fbpx

Gdzie chaos ma logikę

Gdzie chaos ma logikę
fotochannels.com

Wyłączenia prądu i wody, brak chodników, rozkładów jazdy. Chaos. Jednak Albania uparcie się podnosi. Kwitnie uliczna przedsiębiorczość. Adriatyk, Morze Jońskie, jeziora i góry ściągają coraz więcej turystów

Adriatyk o zachodzie słońca. Stolik krok od plaży, a na nim micha smakowitych muli, grillowane pieczywo z ziołami, pstrągi, sałatka szopska. Ucztę przerywa SMS od znajomego: „Wysłać konserwy czy ekspedycję ratunkową?”. Albania wciąż wywołuje w Polakach zgrozę, traktują ją jak nieznane i niebezpieczne terytorium.

Bunkry i myjnie

Miła kolacja to nagroda za koszmar 40-godzinnej podróży. Korzystaliśmy z oferty biura, które w kilku polskich miastach jak leci pakuje do autokarów tych, co wyruszają na południe. Po drodze kilka przesiadek. Na Słowacji do wielkiej scanii wsiadają wczasowicze zmierzający do Czarnogóry i my. W Czarnogórze przesiadamy się do mikrobusu.

Dreszczyk. Jesteśmy w Albanii. Po chwili wiemy, czemu nie pchamy się tu scanią. Drogi zbyt wąskie, kamienne tunele zbyt niskie. Wszędzie bunkry – pamiątka po Enverze Hodży. Komunistyczny przywódca zbudował 750 tys. stanowisk strzeleckich do „obrony przed imperializmem”. Dziś w mniejszych zalegają śmieci, w większych powstają np. kawiarnie. Turyści na pamiątkę kupują miniaturę bunkra…

Lavazh (czyta się laważ) to myjnia. Chyba ich więcej od bunkrów. I urozmaicone: pod baniakiem zawieszonym na latarni, pod plandeką. Świadczą o przedsiębiorczości Albańczyków, jak o nas łóżka polowe. Na ulicy kupi się wszystko, od pestek słonecznika po pralki i telewizory. Tempo wzrostu albańskiego PKB to 6 proc., ale połowa powstaje w szarej strefie.

Docieramy do ośrodka Xixa w Kavaja, na południe od Durrës. Przyjemnie. Nieduże murowane domy pod sosnami, restauracja, kawiarnia, basen, sklep. Chcemy odespać jazdę na plaży. Handlarze robią harmider. Nagle po nadmorskim piasku ktoś ciągnie młodego niedźwiedzia z wyłamanymi zębami. Maskotka do zdjęć. Plaża nie reaguje. Nikt nie dzwoni po obrońców praw zwierząt. Denis, opiekun grupki Polaków, na wszystkie nasze zdziwienia odpowiada: – W tym kraju jeszcze nie wszystkie problemy rozwiązano.

Potężny problem – prąd. Pochodzi z elektrowni wodnych, które w czasie suszy nie pracują pełną parą. Przerwy w dostawach to normalka. Ośrodki wczasowe, przedsiębiorcy, zwykli ludzie zaopatrują się w generatory. Kolejny problem – woda. Stąd wszędzie zbiorniki na dachach. Ale jak nie ma prądu, pompy do zapasowej wody nie działają. Na szczęście nasza Xixa dobrze zabezpieczyła się przed kłopotami. Dlatego niektórzy nie opuszczają ośrodka. Za bramą góry śmieci, roje much, brak poboczy, chodników. Brak rozkładów jazdy i przystanków. I jak się w tym rozeznać, skoro albański nie przypomina żadnego znanego nam języka? Na „tak” kiwają tu przecząco głową. Młodzi mówią trochę po angielsku. Warto wykuć parę włoskich słówek. Ale i to byłoby na nic bez uprzejmości Albańczyków.

Spiżowy bohater

Zdezelowany, wypchany do ostatniego miejsca minibus za złotówkę lub dwie dowozi nas do Durrës, największego portu w kraju. Miasto powstało w 627 r. p.n.e. Zamieszkiwało je plemię Ilirów. Było kolonią grecką, potem rzymską, w średniowieczu przeżyło wiele oblężeń i wojen. Z tamtych czasów zostały m.in. słynny amfiteatr, kaplica chrześcijańska z mozaikami i bizantyjski mur. Wieczorami na ulicach pachnie kawa, miasto zmienia się w gwarną kafejkę. Durrës to ulubione miejsce wypoczynku Albańczyków.

Hotele zbudowane zbyt blisko siebie ciągną się kilometrami – w Albanii dopiero niedawno pojawiło się pojęcie: plan zagospodarowania przestrzennego. Ale wciąż można znaleźć tu dziewicze plaże.

Sercem miasta jest plac z autobusami. Transport sprywatyzowano, czyli puszczono na żywioł. Pojazdy poruszają się bez ładu i składu, wciąż o włos od wypadku albo stłuczki. Ale ten chaos ma swoją logikę. Kierowca siedzi za kółkiem, manewruje i pilnuje drzwi. Na zewnątrz jego pomagier krzyczy na całe gardło nazwę miasta: „Tirana!”. Kiedy nazbiera pasażerów, ruszy.

W Tiranie większość zabytków można obejrzeć w trakcie jednego spaceru. Plac ze spiżowym pomnikiem bohatera narodowego Skanderbega, wieża zegarowa, 100-letni meczet Hadżi Ethem Beja, Pałac Kultury i Muzeum Historyczne. Dalej szeroka aleja z gmachami rządowymi zbudowanymi przez Włochów i kamienny most z czasów Turków. Z pomnika Hodży zostały tylko fundamenty. Tyran przez tutejsze radio latami straszył „bandą Tito”, „kliką Gierka”, a nawet „łobuzami z Kremla”. „Prawdziwy komunizm” w stalinowskiej wersji dyktatora zrujnował kraj.

Albania uparcie, z trudem się podnosi. Emigracja, głównie w Grecji i Włoszech, wspiera krewnych, którzy zostali w kraju, co wyraźnie widać na przedmieściach. Powstaje mnóstwo nowych domów. Nie wszystkie jeszcze wykończone. Na szczycie zamiast wiechy powiewa albańska flaga: czerwone tło, na nim groźny dwugłowy czarny orzeł. A na parterze na ogół salon sukni ślubnych, meble wypoczynkowe albo sedesy.

Zwiedzamy Kruję. To taki Kraków, pierwsza stolica Albanii. Tu w 1405 r. urodził się bohaterski Skanderbeg, który wyzwolił rodzinne miasto i przez ponad 20 lat prowadził walkę przeciwko tureckiej okupacji. Droga wije się serpentyną, na szczycie zbocza wznosi się warownia. Muzeum Skanderbega w twierdzy to zarazem muzeum historii Albanii. „Nasz naród nigdy nie dał się złamać” – powtarza w kółko przewodnik. W megalomanii Albańczycy są do nas podobni.

A wieczorem znowu Xixa, gorący Adriatyk, stolik przy plaży, wino i owoce morza.

Autorka jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”

U źródeł. Najlepszy dojazd z Polski: samochodem przez Węgry i Macedonię. Autobusem przez Czarnogórę, Kosowo, Macedonię, Turcję, Grecję. Statkiem z Grecji lub Włoch. Samolotem przez Wiedeń lub Budapeszt. Od kwietnia do października świetne warunki turystyczne. Ceny w hotelach od 10 euro za osobę. Ośrodki wczasowe o wyższym standardzie – 50 euro. Mało kto wie, że w Albanii można znaleźć źródła siarkowe, które pomagają w leczeniu chorób skórnych i reumatycznych.