fbpx

Krwawa Luna – kobieca twarz komunistycznej bezpieki

Krwawa Luna - kobieca twarz komunistycznej bezpieki
Julia Brystygierowa w swoim gabinecie w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, przełom lat 40. i 50. (Zdjęcie z archiwum rodzinnego pochodzi z książki Patrycji Bukalskiej „Krwawa Luna”, wyd. Wielka Litera).

Była inspiracją dla postaci stalinowskiej sędzi w filmie „Ida”. Film „Zaćma” jest już wprost opowieścią o niej – legendarnej szefowej V Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Brutalnej, wyrachowanej, która na emeryturze zwróciła się ku Bogu. Ale to Patrycja Bukalska, autorka książki o Julii Brystygierowej, dotarła głębiej, rozprawiając się z mitem „Krwawej Luny”.

Ładnie pani pisze o kobietach w naszej historii, nawet o tych niegodziwych.
Wszystkie moje najważniejsze teksty były o kobietach. O ich wyborach, postrzeganiu świata, o tym, jak go doświadczają. Z tym, że do tej pory zajmowałam się kobietami pozytywnymi. Pięknymi w każdy możliwy sposób. No i zdarzyła się Luna. To mój pierwszy tekst o czarnym charakterze. Było mi go bardzo trudno pisać, bo ja generalnie lubię ludzi.

Ale też zaczyna się ładnie. „Julia, Luna, Julia, Luna. Dwie wariacje imienia tej samej osoby. Nie ma w tym krwi. Jest coś ulotnego, kobiecego. Ciekawe, dlaczego rodzice, zasymilowani polscy Żydzi – Herman i Berta Preiss – takie imię wybrali dla pierworodnej córki. Czego jej życzyli? Dużo miłości?”. Wydaje się, że pani bohaterka dorastała po prostu w niewłaściwym czasie i miejscu. Ona też mogłaby być „sierpniową dziewczyną” walczącą w powstaniu, ale nie urodziła się za czasów wielkich patriotycznych zrywów, tylko w 1902 roku, u zarania ruchu komunistycznego. Romantycznej idei – jak się wtedy wydawało – która miała obalić światowe rządy i scalić narody.
Nie tyle dorastała w niewłaściwym czasie, ile dokonała niewłaściwych wyborów. Teoretycznie mogłaby przecież zaangażować się w konspirację w czasie II wojny światowej, gdyby chciała. Tyle że wtedy była już zawodową rewolucjonistką, zahartowaną komunistką, która wojnę określiła jako „przyjście władzy radzieckiej”. W życiu Luny dostrzegłam dwa punkty przełomowe. Pierwszy, kiedy przestała być dziewczęciem z głową w chmurach, wierzącą w piękny idealistyczny świat. I później, gdy zaczęła się jej ciemna ścieżka wiodąca przez bezpiekę i przyjęła posadę w stalinowskim Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego. Tak naprawdę zrozumiałam, o czym i o kim piszę, dopiero kiedy zaczęłam czytać zeznania przesłuchiwanych przez bezpiekę osób, skargi na brutalność.

W komunistycznej hierarchii Luna szybko pięła się w górę.
Zapewne dlatego, że była partii tak bardzo oddana. Zaczyna od MOPR, czyli Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, podporządkowanej Międzynarodówce Komunistycznej, ale szybko angażuje się w działalność partyjną. Kiedy Wanda Wasilewska organizuje w 1943 roku Związek Patriotów Polskich, ściąga Lunę do Moskwy. Ta grupa polskich komunistów będzie decydować o władzy w Polsce po zakończeniu wojny. Lunie przypada na pozór mało prestiżowe stanowisko – zostaje szefową departamentu w tworzonym Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego, jednak szybko jej władza wykracza poza oficjalne ramy. Podobno zresztą nie chciała iść do bezpieki, ale powiedziano jej, że to jej obowiązek wobec partii. W każdym razie sprawdziła się.

Czym dokładnie się zajmowała?
Departament V, którym kierowała, określano jako społeczno-polityczny. To było bardzo szerokie spektrum spraw: od nadzoru organizacji młodzieżowych i partii politycznych po walkę z Kościołem katolickim i innymi związkami wyznaniowymi. To Luna stała za aresztowaniem biskupa Czesława Kaczmarka i internowaniem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Czasem ludzie Luny zajmowali się także innymi sprawami, na pozór nie z ich „przydziału” – to przecież Departament V aresztował Jana Rodowicza „Anodę” i innych zośkowców [członków słynnego batalionu AK „Zośka” – przyp. aut.].

Wydaje się, że dla partii komunistycznej poświęciła szczęście osobiste. Jej małżeństwo z adwokatem Chaimem Nutą Brüstigerem przetrwało tylko trzy lata. Pisze pani, że jego poglądy były dla Julii zbyt mało rewolucyjne. Z Nutą miała też syna, który był profesorem muzykologiem. Dotarła pani do niego? Bo ten wątek w książce nie został rozwinięty.
Pan profesor konsekwentnie odmawiał rozmów o matce. Musiałam oczywiście przynajmniej spróbować przekonać go do zmiany zdania, ale ponieważ tego nie zrobił, trzeba tę decyzję uszanować.

Może skrywa żal, że matka wybrała partię, a jego wychowywali dziadkowie?
Brystygierowa nie była jedyną kobietą z tego pokolenia, która nad rodzinę wybierała partię. Trzeba pamiętać, że wychowała się we Lwowie i w jego okolicach. To był wybuchowy kawałek Rzeczypospolitej, w której kumulowały się interesy różnych grup narodowościowych. Kłębiły się tam pomysły na urządzenie świata i komunizm był jednym z nich. Dla Julii najatrakcyjniejszym. Zresztą przecież nie tylko dla niej. W Archiwum Akt Nowych czytałam opinię jednego z tych przedwojennych komunistów, który twierdził, że jako 17-latek chodził na wszelakie spotkania: do syjonistów, do komunistów. I komunizm mu się najbardziej podobał, bo zakładał najbardziej radykalną przebudowę świata. Wszystko było jasne i proste. Nie trzeba się zajmować kwestiami narodowościowymi, religijnymi. Po prostu zburzy się wszystko i zbuduje tak, jak powinno być. W takiej atmosferze kształtowała się osobowość młodziutkiej Luny. Myślę, że później ta nieustająca walka skutecznie zastępowała jej życie rodzinne. Nie jest to wyjątkowa postawa w tamtym pokoleniu przedwojennych komunistów. Jak pisał do Bieruta Leonard Berkowicz, którego partia zmusiła do rozwiedzenia się – dla komunisty „wszystko bez reszty (a więc i całe życie prywatne) podporządkowane być musi służbie dla sprawy”.

Partia jak zakon.
Raczej sekta. Przez to szukanie wroga, skrajną podejrzliwość, spychanie rodziny na dalszy plan albo wręcz jej porzucanie.

We wczesnym, przedwojennym okresie działalności Luna trzy razy trafiła do więzienia – za nielegalną działalność komunistyczną. Te odsiadki nauczyły ją jedynie tego, jak później, w PRL-u, dotkliwiej karać „wrogów ludu”.
Ciekawe, że w opowiadaniach, które pisała już po zakończeniu pracy w służbie bezpieczeństwa, sporo znajdziemy wątków więziennych, najwyraźniej wspomnień z jej własnych odsiadek. Z oburzeniem wspomina przypadki łamania praw więźniów. Na przykład to, że przymusowo golono im głowy. Że na siłę karmiono tych, którzy podejmowali strajk głodowy. Opisuje to w sposób dramatyczny, a przecież kilkanaście lat później w komunistycznych więzieniach działy się znacznie gorsze rzeczy. Także za jej sprawą.

A jak Julia została „Krwawą Luną”?
Nikt nie wie, skąd pochodzi ten przydomek. Jak już pan wspomniał, Luną nazywano ją już w rodzinie. Ale „krwawa”? Żaden z rozmówców nie mógł mi odpowiedzieć na pytanie, w którym momencie zaczęto ją tak nazywać i z czym konkretnie się to wiąże. W archiwach też na to nie trafiłam.

W książce sugeruje pani, że to przez zawiść kolegów z bezpieki.
To taka moja hipoteza. Musiała strasznie irytować mężczyzn, którzy nie mieli takiej władzy jak ona. Mniej wykształconych, a nieraz półanalfabetów – podczas gdy ona jeszcze przed wojną zrobiła doktorat z filozofii. W protokołach z późniejszego procesu innych funkcjonariuszy bezpieki padają słowa, że jej władza sięgała powyżej ministra. To musiało frustrować i powodować poczucie zagrożenia – właśnie u swoich, czyli w szeregach służby bezpieczeństwa.

A co z plotkami, jakoby sypiała z Bierutem? I czy naprawdę przed wojną, kiedy przebywała w Paryżu, była modelką samego Picassa?
Jeśli chodzi o Picassa, to prawdopodobnie dotyczyło jej siostry, pięknej Olgi, która rzeczywiście miała być częścią paryskiej bohemy. Natomiast Luna, choć nie tak piękna, była bardzo elegancka, w takim klasycznym, powściągliwym stylu, lubiła dobre perfumy. Natomiast jeśli chodzi o jej prawdziwych czy rzekomych kochanków – szczerze mówiąc, nie widzę powodu, by analizować jej życie intymne. Jej kolegom kochanek nikt nie wyliczał.

Mówi się, że poniżała seksualnie więźniów. Że uwielbiała tortury.
Nikt tego nie potwierdził, a w każdym razie ja takiego potwierdzenia nie znalazłam. Może teraz, po publikacji książki, pojawią się nowe relacje.

Co działo się z Luną po odejściu z bezpieki?
Na emeryturze zajmowała się pisaniem książek. Wtedy zaczął się czas jej wolności. Chodziła m.in. na zajęcia jogi, a po jodze czuje się wielką lekkość i rozluźnienie. Może to pomagało jej zapominać o przeszłości?

Twierdziła, że nie wiedziała o tym, co dzieje się na przesłuchaniach.
W 1956 roku napisała list do towarzysza Pszczółkowskiego, twierdząc, że nie tolerowała bicia, a jak coś takiego podejrzewała, to starała się to zmienić. Nie brzmi to jednak wiarygodnie. No, bo jak mogła nie zdawać sobie sprawy z tego, co się działo kilka pięter pod jej biurem? Musiała wiedzieć i ponosi odpowiedzialność za to, do czego dochodziło w jej departamencie.

Mimo to próbuje ją pani w swojej książce jakoś uczłowieczyć, udomowić. Pisze pani o jej cichym mieszkaniu, o tym, że pewnie celebrowała w nim spokojne poranki i lubiła poranną kawę.
Starałam się wyobrazić ją sobie na emeryturze. Zachowało się jej pismo, w którym prosi o zwolnienie ze służby, bo chce się zająć pracą historyczną. Myślę, że kazano jej tak napisać. To były czasy, gdy zaczęto przebudowywać bezpiekę. Zaczęły się procesy innych funkcjonariuszy, a ona sama stała się niewygodna.

Kiedyś poszłam na Litewską, gdzie zamieszkała już na emeryturze. Weszłam na klatkę schodową, przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zapukać do drzwi jej dawnego mieszkania. Zawahałam się, bo na pewno nie mieszka tam dziś nikt związany z jej historią. W końcu stwierdziłam, że byłoby to zbyt głębokie naruszenie czyjejś prywatności. Tak czy inaczej nie dało się nie zauważyć, że to miejsce jest tak urokliwe, że z pewnością miała tam warunki do spokojnego życia. Kiedy myślimy o kimś, kto ma na sumieniu decyzje, które wpływały na życie i zdrowie dziesiątek tysięcy osób – bo też myślę o rodzinach tych, których dotknęły represje – to bezwiednie myślimy o kimś strasznym, psychopacie. To być może mechanizm, który chroni nas przez utratą spokoju wynikającą z doświadczenia banalności zła. Tymczasem Luna była elegancką, uprzejmą panią, której pewnie kłaniali się sąsiedzi. Ktoś mnie zapytał: „Jak osoba o takiej ładnej twarzy mogła robić potworne rzeczy?”. Błąd. Twarz nie ma tu nic do rzeczy. Ani nawet to, że była bardzo wrażliwa na kwiaty i pięknie je opisywała.

Myśli pani, że dobrze sypiała w tym swoim uroczym mieszkanku?
Nie wiem. Ja, pisząc tę książkę, nie mogłam spać. A jeśli już zasypiałam, to budziłam się z uczuciem strachu.

Niemal wszędzie, tylko nie u pani, możemy przeczytać, że pod koniec życia nawróciła się i została żarliwą katoliczką.
Dowodów na to nie ma. Mogę potwierdzić tylko, że zbliżyła się do ludzi ze środowiska prowadzonego przez siostry zakonne Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Bywała tam w latach 60., to prawda. Przypuszczam jednak, że bardziej niż żal za grzechy kierowała nią fascynacja religią, która była dla niej – moim zdaniem – rewersem tego, co czuła w stosunku do komunizmu. Bo to w komunizm wierzyła, tak jak niektórzy wierzą w Boga.

W filmie „Zaćma” emerytowana Luna zabiega o audiencję u prymasa Stefana Wyszyńskiego. Do spotkania w końcu dochodzi, a skruszona bohaterka pyta prymasa, jak ma żyć z ciężarem, który w sobie nosi. To fikcja?
Z relacji Marii Okońskiej, współpracowniczki kardynała, wiemy, że do ich rozmowy doszło w 1949 roku [na siedem lat przed odejściem Luny z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – przyp. red.]. I chociaż Brystygierowa wydawała się tym spotkaniem wzruszona, nie zachwiało to jej poglądami – wkrótce walka z Kościołem stała się przecież jeszcze bardziej brutalna. O kolejnym spotkaniu nic nie wiem.

We wstępie książki opisuje pani swoją wizytę na Powązkach 1 listopada ubiegłego roku. Poszła pani na grób Luny, niedaleko „Łączki”, na której chowano ofiary bezpieki. Na płycie nagrobnej ktoś wymazał napis „Krwawa Luna”.
Wmurowało mnie, od tamtej chwili czułam w sobie jakiś niewypowiedziany ciężar, który dopiero teraz powoli zrzucam. Nie wiedziałam, czy ten napis wymalowała konkretna osoba z osobistych pobudek, czy też Julia stała się pewnego rodzaju symbolem. Dziś wydaje mi się, że chodzi jednak o symbol. Brystygierowa została twarzą polskiej bezpieki. To ciekawe, że taki Józef Różański, szef Departamentu Śledczego MBP, skazany za „niedozwolone metody śledcze”, nie został „Krwawym Józkiem”. Sądzę, że gdyby Luna nie była Julią Brystygierową, ale na przykład Julianem, to nie mówilibyśmy dziś o żadnym „Krwawym Julianie”.

Po skończeniu książki odwiedziła pani ponownie jej grób? Upewniła się pani, że „jesteście kwita”?
Tak, poszłam tam jeszcze raz. Tym razem było piękne letnie popołudnie. Napis na płycie był już zmyty, grób uporządkowany. Nie mogłam tam jednak długo stać. Chciałam już odejść, zostawić to wszystko za sobą. Historia miała być prosta: była zła kobieta, która później zrozumiała swoje winy. Trochę jak przypowieść, która dawałaby nam przekonanie, że ten świat jest poukładany sensownie. Jest wina, żal i pokuta. W końcu odpuszczenie win. Takie rzeczy o Lunie można zresztą przeczytać w mediach i tego się spodziewałam, zabierając do pisania. A tutaj – nic z tego.

Zachęcamy do przeczytania książki Patrycji Bukalskiej „Krwawa Luna”, wyd. Wielka Litera.

Patrycja Bukalska dziennikarka, autorka książek z gatunku literatury faktu.

  • Polecane