1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Camille Claudel 1915 - na 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Camille Claudel 1915 - na 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Przed obejrzeniem tego filmu warto poszukać w źródłach, kim była Camille Claudel. Bez znajomości jej losów nie pojmiemy głębokiego smutku i bezsilności, o jakich opowiada kameralny film Bruna Dumonta.

[embed]http://youtu.be/Q8mhgcMU-kI[/embed]

Rzecz dzieje się w 1915 roku w zakładzie dla psychicznie chorych kobiet, w miejscowości Montfavet, sześć kilometrów od Avinionu (dziś nadal znajduje się tam nowoczesny zakład psychiatryczny). Od dwóch lat w zamknięciu żyje w nim Camille Claudel (w tej roli wybitnie udręczona Juliette Binoche), która – zanim została zamknięta przez swoją rodzinę – była znaną i odnoszącą sukcesy rzeźbiarką, muzą Rodina. Teraz uchodzi za paranoiczkę, przekonaną, że ktoś chce ją otruć.

Film opowiada o kilku dniach z życia Claudel, która oczekuje wizyty dawno niewidzianego brata Paula. To właśnie on wraz z lekarzami podpisał się pod wnioskiem o umieszczenie artystki w psychiatryku, choć wszystkim wokół rozpowiada się, że to sama Camille zdecydowała się na taki krok.

Wraz z kamerą poznajemy życie rzeźbiarki w zamknięciu. Otoczona przez upośledzone umysłowo i chore psychicznie kobiety, wyraźnie odstaje od nich zachowaniem i przytomnością umysłu. Chowając się w swoim pokoju, stara się zachować resztki godności i jasnych myśli, by nie zwariować i nie upodobnić się do reszty. Dni upływają na monotonnych posiłkach w towarzystwie wydających zwierzęce odgłosy kobiet, chwilach spokoju w kaplicy kościelnej i momentach bezsilnej rozpaczy, kiedy Camille nie może pogodzić się ze pozbawieniem jej możliwości tworzenia oraz kontaktu ze światem. Sytuację – w jej mniemaniu – ma zmienić wizyta ukochanego brata.

Gdy do niej dochodzi, obserwujemy zderzenie kobiecej bezsilności i męskiej władzy. Paul, nawrócony na katolicyzm, zdaje się być karykaturą neofity i przedstawiciela cywilizowanego świata. Brzydzi się siostrą na wszelkie możliwe sposoby: jej fizycznością, jej zamknięciem, ale także jej przeszłością, w której widzi rękę szatana. I to właśnie, a nie wiara w jej szaleństwo, wyraźnie go do niej negatywnie ustosunkowuje. Z ust Camille padają z kolei znaczące słowa o zniewoleniu kobiet, zniewoleniu w ogóle – przez patriarchat – które przeradza się w najgorszą postać – zamknięciu i izolacji kobiet niepokornych, bo tak rozumie decyzję brata i niewidzianej od lat matki.

Bruno Dumont opowiedział historię skrajnie bolesną, rzucając światło na biografię kobiety, którą jej współcześni uznawali za geniusza. Na jej przykładzie pokazuje los kobiet uzależnionych od dobrej woli rodziny, zwłaszcza mężczyzn. Dopóki żył ojciec Camille, córka mogła bezpiecznie tworzyć, kiedy zmarł -  brat zamknął ją w zakładzie. Poprzez wybrane sceny, scenografię i ścieżkę dźwiękową  reżyser stara się oddać atmosferę rozpaczy i beznadziei, której na chwilę jesteśmy świadkami. Jak skończyła się wizyta brata?  Odkrycie tego pozostawię widzom. Podobnie jak wrażenia, które będą wam towarzyszyć po wyjściu z kina.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Arab Blues" ze zjawiskową Golshifteh Farahani w roli głównej niebawem w kinach

Golshifteh Farahani w filmie „Arab Blues
Golshifteh Farahani w filmie „Arab Blues" (fot. materiały prasowe)
Była pierwszą irańską aktorką po 1979 roku, która zagrała w hollywoodzkim filmie. W pierwszym filmie wystąpiła już jako 14-latka („Grusza”, reż. Dariush Mehrjui), co wywindowało ją do statusu supergwiazdy irańskiego kina. Do 2009 roku zagrała w 20 irańskich produkcjach. Marjane Satrapi, która reżyserowała Farahani w „Kurczaku ze śliwkami” wspominała w wywiadzie dla The Guardian – Ona nie tylko była kwintesencją Iranu, ale przede wszystkim matką całego narodu.

Była pierwszą irańską aktorką po 1979 roku, która zagrała w hollywoodzkim filmie. W pierwszym filmie - "Grusza" wystąpiła już jako 14-latka, co wywindowało ją do statusu supergwiazdy irańskiego kina. Do 2009 roku zagrała w 20 irańskich produkcjach. Marjane Satrapi, która reżyserowała Farahani w „Kurczaku ze śliwkami” wspominała w wywiadzie dla The Guardian – "Ona nie tylko była kwintesencją Iranu, ale przede wszystkim matką całego narodu".

Już 14 sierpnia do kin trafi „Arab Blues" w reżyserii Manele Labidi. Film został wyróżniony na 76. Festiwalu w Wenecji Nagrodą Publiczności w sekcji Giornate degli Autori (tej samej, w której nagrodzono również polskie „Boże Ciało"). W główną rolę młodej psychoanalityczki wcieliła się jedna z najbardziej znanych irańskich aktorek, Golshifteh Farahani.

W 2008 roku wystąpiła u boku Leonardo DiCaprio i Russela Crowe w filmie Ridleya Scotta pt. „W sieci kłamstw”.  W zwiastunie tej produkcji znalazła się scena, w której aktorka wystąpiła bez nakrycia głowy. Również na premierze „W sieci kłamstw” Farahani pokazała się z odkrytymi włosami, do tego w sukience bez rękawów. Sytuacja wywołała ogromny skandal w Iranie, a rząd oskarżył aktorkę o współpracę z CIA. Przez siedem miesięcy prowadzono śledztwo w sprawie o naruszenie bezpieczeństwa narodowego, za które mogła grozić nawet kara śmierci. W tym czasie Farahani wystąpiła w swoim ostatnim, jak na razie, irańskim filmie pt. „Co wiesz o Elly?” Asghara Farhadiego. Film zdobył Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię na 59. MFF w Berlinie, a po jego premierze śledztwo umorzono i pozwolono aktorce wyjechać z Iranu.

W 2012 roku po występie w filmie promującym francuskie Cezary, gdzie Farahani odsłoniła pierś, aktorka dostała oficjalny zakaz wstępu do rodzinnego kraju. "Wygnanie z Iranu jest jak śmierć. Nie zrozumiesz tego dopóki Ci się to nie przydarzy - cały świat chce Cię widzieć jako ofiarę" - pisała Farahani w oficjalnym oświadczeniu. "Bunt przeciwko niesprawiedliwości i przemocy wobec kobiet mam we krwi. Kiedy byłam nastolatką goliłam głowę na łyso, aby móc chodzić po ulicy bez hidżabu. Nie chciałam zmuszać się do czegoś, co jest mi z góry narzucane" - mówi aktorka.

Po wygnaniu z Iranu Golshifteh przeprowadziła się do Paryża, gdzie jej kariera aktorska nabrała rozpędu. Wybierała zarówno produkcje artystyczne, jak i hollywoodzkie blockbustery (m.in. „Exodus: Bogowie i Królowie”, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”, czy ostatnio „Tyler Rake. Ocalenie”). W 2016 roku zwróciła uwagę Jima Jarmuscha, który powierzył jej rolę Laury w filmie „Paterson”. Farahani zachwyciła widzów i światową krytykę kreacją troskliwej, pełnej pomysłów żony głównego bohatera (w którego wcielił się Adam Driver).

Najnowszy film z jej udziałem - "Arab Blues" przypomina, że powroty w rodzinne strony nie zawsze bywają łatwe. Tak jest w przypadku wychowanej we Francji Selmy, która postanawia wrócić do Tunezji, aby otworzyć gabinet psychoanalityczny. Na miejscu okazuje się jednak, że nie tylko nikt tam na nią nie czeka, ale jej zawód i styl życia nawet najbliższym krewnym wydają się cokolwiek podejrzane. Kulturowe różnice generują serię pomyłek i nieporozumień, które debiutująca reżyserka Manele Labidi ze swadą rozbraja humorem. W kinach od 14 sierpnia.

  1. Kultura

Horrory o demonach - najstraszniejsze filmy

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Dziewiąte wrota" w reżyserii Romana Polańskiego. (fot. BEW)
Horrory to gatunek, który zawiera w sobie ogromną złożoność. Wśród filmów należących do tego rodzaju, możemy odnaleźć zarówno horrory o demonach, duchach, wilkołakach, a nawet historie... oparte na fakcie. Najstraszniejsze horrory potrafią napędzić stracha, ale trzeba uważać - ten gatunek, jak mało który narażony jest na ryzyko kiepskiego scenariusza i groteskowość. My, mamy dla was listę, tych horrorów, które - naszym zdaniem, warto znać.

"Egzorcysta", reż. William Friedkin

Jeden z najstraszniejszych horrorów opowiadający historię aktorki, która sama wychowuje kilkunastoletnią dziewczynkę. Pewnego dnia dziecko zaczyna się dziwnie zachowywać, a jej stan coraz bardziej się pogarsza. Pomimo oficjalnej diagnozy, że z małą, wszystko jest w porządku, w domu zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. W końcu kobieta decyduje się na kontakt z egzorcystą, który ma pomóc odzyskać jej dziecko. Film "Egzorcysta" przeszedł już do kanonu, a świetnie zbudowane portrety psychologiczne głównych bohaterów pozwalają na filmie nie tylko się bać, ale także zaciekawić fabułą.

"Frankenstein", reż. Kenneth Branagh

Choć horrorów o podobnym tytule powstało na przestrzeni lat od groma, ten zasłynął przede wszystkim dobrymi recenzjami i znakomitą obsadą (w rolach głównych m.in. Robert De Niro i Helena Bonham Carter). Tym razem "Frankenstein" opowiada historię załogi żeglującego u wybrzeży Arktyki statku, która bierze na swój pokład tajemniczego rozbitka. Ocalonym okazuje się niejaki Wiktor Frankenstein, który zaczyna snuć opowieść przerażającą i mrożącą krew w żyłach - opowieść o swoim życiu. Jeden z najlepszych horrorów o demonach w historii, który warto obejrzeć także w innej wersji.

"Zakonnica", reż. Corin Hardy

Choć może nie jest to mistrzostwo kinematografii, tak film "Zakonnica" uchodzi za jeden z najstraszniejszych horrorów o demonach. Motyw opętanych sióstr zakonnych i duchownych jest wykorzystywany w filmie od dawna i ma swoich odbiorców. Tym razem w filmie sprzed dwóch lat mamy okazję wciągnąć się w opowieść o młodej kobiecie, która niebawem ma złożyć śluby zakonne i księdzu, którzy zostają wyznaczeni do tego, aby zbadać sprawę samobójstwa młodej zakonnicy z klasztoru w Rumunii. Jak się okazuje, na miejscu odkrywają niechlubne sekrety zakonu, a ich wiara zostaje wystawiona na próbę.

"Dziewiąte wrota", reż. Roman Polański

Klasyka kina w reżyserii Romana Polańskiego, który do głównej roli zatrudnił Johnny'ego Deppa oraz swoją żonę Emmanuelle Seigner. Reżyser zdecydował się przenieść na ekrany powieść Artura Pérez-Reverte’a znacząco jednak zmieniając jej treść. "Dziewiąte wrota" to opowieść o niejakim Deanie Corso, kolekcjonerze starych książek. Pewnego dnia zjawia się u niego szczególna osoba - kolekcjoner książek poświęconych diabłu, który chce, by Dean odnalazł dla niego dwa egzemplarze tajemniczej księgi pt. "Dziewiąte Wrota Królestwa Cieni", która czytana w sposób odpowiedni może doprowadzić do powrotu szatana na Ziemię. Polańskiemu, znanemu z zamiłowania do szatańskiej tematyki, już po "Dziecku Rosemary" udało się zrobić film przerażający, choć odrobinę kiczowaty, ze świetną główną postacią - cynicznego, zblazowanego bibliofila Corso. Jeden z najstraszniejszych horrorów o duchach i demonach warty uwagi. 

"Obecność", reż. James Wan

Jeden z najsłynniejszych horrorów o demonach opowiadający historię słynnej pary, która zostaje wynajęta do zbadania zjawisk paranormalnych mających miejsce w domu pewnej zrozpaczonej rodziny. Okazuje się, że domownicy nękani są przez demony zamieszkujące ich dom, z którymi należy się rozprawić za pomocą egzorcyzmów. Horror, który doczekał się kontynuacji zaliczany jest do tych, które warto obejrzeć ze względu na dość wartką akcję i całkiem niezłe efekty specjalne.

"Egzorcyzmy Emily Rose", reż. Scott Derrickson

Jeden z najsłynniejszych horrorów o demonach i złych duchach, który niejako rozpoczął boom na filmy o egzorcyzmach. "Egzorcyzmy Emily Rose" opowiadają historię młodej dziewczyny, która po wyjeździe z rodzinnego miasteczka i rozpoczęciu samotnego życia w college'u zaczyna doświadczać przedziwnych stanów i halucynacji. Gdy te nabierają na sile, Emily postanawia skorzystać z pomocy egzorcysty. Niespodziewanie, podczas dokonywania rytuałów, dziewczyna... umiera. Kościół stara się zatuszować sprawę i nie dopuścić do zeznań księdza, który został oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci dziewczyny.

 

 

  1. Kultura

Filmy katastroficzne - 5 tytułów, które warto obejrzeć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pojutrze" - Jake Gyllenhaal (fot. BEW)
Filmy katastroficzne to specyficzny gatunek kina. Trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, zatonięcia statków lub wizja świata pod lodem - mało które filmy wzbudzają w widzach aż tak duże emocje i wiążą się z tak przerażającymi obrazami rzeczywistości. Kilka z nich przeszło już do klasyki kina - oto top 5 najlepszych filmów katastroficznych.

"Titanic", reż. James Cameron

Ciężko pominąć tak głośny hit, który doczekał się aż jedenastu Oscarów, w kategorii najlepszych filmów katastroficznych. Film opowiada historię legendarnego statku o nazwie "Titanic" - niezatapialnego giganta, który w 1912 r. zderzył się z górą lodową i zatonął. Choć wydarzenia w tle - romans biednego, pochodzącego z nizin społecznych Jacka (w tej roli młody Leonardo di Caprio), który dostał się na rejs zupełnym przypadkiem i przygotowywanej do wyjątkowo korzystnego pod względem finansowym zamążpójścia, pięknej Rose (grana przez Kate Winslet) są fikcyjne, katastrofa, a także w dużej mierze wygląd statku odpowiadają rzeczywistości. "Titanic" wraz z niesamowitą ścieżką dźwiękową i niezwykłymi ujęciami uchodzi pomimo upływu czasu za jeden z najlepszych filmów katastroficznych wszech czasów.

"Pojutrze", reż. Roland Emmerich

Globalny wzrost temperatury (który w obecnych czasach jest już de facto rzeczywistością) doprowadza do dramatu - cała Ziemia w jednej chwili ma w zasadzie pokryć się lodem. Na taki bieg wydarzeń od dawna wskazywał klimatolog zajmujący się zmianami klimatycznymi na naszej planecie, który przepowiadał, że niebawem w wyniku ocieplenia od Antarktydy oderwie się ogromny płat grubej pokrywy lodowej, a całym globem wstrząśnie seria niezwykłych kataklizmów. Tak też się dzieje, a to co obserwujemy na ekranie - szalejące huragany, bombardowanie miast gigantycznym gradem, śnieżne zamiecie to zatrważające obrazy, które w kontekście zmian klimatycznych, z jakimi mamy obecnie do czynienia ogląda się z jeszcze większym przerażeniem...

"Armagedon", reż. Michael Bay

Tym razem w jednym z najlepszych filmów katastroficznych mamy okazję podziwiać młodego Bena Afflecka ("Armagedon" był jednym z pierwszych ważniejszych filmów aktora) i Bruce'a Willisa, którzy starają się uchronić ludzkość od zagłady przed zbliżającą się do Ziemi asteroidą. Choć produkcja nie została zbyt ciepło przyjęta przez krytyków, dotychczas uznawana jest za jedną z najchętniej oglądanych w swojej kategorii. Podkreśla się, że sceny, w których ukazane są serie nagłych, następujących po sobie kataklizmów uchodzą za jedne z najlepiej zrealizowanych pod kątem efektów specjalnych.

"Dzień niepodległości, reż. Ronald Emmerich

Spec od filmów katastroficznych - Ronald Emmerich, w "Dniu Niepodległości" tym razem przedstawił wizję Ziemi w stanie śmiertelnego zagrożenia wywołanego nieznanym obiektem przybyłym z kosmosu. Jak się okazuje, "mieszkańcy" statku mają jeden cel - zniszczyć gatunek ludzki. W przeddzień jednej z najważniejszych dat w kalendarzu każdego Amerykanina - czwartego lipca, przybysze rozpoczynają ataki, w których niszczone są największe miasta na świecie. Dobry film katastroficzny z całkiem niezłą obsadą: Will Smith i Bill Pullman w rolach głównych.

"2012", reż. Ronald Emmerich

Kolejny film katastroficzny konsekwentnego Ronalda Emmericha, który przypomina nam, co powszechnie mówiono o roku 2012. To właśnie wtedy miał nastąpić przepowiadany od wieków koniec świata. W tej części katastroficznych wizji Emmericha widzimy już pełen obraz zagłady całego świata w każdym jego zakątku, który opisać można dwoma słowami: zupełny kataklizm. "2012", choć pod względem fabuły nie powala - opowiada historię niejakiego Jacksona, który podczas wycieczki rodzinnej odkrywa jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic na świecie - zgodnie ze starożytną przepowiednią nieuchronnie zbliża się dzień zagłady - 21 grudnia 2012 roku, o której rządy największych państw świata dawno wiedziały i zgodnie ją potwierdziły, to jeden z najmocniejszych kandydatów w swoim gatunku. Jedno jest pewne, "2012" to film katastroficzny zrealizowany z ogromnym rozmachem, niesamowitymi efektami specjalnymi (które kolejno nachodzące kataklizmy przedstawiają w niezwykle widowiskowy sposób), który kreśli mimo wszystko dość przerażającą wizję tego, co może stać się z naszym światem, gdy ludzkość nie przestanie nadmiernie ingerować w naturę.

  1. Kultura

Juliette Binoche: "Próbuję grać w filmach, które mogą zmienić czyjeś życie na lepsze"

Juliette Binoche (Fot. East News)
Juliette Binoche (Fot. East News)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Życie jest do tego żeby je przeżywać, a nie obmyślać plany ucieczki mówi Juliette Binoche. Francuska aktorka nigdy nie bała się ryzyka i wyzwań. Tak trafiła na plany europejskich legend, między innymi Leosa Caraxa i Krzysztofa Kieślowskiego. "Prawda", najnowszy film, w którym zagrała u boku Catherine Deneuve, opowiada o relacjach matki i córki, ale przede wszystkim o świecie kina i sztuki.

Chyba nie musiała pani długo przygotowywać się do roli w „Prawdzie”?
Tylko całe życie. Grałam artystkę, kobietę, która musi ułożyć sobie relacje z matka, partnerkę w niełatwym związku. Dziennikarze pytają mnie, czy wydam swoje wspomnienia. Pierwszą propozycję napisania autobiografii dostałam po „Spotkaniu” Andrégo Téchinégo, kiedy miałam 22 lata. A ja nie czuje takiej potrzeby. W każdej roli opowiadam o sobie znacznie więcej, niż gdybym zebrała garść anegdot z planów albo zdradziła, z kim miałam romans. I szczerze? Właśnie to mnie napędza w aktorstwie. Pozwala mi ono wyjść z własnej strefy komfortu, poznać lepiej siebie, odsłonić się przed innymi.

Ale rola w „Prawdzie” musiała być pani szczególnie bliska. Wcieliła się pani w córkę granej przez Catherine Deneuve legendy kina. Wszystko rozgrywa się w środowisku francuskich  filmowców.
Reżyser Hirokazu Koreeda nie ukrywał, że nie przez przypadek zaangażował do „Prawdy” Catherine i mnie. Mówił: „Mam jedna prośbę: Bądź sobą”. Przeprowadzał z nami wywiady jak dziennikarz albo student teatrologii. Pytał, czym jest nasz zawód i jak rozumiemy swoja „misję”. Próbowałam udzielać mu satysfakcjonujących odpowiedzi, ale cały czas miałam świadomość, że prawdziwego aktorstwa nie da się ubrać w słowa. Ono rodzi się wtedy, kiedy przestaje się o nim myśleć. Kiedy zapomina się o wszystkim i pozostaje wyłącznie tu i teraz, w kostiumie, jaki się na siebie włożyło.

Kadr z filmu 'Prawda'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Prawda". (Fot. BEW Photo)

Potrzebuje pani tych momentów?
Absolutnie tak. Zawsze potrzebowałam. Podobnie jak Catherine Deneuve pochodzę z aktorskiej rodziny. Ona powtarza, że zdecydowała się na ten zawód przez przypadek. Ja podjęłam świadomą decyzję. Chodziłam do szkoły z internatem. Dusiłam się tam, nauczyciele dużo od nas wymagali, panowała dyscyplina. Dopiero kiedy zaczęłam brać udział w zajęciach teatralnych, odetchnęłam pełna piersią. Nie sadziłam wtedy, że kiedykolwiek zagram w filmie. Ale już wiedziałam, że moja droga jest aktorstwo.

Tymczasem kino szybko się o panią upomniało.
Kwestia szczęścia. Na studiach dorabiałam w knajpach i szukałam angażu w teatrze. Nagle zadzwonił mój agent z propozycja wystąpienia przed kamera. A potem z kolejną. I tak to już poszło.

W jednym ze swoich pierwszych  filmów, w „Spotkaniu” Andrégo Téchinégo, wystąpiła pani w mocnych scenach erotycznych, tworząc bardzo odważną kreację, zwłaszcza dla początkującej aktorki.
Od początku kariery mówiłam sobie: „Żadnej taryfy ulgowej”. Albo zdecyduje się dawać z siebie wszystko, albo nie warto się w to bawić. Kilka razy chciałam rzucić tę robotę, kiedy emocje stawały się zbyt silne i zaczynały mnie przytłaczać. Podczas ƒfilmu „W moim kraju” poznałam świat Republiki Południowej Afryki i apartheidu. W „Rozstaniach i powrotach” eksplorowałam traumę wojny domowej w Bośni. Ale przetrwałam.

Dzisiaj myślę, że czasem ludzie wykorzystywali moja otwartość. Film Téchinégo był OK, ale na plakacie „Spotkania” naga opierałam się o ubranego w garnitur, zapiętego po szyje Lamberta Wilsona. To nie było wobec mnie uczciwe. Ale takie wtedy panowały standardy. A wstyd nie idzie w parze z aktorstwem.

Jednak prawdziwe szaleństwo miało dla pani dopiero nadejść.
Razem z Leosem Caraxem? Pan powie, ze on jest szaleńcem, a dla mnie to wizjoner. W dodatku bardzo świadomy tego, co robi. Razem z nim odkrywałam wspaniałe klasyczne filmy. Dopiero przy nim poczułam, że naprawdę mogę poczuć się w kinie jak w domu. Że nie muszę być w teatralnej trupie, która zastąpi mi rodzinę. Że mogę być częścią świata kina.

Naprawdę nie wyniosła pani tego przekonania z domu?
Nie. Rodzice zarazili mnie poczuciem wolności. Kiedy miałam napisać wypracowanie o najważniejszym słowie w życiu, poradziłam się mamy, jakie ono powinno być. Odpowiedziała bez wahania: „entuzjazm”. Po latach zrozumiałam, że miała racje. W życiu nieustannie szukam czegoś nowego i to daje mi siłę, żeby wstać z łóżka. Ale też mam „drugą stronę”. Każdy potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, chce mocno stąpać po ziemi i wiedzieć, gdzie przynależy. A o to w artystycznej rodzinie o skomplikowanym rodowodzie nie tak łatwo.

Pani szukała swoich korzeni także w Polsce.
Nie musiałam szukać! Moja babcia pochodziła z Częstochowy. Wyjechała z kraju z mężem Flamandem, gdy wybuchła wojna. Do końca życia mówiła po francusku z polskim akcentem, wpoiła mi polska tradycje. Jestem wyczulona na to, co łączy się ze słowiańską mentalnością. Mam inna wrażliwość niż przeciętny Francuz. Znajomość polskiej historii obudziła we mnie więcej empatii, czuje związek z inna muzyką, zwyczajami, wyobrażeniami o rzeczywistości. A gdy kiedyś poproszono mnie na planie, żeby nucić polską kolędę, wzruszyłam się. Bo przypomniała mi się babcia.

Także dlatego tak ważne było dla pani spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim?
Trudno uwierzyć, jak wiele lat minęło od tamtego czasu. Mogłabym odegrać każdą scen z „Niebieskiego”. Dzisiaj została we mnie czysta miłość do tego człowieka. We wspomnieniach wielu ludzi pozostał jako intelektualista kina. A ja mam w pamięci rozmowy, w czasie których nieustannie śmialiśmy się i żartowaliśmy. Po latach świetnie porozumiałam się też z inną polską artystką – Małgośką Szumowską. Świetna kobieta.

Kadr z filmu 'Trzy kolory. Niebieski' Krzysztofa Kieślowskiego. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Trzy kolory. Niebieski" Krzysztofa Kieślowskiego. (Fot. BEW Photo)

Pani chyba z podobnych spotkań uczyniła sposób na życie?
Oczywiście. André Téchiné, Michael Haneke, Lasse Hallström, Amos Gitai, Claire Denis. To wspaniali ludzie, od których wiele się nauczyłam. Hou Hsiao-hsien ujął mnie połączeniem delikatności i mądrości. Jeździłam po całym świecie, żeby grac w ich fi™lmach, poznawałam inne kultury. Albo zarażałam ich swoja, jak przy „Prawdzie”. W końcu Japończyk Hirokazu Koreeda kręcił w obcej sobie rzeczywistości. I choć doskonale ją rozumiał, pewnych rzeczy się nie oszuka. W scenariuszu była scena kłótni. Po kilku ostrzejszych słowach moja bohaterka przepraszała matkę. Spytałam: „Hirokazu, dlaczego ja niby przepraszam? Żadna Francuzka nie przeprosiłaby matki, że ją ochrzania za wtrącanie się w jej związek”. Koreeda zamilkł. Kolejnego dnia podszedł i powiedział cicho: „dziękuję”.

Jednak przy tych wszystkich podróżach nie dała się pani porwać Hollywood.
Nie było mi potrzebne. Pieniądze nigdy się dla mnie nie liczyły, kocham wolność europejskiego kina, a moim domem zawsze pozostawał Paryż. Mogłam spotkać się ze Stevenem Spielbergiem przy „Parku Jurajskim”. Ale wtedy wybrałam pracę z Kieślowskim. I nigdy nie żałowałam. Bo zadałam sobie pytanie: „Czy chce biegać po ekranie wśród dinozaurów?”. W tym zawodzie trzeba decydować, jakie emocje przekazuje się widzom. Próbuję grać w ™filmach, które mogą zmienić czyjeś życie na lepsze.

Zazdrościła pani kiedyś jakiejś roli innej aktorce?
Oczywiście, to część tego biznesu! Zazdrość zresztą wcale nie musi być zła – ona często motywuje do działania. Podobnie nie lubię opowieści o chowaniu swojego ego. Do licha! Gdybyśmy go nie mieli, skąd mielibyśmy czelność, aby opowiadać innym ludziom historie!

Ale nie powie pani, jakich ról zazdrościła?
Oczywiście, że nie!

Kadr z filmu 'Angielski pacjent'. (Fot BEW Photo) Kadr z filmu "Angielski pacjent". (Fot BEW Photo)

Kiedyś jednak wspomniała pani, że bohaterka „Podwójnego życia Weroniki” była dla pani idealna.
Bo to prawda, wyjątkowo do tego filmu pasowałam. Ale akurat kręciłam „Kochanków z Pont-Neuf ”, a Irène zrobiła świetną robotę. Cóż, zdarza się. Szkoda życia na oglądanie się wstecz.

Starzenie się jest trudne dla aktorki?
Niekoniecznie. Mnie granie 20-latek się znudziło. Pozornie wtedy wszystko wydaje się prostsze. Ale tak naprawdę młodość jest tylko kurtyna, która sprawia, że nie dostrzega się problemów. To czas, kiedy nie jest się jeszcze w pełni świadomym emocji, jakie nami rządzą, wypiera się trudne uczucia. Dopiero doświadczenie uczy radzenia sobie z problemami. I to samo dotyczy pracy: z wiekiem łatwiej mi godzić się z wizją reżysera, wchodzić w dialog, szukać porozumienia. To mi daje siłę. Czuje, ze wkraczam w nowy etap.

Miewa pani jeszcze tremę?
Jasne. Niedawno grałam w teatrze „Antygonę”. Wyszłam, żeby wygłosić długi monolog. Stanęłam i nie pamiętałam tekstu, który dzień wcześniej byłam w stanie powiedzieć obudzona w środku nocy. Bałam się przed tanecznym show „In-I” z Akramem Khanem. Nagle znalazłam się w zupełnie nowym świecie. I musiałam powtórzyć ten spektakl na scenie sto razy. Nie wiedziałam nawet, czy fizycznie wytrzymam to zadanie. Myślę, że to była szczepionka, która już na zawsze uchroni mnie przed strachem.

Właściwie na każde pytanie odpowiada pani przez pryzmat pracy i aktorstwa. Ten zawód chyba potra‰fi człowieka spalić.
Nie rozumiem rozgraniczenia na prace i prywatność. Oddaję całą siebie na planie i spełniam się dzięki sztuce.Ale to nie znaczy, ze odpuszczam w życiu prywatnym. Czy się spalam? Tylko prawdziwe zaangażowanie może przynieść szczęście.

Ale zawsze coś się po drodze traci. Nie marzy pani czasem, żeby rzucić to wszystko, kupić winnicę w dolinie Rodanu i czytać książki?
Życie jest od tego, żeby je przeżywać, a nie obmyślać plany ucieczki. Poza tym to nieprawda, że nie mam prywatności. Nigdy nie wyszłam za mąż: dostałam kilka propozycji, ale postanowiłam nie udzielać na nie odpowiedzi. Rycerz na białym koniu, o którym marzyłam jako dziewczynka, nie przyjechał. Ale to nie znaczy, że nie miałam świetnych związków. Ostatnio po zawodowym maratonie zrobiłam sobie kilka miesięcy przerwy, chciałam mieć pusty grafik i pobyć z dziećmi. Ten czas był tylko dla mnie i moich bliskich. Ale już pora wracać do pracy.

W tym, co pani mówi o sztuce, kryje się dużo idealizmu. Ale ostatnio, po wybuchu ruchu #MeToo, widać coraz więcej mrocznych stron przemysłu filmowego.
To ważny moment. Przez całe pokolenia udawaliśmy, że jest dobrze. Teraz wreszcie kobiety opowiadają o przemocy, której doznały. Tylko w taki sposób możemy rozpocząć proces leczenia ran i próbę budowy bezpiecznego środowiska pracy. Bo wciąż jesteśmy daleko od równouprawnienia. Nie odcinam się od siebie jako artystki.

Kadr z filmu 'Czekolada'. (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Czekolada". (Fot. BEW Photo)

Ostatnio jednak powiedziała pani, że chętnie zagrałaby u Woody’ego Allena.
I mogę to powtórzyć. Jest mistrzem kina. Tak naprawdę nie wiemy, co się naprawdę wydarzyło. Myślę, że naszym błędem jest kolektywne osadzanie. Wymieniamy jednym tchem: Woody Allen, Roman Polański, Harvey Weinstein. Każdy z tych przypadków jest inny. A od oceniania nie są dziennikarze ani inni artyści. Liczę, że sąd wymierzy Weinsteinowi sprawiedliwość. Proces trwa. Natomiast my powinniśmy skupić się na systemowych rozwiązaniach.

A kręcąc „Prawdę”, obserwowała pani Catherine Deneuve?
Oczywiście, to legenda. Wcześniej kilka razy wpadłyśmy na siebie na festiwalach, ale naprawdę poznałyśmy się dopiero teraz. Próbowałam się do niej zbliżyć. Pomyślałam, że jeśli gramy matkę i córkę, nie powinnyśmy się do siebie zwracać per pani. Widać było, że to spoufalanie się jej nie odpowiada. W końcu jednak opuściła gardę i zaufała mi. Wspierała mnie, bo w tym czasie chorował mój ojciec. I tak było do końca zdjęć. Kilka tygodni później dostałam od niej SMS: „Kiedy mogę do pani zadzwonić?”. Ale rozumiem, że zachowuje dystans wobec świata. Jej sława wiąże się z presją, każdy czegoś od niej oczekuje. Aby się bronić, w sytuacjach publicznych musi nałożyć maskę ikony.

I widzi pani siebie kiedyś w tej roli?
A skąd! Catherine Deneuve jest jedna. Ja jestem po prostu aktorką. Nie marzę o zostaniu legendą. Chce tylko robić swoje, doświadczać nowych rzeczy, żyć. Zresztą o czym my mówimy? Mam 55 lat i niedawno w „High Life” zagrałam scenę w wielkiej kosmicznej seksmaszynie. Czy tak się zachowuje przyszła ikona?

Juliette Binoche, ur. w 1964 roku w Paryżu, aktorka. Zaczynała od ról m.in. w „Spotkaniu” Andrégo Téchinégo i „Zdrowaś, Mario” Jeana-Luca Godarda, stworzyła artystyczny duet z Leosem Caraxem. Zawsze chętnie współpracowała też z reżyserami spoza Francji, zagrała m.in. w „Trzech kolorach. Niebieskim” Krzysztofa Kieślowskiego, „Angielskim pacjencie” Anthony’ego Minghelli, „Czekoladzie” Lassego Hallströma, „Ukrytym” Michaela Hanekego, „Sponsoringu” Małgorzaty Szumowskiej. Chętnie bawi się swoim wizerunkiem, ostatnio m.in. w komedii Brunona Dumonta „Martwe wody” czy filmie science ˜fiction Claire Denis – „High Life”.

  1. Kultura

Filmy na Dzień Kobiet, które warto obejrzeć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Erin Brockovich" (fot. BEW)
Dzień Kobiet obchodzony 8 marca to coroczne święto, które współcześnie przypominać ma nam o kobietach - matkach, żonach, córkach, siostrach, przyjaciółkach... I choć utarło się, że tego dnia to mężczyźni wręczają kobietom goździki i rajstopy, nic nie stoi na przeszkodzie, by samej sobie (bądź wspólnie ze swoimi ulubionymi kobietkami) urządzić prawdziwe święto. I obejrzeć dobry film. O kobietach i dla nich.

"Małe kobietki", reż. Greta Gerwig

Opcja do zobaczenia (jeszcze) na dużym ekranie, gdyż historia sióstr March dopiero niedawno weszła do polskich kin. "Małe kobietki" to osadzona w latach 60. XIX w. opowieść o kobietach, które opiekują się sobą nawzajem podczas nieobecności ojca, głowy rodziny, walczącego w wojnie secesyjnej. Klasyka kobiecej literatury w interpretacji Grety Gerwig to bardzo subtelny, niezwykle czuły obraz siostrzanej miłości, kobiecego wsparcia i entuzjazmu, który wybija się tu na pierwszy plan pomimo wielu przeciwności losu.

"Chłopaki nie płaczą", reż. Olaf Lubaszenko

Co z tego, że chłopaki nie płaczą? Kobiety też nie ;) i z powodzeniem mogą tego dnia powrócić do klasyki polskiego kina z przełomu wieków. Fabuła filmu jest prosta i przyjemna - dwaj młodzi przyjaciele (w tych rolach młody Maciej Stuhr i Wojciech Klata) wplątani zostają w gangsterskie porachunki. Luźna komedia z plejadą polskich gwiazd, które wtedy w wielu przypadkach stawiały jeszcze pierwsze kroki. Oprócz Suhra w filmie wystąpił m.in. Cezary Pazura, Andrzej Zieliński, Paweł Deląg, Mirosław Baka i wielu innych...

"Czego pragną kobiety", reż. Nancy Meyers

W Dzień Kobiet mogą zadawać sobie to pytanie do woli. Kultowy film z Melem Gibsonem i Helen Hunt w rolach głównych. Główny bohater - Nick jest typowym kobieciarzem, któremu nie w głowie poważne związki. Oprócz tego jest również świetnym pracownikiem, który liczy, że obejmie wysoką posadę... Ta jednak przypada komuś zupełnie innemu. I to kobiecie! Od tego momentu Nick nie chce słyszeć o kobietach, a wypadek któremu ulega w tym czasie, powoduje, że... mężczyzna zaczyna słyszeć myśli wszystkich kobiet, które znajdują się w jego pobliżu. Błogosławieństwo, czy przekleństwo?

"Siła kobiet", reż. Jr

Twórca filmu opowiadającego o niezwykłej sile kobiet zamieszkujących najbiedniejsze dzielnice na świecie i borykających się z biedą, chorobami, konfliktami jest artystą i fotografem. I w niezwykły sposób zaglądając do tych miejsc pokazuje kobiety - ich siłę, walkę, wytrwałość, podkreślając, że to właśnie w tej płci najwyraźniej widać kondycję całych społeczeństw. Reżyser odwiedza tu m.in. Indie, Kambodżę, Brazylię, czy Sudan i w niezwykły sposób zbliża nas do swoich bohaterek.

"Juno", reż. Jason Reitman

Ellen Page w roli nastolatki, która zaszła w ciążę i postanowiła sprostać sytuacji, w jakiej się znalazła. Film Jasona Reitmana to ciekawy obraz zrywający ze stereotypowym myśleniem o "nastoletnich ciążach". Tytułowa Juno zaszła w ciążę rozpoczynając tak naprawdę swoje życie seksualne z najlepszym przyjacielem - nie była ani "rozwiązłą" nastolatką, ani nie była gotowa na tak wczesny krok w dorosłość. Dzięki niechcianej ciąży decyduje się jednak zmierzyć z dorosłością, problemami z jakimi wiąże się macierzyństwo, miłością, konfrontacją ze starszymi. Szczera i naprawdę warta obejrzenia historia.

"To ja Malala", reż. Davis Guggenheim

Kim jest Malala Yousafzai, pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, dziewczynka, która przez kilka lat prowadziła bloga o tym, jak w rzeczywistości wygląda życie dziewcząt w Pakistanie pod rządami talibów wie cały świat, . „Kiedy się urodziłam, mieszkańcy naszej wioski współczuli mojej matce i nikt nie powinszował ojcu.[…] Dla większości Pasztunów narodziny córki to dzień smutku. […] ale ojca to nie obchodziło." Za swoją działalność zaczęła być prześladowana, aż w końcu w wyniku zamachu dokonanego przez talibów postrzelona w głowę. Malala przeżyła zamach na swoje życie i dalej głośno sprzeciwiała się zakazom edukacji dla dziewcząt, wyrzucaniu ich ze szkół i ciemiężeniu. "To ja Malala" pokazuje jej walkę o podstawowe prawa dla kobiet i dziewczynek, ale też Malalę na co dzień - młodą dziewczynę, która podobnie, jak jej rówieśniczki, chce kochać, mieć przyjaciół i czerpać z życia.

"Za wszelką cenę", reż. Clint Eastwood

Clint Eastwood i Hilary Swank jako mistrzowski duet mistrz - uczennica. Ona chce zdobyć mistrzostwo w boksie, jest zdesperowana i bardzo zdeterminowana; on wytrenował w swoim życiu wielu znanych bokserów. Początkowo ich współpraca nie zapowiada się ciekawie - on twierdzi, że w jej wieku nie osiągnie się żadnego sukcesu, a boks to szczególnie niekobiecy sport, ona natomiast nie poddaje się i za wszelką cenę chce dopiąć swego. Z czasem między dwojgiem rodzi się ogromna przyjaźń, której spoiwem jest wspólna pasja i wyjątkowo silne charaktery.

"Dziennik Bridget Jones", reż. Sharon Maguire

Coś lżejszego z okazji Dnia Kobiet, czyli najsłynniejsza i najwdzięczniejsza singielka świata - Bridget! Kultowa postać Bridget Jones – dojrzałej, samotnej kobiety, która stara się znaleźć miłość swojego życia, otoczonej ekscentrycznymi rodzicami i specyficznymi przyjaciółmi, to majstersztyk jeśli chodzi o portret kobiety w filmie komediowym. Bridget zachwyca swoim poczuciem humoru, niezdarnością i… realizmem. Cóż możemy powiedzieć - panna Jones jest jedyna w swoim rodzaju i kochamy ją, taką jaka jest.

"Erin Brockovich", reż. Steven Soderbergh

Samotna matka trójki dzieci, dwukrotna rozwódka, z brakiem wykształcenia i możliwości znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia. Kobieta nie poddaje się jednak i choć nikt nie dawał za nią złamanego grosza, cudem zdobywa miejsce w kancelarii prawnej (po tym, jak przegrywa sprawę w sądzie o odszkodowanie i nie ma z czego zapłacić rachunków). To, co wydarzy się później do tej pory zadziwia wielu praktyków prawa - Erin odkrywa podejrzaną działalność ogromnego koncernu, który zatruwał wody gruntowe jednego z okolicznych miasteczek. Proces sądowy wykazał, że Erin mówiła prawdę, a sąd przyznał jej klientom astronomiczną sumę odszkodowania - 333 miliony dolarów. Warte także dla genialnej Julii Roberts w roli głównej.