fbpx

Nagle wokół mnie taka zawierucha

Nagle wokół mnie taka zawierucha
fot. Krzysztof Opaliński

 

Sukces oznacza dla mnie wyżej zawieszoną poprzeczkę i pytanie, które powraca z każdą kolejną propozycją: Czy dam radę? Kiedy dostałam te wszystkie nagrody, nagle ja, silna kobieta, poczułam bardzo mocno potrzebę męskiego wsparcia – mówi aktorka Sonia Bohosiewicz, wielokrotnie nagradzana za rolę Hanki B. w filmie „Rezerwat”.

 

Rozsypał się po tych nagrodach worek z propozycjami pracy czy wprost przeciwnie? Bo pani koledzy skarżą się, że nagroda w Polsce prawie zawsze oznacza koniec ról.
– Ja dostałam sporo propozycji, wszystkie dokładnie analizuję, ale nie wszystkie przyjmuję.

Które okazały się nie do przyjęcia?
– Zgłosiły się do mnie programy rozrywkowe, w których biorą udział gwiazdy. Kompletnie mnie to zaskoczyło – bo czy ja jestem gwiazdą? Są dwie drogi. Można wszystko szybko skonsumować albo jeść małymi kąskami, smakując. Ja wybieram tę drugą. Chcę dawkować siebie widzom. Bo gdy się śpiewa i tańczy w jednym i drugim programie, to po pół roku widzowie się kimś takim przejadają. A ja chciałabym być kiedyś Anną Seniuk albo Ireną Kwiatkowską.

Myśli pani: wreszcie się doczekałam?
– Nie, myślę: „Dzięki Bogu, że sukces przyszedł do mnie w wieku 32 lat, a nie 23”. Tuż po szkole łapie się wszystkie propozycje. Zwyczajnie człowiek się boi, że jak zrezygnuje, to już więcej nikt mu nic nie zaproponuje. Ja nie mam w sobie tej pazerności. Czekałam dziewięć lat, to mogę poczekać kilka następnych. Niech to będą choćby trzy filmy w karierze, ale wartościowe. Byłoby super, gdyby ktoś obejrzał je za 50 lat i się wzruszył.

Pochodzi pani z Żor. Czy ta perspektywa pozwala lepiej rozumieć prostych ludzi, takich jak bohaterowie „Rezerwatu”?
– Rozumienie prostych ludzi nie zależy od tego, skąd kto pochodzi. Wydaje mi się, że to kwestia wrażliwości. Niektórzy chcą się zadawać tylko z „najwyższymi”, to ich buduje, natomiast spotkanie z prostym człowiekiem uważają za dyskredytujące. Tacy ludzie są zarówno w Warszawie, jak i w Żorach.

Dzięki pani identyfikujemy się z Hanką B., choć to dziewczyna z półświatka. Dała jej pani kawałek siebie?
– Dałam jej swój temperament i wrażliwość. Ale nie żyłam nigdy w takich warunkach jak ona, nie miałam takich doświadczeń ani faceta, który próbowałby mnie uderzyć. Na pewno też nie dałabym bandziorowi w mordę, żeby kogoś obronić. Gdy się biją, uciekam, gdzie pieprz rośnie.

Foto: Krzysztof Opaliński

Hanka zawsze stoi za swoim mężczyzną. Znosi upokorzenia, ale kocha. Na drugim biegunie są kobiety wyzwolone, stawiające na siebie. W którym miejscu jest pani?
– Ja się absolutnie nie buntuję przeciwko temu, że kobieta ma dbać o dom. Mam poczucie, że natura jest mądra i tak to ładnie ułożyła, że mężczyzna przynosi pożywienie, a kobieta dba o dom, choć oczywiście, wszystko powinno być w takim dobrym balansie.

Pani ten dobry balans udało się osiągnąć?
– Ja akurat teraz jestem jakby trochę mężczyzną, jestem na etapie zdobywania. Mam do zrealizowania nowe przedsięwzięcia. Ale to nie jest tak, że nagle rezygnuję z gotowania, dbania o dom, z opieki nad drugim człowiekiem. Intymna relacja, rodzina i przyjaciele to są dla mnie priorytety.

Nie ucierpiały ostatnio?
– Coraz bardziej dociera do mnie, że biegam z planu na plan i zaczyna mi brakować czasu na codzienne pogaduchy z przyjaciółką, co było dotąd pewnym rytuałem. Uświadomiłam sobie, że muszę się lepiej zorganizować, bo łatwo zaniedbać relacje z przyjaciółmi, rodzicami, rodzeństwem. Oczywiście jest pokusa, żeby mieć wytłumaczenie: „Teraz nie mam czasu, bo dużo pracuję”. Tych pokus jest zresztą więcej. Poznaję dużo ludzi, którzy są dla mnie niezwykle mili. A to jest nie tylko strasznie kuszące, ale i niebezpieczne.

Niebezpieczne?
– I to jak! Hanka wzbudza sympatię. Kobiety chcą się z nią przyjaźnić, a faceci chętnie by widzieli taką babkę u swojego boku. I te emocje przelano na mnie. Już kilka razy słyszałam, że ktoś się we mnie zakochał, na co ja zawsze odpowiadam: „Przestań, ja nie jestem Hanką B., jestem Sonia B.”. Niebezpieczne jest również to, że można dać się zwieść pochlebstwom. Przyjaciele, którzy znają mnie od dawna, mają żal, że nie oddzwoniłam. A nieznani ludzie są tacy wyrozumiali, mówią: „Wiem, że jesteś zajęta, zadzwonię później”. Rozpieszczają człowieka absolutnie i trzeba mieć przez cały czas jasny ogląd sytuacji, że to jest tylko na moment. Że oni widzą mnie teraz w świetle, więc chcą się do mnie zbliżyć. Wielu ludziom chodzi o przebywanie z osobą, która jest na plakatach. Dziewczynie z plakatu dużo więcej się wybacza, trzy razy głośniej śmieje z jej żartów. A ja naprawdę nie jestem dziewczyną z plakatu.

Skąd pani to wie?
– Bo wielokrotnie obserwowałam, co się działo z aktorami, wokół których nagle robiło się dużo szumu. To dwór czyni kogoś królem, dając mu przy tym złe spojrzenie na rzeczywistość i na siebie.

Dlaczego pani potrafi być zdystansowana wobec całego tego zgiełku, a inni nie? Ja mam teorię, że to się wynosi z domu.
– O tak, bardzo dużo zawdzięczam mojemu domowi. Miałam fajne dzieciństwo. Byłam rozpieszczaną, kochaną córunią. Za wszystkie moje wybryki odpowiedzialność ponosił starszy brat: „To trzeba było jej nie dawać, trzeba było ją dopilnować”. Ale jak skończyłam 13 lat, urodził się Mateusz. I wtedy wszystko się zmieniło. Nagle przestałam być najmłodsza, a stałam się dorosła, a jeszcze do tego dwa lata później urodziła się moja siostra Maja. Czyli w wieku 15 lat zeszłam na drugi plan. Spadłam z piedestału.

W dobrym momencie, bo już się pani nabyła królową.
– Z dzisiejszej perspektywy rzeczywiście można powiedzieć, że zepchnęli mnie w dobrym momencie. Ale pamiętam, że bardzo to przeżywałam, pisałam w pamiętniku, że nikt mnie teraz nie kocha, że jestem tylko od roboty. A przecież to oczywiste, że od starszych dzieci oczekuje się pomocy. Moja mama też mnie o to prosiła, a jak nie skutkowało, to czasem i wrzasnęła.

Trzymacie się teraz jako rodzeństwo razem?
– Bardzo. Zabrałam siostrę do siebie do Krakowa. Ma ogromny temperament i kiedy weszła w wiek dojrzewania, bardzo darła koty z mamą. Wymyśliłam więc, że Maja, która ma inklinacje aktorskie, pójdzie do liceum prywatnego z zajęciami aktorskimi, co też się stało. Ma już za sobą debiut na dużej scenie Teatru Słowackiego w „Dzikiej kaczce” w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz. Marzy o szkole aktorskiej.

Pani miała zgodę rodziców na wybór studiów?
– Oczywiście, moi rodzice są po studiach górniczych, ale bardzo mi od początku sekundowali.

– Jak odebrali sukces córki?
– Przyjechali na premierę filmu do Warszawy. Byli bardzo dumni, mama zrobiła z 500 tysięcy zdjęć, a tata udawał, że go to za bardzo nie interesuje. Kilka dni po premierze zadzwoniła do niego siostra i zapytała: „Wiesz, tato, że jesteś na plotkarskiej stronie Kozaczek?”. Ojciec się obruszył: „Nie będę wchodził na żadne plotkarskie strony”. A za dwa dni dzwoni: „Jaka to była strona? Bucik? Relaksik?”. (śmiech).

Foto: Krzysztof Opaliński

Dlaczego właśnie aktorstwo?
– Najchętniej odpowiedziałabym tak: Chciałam zostać aktorką, żeby robić to, co uważam, że potrafię robić, czyli wzbudzać emocje. Ale z drugiej strony, kiedy jako dziecko tańczy się przed lustrem ze skakanką w ręku, to się nie myśli, żeby kogoś wzruszać, tylko powód jest całkiem egoistyczny: Patrzcie na mnie, ja jestem najważniejsza. Ja się na tę scenę pchałam od dziecka. Nigdy nie myślałam, żeby robić to zawodowo. Jak sobie uświadamiam, że jednak robię, to aż sama się dziwię.

Zmieniły coś w pani życiu te wszystkie nagrody? Może dzięki nim czegoś się pani sama o sobie dowiedziała?
– Dotychczas myślałam, że jestem dość silna i odważna. Gdy inni ostrożnie badają, czy woda nie za zimna albo nie za gorąca, ja skaczę na główkę. Wchodzę w nowe rzeczy natychmiast i na sto procent. Dotąd starałam się sama zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, zorganizować świat nie tylko sobie, ale i drugiej osobie. A teraz, paradoksalnie, kiedy dostałam tyle nagród, które powinny mnie jeszcze bardziej podbudować, poczułam wielką potrzebę oparcia w mężczyźnie. Mam świadomość, że nagłe zainteresowanie moją osobą jest nieadekwatne do tego, co tak naprawdę zrobiłam. Półtora roku temu kręciliśmy film, spędziliśmy miesiąc na Pradze, było ciężko, wesoło, ale wielu rzeczy już nie pamiętam. A tu nagle wokół mnie taka zawierucha. To dziwne, ale nie umiem pławić się w sukcesie. Dla mnie oznacza on wyżej zawieszoną poprzeczkę i pytanie, które pojawia się wraz z kolejną propozycją: Czy dam radę? Nagle ja, silna kobieta, poczułam bardzo mocno potrzebę męskiego wsparcia i chęć pobycia przez chwilę bezbronną kobietą. Wcześniej wręcz drażniła mnie tego rodzaju kobiecość. Nigdy nie lubiłam się mazgaić. A tu nagle poczułam, że chcę się mazgaić. (śmiech)

Czym był dla pani w tym kontekście udział w filmie Jacka Bławuta „Entrée” kręcony w Domu Aktora Weterana w Skolimowie?
– Było coś dziwnego w pracy na planie tego filmu. Tyle miodu leje się na człowieka zewsząd, jest się wyniesionym na szczyt i nagle przyjeżdża się do Skolimowa i przebywa kilka tygodni ze starymi, schorowanymi ludźmi. To stawia do pionu.

To przełomowy czas w pani życiu?
– Rzeczywiście przełomowy. Zmiany są ogromne i dotyczą różnych poziomów życia. Na jednym sama śmietanka, na innym – cierpienie, trudne momenty, przewartościowania, nowe relacje. Czasem płaczę z radości, szczęścia, a czasem z bólu. Ale na tym polega życie. Nie ma co się opędzać od smutku, w jego przeżywaniu też jest coś wartościowego. Z drugiej jednak strony – mam tyle powodów do radości. Można więc powiedzieć, że smakuję życie w pełni.

Sonia Bohosiewicz, aktorka teatralna, filmowa i kabaretowa (występuje w kabarecie Rafała Kmity). Absolwentka (2000 r.) krakowskiej Szkoły Teatralnej. Od 1998 roku związana ze Starym Teatrem, a od 2005 z Teatrem Słowackiego w Krakowie. W filmie debiutowała małą rolą w „Spisie cudzołożnic” (1995) Jerzego Stuhra. Zagrała m.in. w koprodukcji polsko-węgiersko-włoskiej „Ostatni blues” (2002) w reż. Pétera Gárdosa, „Show” (2003) Macieja Ślesickiego, „Zakochanym aniele” (2005) Artura Więcka, „Jak żyć?” (2007) Szymona Jakubowskiego i „Rezerwacie” (2007) Łukasza Palkowskiego. Za ten ostatni otrzymała nagrody na festiwalach w Gdyni, Koszalinie, a także Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Wkrótce premiera niezależnego filmu „Entrée” Jacka Bławuta z jej udziałem.