Jedz to co kochasz

fot.123rf

Dziś jestem o 27 kilogramów, w tym poczucia winy i niechęci do siebie, lżejsza – wyznaje Karolina Szaciłło. W nowej książce, ale też w tym tekście tłumaczy, że zmiana zaczyna się od polubienia siebie i polega na jedzeniu tego, co się lubi. Spadek wagi jest jedynie efektem ubocznym.

Ktoś mądry powiedział, że najlepsza dieta to ta, na której jesteś, ale o tym nie wiesz. Ja do 30. roku życia wiedziałam o sobie głównie to, że jestem na diecie. Bezglutenowej, wegańskiej, surowej, białkowej, eliminacyjnej – nazwa tak naprawdę była nieważna. Nie liczył się również efekt. Znaczenie miał sam fakt, że coś ze sobą robiłam. Coś w swoim życiu kontrolowałam. Byłam w stanie całe tygodnie, ba, nawet miesiące czy lata eliminować, wyliczać, redukować. Potem coś we mnie pękało. Zaczynałam nadrabiać (często z nawiązką) i podjadać. Pojawiało się poczucie winy. Karciłam się i nagradzałam. W efekcie prawie cały czas myślałam o jedzeniu…

Powrót do równowagi

Podobnymi przemyśleniami dzielę się w „Jem (to co) kocham i chudnę”, naszej nowej książce. Choć to już siódma pozycja, którą wspólnie z Maćkiem napisaliśmy, praca nad nią była dla mnie najtrudniejsza. Zrozumiałam, że jednym z powodów, dla których przez ponad 20 lat katowałam się kolejnymi restrykcyjnymi dietami, wpadałam w poczucie winy po każdym zjedzonym pączku, jest to, że mogę się teraz tym wszystkim podzielić. Opisać, jak bardzo się przez te wszystkie lata nie akceptowałam. Ale też, co pomogło mi wrócić do duchowej i cielesnej równowagi. Oto, w skrócie, jak to zrobiłam:

  1. Wyznaczyłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacją siebie. Przestałam walczyć ze sobą.
  2. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni „muszę się zdrowo odżywiać”. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.
  3. Wzięłam odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo zdjąć z siebie odpowiedzialność.
  4. Zaczęłam układać jadłospis, kierując się smakiem. Smak to wewnętrzny kompas, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli jakieś, nawet najzdrowsze, jedzenie nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie go dobrze strawić. Co za tym idzie – nie wchłaniamy składników odżywczych!
  5. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub zestresowana. Emocje wpływają na trawienie.
  6. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z siedmiu sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie raw).
  7. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co mi służy i czego potrzebują moje ciało, dusza oraz umysł.
  8. Zrozumiałam, że zgodnie z trzecią zasadą dynamiki: wszystko, na co wywieramy nacisk, opiera się. Im bardziej próbuję nie myśleć o słodyczach i niezdrowym jedzeniu, tym większą mam na ich punkcie obsesję. Im mocniej próbuję schudnąć, tym bardziej wszystko wymyka mi się spod kontroli. Co w takim razie powinnam zrobić? Zaakceptować swoje skłonności i małe obsesje. Nie walczyć z nimi. Obserwować je jak chmury przepływające po niebie. Mieć świadomość, że przychodzą i równie szybko znikają. Nie muszę im ulegać. Mogę zastąpić je zdrowymi nawykami. Zamiast kolejnego pączka, sięgnąć po kawałek surowego brownie. To ja podejmuję decyzję!

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »