1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Historie rodzinne, Sarah Polley

Historie rodzinne, Sarah Polley

/www.storieswetellmovie.com
/www.storieswetellmovie.com
W swoim trzecim pełnometrażowym filmie Sarah Polley ponownie drąży temat związków damsko-męskich, ale tym razem pod lupę bierze własnych rodziców, ich miłość, trudny związek i rodzinę, jaką stworzyli.

[embed]http://youtu.be/A_8BnZ471GY[/embed]

Wyobrażam sobie, jak niełatwo musi być nakręcić film o własnej rodzinie, zwłaszcza jeśli pełni się rolę osoby publicznej, znanej aktorki i coraz bardziej uznanej reżyserki. Sarah Polley zagościła w Polsce w zeszłym roku, filmem „Take this Waltz” (czytaj recenzję „this Waltz”), w którym opowiedziała o marzeniach i niespełnionych tęsknotach, które – źle zrozumiane – mogą zniszczyć związek. Wcześniej jednak sama Polley pojawiła się w polskich kinach w takich obrazach, jak wzruszające „Moje życie beze mnie”, bolesne „Życie ukryte w słowach”, zabawny „Mr Nobody” czy dyskusyjny „Istota”.

Sarah Polley powraca jako reżyserka dokumentu o własnej rodzinie. Niczym detektyw, tropi prawdę o związku swoich rodziców – aktorów teatralnych i filmowych. Poznajemy historię ich poznania oraz rysujące się od razu różnice osobowości, które sprawią później, że ojciec przyjmie rolę wycofanego z życia publicznego i towarzyskiego domatora, a matka zacznie brylować towarzysko i robić karierę. Taką wersję opowieści poznajemy poprzez opowieści ich dzieci – rodzeństwo Sarah – przyjaciół, znajomych z branży i dalszej rodziny, ale też wspomnienia samego ojca reżyserki, który sportretował swoją nieżyjącą już żonę oraz ich dzieci. Polley odtwarza ten zapis, wizualizując go samodzielnie nakręconymi scenkami rodzajowymi, które  mają przypominać fragmenty prawdziwych rodzinnych filmików robionych amatorską kamerą.

Kolejne wypowiedzi wprowadzają nowe wątki, a te prowadzą do zaskakujących wniosków i odpowiedzi. Cały dokument wydaje się być mocno ekshibicjonistyczny w odkrywaniu rodzinnych wstydliwych tajemnic, choć po latach nie są one już tak kontrowersyjne - w końcu wszyscy bohaterowie są kilkadziesiąt lat starsi. Nie będę psuć czytelnikom przyjemności ze śledzenia tej historii, zresztą nie o samą historię tu chodzi. To, co interesuje samą Polley, to kwestia pamięci. Jak pamiętamy wydarzenia sprzed lat? Co zostawiamy w zakamarkach pamięci jako wstydliwy fakt, który staramy się wyprzeć, a co przekształcamy w romantyczny rodzinny mit, który – podkolorowany i niedopowiedziany – ma niewiele wspólnego z prawdą? Wreszcie, czy możliwa jest konfrontacja z prawdą po tylu latach? Te wszystkie pytania padają z ekranu lub są formułowane na koniec przez samą reżyserkę, która okazuje się niechcący stać w centrum ważnych wydarzeń z życia rodziny. To mocny, ciekawy dokument, w którym uderza niezwykła serdeczność i dojrzałość bohaterów. Pogodzonych z opowiadaną historią, choć – jak pokazują ostatnie spojrzenia kamery na twarze ojca i rodzeństwa Sarah Polley – wciąż osieroconych, mimo upływu czasu, przez żonę i matkę – najbarwniejszą postać w rodzinie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Arab Blues" ze zjawiskową Golshifteh Farahani w roli głównej niebawem w kinach

Golshifteh Farahani w filmie „Arab Blues
Golshifteh Farahani w filmie „Arab Blues" (fot. materiały prasowe)
Była pierwszą irańską aktorką po 1979 roku, która zagrała w hollywoodzkim filmie. W pierwszym filmie wystąpiła już jako 14-latka („Grusza”, reż. Dariush Mehrjui), co wywindowało ją do statusu supergwiazdy irańskiego kina. Do 2009 roku zagrała w 20 irańskich produkcjach. Marjane Satrapi, która reżyserowała Farahani w „Kurczaku ze śliwkami” wspominała w wywiadzie dla The Guardian – Ona nie tylko była kwintesencją Iranu, ale przede wszystkim matką całego narodu.

Była pierwszą irańską aktorką po 1979 roku, która zagrała w hollywoodzkim filmie. W pierwszym filmie - "Grusza" wystąpiła już jako 14-latka, co wywindowało ją do statusu supergwiazdy irańskiego kina. Do 2009 roku zagrała w 20 irańskich produkcjach. Marjane Satrapi, która reżyserowała Farahani w „Kurczaku ze śliwkami” wspominała w wywiadzie dla The Guardian – "Ona nie tylko była kwintesencją Iranu, ale przede wszystkim matką całego narodu".

Już 14 sierpnia do kin trafi „Arab Blues" w reżyserii Manele Labidi. Film został wyróżniony na 76. Festiwalu w Wenecji Nagrodą Publiczności w sekcji Giornate degli Autori (tej samej, w której nagrodzono również polskie „Boże Ciało"). W główną rolę młodej psychoanalityczki wcieliła się jedna z najbardziej znanych irańskich aktorek, Golshifteh Farahani.

W 2008 roku wystąpiła u boku Leonardo DiCaprio i Russela Crowe w filmie Ridleya Scotta pt. „W sieci kłamstw”.  W zwiastunie tej produkcji znalazła się scena, w której aktorka wystąpiła bez nakrycia głowy. Również na premierze „W sieci kłamstw” Farahani pokazała się z odkrytymi włosami, do tego w sukience bez rękawów. Sytuacja wywołała ogromny skandal w Iranie, a rząd oskarżył aktorkę o współpracę z CIA. Przez siedem miesięcy prowadzono śledztwo w sprawie o naruszenie bezpieczeństwa narodowego, za które mogła grozić nawet kara śmierci. W tym czasie Farahani wystąpiła w swoim ostatnim, jak na razie, irańskim filmie pt. „Co wiesz o Elly?” Asghara Farhadiego. Film zdobył Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię na 59. MFF w Berlinie, a po jego premierze śledztwo umorzono i pozwolono aktorce wyjechać z Iranu.

W 2012 roku po występie w filmie promującym francuskie Cezary, gdzie Farahani odsłoniła pierś, aktorka dostała oficjalny zakaz wstępu do rodzinnego kraju. "Wygnanie z Iranu jest jak śmierć. Nie zrozumiesz tego dopóki Ci się to nie przydarzy - cały świat chce Cię widzieć jako ofiarę" - pisała Farahani w oficjalnym oświadczeniu. "Bunt przeciwko niesprawiedliwości i przemocy wobec kobiet mam we krwi. Kiedy byłam nastolatką goliłam głowę na łyso, aby móc chodzić po ulicy bez hidżabu. Nie chciałam zmuszać się do czegoś, co jest mi z góry narzucane" - mówi aktorka.

Po wygnaniu z Iranu Golshifteh przeprowadziła się do Paryża, gdzie jej kariera aktorska nabrała rozpędu. Wybierała zarówno produkcje artystyczne, jak i hollywoodzkie blockbustery (m.in. „Exodus: Bogowie i Królowie”, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”, czy ostatnio „Tyler Rake. Ocalenie”). W 2016 roku zwróciła uwagę Jima Jarmuscha, który powierzył jej rolę Laury w filmie „Paterson”. Farahani zachwyciła widzów i światową krytykę kreacją troskliwej, pełnej pomysłów żony głównego bohatera (w którego wcielił się Adam Driver).

Najnowszy film z jej udziałem - "Arab Blues" przypomina, że powroty w rodzinne strony nie zawsze bywają łatwe. Tak jest w przypadku wychowanej we Francji Selmy, która postanawia wrócić do Tunezji, aby otworzyć gabinet psychoanalityczny. Na miejscu okazuje się jednak, że nie tylko nikt tam na nią nie czeka, ale jej zawód i styl życia nawet najbliższym krewnym wydają się cokolwiek podejrzane. Kulturowe różnice generują serię pomyłek i nieporozumień, które debiutująca reżyserka Manele Labidi ze swadą rozbraja humorem. W kinach od 14 sierpnia.

  1. Kultura

Horrory o demonach - najstraszniejsze filmy

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Dziewiąte wrota" w reżyserii Romana Polańskiego. (fot. BEW)
Horrory to gatunek, który zawiera w sobie ogromną złożoność. Wśród filmów należących do tego rodzaju, możemy odnaleźć zarówno horrory o demonach, duchach, wilkołakach, a nawet historie... oparte na fakcie. Najstraszniejsze horrory potrafią napędzić stracha, ale trzeba uważać - ten gatunek, jak mało który narażony jest na ryzyko kiepskiego scenariusza i groteskowość. My, mamy dla was listę, tych horrorów, które - naszym zdaniem, warto znać.

"Egzorcysta", reż. William Friedkin

Jeden z najstraszniejszych horrorów opowiadający historię aktorki, która sama wychowuje kilkunastoletnią dziewczynkę. Pewnego dnia dziecko zaczyna się dziwnie zachowywać, a jej stan coraz bardziej się pogarsza. Pomimo oficjalnej diagnozy, że z małą, wszystko jest w porządku, w domu zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. W końcu kobieta decyduje się na kontakt z egzorcystą, który ma pomóc odzyskać jej dziecko. Film "Egzorcysta" przeszedł już do kanonu, a świetnie zbudowane portrety psychologiczne głównych bohaterów pozwalają na filmie nie tylko się bać, ale także zaciekawić fabułą.

"Frankenstein", reż. Kenneth Branagh

Choć horrorów o podobnym tytule powstało na przestrzeni lat od groma, ten zasłynął przede wszystkim dobrymi recenzjami i znakomitą obsadą (w rolach głównych m.in. Robert De Niro i Helena Bonham Carter). Tym razem "Frankenstein" opowiada historię załogi żeglującego u wybrzeży Arktyki statku, która bierze na swój pokład tajemniczego rozbitka. Ocalonym okazuje się niejaki Wiktor Frankenstein, który zaczyna snuć opowieść przerażającą i mrożącą krew w żyłach - opowieść o swoim życiu. Jeden z najlepszych horrorów o demonach w historii, który warto obejrzeć także w innej wersji.

"Zakonnica", reż. Corin Hardy

Choć może nie jest to mistrzostwo kinematografii, tak film "Zakonnica" uchodzi za jeden z najstraszniejszych horrorów o demonach. Motyw opętanych sióstr zakonnych i duchownych jest wykorzystywany w filmie od dawna i ma swoich odbiorców. Tym razem w filmie sprzed dwóch lat mamy okazję wciągnąć się w opowieść o młodej kobiecie, która niebawem ma złożyć śluby zakonne i księdzu, którzy zostają wyznaczeni do tego, aby zbadać sprawę samobójstwa młodej zakonnicy z klasztoru w Rumunii. Jak się okazuje, na miejscu odkrywają niechlubne sekrety zakonu, a ich wiara zostaje wystawiona na próbę.

"Dziewiąte wrota", reż. Roman Polański

Klasyka kina w reżyserii Romana Polańskiego, który do głównej roli zatrudnił Johnny'ego Deppa oraz swoją żonę Emmanuelle Seigner. Reżyser zdecydował się przenieść na ekrany powieść Artura Pérez-Reverte’a znacząco jednak zmieniając jej treść. "Dziewiąte wrota" to opowieść o niejakim Deanie Corso, kolekcjonerze starych książek. Pewnego dnia zjawia się u niego szczególna osoba - kolekcjoner książek poświęconych diabłu, który chce, by Dean odnalazł dla niego dwa egzemplarze tajemniczej księgi pt. "Dziewiąte Wrota Królestwa Cieni", która czytana w sposób odpowiedni może doprowadzić do powrotu szatana na Ziemię. Polańskiemu, znanemu z zamiłowania do szatańskiej tematyki, już po "Dziecku Rosemary" udało się zrobić film przerażający, choć odrobinę kiczowaty, ze świetną główną postacią - cynicznego, zblazowanego bibliofila Corso. Jeden z najstraszniejszych horrorów o duchach i demonach warty uwagi. 

"Obecność", reż. James Wan

Jeden z najsłynniejszych horrorów o demonach opowiadający historię słynnej pary, która zostaje wynajęta do zbadania zjawisk paranormalnych mających miejsce w domu pewnej zrozpaczonej rodziny. Okazuje się, że domownicy nękani są przez demony zamieszkujące ich dom, z którymi należy się rozprawić za pomocą egzorcyzmów. Horror, który doczekał się kontynuacji zaliczany jest do tych, które warto obejrzeć ze względu na dość wartką akcję i całkiem niezłe efekty specjalne.

"Egzorcyzmy Emily Rose", reż. Scott Derrickson

Jeden z najsłynniejszych horrorów o demonach i złych duchach, który niejako rozpoczął boom na filmy o egzorcyzmach. "Egzorcyzmy Emily Rose" opowiadają historię młodej dziewczyny, która po wyjeździe z rodzinnego miasteczka i rozpoczęciu samotnego życia w college'u zaczyna doświadczać przedziwnych stanów i halucynacji. Gdy te nabierają na sile, Emily postanawia skorzystać z pomocy egzorcysty. Niespodziewanie, podczas dokonywania rytuałów, dziewczyna... umiera. Kościół stara się zatuszować sprawę i nie dopuścić do zeznań księdza, który został oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci dziewczyny.

 

 

  1. Kultura

Filmy katastroficzne - 5 tytułów, które warto obejrzeć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pojutrze" - Jake Gyllenhaal (fot. BEW)
Filmy katastroficzne to specyficzny gatunek kina. Trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, zatonięcia statków lub wizja świata pod lodem - mało które filmy wzbudzają w widzach aż tak duże emocje i wiążą się z tak przerażającymi obrazami rzeczywistości. Kilka z nich przeszło już do klasyki kina - oto top 5 najlepszych filmów katastroficznych.

"Titanic", reż. James Cameron

Ciężko pominąć tak głośny hit, który doczekał się aż jedenastu Oscarów, w kategorii najlepszych filmów katastroficznych. Film opowiada historię legendarnego statku o nazwie "Titanic" - niezatapialnego giganta, który w 1912 r. zderzył się z górą lodową i zatonął. Choć wydarzenia w tle - romans biednego, pochodzącego z nizin społecznych Jacka (w tej roli młody Leonardo di Caprio), który dostał się na rejs zupełnym przypadkiem i przygotowywanej do wyjątkowo korzystnego pod względem finansowym zamążpójścia, pięknej Rose (grana przez Kate Winslet) są fikcyjne, katastrofa, a także w dużej mierze wygląd statku odpowiadają rzeczywistości. "Titanic" wraz z niesamowitą ścieżką dźwiękową i niezwykłymi ujęciami uchodzi pomimo upływu czasu za jeden z najlepszych filmów katastroficznych wszech czasów.

"Pojutrze", reż. Roland Emmerich

Globalny wzrost temperatury (który w obecnych czasach jest już de facto rzeczywistością) doprowadza do dramatu - cała Ziemia w jednej chwili ma w zasadzie pokryć się lodem. Na taki bieg wydarzeń od dawna wskazywał klimatolog zajmujący się zmianami klimatycznymi na naszej planecie, który przepowiadał, że niebawem w wyniku ocieplenia od Antarktydy oderwie się ogromny płat grubej pokrywy lodowej, a całym globem wstrząśnie seria niezwykłych kataklizmów. Tak też się dzieje, a to co obserwujemy na ekranie - szalejące huragany, bombardowanie miast gigantycznym gradem, śnieżne zamiecie to zatrważające obrazy, które w kontekście zmian klimatycznych, z jakimi mamy obecnie do czynienia ogląda się z jeszcze większym przerażeniem...

"Armagedon", reż. Michael Bay

Tym razem w jednym z najlepszych filmów katastroficznych mamy okazję podziwiać młodego Bena Afflecka ("Armagedon" był jednym z pierwszych ważniejszych filmów aktora) i Bruce'a Willisa, którzy starają się uchronić ludzkość od zagłady przed zbliżającą się do Ziemi asteroidą. Choć produkcja nie została zbyt ciepło przyjęta przez krytyków, dotychczas uznawana jest za jedną z najchętniej oglądanych w swojej kategorii. Podkreśla się, że sceny, w których ukazane są serie nagłych, następujących po sobie kataklizmów uchodzą za jedne z najlepiej zrealizowanych pod kątem efektów specjalnych.

"Dzień niepodległości, reż. Ronald Emmerich

Spec od filmów katastroficznych - Ronald Emmerich, w "Dniu Niepodległości" tym razem przedstawił wizję Ziemi w stanie śmiertelnego zagrożenia wywołanego nieznanym obiektem przybyłym z kosmosu. Jak się okazuje, "mieszkańcy" statku mają jeden cel - zniszczyć gatunek ludzki. W przeddzień jednej z najważniejszych dat w kalendarzu każdego Amerykanina - czwartego lipca, przybysze rozpoczynają ataki, w których niszczone są największe miasta na świecie. Dobry film katastroficzny z całkiem niezłą obsadą: Will Smith i Bill Pullman w rolach głównych.

"2012", reż. Ronald Emmerich

Kolejny film katastroficzny konsekwentnego Ronalda Emmericha, który przypomina nam, co powszechnie mówiono o roku 2012. To właśnie wtedy miał nastąpić przepowiadany od wieków koniec świata. W tej części katastroficznych wizji Emmericha widzimy już pełen obraz zagłady całego świata w każdym jego zakątku, który opisać można dwoma słowami: zupełny kataklizm. "2012", choć pod względem fabuły nie powala - opowiada historię niejakiego Jacksona, który podczas wycieczki rodzinnej odkrywa jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic na świecie - zgodnie ze starożytną przepowiednią nieuchronnie zbliża się dzień zagłady - 21 grudnia 2012 roku, o której rządy największych państw świata dawno wiedziały i zgodnie ją potwierdziły, to jeden z najmocniejszych kandydatów w swoim gatunku. Jedno jest pewne, "2012" to film katastroficzny zrealizowany z ogromnym rozmachem, niesamowitymi efektami specjalnymi (które kolejno nachodzące kataklizmy przedstawiają w niezwykle widowiskowy sposób), który kreśli mimo wszystko dość przerażającą wizję tego, co może stać się z naszym światem, gdy ludzkość nie przestanie nadmiernie ingerować w naturę.

  1. Kultura

Filmy na Dzień Kobiet, które warto obejrzeć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Erin Brockovich" (fot. BEW)
Dzień Kobiet obchodzony 8 marca to coroczne święto, które współcześnie przypominać ma nam o kobietach - matkach, żonach, córkach, siostrach, przyjaciółkach... I choć utarło się, że tego dnia to mężczyźni wręczają kobietom goździki i rajstopy, nic nie stoi na przeszkodzie, by samej sobie (bądź wspólnie ze swoimi ulubionymi kobietkami) urządzić prawdziwe święto. I obejrzeć dobry film. O kobietach i dla nich.

"Małe kobietki", reż. Greta Gerwig

Opcja do zobaczenia (jeszcze) na dużym ekranie, gdyż historia sióstr March dopiero niedawno weszła do polskich kin. "Małe kobietki" to osadzona w latach 60. XIX w. opowieść o kobietach, które opiekują się sobą nawzajem podczas nieobecności ojca, głowy rodziny, walczącego w wojnie secesyjnej. Klasyka kobiecej literatury w interpretacji Grety Gerwig to bardzo subtelny, niezwykle czuły obraz siostrzanej miłości, kobiecego wsparcia i entuzjazmu, który wybija się tu na pierwszy plan pomimo wielu przeciwności losu.

"Chłopaki nie płaczą", reż. Olaf Lubaszenko

Co z tego, że chłopaki nie płaczą? Kobiety też nie ;) i z powodzeniem mogą tego dnia powrócić do klasyki polskiego kina z przełomu wieków. Fabuła filmu jest prosta i przyjemna - dwaj młodzi przyjaciele (w tych rolach młody Maciej Stuhr i Wojciech Klata) wplątani zostają w gangsterskie porachunki. Luźna komedia z plejadą polskich gwiazd, które wtedy w wielu przypadkach stawiały jeszcze pierwsze kroki. Oprócz Suhra w filmie wystąpił m.in. Cezary Pazura, Andrzej Zieliński, Paweł Deląg, Mirosław Baka i wielu innych...

"Czego pragną kobiety", reż. Nancy Meyers

W Dzień Kobiet mogą zadawać sobie to pytanie do woli. Kultowy film z Melem Gibsonem i Helen Hunt w rolach głównych. Główny bohater - Nick jest typowym kobieciarzem, któremu nie w głowie poważne związki. Oprócz tego jest również świetnym pracownikiem, który liczy, że obejmie wysoką posadę... Ta jednak przypada komuś zupełnie innemu. I to kobiecie! Od tego momentu Nick nie chce słyszeć o kobietach, a wypadek któremu ulega w tym czasie, powoduje, że... mężczyzna zaczyna słyszeć myśli wszystkich kobiet, które znajdują się w jego pobliżu. Błogosławieństwo, czy przekleństwo?

"Siła kobiet", reż. Jr

Twórca filmu opowiadającego o niezwykłej sile kobiet zamieszkujących najbiedniejsze dzielnice na świecie i borykających się z biedą, chorobami, konfliktami jest artystą i fotografem. I w niezwykły sposób zaglądając do tych miejsc pokazuje kobiety - ich siłę, walkę, wytrwałość, podkreślając, że to właśnie w tej płci najwyraźniej widać kondycję całych społeczeństw. Reżyser odwiedza tu m.in. Indie, Kambodżę, Brazylię, czy Sudan i w niezwykły sposób zbliża nas do swoich bohaterek.

"Juno", reż. Jason Reitman

Ellen Page w roli nastolatki, która zaszła w ciążę i postanowiła sprostać sytuacji, w jakiej się znalazła. Film Jasona Reitmana to ciekawy obraz zrywający ze stereotypowym myśleniem o "nastoletnich ciążach". Tytułowa Juno zaszła w ciążę rozpoczynając tak naprawdę swoje życie seksualne z najlepszym przyjacielem - nie była ani "rozwiązłą" nastolatką, ani nie była gotowa na tak wczesny krok w dorosłość. Dzięki niechcianej ciąży decyduje się jednak zmierzyć z dorosłością, problemami z jakimi wiąże się macierzyństwo, miłością, konfrontacją ze starszymi. Szczera i naprawdę warta obejrzenia historia.

"To ja Malala", reż. Davis Guggenheim

Kim jest Malala Yousafzai, pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, dziewczynka, która przez kilka lat prowadziła bloga o tym, jak w rzeczywistości wygląda życie dziewcząt w Pakistanie pod rządami talibów wie cały świat, . „Kiedy się urodziłam, mieszkańcy naszej wioski współczuli mojej matce i nikt nie powinszował ojcu.[…] Dla większości Pasztunów narodziny córki to dzień smutku. […] ale ojca to nie obchodziło." Za swoją działalność zaczęła być prześladowana, aż w końcu w wyniku zamachu dokonanego przez talibów postrzelona w głowę. Malala przeżyła zamach na swoje życie i dalej głośno sprzeciwiała się zakazom edukacji dla dziewcząt, wyrzucaniu ich ze szkół i ciemiężeniu. "To ja Malala" pokazuje jej walkę o podstawowe prawa dla kobiet i dziewczynek, ale też Malalę na co dzień - młodą dziewczynę, która podobnie, jak jej rówieśniczki, chce kochać, mieć przyjaciół i czerpać z życia.

"Za wszelką cenę", reż. Clint Eastwood

Clint Eastwood i Hilary Swank jako mistrzowski duet mistrz - uczennica. Ona chce zdobyć mistrzostwo w boksie, jest zdesperowana i bardzo zdeterminowana; on wytrenował w swoim życiu wielu znanych bokserów. Początkowo ich współpraca nie zapowiada się ciekawie - on twierdzi, że w jej wieku nie osiągnie się żadnego sukcesu, a boks to szczególnie niekobiecy sport, ona natomiast nie poddaje się i za wszelką cenę chce dopiąć swego. Z czasem między dwojgiem rodzi się ogromna przyjaźń, której spoiwem jest wspólna pasja i wyjątkowo silne charaktery.

"Dziennik Bridget Jones", reż. Sharon Maguire

Coś lżejszego z okazji Dnia Kobiet, czyli najsłynniejsza i najwdzięczniejsza singielka świata - Bridget! Kultowa postać Bridget Jones – dojrzałej, samotnej kobiety, która stara się znaleźć miłość swojego życia, otoczonej ekscentrycznymi rodzicami i specyficznymi przyjaciółmi, to majstersztyk jeśli chodzi o portret kobiety w filmie komediowym. Bridget zachwyca swoim poczuciem humoru, niezdarnością i… realizmem. Cóż możemy powiedzieć - panna Jones jest jedyna w swoim rodzaju i kochamy ją, taką jaka jest.

"Erin Brockovich", reż. Steven Soderbergh

Samotna matka trójki dzieci, dwukrotna rozwódka, z brakiem wykształcenia i możliwości znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia. Kobieta nie poddaje się jednak i choć nikt nie dawał za nią złamanego grosza, cudem zdobywa miejsce w kancelarii prawnej (po tym, jak przegrywa sprawę w sądzie o odszkodowanie i nie ma z czego zapłacić rachunków). To, co wydarzy się później do tej pory zadziwia wielu praktyków prawa - Erin odkrywa podejrzaną działalność ogromnego koncernu, który zatruwał wody gruntowe jednego z okolicznych miasteczek. Proces sądowy wykazał, że Erin mówiła prawdę, a sąd przyznał jej klientom astronomiczną sumę odszkodowania - 333 miliony dolarów. Warte także dla genialnej Julii Roberts w roli głównej.

 

  1. Kultura

"Wszystko zaczyna się i kończy na kobietach" - Xavier Dolan o twórczości i życiu

fot. East News
fot. East News
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
"Zawsze wszystko zaczyna się i kończy na kobietach. Nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej" – nawołuje 30-letni Xavier Dolan. Już dawno nie cudowne dziecko kina, ale w pełni dojrzały twórca, który nie jest pewien, czy nadal chce się poświęcać reżyserii.  Na nasze ekrany wszedł właśnie jego film „Matthias i Maxime”.

Wierzysz, że jeden pocałunek może odmienić całe życie?
Kiedyś myślałem, że seks ma taką moc. Bzdura! Pocałunek to piękna i czysta obietnica czegoś więcej. Wszystko jest możliwe na tym etapie. Z kolei seks to już spełnienie. Finał. Bez sensu zaczynać od końca.

Dlaczego zmieniłeś zdanie?
Z wiekiem staję się niepoprawnym romantykiem. Chyba zachodzi jakiś regres – staję się naiwny i prostolinijny.

Naprawdę uważasz, że to regres?
No wiesz, powinniśmy uczyć się na błędach. Doświadczenie hartuje. W pewnym sensie i mnie zahartowało, uzbroiło w pewien pancerz, a jednak nie ma we mnie żalu, rozgoryczenia, podejrzliwości wobec ludzi. Ludzie są, jacy są. Chcę wierzyć, że zło istnieje po to, by mogło istnieć dobro. Że pomimo złych nawyków ludzi wciąż stać na to, by wzbijali się ponad rutynę codzienności i realizowali piękne cele. Mówię, że jestem naiwny i prostolinijny, i tak właśnie jest. Wolę to niż cynizm i wyrachowanie.

Masz dopiero 30 lat. To chyba za wcześnie na cynizm?
Znam wielu cyników z mojego pokolenia. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. To kwestia wielu okoliczności towarzyszących: zepsucia dobrobytem, braku pasji, wpływu mediów, pustki emocjonalnej...

Xavier Dolan (fot. East News) Xavier Dolan (fot. East News)

Umiesz się przed tym wszystkim bronić?
Próbuję.

Jak?
Trochę grywam.

Chyba nie do końca rozumiem: w jaki sposób aktorstwo chroni cię przed cynizmem?
Ale ja grywam w życiu. Bywam kimś lepszym, czasami gorszym... po prostu odbijam się od siebie, wychodzę z własnej sfery komfortu. Nie zrozum mnie źle – nie chodzi mi o to, że kreuję siebie samego. Po prostu podkręcam rzeczywistość wokół. Prowokuję zdarzenia, żeby doświadczyć czegoś ponad normę, ponad przeciętność.

Po co ci to?
Wolę się sparzyć po raz kolejny, ale poczuć, że żyję, niż kalkulować, co mi się opłaca, a co nie. Dlatego wierzę w siłę pocałunku, tak jak wierzę w siłę danego słowa czy w siłę sztuki. Gdybym wierzył w siłę seksu, to tak, jakbym zakładał, że ludzie wolą przeczytać recenzję niż pójść zobaczyć mój film. Za stary jestem na to.

Za stary? Wyreżyserowałeś już osiem pełnometrażowych filmów. Wszyscy raczej podkreślają, że jesteś dość młody jak na swoje dokonania.
Miałem to szczęście, że od zawsze wiedziałem, co chcę robić. Poza tym urodziłem się w Kanadzie, kraju, który daje obywatelom zaplecze do tego, by mogli się realizować. Dodaj tu nieszczęśliwe dzieciństwo, czyli paliwo każdego artysty. W zasadzie musiałem, chcąc nie chcąc, zająć się sztuką. Inaczej bym zwariował.

No dobra, nie chcę wyjść na rozkapryszonego bachora. Chodzi mi o to, że dobrobyt stabilnego ekonomicznie i politycznie kraju rozleniwia. Bogate demokracje usypiają swoich obywateli, robiąc z nich roszczeniowe marionetki. W tym kontekście fundamentalne dla przyszłego artysty okazują się zawsze punkty graniczne – wojny, traumy, rodzinne zawirowania, poszukiwania własnej tożsamości, zaborcza miłość matki i takie tam... Zresztą nie chcę się powtarzać, wszystko jest w moich filmach.

Stawiasz sobie w ogóle jakieś granice? Istnieją dla ciebie rzeczy zbyt intymne, żeby pokazywać je na ekranie?
Coś na pewno zostawiam dla siebie i bliskich. Nie wszystko jest na sprzedaż. Był kiedyś chyba taki polski film?

„Wszystko na sprzedaż” w reżyserii Andrzeja Wajdy z 1968 roku. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością. Tak jak w twoich obrazach.
Tak, aktorzy często mówią u mnie własnym głosem. Inaczej sobie tego nie wyobrażam. Pracuję zawsze na to, żeby film był jak najbardziej naturalny. Dlatego dość dobrze poznaję swoich aktorów. Spędzamy ze sobą sporo czasu, zanim staniemy na planie. Jest trochę tak, że wysysam z nich soki, witalność, prawdę, ale to nie powinno nikogo dziwić – reżyseria ma w sobie wiele z wampiryzmu. A scenariusz w moim przypadku jest tylko punktem wyjścia.

Ostrzegasz aktorów przed samym sobą?
Podejmują ryzyko zawodowe. Ja jestem od tego, żeby ich reżyserować, nie ochraniać.

Jaki był punkt wyjścia w przypadku filmu „Matthias i Maxime”?
Właściwie powiedzieliśmy już wszystko o tym obrazie. Pocałunek dwóch chłopaków zmienia ich życie raz na zawsze.

Przyjaciele z dzieciństwa nagle odkrywają, że być może są w sobie zakochani. Albo może raczej, że mogliby się w sobie zakochać...
Znasz kogoś całe życie i nagle okazuje się, że wcale nie. Może ci się zresztą wydawać, że znasz samego siebie, a i to nie do końca prawda. Znasz się na tyle, na ile życiowe doświadczenia pozwalają ci siebie poznać.

Matthias i Maxime trzymali się razem już, kiedy mieli po pięć lat.
Są najlepszymi przyjaciółmi. Więcej, są jak bracia, i co do tego nie mamy wątpliwości. Niespodziewanie jeden pocałunek wszystko zmienia. Nawet nie tyle zmienia, ile podważa, zaburza pewien porządek.

Namiętność to rzecz, którą możesz dość szybko zweryfikować – idziesz do łóżka i sprawdzasz, czy to jednorazowa sprawa, czy coś więcej. W przypadku Matthiasa i Maxime’a jest inaczej, oni czują pożądanie względem siebie, ale czują też, że nie chodzi wyłącznie o fizyczną przyjemność czy zaspokojenie. Bardzo możliwie, że łączy ich głębokie uczucie. Dziś mają po 30 lat. Pytanie, gdzie ta miłość była przez 25 lat ich życia i znajomości. Dlaczego nie czuli jej wcześniej?

Ty znasz odpowiedź?
Nie ma jednej odpowiedzi. I znalezienie jej niekoniecznie musi przynieść ukojenie. O tym jest mój film.

I o tym, że czasami ludzie nie chcą szukać odpowiedzi. Szanuję to. Nie rozumiem, ale szanuję.

To twój kolejny film bez postaci ojca.
A to jakiś problem?

Zwykła obserwacja.
Nie interesuje mnie przedstawianie ojca na ekranie. Nie był częścią mojej rzeczywistości na żadnym etapie życia. Nie jest dla mnie w żaden sposób fascynujący – narracyjnie, wizualnie, społecznie, emocjonalnie. Nie czuję potrzeby, żeby pokazywać figurę ojca w kinie. Tyle już powstało filmów o ojcach... a ja znam całe rodziny, które obyły się bez nich i trwało to pokoleniami. Nie wiem, czy to było złe, czy dobre. Za to widziałem i znałem kobiety, które były znakomitymi matkami i cudownymi ojcami równocześnie. Czasami zachowywały się fatalnie – błądziły, upadały, próbowały znowu. Ale były, podnosiły się, walczyły. I to jest dla mnie temat, na pewno nie patologia.

Chcę opowiadać o kobietach. Chcę je analizować. Chcę je ubierać i rozbierać na ekranie. Wydaje mi się, że zawsze wszystko zaczyna i kończy się na kobietach. Nie pozwólcie sobie wmówić, że jest inaczej.

W „Matthiasie i Maximie” grasz ty, grają też twoi przyjaciele.
Dlatego wszystko było dla mnie naturalne. Niemal intuicyjne. Nie zastanawiałem się nad wieloma rzeczami, bo nie musiałem. Znam tych ludzi całe moje życie, obsadziłem ich, bo wiedziałem, że po części zagrają siebie, czyli zwykłych 30-latków, którzy bywają zblazowani, zagubieni, nienasyceni, leniwi, nieszczęśliwie zakochani, radośni, spontaniczni, gadatliwi, otwarci. Tacy zwykli, tacy moi. Niektóre żarty być może będą nawet niezrozumiałe dla widzów, ale tak miało być – chodziło o to, żeby pokazać, że to zgrana paczka. Komuś z zewnątrz trudno ich czasami zrozumieć, ale nawet nie do końca wszystko rozumiejąc, cudownie się na nich patrzy.

Kadr z filmu 'Matthias i Maxime' (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Matthias i Maxime" (fot. materiały prasowe)

Łatwo reżyseruje się przyjaciół?
Skąd, to orka [śmiech]! W ogóle się nie słuchają. W ogóle! Cały czas mają „lepsze pomysły” i mówią to na głos przy całej ekipie [śmiech]. Jakoś dobrnęliśmy do finału, ale momentami musiałem ich mocno dyscyplinować. Myślę, że wszyscy zaskoczyliśmy się parę razy.

Czy to prawda, że rzucasz reżyserię?
Hm... Nie wiem. Niczego nie obiecuję [śmiech].

Plotki skądś się biorą.
Nie wiem sam, co mam odpowiedzieć, ale chciałbym uczciwie i w zgodzie ze sobą. Jestem na pewno na takim etapie drogi, że chciałbym mocniej postawić na aktorstwo. To mnie teraz kręci bardziej.

Trudno pogodzić reżyserię z graniem?
Nie mogę skrupulatnie czytać scenariuszy i rozważnie przyjmować ról. Wróć! „Rozważnie” to złe słowo. Lubię ryzykować, ale muszę wiedzieć, że warto. A na podejmowanie decyzji trzeba czasu. Ja nigdy nie działam raptownie w kwestiach zawodowych, potrzebuję ułożyć się z pewnymi rzeczami, to zwykle długi proces. Dotychczas większość mojej uwagi pochłaniała reżyseria, inaczej być nie mogło. Z drugiej strony – już tyle razy okrzyknięto mnie nadzieją reżyserii, a potem mieszano z błotem, żeby znów wynieść na piedestał, żeby następnie z niego strącić... I tak w kółko. Myślę, że powinienem dać ludziom od siebie odpocząć. Dać im za sobą zatęsknić. Jest też trochę tak, że zacząłem definiować życie przez reżyserię. Przez ostatnią dekadę głównie reżyseruję. To nieodłączny element mojej codzienności.

Nie będziesz tęsknił?
Ale ja się z niczym nie rozstaję! Nie zrywam kontaktów. Po prostu czuję się pusty, wypalony. I żeby móc tworzyć, żeby móc reżyserować, muszę znowu naładować baterie. Nie chodzi o żaden odpoczynek – raczej o to, żeby pożyć i coś przeżyć. A potem o tym opowiedzieć.

A wyobrażasz sobie, że w ogóle nie zajmujesz się kinem?
Kiedyś myślałem, że kino jest mi niezbędne jak oddychanie. A teraz wiem, że czasami trzeba wyjść z kina tylko po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Trzeba wyjść z ciemności do światła.

Xavier Dolan urodził się w Montrealu w 1989 roku. Jest reżyserem takich filmów, jak m.in.: „Zabiłem moją matkę”, „Wyśnione miłości”, „Na zawsze Laurence” (Nagroda Specjalna w Cannes), „Mama” (Nagroda Jury w Cannes), „To tylko koniec świata” (Grand Prix i Nagroda Jury Ekumenicznego w Cannes). Otwarcie przyznaje, że jest gejem, jego filmy zawierają wątki autobiograficzne.