W(y)Puszczone – dziewczyny, które zabierają dziewczynki do lasu

Założycielki kolektywu W(y)Puszczone organizują leśne obozy dla dziewczynek (Fot. Anna Maziuk)
Założycielki kolektywu W(y)Puszczone organizują leśne obozy dla dziewczynek (Fot. Anna Maziuk)

Zorganizowały obóz w lesie tylko dla dziewczynek, dlatego że wciąż rzadziej niż
chłopców zachęca się je do takich zajęć, jak rąbanie drewna czy nocowanie w głuszy. W tym roku odbędzie się kolejny. Bez bieżącej wody i udogodnień założycielki
kolektywu W(y)Puszczone pokazują, że jako kobiety nie musimy ciągle myśleć o tym, jak wyglądamy.

Grupa ogar! – wykrzykuje blondynka z twarzą umorusaną czarną sadzą. Przybiegają patykowata szatynka i najwyższa ze wszystkich brunetka. – Potrzebuję więcej szyszek – informuje edukatorka i animatorka Zoha Michalik, po czym wraca do wykopywania dołka, w którym umieści słoik na dziegieć, a nad nim puszkę z korą brzozy. Po chwili rozbrzmiewa kolejne nawoływanie. Tym razem wzywana jest grupa drewniana. Trzeba narąbać drewna na ognisko do wypalenia dziegciu, czarnej mazi, którą obozowiczki będą się smarować, żeby odstraszyć komary. Z rozwieszonego pomiędzy drzewami hamaka zrywają się kolejne dziewczynki. Młodsza, dziesięcioletnia Gaba, wybiera solidny kawałek drewna z usypanej pod plastikową plandeką kupki, kładzie je na przygotowanym do rąbania pieńku, chwyta siekierę, rozstawia szeroko nogi i uderza, wydając przy tym okrzyk: „ha!”. Sosnowa gałąź rozpada się na pół. Obok 12-letnie Jaga i Jana piłują razem grubszy kawałek brzozy. Rąbanie i cięcie drewna należą do ulubionych zajęć większości uczestniczek letniego obozu dla dziewczynek w lesie, zorganizowanego przez kolektyw W(y)Puszczone. Organizatorki – dzisiaj 25-letnia Gaba Galdámez Muñoz, 32-letnia Zofka Stopa, 37-letnie Kinga Karp i Zoha Michalik – poznały się w mającym chronić białowieski las przed wycinką Obozie dla Puszczy w Pogorzelcach ponad rok wcześniej. Któregoś razu zaczęły rozmawiać o tym, jak to dziewczyny przy chłopakach wycofują się z różnych działań albo jak w ich obecności od razu zaczynają się martwić np. tym, że mają tłuste włosy. Pomyślały, że fajnie byłoby zorganizować obóz, na którym dziewczynki będą mogły poczuć się swobodnie, w bezpiecznej przestrzeni popróbować różnych rzeczy i przestać wreszcie myśleć o wyglądzie. Tak się złożyło, że wspierający kobiece inicjatywy Fundusz Feministyczny ogłosił wtedy konkurs grantowy. Wniosek napisały w jeden wieczór. Dzięki temu, że dostały jeden z minigrantów, obóz był dla uczestniczek darmowy. Dla nich samych był to jednak przede wszystkim potężny impuls do działania. – W innym wypadku chyba długo byśmy się nie zorganizowały, każda z nas ma mnóstwo innych zajęć, mieszkamy w różnych miastach – wyjaśnia Kinga.

Gabson i Maja tną drewno na opał (Fot. Anna Maziuk)
Gabson i Maja tną drewno na opał (Fot. Anna Maziuk)

Chciały sprawdzić, czy to się w ogóle uda, czy zaskoczy, dlatego informacje o obozie podawały głównie pocztą pantoflową. Pierwszeństwo udziału miały mieszkanki okolic Puszczy Białowieskiej i Podlasia. Pozostałe dziewczynki na położony tuż przy białoruskiej granicy Wygon przyjechały z dużych miast – Poznania, Warszawy i Łodzi. Mieszczące się na skraju lasu obozowisko, rozbite na ziemi należącej do rodziców najmłodszej z uczestniczek, ośmioletniej Marysi – kilka namiotów, paleniska, drewnianą konstrukcję kuchni czy narzędziowni – W(y)Puszczone skonstruowały same. Zależało im, żeby dziewczynki czuły, że mieszkają w lesie, dlatego wodę do picia i mycia się musiały nosić ze studni oddalonego o jakieś 800 m gospodarstwa.

Zrozumieć, że możesz

Chodziło im nie tylko o rozwijanie takich umiejętności, do których wciąż rzadko się dziewczynki zachęca, jak: rąbanie drewna czy majsterkowanie, ale także o naukę radzenia sobie w lesie, oswajanie z dziką przyrodą, przekraczanie swoich granic, wzmacnianie dziewczyńskich relacji, możliwość pogadania o lękach – bez strachu. – Warto czasem popracować w takim dziewczyńskim odosobnieniu, bo kiedy jesteśmy w mieszanych grupach, z automatu wchodzimy w role – wyjaśnia Kinga, która z wykształcenia jest psycholożką, trenerką antydyskryminacyjną i antyprzemocową. Prowadzi także warsztaty WenDo – przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. – Myślę, że przełamywanie deski, które jest jednym z elementów warsztatu, nie odbyłoby się przy mężczyznach i ich chichotach w stylu: „Pokaż muskuły!”.

Dodaje, że takie działania nie byłyby potrzebne, gdyby nie to, że żyjemy w społeczeństwie, które stosuje wyraźny podział na to, co dziewczęce i kobiece, oraz na to, co chłopięce i męskie. Często nawet opiekunowie czy opiekunki, nie mając tego typu refleksji, te ustalone role wspierają. Wydaje im się oczywiste, żeby dziewczynki zaprosić do pomocy przy zmywaniu garów, a chłopców do rąbania drewna.

Uczestniczki obozu w jurcie przy ognisku (Fot. Anna Maziuk)
Uczestniczki obozu w jurcie przy ognisku (Fot. Anna Maziuk)

Ten obóz wynikł też z osobistego wkurzenia W(y)Puszczonych. Kinga jako nastolatka dużo czasu spędzała na biwakowaniu w lesie. Pamięta, że kiedy brała siekierę czy młotek, przychodził jakiś mężczyzna i mówił, jak ma to robić albo że ją wyręczy. – Kiedy masz dziewięć lat, nie dyskutujesz, tylko oddajesz mu ten młotek – mówi, marszcząc brwi nad okularami. – A kiedy próbujesz i ci się nie udaje, wyśmiewają cię.

Gaba już od liceum jeździła jako uczestniczka, a potem jako osoba wspierająca opiekunów na edukacyjne obozy przyrodnicze, ale posługiwania się narzędziami nauczyła się dopiero na kursie stolarskim Wióry Lecą. Denerwowało ją, kiedy na te skierowane do kobiet spotkania przychodził jakiś facet, bo od razu wyrywał się, żeby im pokazać, jak się piłuje. Teraz ze stolarką jest za pan brat, sama wyremontowała wagon, w którym obecnie mieszka. Wymieniła w nim m.in. kawałek dachu i podłogi, wstawiła dodatkowe okno, zimą rąbie drewno, żeby go ogrzać, ale na tych wyjazdach w liceum na początku robiła to nieporadnie.

Inaczej wyglądało to u Zohy, która wychowała się na podpoznańskiej wsi. Nigdy łatwo nie oddawała pola kolegom, nawet kiedy mówili, że jest na coś za mała. Była chłopczycą – nie lubiła sukienek, nosiła podarte dżinsy, krótkie włosy i miała pełno siniaków. – Co chwilę coś konstruowaliśmy, a to mostek nad rzeką, a to domek na drzewie – opowiada. – Radziliśmy sobie sami, bez dorosłych. Dużo się wtedy nauczyłam.

Zofki osobiście nic podobnego nie dotknęło. Jako dziecko miała dużo wolności, w domu pozwalano jej eksperymentować, dlatego wspinała się na drzewa i właziła tam, gdzie nie wolno było chodzić. Oczywiście, w towarzystwie kolegów, nie koleżanek, bo te martwiły się tym, że jak usiądą na trawie, to się pobrudzą. Stolarki uczyła się na kursie, a potem w praktyce – podczas dwóch lat życia na podlaskiej wsi. Razem z mężem sami prowadzili później warsztaty stolarskie. Zawsze nurtowało ją, dlaczego kiedy dziewczyny słyszą o spaniu w lesie, myślą, że to straszne, zamiast że to przygoda. Jako asystentka międzykulturowa pracowała w obozach dla uchodźców. Zachwycało ją, kiedy widziała, jak nastoletnia Syryjka bierze narzędzia i zaczyna piłować. Tylko że zaraz przychodził dorosły Syryjczyk i ją wyręczał. – To żadna sztuka, żeby robić coś z drewna – dodaje. – Sztuką jest zrozumieć, że możesz.

Z siekierą w spódnicy

Jak bezpiecznie rąbać czy piłować drewno, Zofka pokazała już pierwszego dnia, podczas obchodu poszczególnych stanowisk obozu. 13-letnia Adela, chociaż od kilku lat mieszka na puszczańskiej wsi, nie miała z tym wcześniej za wiele do czynienia. Teraz mówi, że to przyjemne, ekscytujące i dodające energii.

– Coś takiego przydałoby się każdemu w domu, żeby się wyżyć, kiedy jesteś zły – kwituje zamyślona. – Mam poczucie, że dałyśmy dziewczynom przestrzeń, w której one same wszystko odkrywają. Podoba mi się, że zbuntowały się przeciwko różnym rzeczom, które proponowałyśmy – dorzuca Gaba, nalewając sobie kawy z termosu. – Fajnie, że nie są posłusznymi dziewczynkami, które grzecznie robią, co panie każą, chociaż się z tym nie zgadzają. Wiedzą, czego nie chcą, i nie czują dystansu do nas, dorosłych.

Wspólny czas na łące przy zachodzie słońca (Fot. Anna Maziuk)
Wspólny czas na łące przy zachodzie słońca (Fot. Anna Maziuk)

Dziewczynki demonstrują to bezpośrednio po dotyczącym asertywności warsztacie z Kingą, odmawiając uczestnictwa w zaplanowanych zajęciach. Wolą dokończyć różne prace w obozie. Jana z Jagą konstruują w tym czasie dach uplecionego z gałęzi wychodka. Dziewięcioletnia Ania przybija gwoździe na menażki, a dziesięcioletnia filigranowa Maia z Zohą zbijają ławkę pod miski do mycia i płukania naczyń. Podoba im się to, że są za różne rzeczy odpowiedzialne. Dzięki temu uczą się, że jeśli czegoś same nie zrobią, to nie będą tego miały. Jeśli np. nie przyniosą drewna i nie rozpalą ognia, nie zagotują wody na herbatę. – To byłoby strasznie nudne, gdyby dorośli sami gotowali, a my byśmy w tym czasie leżały na hamakach – przyznaje mała Gabson. Maia dodaje: – Fajne jest też to, że jak któraś nie chce czegoś robić, to nie musi, że można to przedyskutować i coś zmienić. A nie jak na innych obozach, gdzie to dorośli decydują, co trzeba robić – przewraca oczami.

Dla wychowywanych w sterylnym otoczeniu dzieci załatwianie się do wykopanej w ziemi dziury i mycie co drugi dzień łatwe nie jest. Ale na codzienną kąpiel w misce tu po prostu nie starcza czasu. Starsze dziewczyny – jak nazywają swoje opiekunki obozowiczki – też się codziennie nie myją. Trochę dlatego, że ciężko, a trochę celowo, żeby dziewczynki zobaczyły dorosłe kobiety, które mają tłuste czy rozczochrane włosy albo brudne stopy. Żeby zrozumiały, że to nie takie straszne. Zoha taki brak swobody, ciągłe zastanawianie się, czy bluzka pasuje albo czy włosy się dobrze układają, podpatruje w swojej pracy z młodzieżą u wielu dziewczynek. Nie pamięta, żeby sama w tym wieku tak miała. – Taka swoboda w świecie, gdzie wszystko jest zaplanowane przez dorosłych, jest dzieciom potrzebna. One świetnie sobie same zagospodarowują czas. Teren tego obozu to wielki plac zabawy i budowy – zauważa.

Przestać się bać

Dziewczynki uczą się tu, jak rozwiązywać konflikty i jak zbudować coś samej. Ćwiczą asertywność i ciało. Wypady do lasu prowadzi Zoha, edukacja przyrodnicza to jej pasja. Pomiędzy pniami starych sosen i lip tłumaczy, że pod nogami mamy miasta takie, jak Tokio czy Paryż. Dziewczynki nigdy nie widziały tak potężnych mrowisk. Małe sześcionogi szybko zaczynają je obłazić. Na początku wszystkie otrzepują się nerwowo, z czasem przestają zwracać na mrówki uwagę. Ania mówi później, że pokonała swoje lęki i że już się mrówek nie boi, przekonała się, że wcale nie są takie straszne.

Któregoś dnia oznaczający pobudkę dźwięk okaryny – ludowego instrumentu wyglądającego jak jajowaty flet – rozbrzmiewa po czwartej rano. Zoha przechadza się pomiędzy namiotami i gra tak długo, aż usłyszy dziewczęce głosiki. Z namiotów wyłaniają się kolejne zaspane twarze. Zgodnie z wcześniejszą prośbą Zohy żadna się nie odzywa. W lesie mają znaleźć sobie odosobnione miejsce, usiąść i spróbować o niczym nie myśleć, tylko słuchać tego, co wkoło. Gabson mówi później, że takie „wyłączenie paplacza” (tak Zoha określa natrętny głos w naszych głowach) jest bardzo trudne. I chociaż przed wyjściem marudziły, teraz chcą te samotne medytacje powtórzyć. Decyzje o tym, czy i kiedy coś zrobić, zapadają tu zawsze wspólnie. Wszystkie obozowiczki schodzą się wówczas do zbudowanej przez W(y)Puszczone jurty – dużego namiotu zrobionego z gałęzi i folii, gdzie wieczorem palą się ogniska. Dzień oficjalnie zaczyna się od kręgu i puszczenia udekorowanego kolorowymi nićmi „gadającego patyka”. Zasada jest taka, że mówi tylko ta, która trzyma kij, reszta słucha i jej nie przerywa.

Własnoręcznie przygotowane jedzenie smakuje najlepiej (Fot. Anna Maziuk)
Własnoręcznie przygotowane jedzenie smakuje najlepiej (Fot. Anna Maziuk)

Modne ostatnio słowo „empowerment” doskonale do takich inicjatyw pasuje. W Polsce te stricte dziewczyńskie dopiero raczkują, ale na świecie traperskie obozy przetrwania tylko dla dziewcząt to coraz popularniejsze zjawisko. Gaba ma wrażenie, że współczesne dziewczyny są bardziej zadowolone ze swojej płci niż jej rówieśniczki i starsze koleżanki. Od tych ostatnich często słyszy, że wolały się trzymać z chłopakami, nie bawiły się lalkami, tylko w różne „chłopackie” zabawy, jakby zabawa lalkami była czymś gorszym. Takie wartościowanie i podziały płciowe Gabę denerwują. Adela zgadza się, że bycie dziewczyną jest fajne, bo dziewczyny są bardziej od chłopców wrażliwe, budują między sobą bliższe więzi, przytulają się i nikt się z nich z tego powodu nie śmieje. – Jak chłopcy to zrobią, od razu są przezywani, mogą się co najwyżej poklepać po plecach – mówi, rysując postać zgarbionego mężczyzny w zeszycie, z którym się nie rozstaje.

Zmiany przez ponad 12 lat pracy z ludźmi obserwuje również Kinga. – Coraz więcej dziewczyn wie, że mogą być niemiłe, powiedzieć „nie”, ostro postawić granice. Czasem, niestety, wiąże się to z przemocą, bo nikt tych dzieciaków nie uczy asertywności – tłumaczy. – Jeśli nie potrafię powiedzieć, że mi trudno z tym, że nie dajesz mi się do końca wypowiedzieć, to powiem, że jesteś głupia.

Pamięta to z własnego dzieciństwa. – Ze strony ważnych dorosłych osób – rodziców, ciotek, babć – słyszałam komunikaty ustawiające hierarchię emocji, jakie można przeżywać. Że smutek to słabość, że trzeba się ogarnąć – opowiada. Dlatego na obozie stara się dawać dziewczynkom poczucie, że wolno im się smucić. I złościć. Tego, jak złość konstruktywnie wyrazić, też jej nie uczono. Nazywano to fochem, a fochów dorośli nie tolerowali. Słyszała, że jeśli się złości, ma znikać, że nie wolno jej krzyczeć ani pyskować. Dlatego dziś tak ważne dla niej jest, żeby podczas warsztatów WenDo stwarzać uczestniczkom bezpieczne warunki, żeby mogły różnych rzeczy doświadczyć, żeby odkrywały swoje granice, żeby – czasem po raz pierwszy – powiedziały „nie” bez poczucia winy.

Według Zofki najistotniejsze jest, żeby dziewczyny i chłopaki mogli popróbować różnych rzeczy, żeby z sumy doświadczeń mogli później wybrać te, które im naprawdę odpowiadają. Jej zdaniem haftowanie jest równie fajne jak stolarka, chodzi o to, żeby każda z dziewczyn poczuła, w czym jest jej wygodnie. Nie każda musi lubić rąbać drewno i używać narzędzi, ale ważne, żeby mogły wejść na drzewo, zbudować gliniany piec na pizzę, krzyknąć i żeby nie słyszały wtedy komentarzy w stylu: „Nie rób tego! Uważaj! Siedź spokojnie, bądź cicho!”. W(y)Puszczone twierdzą, że jeśli dziewczyny po ich obozie pojadą później na obóz harcerski i ktoś im powie, że rąbanie drewna to chłopackie zajęcie, będą wiedziały, że to nieprawda. – „Pff, jasne, stary. Ja umiem rąbać drewno i każda z dziewczyn się tego nauczy, jeśli tylko nie będziecie im wyrywać siekiery z rąk” – Kinga przekonuje, że aby się czegoś nauczyć, musisz to najpierw wiele razy powtarzać i czasem zaciąć się przy tym w palec. A takiego zacięcia, w ogóle ran czy siniaków dziewczyny często się boją. Mówią o tym na jednym z pierwszych kręgów. A także o strachu przed owadami, ciemnością i spaniem samej w namiocie. Z powodu tych ostatnich kilka z nich nocuje w jurcie razem z Zohą. Codziennie przed snem Zofka albo Gaba czyta im kilka stron „Ronji, córki zbójnika” Astrid Lindgren. A one, zupełnie jak tytułowa bohaterka, stopniowo coraz pewniej czują się w lesie i same ze sobą.