem miłości. Gdy się boimy, to się zbroimy, miłość zaś zakłada postawę ufną, otwartą. Strach – nie dopuszcza, miłość – przyjmuje. „Każda obrona wzmacnia nasze ego, gdyż zaznacza istniejącą granicę. Podczas gdy wyrażenie zgody rozmywa tę granicę”. Autorzy „Przez chorobę do samopoznania” uważają, że alergicy zaprzęgają do walki swój układ immunologiczny z zupełnie niewinnymi obiektami, uznając je za wrogie: pyłkami roślin, sierścią kota lub psa, kurzem, truskawkami, środkami piorącymi… lista nie ma końca. Dla badaczy wszystkie te czynniki symbolizują jedynie to, czego alergik się boi, nawet na nieświadomym poziomie – sierść kota czy psa większości ludzi kojarzy się z przytulaniem, miękkością, a więc z miłością, bliskością; pyłki są symbolem seksu, zapłodnienia i rozmnażania. Seksualność, popęd i płodność, są, zdaniem autorów, sferami wywołującymi silny lęk, dlatego alergicy tak agresywnie je odpierają. Kurz z kolei symbolizuje strach przed wszystkim, co nieczyste, brudne i skażone.

Ponadto Dethlefsen i Dahlke uważają, że problemu nie rozwiąże zalecane przez wielu lekarzy unikanie alergenów, może jedynie zmniejszyć objawy. – Metoda odczulania sama w sobie jest dobra – mówią – jednak jeśli ma być naprawdę skuteczna, powinno się nią objąć nie ciało, lecz psychikę.

Zamknięte koło

Według badaczy alergik może się wyleczyć dopiero wtedy, gdy nauczy się świadomie stawiać czoło tym dziedzinom życia, których unika i przed którymi się broni, gdy uda mu się wpuścić je do swojej świadomości i zaakceptować. Alergeny oddziałują na alergika wyłącznie symbolicznie, konieczny jest udział świadomości. Bo jak wytłumaczyć, że np. pod narkozą alergie nie występują? Albo że wystarczy czasem sama fotografia kota czy psa, by u astmatyka pojawiły się objawy choroby?

– Coraz pewniej i częściej  mówi się o psychosomatycznym podłożu reakcji alergicznych – potwierdza psycholog Dorota Kałużyńska. – Z drugiej strony za powszechną przyczynę zaburzeń psychosomatycznych uważa się stres. I koło się zamyka. Długotrwały stres obniża odporność organizmu, a jej poziom ma duże znaczenie w przebiegu i występowaniu reakcji alergicznych. To błędne koło niestety dalej się kręci – osoba dotknięta alergią, z racji występujących objawów – przeżywa duży dyskomfort, a więc i stres, który negatywnie wpływa na kondycję psychiczną.

Choroba jest zawsze sygnałem, który każe nam się zatrzymać, rozejrzeć i zastanowić, czy idziemy dobrą drogą. Jeśli za większością alergii stoi nasz umysł, to także i on może doprowadzić do uzdrowienia.

Naukowcy o alergii

  • Z badań naukowców z Uniwersytetu McGill w Kanadzie wynika, że więcej przypadków alergii notuje się w rodzinach z wyższym poziomem wykształcenia i mniejszą liczbą dzieci – tu ryzyko jest dwukrotnie większe niż w domach z większą liczbą dzieci, których mieszkańcy są gorzej wyedukowani.
  • Jak dowodzą naukowcy z Harvard Medical School, na astmatyków działa placebo – chorzy czują się lepiej po otrzymaniu obojętnej substancji, nawet jeśli o tym wiedzą.
  • Jabłka chronią przed astmą – by jej uniknąć, trzeba zjeść co najmniej dwa jabłka tygodniowo (zmniejszają ryzyko zachorowania o 1/3), a dzieci kobiet, które w ciąży jadły jabłka, także są bardziej chronione – tak głosi magazyn „American Journal of Respiratory Clinical Care Medicine”.
  • Nawet niewielki stres czy niepokój może znacznie pogorszyć reakcje alergiczne – głosi Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, powołując się na badania State University Medical Center w Ohio.

  1. Zdrowie

Płyny do płukania jamy ustnej mogą hamować rozwój wirusa

Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem – płukanka przeciwko koronawirusowi to fake news.

Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem.  

Płukanką w koronawirusa?

Amerykańscy naukowcy potwierdzili, że dwa rodzaje płynów do płukania jamy ustnej niszczą 99,9 proc. koronawirusa w warunkach laboratoryjnych, zakłócając tym samym jego replikację w komórkach ludzkich.

Badania wykonane w Rutgers School of Dental Medicine w stanie New Jersey zostały opublikowane w czasopiśmie "Pathogens". Wykazano w nich m.in. że popularny płyn do płukania jamy ustnej, który kupimy w aptece czy drogerii oraz płyn na receptę z dodatkiem chlorheksydyny, są w stanie dezaktywować wirusa w ciągu nawet kilku sekund.

Badanie zostało przeprowadzone w laboratorium przy użyciu odpowiednich stężeń płynu do płukania oraz w czasie niezbędnym do kontaktu z tkankami w celu odtworzenia rzeczywistych warunków występujących w jamie ustnej.

Niektóre płukanki do higieny jamy ustnej, zawierające takie składniki, jak jodopowidon oraz nadtlenek wodoru, ograniczały przenoszenie się wirusa, ale wpływały przy tym szkodliwie na komórki jamy ustnej.

Natomiast inne płyny, m.in. z antyseptykiem o szerokim zastosowaniu - chlorheksydyną, zabiły jednostki wirusa zapewniając skuteczną ochronę przed zachorowaniem, ale były przy tym minimalnie inwazyjne dla komórek skóry. To sprawia, że preparaty te mogłyby znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek.

Potrzeba jednak dalszych badań klinicznych, aby przetestować skuteczność płukanek pod kątem COVID-19 u człowieka. Już wcześniej m.in. niemieccy wirusolodzy molekularni, medyczni oraz naukowcy potwierdzili, że niektóre płyny dostępne powszechnie w handlu mogą unieszkodliwić wiriony i zahamować ich replikację.

Obiecujące są także możliwości płynów do płukania jamy ustnej zawierających co najmniej 0,07% CPC, czyli chlorku cetylopirydyniowego. Ten ostatni składnik nie tylko niszczy drobnoustroje, działając bakteriobójczo oraz przeciwgrzybiczo, ale jest przy tym bezpieczny w stosowaniu.

Czy warto więc robić sobie nadzieję, że regularnie stosowane płukanki pomogą w walce z COVID-19? Nie jest to takie proste.

– Mimo pojawiających się doniesień naukowców na temat wpływu płynów do płukania jamy ustnej na mniejsze ryzyko zarażenia się COVID-19, warto sprostować, że nie jest to metoda walki z koronawirusem. Badania w laboratorium wykazały, że niektóre płyny rzeczywiście mogą szybko niszczyć koronawirusy, ale jest to działanie miejscowe w obszarze jamy ustnej i gardła. Nie wyleczą natomiast infekcji. Nie ma też jednoznacznych dowodów na to, że mogą zapobiec przenoszeniu wirusa pomiędzy ludźmi - komentuje lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Periodent w Warszawie.

Z uwagi na fakt, że wirus SARS CoV-2 odpowiedzialny za COVID-19 przenika do organizmu m.in. poprzez jamę ustną i namnaża się bezpośrednio w gruczołach ślinowych, to ostatecznym celem byłoby ustalenie, czy płukanie ust płynem o działaniu antyseptycznym i przeciwwirusowym mogłoby obniżyć, w perspektywie krótkoterminowej, ryzyko przenoszenia koronawirusa na inne osoby.

Płyny do płukania ust już od dłuższego czasu wykorzystywane są w wielu gabinetach przed zabiegami dentystycznymi, aby zmniejszyć tzw. miano wirusa u pacjentów, czyli zmniejszyć niebezpieczeństwo zakażenia innych osób. Mogą też być pomocne podczas opieki medycznej nad pacjentami cierpiącymi na COVID-19.

- Pacjent może również stosować płukanki samodzielnie, np. po powrocie do domu i ściągnięciu maseczki może umyć zęby i przepłukać je płukanką ze składnikami o właściwościach odkażających. Przy tym należy pamiętać, że płyn działa doraźnie i miejscowo, czyli w jamie ustnej i gardle – można porównać to do umycia rąk, które również dezynfekujemy odpowiednimi preparatami. Wówczas będzie to dodatkowe wsparcie, które nie zaszkodzi, a może pomóc, nie tylko w zmniejszeniu transmisji wirusa na inne osoby, ale także w walce z plagą próchnicy czy schorzeniami dziąseł – dodaje stomatolog.

Źródło: biuro prasowe Periodent Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy