1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Halina Żelaska: Umierać łatwo, trudniej żyć

Halina Żelaska: Umierać łatwo, trudniej żyć

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Tak sobie chwilkę rozmawialiśmy i Baczyński w pewnym momencie mówi: Jak tak dalej pójdzie, to powstania nie skończymy i w cholerę rozwalą nam całe miasto. Zdawał sobie sprawę z bezsensu nierównej walki – mówi uczestniczka powstania, Halina Żelaska (lat 97).

Mało kto wspomina, że pierwszą zbiórkę ogłoszono 27 lipca, ale powstanie odwołano, więc wracaliśmy ze swoich punktów przeszczęśliwi. Mój chłopak, a potem mąż, miał zbiórkę u Żywiciela na Żoliborzu, ja w Ratuszu, ponieważ należałam do tamtejszej konspiracji. De nomine byłam pracownikiem Ratusza, a de facto – tłumaczką w Pałacu Blanka. Konspiracją Ratusza dyrygował intendent Roman Dawidowski, podlegaliśmy szefostwu AK. 

Pewnego dnia przyszedł do mnie do pracy Dawidowski z jakąś listą w ręku i mówi: Musisz załatwić do jutra, żeby wszyscy z tej listy, którzy po ostatniej łapance siedzą w obozie przejściowym na Skaryszewskiej, zostali zwolnieni. Pytam: Ale jak mam to zrobić? On: Nie obchodzi mnie jak, to rozkaz. Chodziłam lekko nieprzytomna, zastanawiałam się, jak to załatwić. Wiedziałam, że muszę to zrobić tego dnia, żeby mój szef, niemiecki burmistrz Warszawy, Leist, nazajutrz rano załatwił zwolnienie w SS na Szucha, bo przecież nie on zwalniał ludzi, tylko SS na Szucha. Leist miał wspaniałą sekretarkę, pochodziła z Monachium, on z Murnau, czyli oboje byli Bawarczykami i katolikami. Przyszłam do niej i mówię, że mam problem, bo muszę poprosić szefa, żeby coś mi załatwił, a nie wiem, jak mam to zrobić. A ona mówi tak: Po prostu wejdź i powiedz mu zwyczajnie, że masz problem. Otworzyła drzwi i wepchnęła mnie do jego gabinetu. Stanęłam przed nim i po chwili mówię: W ostatnich łapankach ucierpiało bardzo dużo ludzi z Ratusza. Jeżeli nie zwolnimy ich ze Skaryszewskiej, to pojadą  do Niemiec, a nam zabraknie świetnych fachowców. Miałam na sobie niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem, zrobiłam wielkie oczy, wyglądałam jak dziecko. Pokazałam mu tę listę, on ją przeczytał i mówi: Jeżeli chcesz, żeby to było jutro załatwione, to ta lista musi być zmieniona. Mam wrażenie, że nie ty ją pisałaś, bo ty jesteś inteligentniejsza. Chodziło mu o to, że było na niej równo 40 nazwisk, co mogło budzić podejrzenia. Poradził, żeby umieścić na niej 36, 37 i przynieść ją jeszcze tego dnia, żeby mógł nazajutrz wszystko załatwić. Oczywiście, że wiedział, jaki był rzeczywisty powód mojej prośby. To był inteligentny, życzliwy człowiek, jako jedyny Niemiec wysokiej rangi chodził po Warszawie bez obstawy, tylko na niego nie było żadnego zamachu. Potem były jeszcze trzy takie listy.

Miałam do czynienia ze złymi Niemcami i bardzo dobrymi, takimi, jak Leist, czy Jungmayerowa (szefowa kantyny w Pałacu Blanka), która pomagała Polakom, także aktorom w Teatrze Polskim. 

Na studiach medycznych przeszłam szkolenie, jak robić zastrzyki, ale w powstaniu robiłam absolutnie wszystko: nosiłam rannych do szpitala, drukowałam odezwy do mieszkańców Warszawy. Dostałam też zadanie opiekowania się panią Stefanią (nie chodziła), ikoną prezydenta Starzyńskiego, świetną sekretarką. 

W nocy z 3 na 4 sierpnia drukowałam odezwę do ludności Warszawy, setki egzemplarzy. Byłam tak bardzo zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Nagle usłyszałam jakieś kroki. Pomyślałam, że to Dawidowski, a tu wchodzi trzech młodych mężczyzn, między innymi Baczyński, o którym słyszałam od Dawidowskiego, że on i jego dwaj koledzy nie dostali się na swój punkt na Wolę, bo za późno zawiadomiono ich o zbiórce, no i teraz szukają zajęcia. Moim zdaniem Baczyński absolutnie nie nadawał się na żołnierza, był wrażliwy i wątły. Nigdy w życiu nie powinien walczyć. Przypuszczam że był wielkim patriotą. Tak, jak mój chłopak, który po latach mówił, że gdyby nie wychowanie w duchu patriotycznym, to bez broni do powstania by nie poszedł. Mój chłopak dwukrotnie był na Dworcu Gdańskim. Gdy szedł po raz drugi, jego szef, major Rzeszotarski powiedział: Janusz, chroń  ludzi, przecież Niemcy są w bunkrach, mają karabiny maszynowe, a wy na całkowicie odkrytym terenie nie macie żadnych szans. Major sprzeciwił się wysyłaniu swoich żołnierzy na pewną śmierć, więc dowództwo AK z Żoliborza zdjęło go z funkcji dowódcy, co było tym straszniejsze, że pierwszego dnia powstania Niemcy rozstrzelali jego żonę i dwoje dzieci, a major mimo wszystko dowodził dalej…

No więc kiedy Baczyński i dwóch jego kolegów weszli do pokoju, w którym drukowałam, na rotaprincie, takiej starej, bardzo głośnej maszynie, któryś z nich powiedział: No to nareszcie ustaliliśmy, skąd ten hałas pochodzi. Zauważyłam głośno, że Baczyński ma odznakę Agrykoli. A on mnie pyta, skąd wiem, że to Agrykola. Odpowiedziałam, że mój chłopak ma taką samą. Kiedy poznał jego pseudonim, ucieszył się: O, to mój nauczyciel, on mnie minerki uczył. (Rozminowania, robienia małych min, bo powstańcy idąc do walki nie mieli ani pistoletu ani karabinu, nic, dopiero potem, jak Anglicy zrzucili całe skrzynie broni, to powstańcy z Żoliborza zostali po zęby uzbrojeni, ale było już za późno). 

Tak sobie chwilkę rozmawialiśmy i Baczyński w pewnym momencie mówi: Jak tak dalej pójdzie, to powstania nie skończymy i w cholerę rozwalą nam całe miasto. Zdawał sobie sprawę z bezsensu nierównej walki. Zapytałam, jak dostać się na Mazowiecką, bo nie wiem, co z matką, boję się o nią. Baczyński na to: Też chciałbym wiedzieć, jak się tam dostać. Ale to raczej niemożliwe, bo cały plac wokół pałacu Brühlla obstawiony jest niemieckim wojskiem, z drugiej strony jest Pasta (jeszcze nie została zdobyta). Kiedy zaczęłam mówić, że albo nasze dowództwo nie ma rozeznania jak dużo jest niemieckiego wojska albo nie chce mieć, Baczyński uciął rozmowę: Nie mówmy na ten temat, to sprawa dowództwa. Byłam bardzo zmęczona, marzyłam, żeby chociaż godzinkę się przespać, więc poprosiłam całą trójkę: Pomóżcie, to prosta robota, ja bym na podłodze się przespała, dosłownie 15 minut, to by mi wystarczyło. Na co oni, że z przyjemnością. No więc ja natychmiast skuliłam się i zasnęłam jak kamień. Nie wiem jak długo spałam. Obudzili mnie, kiedy prawie wszystko wydrukowali.  

Następnego dnia, 4 sierpnia, rozmawiam z kucharzem Koperskim, który z resztek żywności w magazynach gotował zupę dla powstańców i narzekał, że oddałam klucze do Ratusza, gdzie było więcej jedzenia, bo można by wyżywić więcej ludzi. I w pewnym momencie widzę przechodzących korytarzem tych samych trzech mężczyzn, w tym Baczyńskiego. Koperski krzyknął do nich: Panowie, tylko uwaga na okno, bo snajper zabił już tutaj dwie osoby. Dosłownie za chwilę widzę ich siedzących na parapecie, nie wiem, czy okno było otwarte, czy sami otworzyli. Ledwo ich zobaczyłam, a już słyszę krzyk, widzę, jak Baczyński pada. Stało się tak, jak mówił Koperski - snajper strzelił z dachu z naprzeciwka. Pobiegłam. Baczyński leżał na czerwonym dywanie, po lewej stronie głowy miał dziurę, nawet krew specjalnie nie leciała. Miał na sobie szaro - brązową marynarkę, zielone z sukna spodnie i buty z cholewami. Natychmiast przybiegł lekarz, siostry, ale nic nie dało się zrobić.

Nosiłyśmy z koleżankami rannych do szpitala. Byłyśmy tak głodne, że za którymś razem zaproponowałam, żebyśmy wpadły coś zjeść do państwa Koperskich na Senatorską. Pani Koperska nalała do słoika zupę dla pani Stefanii, zakręcała wieczko i w tym momencie, pamiętam to bardzo dokładnie, usłyszałam „alles raus”. Byliśmy wtedy w piwnicy. Niektórzy nie chcieli wyjść, ale tłumaczyłam, że trzeba wyjść, bo na pewno wrzucą tu granat. Kazano ustawić się nam pod ścianą, rzędem, z rękami do góry. Niemcy stali za nami, repetowali broń. Byłam przekonana, że za chwilę nas rozstrzelają. Rzucili w dom zapalające pociski, więc cały budynek natychmiast ogarnęły płomienie. Musieliśmy odsuwać się od ściany, bo żar płomieni był tak mocny, że nie dało się wytrzymać…

Muszę pani powiedzieć, że na filmie „Powstanie Warszawskie” jest jeden taki moment, kiedy Niemcy podpalają budynek i słychać ten sam przerażający krzyk ludzi, którzy zostali wewnątrz. To był potworny ryk, przypominający ryk rannego zwierzęcia. Kiedy usłyszałam ten ryk w filmie, zamarłam…Jak usłyszałam te straszne głosy, to tak jakbym obudziła się znowu w powstaniu, to było coś wstrząsającego... 

Kiedy stałam tak z rękami do góry, pod płonącym domem, bardzo się bałam. Tak bardzo, że dostałem drgawek całego ciała. Po chwili, nagle, uspokoiłam się. Popatrzyłam w górę, a niebo było tego dnia takie cudownie niebieskie, bez jednej chmurki. Pomyślałam: Boże, szkoda, że takiego nieba już nigdy nie zobaczę. I w tym momencie przeleciał mi przez głowę film, to jest coś, czego się nie da zapomnieć, właśnie tego filmu. Klatka po klatce. Skończył się na ostatnim koncercie w Teatrze Polskim. Zobaczyłam jeszcze raz wszystko to, co pięknego przeżyłam. Chwile, gdy miałam może trzy latka, kiedy wujek brał mnie do ogrodu, częstował chlebem maczanym w oleju lnianym. Całe życie szukam takiego oleju. Miał tak cudowny zapach, że ślinka ciekła. Następna klatka: Siedzę na kołysce, w której leży mój mały braciszek, kołyszę się i lecę na dół… 

Potem kazano nam odwrócić się i uformować czwórki, tłumaczyłam z niemieckiego, co należy robić. Ludzie przepychali się, bo chcieli stać obok swoich, ale robili to błyskawicznie. Niemcy, idąc po kolei od pierwszej czwórki, wyciągali mężczyzn i ustawiali po lewej stronie. Pana Koperskiego również. Potem dowiedziałam się, że wywieziono ich do Niemiec. Kobiety i dzieci, kolumnami, pędzono Wolską. Szłyśmy razem z panią Koperską i jej dwójką dzieci pod płonącymi domami, z których spadały palące się kawałki, tu i tam buchały płomienie, więc zakładałam fartuch na głowę. Niektóre domy były już całkowicie spalone. 

Już na końcu Wolskiej zapytałam panią Koperską: Czy pamięta pani, żeby była tu fabryka zabawek? Ona zdziwiona pyta: O co ci chodzi? Mówię: No niech pani popatrzy, ile tu spalonych zabawek, całe stosy. Popatrzyła na mnie jak na wariatkę: Dziecko, przecież to są spaleni ludzie. Po raz pierwszy widziałam spalonych ludzi. Widać było na przykład, że to mężczyzna, bo ubrany w garnitur, koloru już nie da się określić, wszystko szare, ale faktura materiału widoczna. Pozostał malutki człowieczek…Dalej widzę zwęglone ciało, a obok wystaje cała ręka, niespalona. Przestałam patrzeć, bo zrobiło mi się słabo, niedobrze. Wiele rzeczy strasznych widziałam, ale ten widok to było coś nieprawdopodobnego. Szaniec usypany ze spalonych ciał, które wyglądały jak zwęglone zabawki. 

Pędzono nas do Pruszkowa. To była masa ludzka, która ciągnęła się kilometrami. Zrobiono na chwilę przystanek w kościele na Woli, gdzie opatrzyłam sobie ranę na kolanie, napiliśmy się po łyku wody i kiedy padła komenda „idziemy”, musieliśmy się poderwać i maszerować dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że podjeżdżają duże ciężarowe samochody, z których spuszczano klapę i po niej wpędzano ludzi. Wiadomo było, że ich wywożą, tylko nie wiadomo było dokąd. My szłyśmy pod koniec kolumny. Z lewej strony rosło wysokie żyto, a troszkę dalej znajdowała się prostopadła ulica, przy której okoliczne kobiety, z założonymi rękami, przyglądały się temu potokowi ludzi, było ich może dwadzieścia kilka. Niemcy w ogóle na nie nie reagowali. Miałam na sobie tylko fartuch sanitarny i majtki. Panowała wtedy okropna wszawica, ubraniowa, pierwszy raz w życiu widziałam coś tak obrzydliwego. Myślałam, że wszy giną w wodzie, ale gdzie tam. Dlatego jeszcze jak nosiłyśmy rannych, zdjęłam ubranie i włożyłam fartuch sanitarny. A tak na marginesie - na  filmach pokazują, że czterech ludzi niesie jednego rannego. A myśmy we dwie nosiły. Raz snajper strzelił prosto w człowieka na noszach, przestrzelił mu kręgosłup, on zmarł, a myśmy leżały koło niego i udawały zabite.

W tej kolumnie pilnowali nas żołnierze, tacy z blachami, z Wermachtu, ale byli również Ukraińcy, którzy zaciągali się do niemieckiego wojska. I w pewnym momencie doskoczył do mnie Ukrainiec i zabrał mi zegarek. To była jedyna rzecz, jaką miałam. Kiedy zbliżył się do nas żołnierz „z blachą”, mówię do niego po niemiecku: Proszę pana, miałam zegarek, ale zabrał mi go Ukrainiec, czy mógłby pan mu odebrać? I pokazałam, który Ukrainiec to zrobił. Niemiec przyprowadził go i kazał oddać mi zegarek, natychmiast. Ten łypnął na mnie okiem i oddał. Podziękowałam Niemcowi i szybko wtopiłyśmy się w tłum. Pani  Koperska strasznie panikowała: Pani Halusiu, po co pani to zrobiła, on nas zabije, my nie dojdziemy. Na co ja miałam radę: Trzymamy się cały czas tego Niemca, nigdzie się nie oddalamy. I w  pewnym  momencie zobaczyłam te kobiety, to zboże, ten samochód z opuszczoną klapą. Podeszłam do owego Niemca i mówię: mam do pana jeszcze jedną prośbę, wielką. Chcemy się załatwić, niech pan pozwoli zrobić nam to nie na oczach całego tłumu, tylko odejść dalej z dziećmi. Popatrzył na mnie i mówi: proszę iść. On doskonale wiedział, że chcemy uciec. Kiedy doszłyśmy do ulicy, na której stały owe kobiety, jedna z nich powiedziała: Proszę iść spokojnie za nami, wolno, nie oglądać się. A pani Koperska od nowa w płacz. W końcu jedna z kobiet krzyknęła: niechże się pani uspokoi, bo dobrze zrobiła ta panienka, czyli ja. No i ona wreszcie zamilkła. 

Zorientowałam się, że jesteśmy we Włochach. Kobieta, która kazała nam iść za nią przyprowadziła nas do swojego mieszkania. Ja zostałam w pokoju z kuchnią wynajmowanym przez ową panią (Perełkę) i jej siostrę (Zosię), a pani Koperska z dziećmi u gospodarzy, bo oni mieli duże mieszkanie. Mąż Perełki był w powstaniu i ona chciała do niego się dostać. Postanowiłyśmy, że pójdziemy obie, a pani Koperska zamieszka wtedy z jej siostrą. I ledwośmy się zainstalowały, coś  zjadły (one normalnie gotowały), a tu jakaś kawalkada wozów wjeżdża na plac. Kto? Ukraińcy. Zamarłyśmy. To, co oni wyprawiali na tym placu, to się w głowie nie mieści. W dzień jechali na akcje, a po południu wracali na kwaterunek, czyli na plac przed naszymi oknami. Pomyślałam: Z deszczu pod rynnę. Zjeżdżali z całymi walizami pokradzionych rzeczy.

Jeszcze chcę pani powiedzieć, że zanim zobaczyłam ten szaniec spalonych ludzkich ciał, to widziałam na trasie pełno porzuconych waliz. Widocznie ludzie przygotowali się na to, że opuszczą domy i pakowali co najcenniejsze, ale potem nie mieli siły tego nieść, więc rzucali cały ten bagaż. Mało tego - na wierzchu leżały pieniądze i nikt się nie schylał, wszyscy szli obojętnie, jedni płacząc, utykając, inni w milczeniu.

Ukraińcy otwierali te – jak oni to mówili – czemadany, przebierali się, na przykład w piękne damskie nocne koszule, szlafroki, peniuary. Jak dorwali kurę, to rozpalali ognisko, przebijali jeszcze żywą i nad ogniem, w tych piórach, piekli. Zachowywali się jak dzicz. A my z okien to wszystko widzieliśmy. Wychodziliśmy na dwór wtedy, kiedy oni wyjeżdżali na akcję do Warszawy. Któregoś wieczoru przyszedł do nas ukraiński oficer Wermachtu z informacją, że jeśli w nocy któryś z jego podwładnych by nas napadł, trzeba głośno krzyczeć, to wtedy on na pewno ucieknie, bo wszyscy żołnierze wiedzą, że za coś takiego grozi rozstrzelanie. 

Zosia błagała, żebyśmy nie odchodziły do powstania, bo ona boi się zostać sama. Miałyśmy mimo wszystko pójść, ja już nawet wybrałam się do kościoła po coś cieplejszego do ubrania, bo zaczynało być zimno. W noc poprzedzającą nasze wyjście, napadli  na nas Ukraińcy. Zosię zgwałcili, jeden zaczął dobierać się do Perełki, a na mnie mówi: eta rebionok, czyli dziecko. Na co inny: kak rebionok! I dawaj dobierać się do mnie. A ja wtedy niewiele myśląc otworzyłam okno i zaczęłam strasznie krzyczeć, nie wiem, jak można tyle krzyku z siebie wydobyć. I napastnicy wybiegli. Następnego dnia przyszedł oficer z prośbą, żebyśmy przyszły wieczorem na plac i rozpoznały gwałcicieli, wtedy on ich rozstrzela.  

Stwierdziłyśmy, że tego nie zrobimy. Bałyśmy się, że koledzy rozstrzelanych się zemszczą. Wieczorem oficer znów do nas przyszedł i pyta, dlaczego myśmy nie przyszły. Wytłumaczyłam, że zgwałcona Zosia jest w  szoku, że nie może zostać sama, że musi być otoczona opieką lekarską. Od tej pory zaczął przychodzić do nas na herbatę. Jak zorientowałam się, że on zaczyna mnie adorować, to powiedziałam do Perełki: Chcę, czy nie, ale muszę stąd uciekać. Postanowiłam pojechać pociągiem do mojego rodzinnego domu w Przedborzu. Ale w Gorzkowicach wygarnęli nas Niemcy do kopania rowów. Nie pracowałam długo, ponieważ otworzyła mi się rana po operacji wyrostka, której poddałam się przed powstaniem, żeby uniknąć wyjazdu do Niemiec, więc mnie zwolniono. 

W Przedborzu dostałam list od mojego serdecznego przyjaciela, z którego dowiedziałam się o śmierci mamy. Uparła się, żeby nie wyjeżdżać z Warszawy. Gotowała dla powstańców, opiekowała się małą dziewczynka, która straciła w powstaniu rodziców. Zginęły razem trzymając się za ręce. Od wybuchu „krowy”, która rąbnęła w Filharmonię, gdy wracały z kościoła. Przyjaciel pochował obie na skwerku przy Sienkiewicza.. Nie odnalazłam jej ciała…

Słyszę często, jak jakaś starsza pani mówi: myśmy szli do powstania trzymając się za ręce i wołając: „wolna Warszawa, wolna Polska”. A ja się zastanawiam, gdzie to mogło być, bo nic takiego nie widziałam. Albo inna pani twierdzi, że gdyby dowództwo zrezygnowało z Powstania, to ono i tak by wybuchło, bo młodzi ludzie byli tak napaleni na walkę. Myślę sobie wtedy, że ta pani nigdy w żadnej konspiracji nie działała, bo gdyby działała, to by wiedziała, że w konspiracji istniało coś takiego, jak rozkaz. Nie można było samemu decydować o czymkolwiek, to było w ogóle nie do pomyślenia.

Uważam, że decyzja dowództwa o wybuchu powstania była ogromnym błędem, bo oznaczała pewną śmierć 20 tysięcy młodzieży. Nie wolno powtarzać, że patriotyzm polega na byciu gotowym na śmierć dla Polski. A dlaczego nie na byciu gotowym na życie dla Polski?
Dopiero okrągły stół postawił na życie dla Polski. Dla mnie to było najważniejsze wydarzenie w naszej powojennej historii, bo nareszcie Polacy zaczęli myśleć o tym, jak żyć dla kraju, a nie jak za kraj umierać. Bo umrzeć łatwo, ale żyć - bardzo trudno. 

Według mnie nasi dowódcy byli kompletnie pozbawieni racjonalnego myślenia. Nie można odmówić im patriotyzmu, bo nie uwierzę, że ot, tak sobie, wysłali ludzi na śmierć. To na pewno byli patrioci, ale bez sensu, bez myślenia, co dalej. Przecież wiedzieliśmy z nasłuchów, nasze dowództwo tym bardziej wiedziało, co robią Churchill, Roosevelt, mieliśmy do nich szalone pretensje, szczególnie do Roosevelta, który był zakochany w Stalinie. Dlaczego generał Andres tak mocno sprzeciwiał się powstaniu? Bo uważał, że nie wystarczy mieć do walki ludzi, trzeba także mieć broń. Co z tego, że mój mąż robił ręcznie te maleńkie filipinki, przecież nimi nie dało się rozwalić czołgów. 

Pierwszego dnia powstania Dawidowski opowiedział mi o planach ataku na wartowników Pałacu Blanka. Zaproponowałam, żeby akcja odbyła się w porze obiadu, kiedy wszyscy Niemcy będą w jednym miejscu: Założymy białe fartuchy, żeby nie wzięli nas za Niemców, rozłożę obrusy na schodach, żeby nasi wiedzieli, gdzie mają iść. Część przejdzie parterem i wyskoczy na wartownię, Niemcy będą zaskoczeni. Plan się powiódł, ani jeden nasz chłopak nie zginął. Ale dowództwo wpadło jeszcze na pomysł, żeby od podwórka spuścić żołnierzy na linach. Proszę pani…To było coś strasznego…Przecież na dachach stali niemieccy snajperzy z ostrą bronią. Strzelali do naszych jak do kaczek, a ci tylko bach…bach na beton, wszyscy zginęli. Łapaliśmy się w tej piwnicy za głowy, płakaliśmy jak bobry. Dlatego mam prawo uważać, że nie tylko nie mieliśmy broni, ale również myślących rozsądnie dowódców.

Tak straszny żal pozostaje po tym zniszczonym cudownym mieście, 200 tysiącach ludzi, którzy zginęli za nic, bez powodu, tylko dlatego, że mieszkali w Warszawie. Jestem absolutnie przekonana, że to, jaką tragedią było powstanie, wiedzą tylko ci, którzy je przeżyli. Bo opowiedzieć się tego nie da…

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Halina Żelaska ma dziś 97 lat.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: nasi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu – przekonuje terapeuta Zbigniew Miłuński.

Długo szukałam kogoś, kto mi opowie o przodkach. Najwyraźniej nie jest to łatwy temat: przodkowie jako zasób, do którego możemy sięgać.
Niby oczywistość, ale jednak nie w naszym kręgu kulturowym. Na szczęście jest się od kogo uczyć. W książce „Dawna mądrość na nowe czasy” von Lüpkego pewien sangoma, czyli południowoafrykański uzdrowiciel, mówi, że jeśli komuś nie wiedzie się w życiu, napotyka nieoczekiwane przeszkody – np. choć unika konfliktów, wciąż w nie wpada, nie może znaleźć pracy, marzy o założeniu rodziny, a nie może znaleźć partnera itp. – to sygnał, że została zerwana więź z przodkami. Mówi, że trzeba odzyskać brakujące ogniwo w łańcuchu pokoleń. Wtedy życie wróci na proste tory.

Jak pan to rozumie?
Wiele osób nie przyznaje się do swoich przodków i odcina od korzeni. Oczywiście, można mieć poważne powody ku temu, chcieć żyć zupełnie inaczej. Rodzinne relacje bywają trudne.

Możemy też nie chcieć mieć wiele wspólnego z przodkami, których nie znaliśmy osobiście, ale nie pochwalamy tego, jak żyli, wstydzimy się za nich.
Rozmowę z sangomą przeprowadza Niemiec, który mówi: „My w Europie nie chcemy mieć kontaktu z naszymi przodkami, bo oni robili złe rzeczy”. I na to ów sangoma odpowiada: „To błąd. Nie ma na świecie człowieka, który by czegoś złego nie zrobił. To nie powód, żeby się odcinać od przodków. Oni są częścią nas”.

Ja uciekłam od rodziny, żeby osadzić się w tym, co jest dla mnie ważne. Teraz próbuję te relacje nawiązać na nowo. I uświadomiłam sobie, jak mało wiem o swoich rodzicach, nie mówiąc już o dalszych przodkach...
To powszechne zjawisko. Nie wiemy, kim byli nasi przodkowie, nie interesujemy się ich życiem. Nie poznaliśmy ich osobiście, nie pytamy o nich rodziców, a niekiedy nawet nie znamy ich imion.

Kiedyś nie chciałam się za siebie oglądać, bo widziałam tam samych ludzi pokiereszowanych przez wojnę. Szczególnie w męskiej linii – żołnierzy albo uciekinierów. I myślałam: „Nie chcę walczyć! Na nic mi taka spuścizna”.
Po co mi te karabiny i granaty...

Nie mają mi nic do przekazania. Tak myślałam do momentu, kiedy podczas jednego warsztatu stanęłam w miejscu przodków. Był to rodzaj ustawienia. Pojawił się ruch: dziarskie maszerowanie. Kiedy weszłam w to głębiej, poczułam, jaka to fajna energia. Ile tam jest siły, wytrwałości, umiejętności dążenia do celu.
Ale też pewnie niezłomność, waleczność, wytrwałość, stawanie w obronie tego, co ważne, gotowość do konfrontacji. Takie cechy w życiu bardzo się przydają.

A mnie ich brak – tak myślałam. I nagle zrozumiałam dlaczego: odcinając się od moich przodków, odcinam się od kawałka siebie samej, od swoich zasobów, zamykam je w pudełku z napisem „wojna”. Dotarło do mnie, że fakty z czyjegoś życia to jedno, a to, kim oni są, to drugie. Mogą mi się nie podobać rzeczy, które robili, ale ich cechy, talenty mogą być dla mnie wspierające. To ważny, psychologiczny aspekt relacji z przodkami,
ale nie jedyny. Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby się nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA ich rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo. Percy Ndithembile Konqobe, nasz sangoma, ujmuje to tak: przodkowie potrzebują nas, aby przyznać się do tego, co zrobili, by mogli stać się pozytywną siłą dla swoich potomków.

To znaczy, że my mamy szansę uświadomić sobie to, co oni zrobili, przebaczyć im i zmienić ten wzór?
Sposób mówienia i myślenia w kategoriach oni – my zakłada, że jesteśmy od nich oddzieleni. A my jesteśmy nimi, oni nas współtworzą. Na przykład czy chcę, czy nie, w odruchu zdarza mi się wybuchnąć. Tak jak moim przodkom, którzy się wściekali, robili rzeczy bardzo gwałtowne, a skutki tego były katastrofalne. Wiem, bo poznałem historię rodziny. Jednak nie słucham tych historii, jakby dotyczyły wyłącznie kogoś innego. Mnie to też dotyczy. Mam w sobie tę spuściznę, wraz z doświadczeniami katastrofalnych skutków. Mogę się od tego dziedzictwa odciąć, ale ono i tak będzie we mnie obecne, tyle że poza moją świadomością. Albo mogę świadomie uznać, że to moje dziedzictwo, i z nim pracować, znaleźć większą równowagę. Na przykład wielu młodych Niemców – co budzi mój wielki szacunek – pracuje nad swoim dziedzictwem, nie odcina się, mówiąc: „To nie ja to zrobiłem, więc nie biorę za to, co się stało, odpowiedzialności”. Podejmują wysiłek, żeby przyjąć trudną spuściznę i ją przekształcić. To trudne zadanie, ale właśnie w ten sposób ci przodkowie w nich mogą przyznać się do tego, co zrobili, stać się pozytywną siłą. Działać poprzez swoich młodych następców tak, żeby zło, które wyrządzili, już się nie powtórzyło.

Indianie mówią, że mamy w sobie siedem pokoleń i to, co robimy, ma wpływ na kolejnych siedem. Wygląda na to, że tyle potrzeba, żeby traumę typu wojna domknąć i naprawdę przekształcić.
Całkowicie się z tym zgadzam. Uświadamianie sobie i przekształcanie przeszłości to proces. Każde pokolenie ma szansę posunąć temat nieco dalej, aż do całkowitego uzdrowienia.

Na przykład ja mam małą cierpliwość do dzieci. Mój syn – dużo większą. Widzę tu pewien postęp. Świadome podejmowanie tematów rodowych przynosi wymierne rezultaty.

Kiedy mówię o przodkach, mam na myśli nie tylko ludzi, ale też dziedzictwo w szerszym znaczeniu.
Czyli nasze korzenie? Często się od nich odcinamy. Wstydzimy się swojego pochodzenia. Na przykład są ludzie, którzy przenoszą się ze wsi do miasta i zmieniają w „supermiastowych”, odnoszą się do wsi z pogardą. Ich życie staje się przez to nieprawdziwe, niepełne. Zaprzeczają swojej tożsamości. Jakiś czas temu jeden z moich znajomych żalił mi się, że utknął w martwym punkcie i przestał się rozwijać jako psychoterapeuta. Powiedział mi, że nic mu nie idzie, że zwątpił w możliwość skończenia studiów. „Nie jestem już młody, powiedział, mieszkam w małym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, tylko starcy siedzą na ławkach i patrzą w dal”. Zamiast go przekonywać, że jest inaczej, powiedziałem mu: „To prawda. Jesteś z małego miasteczka i już nie jesteś młody”. Zachęciłem go, żeby poczuł się naprawdę stary i z tej perspektywy popatrzył na siebie i swoje studia. Strasznie go to walnęło. Uświadomił sobie, że przez lata studiował psychologię, żeby uciec z tego miasteczka, czyli od siebie, stać się kimś innym. Zrozumiał, że pracuje odtwórczo, wyłącznie zgodnie z procedurą. Procedury są ważne i trzeba je znać, ale to nie one pracują, tylko żywi ludzie. Jeśli ktoś nie wnosi do tego, co robi, swoich unikatowych zasobów, niewiele dokona. Zaprzeczanie dziedzictwu jest udawaniem kogoś innego, pozbawieniem siebie swoich darów, doświadczeń.

Dużo się mówi o tym, że jesteśmy wyjątkowi. A to właśnie takie pozornie nieatrakcyjne rzeczy jak pochodzenie z małego miasteczka nas wyróżniają i stanowią o naszej niepowtarzalności.
Jesteśmy jak liście na drzewie – mówi sangoma. Życiodajne soki nie płyną, jeśli nie ma łączności między nami a pniem i korzeniami. To piękna metafora. Nawet w naszej kulturze mówi się o drzewie genealogicznym. Gdy się odcinam od tego drzewa i udaję, że jestem pojedynczym liściem w pustej przestrzeni, to z czego mam czerpać siłę? Nie mam kontaktu z ziemią i brak mi oparcia. Czuję się samotny.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że mnie przodkowie kojarzą się z grobami. Moja babcia mieszkała w małej miejscowości, tam był kościół i obok cmentarz. Po niedzielnej mszy zawsze szło się na te groby.
Rozmawiałem kiedyś z pewnym Indianinem, który w swoim plemieniu pełnił funkcję uzdrowiciela. Był pierwszy raz w Polsce. Zapytałem, co go tutaj najbardziej uderza. Odpowiedział, że kult przodków. Otworzyłem szeroko oczy: jaki kult przodków? Przecież jesteśmy katolickim krajem, cywilizowanym. Ale od tej chwili zacząłem się temu przyglądać i stwierdziłem, że on ma rację. W dzień Wszystkich Świętych cała Polska chodzi na groby. W Wigilię z każdego cmentarza w Polsce bije światło, na Wielkanoc też. Nigdzie indziej w Europie tak nie ma. Jednak takie nieświadome przywiązanie do przeszłości ma też negatywne strony. Na przykład trzymanie się przeszłej traumy. Czcimy ją, zamiast leczyć. Próby uzdrowienia naszego życia uznajemy za zdradę. Ten mechanizm jest w Polsce tak silny, bo przez długi czas nasze przetrwanie zależało od lojalnego trzymania się tradycji, kultywowania polskości. Świat się zmienił i nasza sytuacja też, ale wciąż trwamy w tym wzorcu, choć nam szkodzi, zamiast pomagać.

Odkryłam, że jestem też nieświadomie lojalna wobec przodkiń i ich cierpienia. Np. idzie mi dobrze i jestem zadowolona z siebie, więc robię nieświadomie coś, by się unieszczęśliwić, i w ten sposób pozostawać z nimi w solidarności. Bo one nie były szczęśliwe.
Podobnie jest z mężczyznami. Na przykład piją, bo ojciec pił. Wszyscy dziedziczymy po przodkach skłonności do określonych zachowań. Myślę, że warto znaleźć zdrowszy sposób pielęgnowania ciągłości pokoleń. Sangoma mówi jeszcze jedno: „Nie wolno oszukiwać dzieci na temat ich pochodzenia, ukrywać tego, co robili przodkowie. To i tak jest obecne. Żeby móc coś zrobić ze swoim dziedzictwem, musimy je znać. Mamy prawo do tej wiedzy. Tajemnice i kłamstwa rodzinne obciążają i niszczą”.

Mam znajomego, który dowiedział się, że jest dzieckiem ze zdrady małżeńskiej. Ale matka nie chce mu powiedzieć, kim jest jego ojciec.
Niedobrze. To pozbawia go podstawowej informacji na temat jego tożsamości. Ma dostęp do połowy siebie. Jak wygląda takie drzewo – z odciętą połową? Nie rośnie zdrowo. Nie wykorzystuje swojego potencjału. Duża część mojej pracy z ludźmi dotyczy właśnie tej trudności. Po to, żeby żyć w pełni, człowiek musi wiedzieć, kim jest, i jakoś z tym dojść do ładu. Wtedy może swobodnie tworzyć swoje życie i nie unikać odpowiedzialności za to, co robi, kim jest. To szczególnie istotne w wypadku mężczyzn. Mamy olbrzymie dziedzictwo przemocy, której biali heteroseksualni mężczyźni dopuścili się wobec kobiet, dzieci, innych mężczyzn, świata, siebie samych. Trudno się z tym spotkać, ogarnąć to jakoś, przyjąć, przekształcić, ale uważam, że to jest po prostu konieczne.

Z podobnymi tematami pracujemy w kręgach kobiecych. Tyle że my mamy do przyjęcia spuściznę ofiar, ale też manipulatorek, biernych agresorek.
Świetny przykład tego, w jaki sposób jesteśmy miejscem, w którym nasi przodkowie mogą stać się pozytywną siłą. Na warsztatach dla mężczyzn zapraszałem do ćwiczenia: prosiłem uczestników, żeby wyobrazili sobie, jakiego dziadka chcieliby mieć. A kiedy już to zrobili, mówiłem: „Teraz już wiecie, ku czemu możecie dążyć”. Na tym polega nasza odpowiedzialność. Dzieci przejmą od nas taki świat, jaki dla nich stworzymy. Żyjemy i będziemy żyć w ich ciałach tak samo, jak nasi przodkowie żyją w naszych. Więc co zostawimy po sobie?

Zbigniew Miłuński: filozof i dyplomowany terapeuta psychologii procesu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu.

  1. Styl Życia

Tam, gdzie pieprz rośnie - o podróży szlakiem króla przypraw opowiada Anna Janowska

Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl.

Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl. Co skłoniło ją do podróży szlakiem pieprzu i napisania o nim książki "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"? Anna Janowska opowiada nam o wyprawie przez Keralę, Oman i Zanzibar.

Artykuł archiwalny, książka "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar" została wydana w 2016 roku.

Wybrałaś się w podróż, której motywem przewodnim, a wręcz kompasem był pieprz. W swojej książce odkrywasz jego historię, kulturę z nim związaną. Jak zaczęła się twoja fascynacja tą drobną rośliną, którą większość z nas traktuje jedynie jako pospolitą przyprawę?
Zaintrygowało mnie, że pieprz, coś dziś tak codziennego i mało istotnego, kiedyś był niezwykle cenny i ważny. Sprawiał, że ludzie wsiadali na statki, przepływali oceany, walczyli z piratami, ruszali w nieznane, przemierzali pustynie. Był niesamowicie interesującym wyzwaniem. Europa długo nie wiedziała, gdzie i jak on rośnie. Marco Polo pisał, że pochodzi z wysp, których jest dokładnie 7444. Starożytni wierzyli, że rośnie na drzewach strzeżonych przez jadowite węże. A jedyny sposób, by go zebrać, to podpalić ten las i wygonić gady. Długi czas monopol na handel tą przyprawą mieli kupcy arabscy, a także ci z republiki Genui i Wenecji. Neron tak uwielbiał pieprz, że jako przysmak jadał posypaną nim pajdę chleba z... miodem. Cała masa fenomenalnych historii powstała tylko dlatego, że Europa rozsmakowała się w pieprzu. Lubię wydarzenia i rzeczy z pozoru mało ważne, ale po bliższym przyjrzeniu kryjące w sobie wiele ciekawostek. Dlatego ruszyłam śladem pieprzu, przez Keralę w Indiach, Oman i Zanzibar.

Od czego zaczęłaś zgłębianie jego tajemnic?
Od plantacji pieprzu. Już sam proces uprawy jest niezwykle ciekawy. Pieprz jest pnączem. Dobrym towarzyszem plantacji kawy i herbaty. Gdy pojechałam do Kerali, okazało się, że panuje tam kryzys pieprzowy. Uprawy z nieznanych przyczyn umierały. Trafiłam w sam środek dramatu. Ludzie, którzy trudnili się uprawą pieprzu od pokoleń, nagle musieli zmagać się z jego zanikaniem. Pieprz usycha, bo monsun przynosi coraz mniej opadów. A to efekt zbyt wielu upraw, wycięcia dżungli i ocieplenia klimatu, więc można powiedzieć, że sam człowiek do tego doprowadził.

Czyli już na początku temat okazał się bardziej złożony, niż można by przypuszczać. Jak to jest brać udział w wędrówce, która ma swój temat przewodni? Bardziej cię to ograniczało, czy wręcz przeciwnie – wciąż otwierało na nowe?
W takiej podróży historie same pączkują, a szlaki się rozgałęziają. Łapiąc jakiś wątek, nie wiesz, do czego cię doprowadzi. Na przykład temat zdrowotnych właściwości pieprzu i innych przypraw, ich zastosowania w medycynie ajurwedyjskiej – tradycyjnej, hinduskiej wiedzy opartej na ziołach i roślinach, doprowadził mnie do szpitala ajurwedycznego w Kerali. Inny wątek zawiódł mnie do Omanu – na początku wcale nie planowałam tam jechać. Ale im więcej dowiadywałam się o tym kraju, tym bardziej byłam przekonana, że jeśli tam nie pojadę, to ta opowieść i podróż będzie niepełna. To nie była moja pierwsza wyprawa, ale przyznam, zaczęło mnie już trochę nudzić podróżowanie bez celu. Kiedy interesujesz się wszystkim, to tak naprawdę nie poznajesz nic. Wracasz z głową pełną wszystkiego i niczego jednocześnie. Odkryłam, że dużo bardziej fascynujące są wyprawy po coś. Bo wtedy możesz się skupić na tej rzeczy. Paradoksalnie to ułatwia wyjazd, bo go porządkuje. Nie miotam się bez sensu, dużo więcej poznaję i głębiej przeżywam.

Cel pozwala lepiej sfokusować się na tym, co najważniejsze?
Właśnie. Podążasz drogą, w której odkrywasz, że temat ma drugie i trzecie dno. Na przykład dzięki temu podejściu trafiłam w mieście Sur na samym krańcu Omanu, na czubku Półwyspu Arabskiego, do ostatniego zakładu szkutniczego. Przekazywany z ojca na syna działał tu od pokoleń. Ich statki pływały do Chin, Ameryki, przez ocean. Dziś robią dwie łodzie dhow w ciągu roku dla bogatych szejków. Tradycyjnymi metodami. W Indiach też buduje się dhow. Drewniane, z trójkątnym żaglem wykorzystującym monsunowe wiatry. Tradycyjną metodą, bez gwoździ – elementy łączy się tylko kołkami. Szkutnicy pracują bez planów, szkiców, projektów. Ci ludzie mają ten fach we krwi. Konstruktor, którego poznałam w Kerali, nigdy żadnej łodzi nie narysował. Wszystko miał w głowie. Gdy tam byłam, czułam, że może właśnie obserwuję ostatnich przedstawicieli zawodu, który odchodzi do lamusa.

Jakie jeszcze perełki odkryłaś po drodze?
Na każdym kroku fascynował mnie zamrożony świat przeszłości. Oman był dla mnie wielką niespodzianką. Trochę obawiałam się tam jechać sama, a niepotrzebnie. Spotkała mnie niesamowita gościnność i serdeczność. W najlepszym wydaniu. Ujmująco ciepli i przyjaźni ludzie. Podążając starożytnym szlakiem w Omanie, ciągle czułam zapach rodem z katolickiego kościoła. W kraju muzułmańskim? Dziwne. Okazało się, że to tam rosną... kadzidłowce, których żywica wydziela woń znaną nam z kościołów w Polsce. Oman od dawien dawna handlował kadzidłem. Same kadzidłowce też są niezwykle interesujące. Poskręcane, rachityczne, rosną tam, gdzie już nic nie ma – na pustyni. Cierpią. Krzyczą. I płaczą żywicą.

W życiu Omańczyków kadziło jest obecne cały czas – zawsze gdzieś się tli. Gdy do domu przychodzą goście, gospodarze wrzucają na palące się drewno kilka grudek żywicy. Dymem z kadzidła perfumują sobie ubrania, na jego bazie komponują też niezwykłe pachnidła. Żują żywicę z kadzidłowca, gdy boli ich gardło, stosują też jako remedium na stawy i żołądek. Z każdym nowym wątkiem pojawiał się cały ocean zależności i powiązań.

Skąd to zamiłowanie do grzebania w historii?
Właściwie nigdy nie przepadałam za historią – wydawała mi się śmiertelnie nudna i na dodatek podbijana trudnymi do zapamiętania datami. Ale swojej książki nie mogłam stworzyć bez niej. Musiałam zdobyć wiedzę, przefiltrować ją i tak odkryłam w sobie... pasję historyczną. Można znaleźć sposób na ciekawe opowiedzenie przeszłości, na przykład przez jej uczłowieczanie. O Vasco da Gamie pisałam nie jako o wielkim odkrywcy, ale jako o człowieku ze wszystkimi jego słabostkami. Zdarzało mu się być okrutnikiem, ignorantem, ale i tak go polubiłam. Cieszyły mnie ciekawostki historyczne, do których udało mi się dotrzeć.

Zaciekawiło mnie, że podczas pobytu w Indiach przeszłaś terapię ajurwedyczną. Jak wspominasz to doświadczenie?
Do szpitala ajurwedycznego Kalari Kovilakom, a de facto ekskluzywnego hotelu, trafiłam na tydzień. Cały swój świat trzeba zostawić za drzwiami. I to dosłownie. Nie możesz nawet nosić swoich ubrań. Dostajesz białe szaty. Pozbawiają cię też twojej codziennej rutyny – i tworzą nową, na którą składają się medytacja, joga, zabiegi ajurwedyczne, a wieczorami wykłady albo pokazy tańca czy tradycyjnej muzyki. Zostajesz wyrwana ze swoich kolein i oddajesz zdrowie i swoje problemy w ręce lekarzy, którzy przeprowadzają panczakarmę, rytuał oczyszczania. To najwyraźniej działa, bo niektórzy wracają tam regularnie. Ja też po ajurwedycznej terapii czułam się świetnie. Dobrze rozumiem chęć powrotu do tego miejsca. Gdy zdarza mi się, że padam ze zmęczenia i piętrzą mi się problemy, to tęsknię za tym, jak się czułam po tygodniu pobytu w tym szpitalu.

Spotkałam tam wielu Europejczyków, którzy szukali uspokojenia po problemach z alkoholem, terapii onkologicznej czy poważnych operacjach. A niektórzy chcieli po prostu schudnąć albo znaleźć czas dla siebie. Przeróżni ludzie, których przywiodło na południe Indii nie tyle poszukiwanie taniej duchowości, co próba zadbania o siebie. Oraz znalezienia tego, czego nie ma w medycynie europejskiej, a jest w ajurwedzie – holistycznego spojrzenia na człowieka. Dusza, ciało, głowa, mózg i emocje – to wszystko jest w niej jednością. Nawet gdy boli cię kolano, to ajurweda i tak zaczyna od głowy.

Czy podróż śladami pieprzu spowodowała w tobie jakieś zmiany, pozostawiła trwały ślad?
Podróż zawsze na nas wpływa. Gdy jesteś w drodze, więcej się dzieje. Jeden dzień jest niepodobny do drugiego, nie ma rutyny, a czas w magiczny sposób się rozciąga. Niekiedy, wracając do domu po miesięcznej wyprawie, mam wrażenie, że trwała ona rok. Każda podróż to też eksperyment na własnym organizmie. Bo jesteś nagle sam. Musisz zmagać się ze sobą i ze swoimi problemami. Radzić sobie w nowych sytuacjach.

Ja sobie nie wyobrażam życia bez wędrówki po świecie. Dzięki niej wiele się dowiedziałam nie tylko o innych, ale przede wszystkim o sobie samej. Nie miałabym tej wiedzy, gdybym została w domu. Może to zabrzmieć banalnie, ale w moim odczuciu każda wyprawa zdejmuje z oczu jakieś klapki i poszerza horyzonty. Otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. Ci, którzy nie podróżują, bardzo dużo tracą. Tak wiele, że moim zdaniem zajęcia z globtroterki powinny być obowiązkowe w szkole podstawowej.

  1. Kultura

Christo i Jeanne-Claude w Paryżu - piękny epilog

Christo i Jeanne-Claude (1997) (Fot. BE&W)
Christo i Jeanne-Claude (1997) (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Warto zobaczyć ich paryską wystawę. A wkrótce po niej ostatni projekt autorstwa Christo i Jeanne-Claude, najsławniejszego duetu artystycznego przełomu XX i XXI wieku.

Łuk Triumfalny w Paryżu zostanie opakowany. Spowije go 25 tys. mkw. srebrzystobłękitnej tkaniny, a sam akt pakowania odbędzie się w niedzielę 18 września 2021 r. Po 16 dniach łuk na nowo ukaże się oczom świata. Nie zobaczy już tego ani Christo, ani Jeanne-Claude. Ona odeszła 11 lat temu, Christo zmarł w maju tego roku. W oczekiwaniu na epilog jedynego w swoim rodzaju zjawiska, którym była ich twórczość, świeżo otwarte po pandemii Centrum Pompidou pokazuje wystawę poświęconą ich paryskim projektom i spędzonym w tym mieście latom.

Pierwszy wspólny monumentalny projekt duetu – mur z beczek po oleju na Rue Visconti (1962). (Fot. materiały prasowe) Pierwszy wspólny monumentalny projekt duetu – mur z beczek po oleju na Rue Visconti (1962). (Fot. materiały prasowe)

Legendy

Opakowywali rzeczy, miejsca, wybrzeża. Wyspy, mosty i budowle. Można śmiało powiedzieć, że tworzyli największe dzieła sztuki współczesnej. Format ich realizacji liczyło się nierzadko w kilometrach. Nie bez znaczenia jest też fakt, że ostatni akord ich historii wybrzmi właśnie w Paryżu.

Christo i Jeanne-Claude byli parą nomadów, w stolicy Francji żyli zaledwie kilka lat i porzucili ją dla Nowego Jorku. A jednak to miasto odgrywa w ich biografii szczególną rolę. To w Paryżu zaczęli opakowywać, choć z początku nie miejsca czy budowle, lecz meble i przedmioty codziennego użytku. I to w Paryżu się poznali, by związać się na całe życie. Przyszli na świat tego samego dnia, 13 czerwca 1935 r. Christo Wladimirow Jawaszew na północy Bułgarii. Później nie było mu po drodze ani z socrealizmem, ani ze stalinowskim reżimem, który panował w jego ojczyźnie, i w 1956 r. udało mu się nielegalnie dostać do Wiednia. Jeanne-Claude urodziła się w Maroku, wychowywała w Szwajcarii, w Tunisie studiowała filozofię. Do Paryża przybyła w 1957 r. Wkrótce potem poznała błąkającego się po Europie Christo.

Wczesne „opakowane prace” z okresu paryskiego.  W tle widać młodego Christo (1963). Wczesne „opakowane prace” z okresu paryskiego.  W tle widać młodego Christo (1963).

Stworzyli idealny duet, w którym on odpowiedzialny był za wizualne koncepcje realizacji, a ona zajmowała się ich logistyką. Żadne z ich najważniejszych dzieł nie istnieje dziś fizycznie; opakowanie Łuku Triumfalnego będzie spektakularnym zdarzeniem, ale szybko przejdzie do legendy. Istotą twórczości pary artystów był proces kreowania takich legend – zdobywanie pozwoleń, gromadzenie funduszy, opracowywanie rozwiązań technicznych, często również negocjacje polityczne.

„Opakowany konik” (1963). (Fot. materiały prasowe) „Opakowany konik” (1963). (Fot. materiały prasowe)

Nic więcej?

Kluczową pracą na wystawie w Pompidou jest dokumentacja opakowania Pont Neuf. Artyści (którzy mieli już wtedy na koncie m.in. „zapakowane wybrzeże” w zatoce Little Bay koło Sydney) zawinęli ikoniczny paryski most i jego 44 latarnie w złotawą połyskliwą tkaninę w 1985 r. Projekt w ciągu dwóch tygodni istnienia instalacji przyciągnął 3 mln turystów i wprowadził twórczość duetu do świadomości masowego odbiorcy.

„Opakowany” Pont Neuf (1975–85). (Fot. materiały prasowe) „Opakowany” Pont Neuf (1975–85). (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego pakowali budynki, wyspy i realizowali inne zakrojone na tytaniczną skalę instalacje? „Ponieważ jest to piękne” – odpowiadali z rozbrajającą prostotą. Nie dopisywali swoim pracom symbolicznych znaczeń. „Opakowany” Pont Neuf to most zapakowany w tkaninę, nic więcej. Nigdy nie przyjmowali zamówień od rządów, władz miejskich czy korporacji, nie korzystali z grantów, darowizn ani wsparcia sponsorów. Monumentalne dzieła powstały z ich funduszy, uzyskiwanych ze sprzedaży kolekcjonerom rysunków, projektów i kolaży związanych z danym przedsięwzięciem.

Geniusz Christo i Jeanne-Claude polegał też na tym, że choć nie nadawali pracom symbolicznych znaczeń, to prace chłonęły znaczenia niczym gąbki. Tak było z Reichstagiem, który opakowywali w 1996 r. W Berlinie, gdzie dopiero co upadł mur dzielący miasto w czasie zimnej wojny. Podobnie będzie z Łukiem Triumfalnym, którego budowę zlecił Napoleon dla upamiętnienia bohaterów rewolucji i wojen, jakie po niej nastąpiły. Plac Zgody rozciągający się u stóp łuku całkiem niedawno był głównym polem bitew, które policja toczyła z uczestnikami protestów ruchu „żółtych kamizelek”. Opakowane przez artystów miejsca nie znikają, przeciwnie, stają się bardziej widoczne. Moment odpakowania przypomina akt odrodzenia. To proste, ale właśnie dlatego takie piękne.

Wystawa „Christo et Jeanne-Claude. Paris!” w Centrum Pompidou w Paryżu potrwa do 19 października.

Rubryka powstaje we współpracy z Jankilevitsch Collection.

  1. Styl Życia

Wikiński survival - rozmowa z powieściopisarką Elżbietą Cherezińską

Elżbieta Cherezińska z córką Kaliną podczas festiwalu na Jutlandii. (Fot. Dariusz Chereziński)
Elżbieta Cherezińska z córką Kaliną podczas festiwalu na Jutlandii. (Fot. Dariusz Chereziński)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Fascynacja historią jest tak naturalna jak oddychanie. Dziwi mnie, jak ludzie mogą się tym nie interesować – mówi powieściopisarka Elżbieta Cherezińska. Sama regularnie podróżuje do przeszłości nie tylko na kartach książek, ale i podczas wczesnośredniowiecznych festiwali i obozów.

Niech zgadnę: w dzieciństwie pani ulubioną książką nie były „Dzieci z Bullerbyn” czy baśnie, tylko „Polska Piastów” Pawła Jasienicy?
Pudło. „Dzieci z Bullerbyn” lubiłam, baśnie Andersena też, ale tylko te bardziej mroczne. Już kiedy miałam ze trzy latka, dziadek zaczął mi opowiadać „Ogniem i mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego”, zrozumiałym dla mnie językiem streszczał fragmenty, które przeczytał. Dlatego bardzo szybko zaczęłam samodzielnie czytać Sienkiewicza – już w drugiej klasie podstawówki połknęłam „Quo vadis”. Bardzo podobały mi się sceny erotyczne, a opisy okrucieństw musiałam zgłębiać po dwa razy. Pamiętam, że katowałam koleżanki, abyśmy lalkami bawiły się w... „Quo vadis”.

Lalki odgrywały prześladowanych pierwszych chrześcijan?
No (śmiech). I to wcale nie jest takie dziwne, dzieci, a zwłaszcza te, które mają szczęśliwe dzieciństwo, lubują się w bezpiecznych okrucieństwach. Chyba wypełniają tym jakąś tęsknotę. Jako dziecko długo chciałam zostać lekarzem sądowym, bo interesowała mnie sekcja zwłok i to, co wiąże się z duszą człowieka i jego ciałem po śmierci. Naprzeciwko naszego domu stał mały kościół, przy którym wtedy była kostnica. Kiedy kostnica była otwarta, podglądałam zmarłych, uwielbiałam to. Pamiętam, że z bratem namiętnie oglądałam też fotografie pogrzebowe. W ogóle cały obyczaj mnie fascynował: te czarne koronki, świece.... Teraz myślę, że fascynacja śmiercią była fascynacją życiem tamtych ludzi – mogłam sobie w głowie tworzyć ich historie.

Czy to już można zakwalifikować jako pani zainteresowanie historią?
Tak, bo mnie historia kojarzyła się z dobrą opowieścią.

A co było punktem zwrotnym w tej fascynacji?
Mój mąż zajmuje się rogownictwem, czyli rzeźbieniem w porożu, a Skandynawia wikingów zostawiła po sobie sporo takich zabytków. Darek je odtwarza, więc wikińskiej kultury było dużo w naszym domu. Kiedyś złapałam jego arkusze ze wzorami z odkryć archeologicznych. Zastanawiałam się, jak ci barbarzyńcy w hełmach z rogami mogli stworzyć tak wyrafinowany rysunek, tak skomplikowane wzory, z tak bogatą ornamentyką... I mąż zaczął mi opowiadać o kulturze wikingów. To mnie zafascynowało. Ponad 15 lat temu pierwszy raz zabrał mnie na Festiwal Słowian i Wikingów na wyspę Wolin. Przyjechaliśmy w nocy i miałam wrażenie, jakbym weszła w kadr filmu... Potem zaczęliśmy jeździć razem. Poza Wolinem do Danii, Norwegii, Szwecji, Anglii – co roku bywaliśmy na kilkunastu festiwalach. Okazało się to także sposobem na zwiedzanie świata. Z czasem badanie przeszłości przerodziło się w tworzenie scenografii do moich książek.

W norweskiej wiosce Gudvangen na końcu Nærøyfjordu, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. (Fot. Dariusz Chereziński) W norweskiej wiosce Gudvangen na końcu Nærøyfjordu, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. (Fot. Dariusz Chereziński)

Uczestnicy takich zlotów nie tylko przebierają się za wikingów, ale przez kilka dni czy tygodni żyją jak oni: gotują, jedzą, walczą. Wszystko po to, by wczuć się w tamten świat...
Tak, kąpiemy się w lodowatych fiordach, mieszkamy w płóciennych namiotach – chociaż wikingowie używali ich tylko w podróży, podobnie jak Słowianie. Wozimy ze sobą pięknie rzeźbione skrzynie, stoły, niektórzy nawet łoża. A ci, którzy podróżują z małymi dziećmi, mają dla nich zabawki gliniane i drewniane, takie, jakie znamy z wykopalisk, lub szmaciane laleczki. Rzemieślnicy rozstawiają się ze swoim warsztatem i zajmują się odtwarzaniem dawnych rzemiosł. Wikingowie nie pijali na przykład kawy, Słowianie także, ale my, ludzie współcześni, nie chcemy bez niej zaczynać dnia, więc rano trzeba iść po wodę, porąbać drewno i rozpalić ognisko. Jeśli nie schowało się drewna w suche miejsce, to będzie kłopot... Gotuje się szybko, choć używamy replik dawnych naczyń. Na Wolinie codziennie jest też bitwa. To najbardziej widowiskowy element festiwalu. Istnieje ścisły regulamin tych walk, m.in. można używać wyłącznie tępej broni, ale mimo to zdarzają się wypadki. Niezwykłe są ceremonie, obrzędy – dają poczucie łączności w czasie. Nocą na jednym z norweskich festiwali długim korowodem szliśmy z pochodniami na kopce – a są to prawdziwe groby z epoki wikingów. W ten sposób podtrzymujemy pamięć o nich.

Co jest dla pani najtrudniejsze w tej codzienności?
Ekstrema pogodowe – w Skandynawii gdy trzy dni z rzędu leje i przychodzi silny wiatr, to organizatorzy przynoszą nam zwoje dodatkowych lin, żebyśmy mocniej zacumowali namioty. Wiemy wtedy, że noc będzie bogata we wrażenia. Zdarzały się noce, gdy tak wiało i lało, że w cztery dorosłe osoby trzymaliśmy drewniane maszty historycznego namiotu, bo wiatr dosłownie nim rzucał. Po takich festiwalach powroty są okropne. Zmoknięte płótno namiotu waży 20 i więcej kilogramów, skóry i futra podobnie, wszystko w błocie.... Z mężem i dziećmi przez wiele lat spaliśmy na skórach: z dzika na spód (jest nieprzepuszczalna, twarda i zapewnia niezłe podłoże), a na to miękkie skóry z baranów i owiec. Dzisiaj już sypiam w śpiworze.

Kto przyjeżdża na takie festiwale?
Jest wielu studentów historii, archeologów, ale są też prawnicy, lekarze, biznesmeni, dla których to forma odreagowania codzienności. Niektórzy zajmują się tzw. archeologią eksperymentalną, na przykład Hanna i Paweł Lisowie przez lata badali dawną kuchnię. Używali starych naczyń, dawnych odmian zbóż i próbowali odtworzyć słowiańskie pożywienie. Okazuje się, że Słowianie jedli fantastycznie. Lisowie napisali nawet książkę kucharską („Kuchnia Słowian, czyli o poszukiwaniu dawnych smaków”– przyp. red.), która stała się bestsellerem. Jest połączeniem przepisów z gawędą historyczną, opowiada, dlaczego te, a nie inne zboża się u nas przyjęły i jak to możliwe, że uprawiano brzoskwinie czy winogrona. Wiele osób, ucząc dawnego rzemiosła, zarabia na życie, a jeszcze inni przyjeżdżają, żeby odtwarzać sztuki walki. Jest drużyna elitarnych wojowników, jomswikingów, jednym z jej wodzów jest Polak, Igor Górewicz – wystarczy obejrzeć ich zdjęcia w Internecie, żeby zobaczyć, jak bardzo są zaangażowani.

Podczas festiwalu na Wolinie, który słynie z ekstremalnych warunków pogodowych. (Fot. Dariusz Chereziński) Podczas festiwalu na Wolinie, który słynie z ekstremalnych warunków pogodowych. (Fot. Dariusz Chereziński)

Przecież to bardzo odległa historia... Co sprawia, że ludzie tak mocno się w nią angażują?
Dla mnie fascynacja historią jest tak naturalna jak oddychanie. Dziwi mnie, czemu ludzi to nie interesuje...

Czego może nas nauczyć Polska Piastów?
Tożsamości. Choćby taki wątek:  gdy Chrobry w 1025 r. został naszym pierwszym królem, to jego siostra Świętosława była już czterokrotną królową: w Szwecji, Danii, Norwegii i Anglii. Pierwszy jej mąż był królem Szwecji, drugi – królem Danii, który podbił Norwegię, ofiarując ten kraj żonie. A gdy się rozstali, podbił też Anglię i zmarł w Londynie. Wtedy syn Świętosławy, Knut, wrócił po matkę do Polski i wspólnie zdobyli ponownie angielski tron. Knut go utrzymał i przez lata był szanowanym władcą. Jak wiadomo, Anglicy mają wysokie mniemanie o swojej historii i na tamtejszym festiwalu, który jest większy niż nasz woliński, przyjaciele Anglicy wieczorem przy ognisku puszą się swoją historią. Mój mąż zazwyczaj wtedy mówi: „Pokażcie mi Anglika lub półkrwi Anglika na polskim tronie” –  i kiedy zapada  milczenie, kończy: „Za to siostrzeniec naszego pierwszego króla władał Anglią”. Pierwsi Piastowie nieustannie przesuwali horyzont, nie byli ograniczeni narodowymi kompleksami, parli, by osiągnąć swoje. I robili to w niezwykłym tempie.

To byli krwiożerczy dyktatorzy!
Nie możemy oceniać tamtych ludzi dzisiejszymi realiami. Wojna i zabijanie były elementem walki o władzę. Wszyscy władcy w tamtych czasach byli dużo bardziej okrutni niż obecnie. Oceniamy ich przez pryzmat skuteczności. Gdy Świętosława owdowiała, zaczęli się do niej zjeżdżać zalotnicy. Dwóch, którzy byli zbyt niskiego rodu, kazała spalić w łaźni. Za to poddani nie nazwali jej „okrutną”, ale „Storadą”, czyli „dumną w słowach” albo „pyskatą”.

Cywilizacja łagodzi zwierzęcość człowieka, a jednocześnie interesujemy się i wychwalamy okrutników, którzy swoją drogę znaczyli trupami. Czy nie ma w tym jakiejś sprzeczności?
Często się nad tym zastanawiałam, także myśląc, czemu piszę książki tak okrutne w treści. I obserwując kino amerykańskie pełne horrorów i iluzorycznych strachów, doszłam do wniosku, że syte i bezpieczne społeczeństwo potrzebuje lęku ujętego w bardzo bezpiecznych granicach. Chcemy tego doświadczyć, ale nie na sobie. Najlepiej w kinie, książce czy grze. To one zaspokoją naszą potrzebę przeżycia śmierci czy przerażenia. Podobnie jest z poznawaniem historii. Już nie polujemy, nie zabijamy, by wyrównać sąsiedzkie porachunki, ale pociąg do okrucieństwa gdzieś w nas jest. Choć jesteśmy ubrani w szaty cywilizacji i bardzo często chcemy być lepsi – w sytuacjach ekstremalnych wychodzą z nas pierwotne instynkty. W średniowieczu panowały dwie ścierające się teorie: jedna to taka, że świat się starzeje i jak starość jest coraz gorszy, a druga, że świat się rozwija i jest coraz lepszy... Do dzisiaj nie wiem, która jest prawdziwa.

Przystań z łodziami wikingów w skansenie Bork Vikingehavn w Danii. (Fot. Dariusz Chereziński) Przystań z łodziami wikingów w skansenie Bork Vikingehavn w Danii. (Fot. Dariusz Chereziński)

Jak panią zmieniają te podróże w czasie?
Dzięki nim nabrałam ogromnego dystansu do codzienności, do naszego tu i teraz. Gdy patrzymy na teraźniejszość z punktu oddalonego o tysiąc lat, wszystko zaczyna być mniej istotne. W XXI wieku mamy zarozumiałą pewność, że to my stworzyliśmy ten świat, a ci przed nami byli głupsi. Tymczasem wszystkie największe odkrycia i wynalazki ludzie wymyślili bez prądu. Takie festiwale to okazja, żeby uczyć dzieci i młodzież naszej historii, bo na przykład starożytny Egipt broni się sam – piramidami, my musimy znaleźć własny sposób, żeby przeszłość okazała się równie spektakularna i interesująca.

Elżbieta Cherezińska, pisarka, autorka powieści opisujących czasy Piastów i wikingów. Dotychczas opublikowała 12 książek, w tym cykle powieściowe „Odrodzone królestwo” oraz „Harda królowa”. 

  1. Styl Życia

Strach przekuty w gniew

Elisabeth Åsbrink, szwedzka pisarka i dziennikarka. (Fot. Roberto Ricciuti/Getty Images)
Elisabeth Åsbrink, szwedzka pisarka i dziennikarka. (Fot. Roberto Ricciuti/Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Szwecja to dla nas kraj równouprawnienia, mrocznych kryminałów i dobrego designu. Reportażystka Elisabeth Åsbrink burzy te stereotypy i stara się pokazać prawdziwą twarz tego kraju. Zastanawia się nad definicją szwedzkiej tożsamości.

Elisabeth Åsbrink potrafi słuchać jak nikt. Bardzo aktywnie. Zadaje właściwe pytania, zwraca uwagę na szczegóły. Po chwili łatwo się pogubić, kto z kim przeprowadza rozmowę, kto kogo odpytuje. Gdy historia mojej rodziny zostaje już wyłożona niczym karty na stół, a ja zachodzę w głowę, jak to się stało, Åsbrink zaczyna mówić o swojej i daje mi jeszcze więcej.

Od lat krytycznie wypowiadasz się o szwedzkiej historii i wizerunku Szwecji jako sprawiedliwego społecznie państwa, które zawsze postępuje przyzwoicie. Czy wytykano ci kiedyś, że pozwalasz sobie na krytykę, a nie jesteś prawdziwą Szwedką? Przecież jestem.

Mieszkasz w Szwecji od zawsze, ale nie masz szwedzkich rodziców.  To prawda. Moi rodzice – Angielka i Węgier – zawsze mówili o Szwecji jak o jakimś innym kraju, jakby w ogóle w niej nie mieszkali. To było dla mnie mylące, bo w końcu urodziłam się w Szwecji [śmiech]. Oni mieli swoje ojczyzny, do których w rozmowach wracali, a ja przez długi czas czułam się jak obcokrajowiec. W dodatku dopóki nie poszłam do szkoły, nawet nie próbowałam szwedzkiego jedzenia, które wydawało mi się dziwne. Moje włosy były inne, ciemne i kręcone. Zawsze chciałam być, jak Agnetha z zespołu Abba, wysoką blondynką, a nie byłam [śmiech]. W dodatku do 14. roku życia odsuwałam od siebie myśl, że jestem Żydówką.

Dlaczego? Nie chciałam dźwigać tego ciężaru. Dopiero kiedy skończyłam 14 lat, zrozumiałam, że to moje dziedzictwo i muszę wziąć za nie odpowiedzialność. Bo moja rodzina zginęła w Holokauście. A mając 22 lata, pojechałam do Egiptu. W zderzeniu z tamtą rzeczywistością zrozumiałam, jak inny jest mój sposób myślenia. Że chcę być wolną, niezależną finansowo kobietą, chcę wchodzić w związki bez konieczności zawierania małżeństwa, chcę móc studiować, pracować i mieć dzieci – to Szwecja obudziła we mnie te idee, a przez lata się one umocniły. Nagle okazałam się bardzo szwedzka.

W książce 'Made in Sweden...' autorka burzy wiele stereotypów dotyczących Szwecji (Fot. Getty Images) W książce "Made in Sweden..." autorka burzy wiele stereotypów dotyczących Szwecji (Fot. Getty Images)

W wydanej właśnie w Polsce książce „Made in Sweden. 60 słów, które stworzyły naród” piszesz, że jako dziecko często pytano cię, skąd jesteś, ale potem już nie. Co się wydarzyło pomiędzy? Dwie rzeczy, natury ogólnej i prywatnej, obie w tym samym czasie. Ta pierwsza wtedy, gdy Szwecja zaczęła przyjmować imigrantów z Grecji, Turcji, Włoch, a kiedy miałam 25 lat, także z Somalii. Przyjezdni wyglądali jeszcze bardziej egzotycznie niż ja, więc nagle przestałam się wyróżniać. W tym czasie zaczęłam też pracować w radiu i telewizji jako dziennikarka. Mój status społeczny wzrósł i przestano mi zadawać takie pytania.

Czy myślisz, że twoi rodzice traktowali Szwecję jako miejsce tymczasowe do życia? Może matka tak o tym myślała, ale ojciec uciekł z komunistycznych Węgier, aresztowaliby go, gdyby wrócił do kraju. Niemniej rodzice zawsze czuli się – i czują – bardzo odrębni od Szwedów, jakby zawsze byli obcy. I myślę, że to po nich odziedziczyłam. 

Jesteś jednocześnie szwedzka i obca w swoim kraju? Tak, ale w moim przypadku to akurat dobrze. Pisarz powinien mieć w sobie takiego obcego, innego. Jako pisarka jestem jednocześnie w środku sytuacji i patrzę na nią z zewnątrz, a to ważne, żeby móc widzieć rzeczy obiektywnie.

Holokaust jest obecny w tym, co piszesz. Jak twoi rodzice na to zareagowali? Do książki „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” potrzebowałam wypowiedzi matki, która zwykła mówić, że jej ciemna karnacja to rezultat hiszpańskich korzeni. Odmówiła, mówiąc, że ludzie się dowiedzą, że jest Żydówką. Uspokoiłam ją, że nikt nas ze sobą nie połączy, bo przecież wyszłam za mąż i mam inne nazwisko. Na co ona odrzekła: „A to dobrze, nikt nie pomyśli, że jesteśmy spokrewnione”. Po publikacji „W Lesie...” to właśnie naziści mnie atakowali, próbując rozpętać antysemicką kampanię, ale to się na szczęście nie udało. Krytykowano mnie też za zbyt negatywne podejście do szwedzkiej historii, ale muszę przyznać, że najbardziej negatywne komentarze dostaję za krytyczne pisanie o Polsce i Węgrzech. Obywatele tych państw myślą, że jestem po prostu Żydówką, a nie Szwedką. Za to dziś mój strach przekuwam w gniew. Wkurzają mnie wszelkie przejawy rasizmu. I nie chodzi tylko o antysemityzm, ale o każdy rasizm, zwłaszcza teraz, gdy w Szwecji mamy nazistów na ulicach, co jest szokujące.

Opowiedz o tym. Ostatnio w centrum Sztokholmu jakaś kobieta wdała się w rozmowę z grupą rozdającą ulotki z nazistowską treścią. Zauważyłam, że jeden z nich nagrywa ją z ukrycia w celach propagandowych. Pomyślałam, że muszę ją chronić, więc zaczęłam filmować jego. To tacy ludzie jak oni zamordowali moich przodków, trzy osoby z mojej rodziny zostały zagazowane w Auschwitz. Dlatego nie pozwolę się zastraszać, nie pozwolę im niszczyć mojego życia i demoralizować społeczeństwa. Ostatnio zostali zaatakowani moi przyjaciele, namalowano im swastyki na drzwiach. To okropne. I chociaż sama bardzo się boję, to jestem też strasznie wkurzona. 

W „Made in Sweden...” burzysz liczne stereotypy dotyczące Szwecji jako kraju, gdzie kobiety i mężczyźni mają równe płace i jest świetny socjal. W Polsce symbolem tego, co dobre w Szwecji, od lat jest Ikea. Można powiedzieć, że Ikea jest lustrem, w którym przegląda się Szwecja. No i sztandarowym produktem eksportowym. Łączy w sobie wszystko: świetny pomysł biznesowy, młodych projektantów, którzy kopiują światowe trendy, no i meble na każdą kieszeń. To genialny biznes, ale cieniem kładzie się na nim karta jej właściciela Ingvara Kamprada. Kiedy pisałam „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”, spotkałam się z nim. Wówczas już wszyscy wiedzieli o jego sympatiach faszystowskich podczas drugiej wojny światowej. 

Nie on jeden. To prawda, w Szwecji jest wielu ludzi, którzy dali się uwieść nazistom, lubili Niemców, bali się Stalina, więc postawili na Hitlera. Także reżyser Ingmar Bergman w wieku 16 lat był nazistą, ale szybko zmienił zdanie. Za to Kamprad w rozmowie ze mną wszystkiemu zaprzeczał, dopóki nie udowodniłam, że był aktywnym nazistą jeszcze długo po wojnie. I w tym sensie Ikea i Kamprad są lustrem Szwecji, bo Szwecja wciąż nie rozliczyła się ze swojej przeszłości. Przychodzą do mnie ludzie, mówiąc, że nie rozpoznają swojego kraju w mojej książce. 

Każdy chce myśleć dobrze o sobie i swoim kraju. No tak, to normalne, ale ważne, żeby znać swoją historię – nie po to, żeby się obwiniać, ale żeby podejmować właściwe decyzje dziś. Myślę, że Szwecja ma nieczyste sumienie, bo zgodziła się niemal na wszystko, czego zażądał od niej Hitler, a jednocześnie zachowała neutralność i współpracowała z aliantami. To oznaczało, że po wojnie kraj był w bardzo dobrej sytuacji: nie został zbombardowany, nie miał obozów, szybko też zaczął się wzbogacać i to zostawiło część winy w naszej zbiorowej świadomości. Mój mąż jest Duńczykiem i powtarza, że gdyby zapytać Duńczyka, co dla niego jest najważniejsze, to odpowiedziałby, że słowa: „Jestem wolny”. Dla Szweda to będzie: „Jestem dobry”. W Wielkiej Brytanii: „Jestem niezależny”. Co by to było dla Polaka?

„Mam rację”. Doskonale, bo te wszystkie stwierdzenia nie są prawdziwe: Duńczycy nie są wolni, Szwedzi dobrzy, Brytyjczycy niezależni, a Polacy nie mają zawsze racji. 

Piszesz w książce, że język to władza, bo kształtuje rzeczywistość, nazywa ją. Co stało za napisaniem książki „Made in Sweden...”, która pozornie wygląda jak leksykon wpadających w ucho ciekawostek? Moja książka jest reakcją na to, że prawicowi populiści w Szwecji zaczęli mówić o szwedzkich wartościach na zasadzie: to jest szwedzkie, a to nie, dzieląc świat na biało-czarny. 

Ludzie lubią proste odpowiedzi. Oczywiście, i szybko pojawiły się głosy, że wartości, o których mówią populiści, są uniwersalne, a nie szwedzkie. Ale z tą opinią też się nie zgadzam. Oczywiście, możemy mówić o wartościach, które są szczególnie polskie czy szwedzkie, bo wynikają z historii, geografii, polityki czy nawet klimatu. Ale jest coś, czego prawicowi populiści nigdy nie zrozumieją – wartości się zmieniają. Szwedzkie wartości w połowie XIX wieku, które mówiły, że kobiety nie mogą dysponować swoim dochodem, dziś tymi wartościami już nie są. Ale wytłumaczę ci, o co mi chodzi. Kiedy zaczęło się państwo polskie?

W X wieku. A to, co robią populiści, to biorą jakiś wycinek z waszej historii i mówią: „To jest Polska”. I Polską nie jest to, co było na początku, ani to, co jest teraz, tylko ten fragment, który im pasuje. To samo zrobili w Szwecji. I dlatego kończę książkę fragmentem o języku suedi, który oznacza „szwedzki”, a pochodzi z języka arabskiego. Dziś to drugi najliczniej reprezentowany język w Szwecji. Nagle cały kontekst imigrancki przestaje być niebezpieczny, a staje się ciekawy, prawda?

Ciekawy, a jednak przez wielu trudny do zaakceptowania. Jak myślisz, dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego ludzie boją się wszelkich ruchów. Ja jestem za nie wdzięczna, na przykład za kobiecy ruch wyzwoleńczy, który u nas powstał dość późno, w 1974 roku. Wcześniej Szwedki jeździły dokonywać aborcji w komunistycznej Polsce. Wtedy w Polsce kobiety miały więcej władzy, by samodzielnie decydować o swoim ciele niż dziś. 

To prawda. To wszystko rozbija się o lęk przed zmianą, ale wiąże się z pewnym myślowym błędem. Wydaje nam się, że jest jakiś czas w naszej przeszłości, kiedy wszystko działało, jak należy, i było dobrze. A potem ludzie namieszali i teraz to trzeba sprzątać. A przecież tego porządku nigdy nie było! Żyjemy w niepokojących czasach, kiedy wiele rzeczy się zmienia, rosną różnice w dochodach i niesprawiedliwość społeczna. Ludzie martwią się o to, co stanie się z ich rodziną, i chcą czuć się bezpieczni, dlatego każdą zmianę uważają za złą. 

W wywiadach powtarzasz, że Szwecja przeżywa kryzys tożsamości i że jedynym wspólnym mianownikiem, który łączy starą Szwecję z dzisiejszą, jest chyba już tylko Astrid Lindgren. W pewnym sensie, bo chodzi o romantyczną wizję wiejskiej, sielskiej Szwecji, którą można znaleźć w jej cudownych książkach dla dzieci. Od tego czasu Szwecja przeszła kilka intensywnych przemian. Sama dorastałam w niekomercyjnym społeczeństwie i cieszę się, że pewne rzeczy się zmieniły, nawet takie trywialne jak to, że alkohol jest bardziej dostępny czy że w telewizji jest więcej kanałów, które otwierają nas na świat. Z drugiej strony – takie obszary jak edukacja czy zdrowie przeszły w ręce prywatnego biznesu, co uważam za niekorzystne. A w 2016 roku przybyli do nas uchodźcy, którzy zmienili i zmieniają Szwecję. Jest jeszcze podwalina, która stoi u podstaw idei obywatelskości Szwecji.

Co masz na myśli? W Europie i Szwecji zawsze przyjmujesz obywatelstwo swoich rodziców, nieważne, gdzie się urodzisz. W krajach imigranckich, jak USA czy Kanada, obywatelstwo opiera się na terytorium. Dla mnie, osoby, która urodziła się w Szwecji i została uznana za Węgierkę, to piękna idea, że zostajesz obywatelem kraju, w którym przychodzisz na świat. Nie liczy się etniczność, tylko konstytucja i zasady, których ty przysięgasz przestrzegać. Mam nadzieję, że za 20 lat Szwecja zaakceptuje swoją tożsamość – miejsca, dokąd przyjeżdżają ludzie z całego świata, by zacząć nowe życie i wychowywać dzieci. Dziś przeżywamy w Szwecji zderzenie starego wizerunku z nową rzeczywistością i to się musi zmienić. 

Jaką wartość, według ciebie typowo szwedzką, cenisz najbardziej? Wiarę w drugiego człowieka. Według badań większość Szwedów wierzy, że może zaufać obcej osobie. Ufam, że jeśli zostawię tu torbę i za chwilę po nią wrócę, to ona wciąż tu będzie. To dla mnie coś pięknego, ta idea, że świat jest dobrym miejscem i że możesz polegać na ludziach, których nie znasz.

Elisabeth Åsbrink, rocznik 1965 r.; szwedzka pisarka i dziennikarka, autorka książek: „Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia”, „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”, „1947. Świat zaczyna się teraz”. Laureatka Nagrody Augusta oraz Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

 

'Made in Sweden, 60 słów, które stworzyły naród”, książka Elisabeth Åsbrink ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. "Made in Sweden, 60 słów, które stworzyły naród”, książka Elisabeth Åsbrink ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.