1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wywiad z Bartoszem Konopką

Wywiad z Bartoszem Konopką

Jak reżyser zmienia się wraz ze swoimi filmami? Co próbuje sobie rekompensować na ekranie i w życiu? – Sztuka polega na tym, by wiedzieć, czego ty chcesz, czego tobie potrzeba, a nie jak zadowolić innych – mówi Bartosz Konopka w rozmowie z Robertem Rientem

Udaje ci się żyć tak, jak byś chciał?

Nie.

Dlaczego?

To nie jest związane z filmami, pracą, tak zwaną karierą. Nawet jeśli na tym polu czuję się czasami spełniony, to wcale nie wpływa na to, czy jestem całościowo zadowolony ze swojego życia. Nagrody, festiwale, uznanie ludzi pomagają, ale to nie decyduje o tym, czy żyję w zgodzie ze sobą i potrafię czerpać radość z drobnych rzeczy, czy wpadam we frustrację. W pracy, jak mnie coś zainteresuje, wyda się ważne, to długo się na tym skupiam. Rozgryzienie tematu nie przychodzi mi łatwo. Na początku zresztą studiowałem filmoznawstwo, bo nie miałem odwagi, by od razu pójść na reżyserię. Miałem kompleks prowincjusza, pochodzę z Dąbrowy Górniczej, w której działałem w zupełnie amatorskim teatrze prowadzonym przed dwóch sztygarów. Nie wierzyłem w siebie. Na trzecim roku filmoznawstwa zdecydowałem się zdawać na reżyserię do Łodzi, ale się nie udało. Zacząłem więc chodzić na zajęcia jako wolny słuchacz, po roku spróbowałem ponownie i znowu porażka. Zająłem się wtedy dziennikarstwem, pojechałem do Warszawy, zacząłem robić reportaże. Wszedłem w film dokumentalny i wtedy, już z inną teczką, dostałem się do szkoły bez problemu. Zmieniłem się, stałem się bardziej otwarty na ludzi, mniej skupiony na sobie.

Co spowodowało, że się zmieniłeś?

Doświadczenie. Gdy zacząłem robić dokumenty, musiałem nauczyć się być wśród ludzi, otworzyć na to, co przeżywają inni. Zainteresowały mnie filmy, które bardziej stawiają pytania, niż dają odpowiedzi. Myślałem, że dokument będzie moją drogą na zawsze, ale odezwał się niepokój, poczucie, że coś jest nie tak, chęć, by zmierzyć się z tym, co osobiste.

Wtedy powstał „Lęk wysokości”, opowieść o relacji syna z chorym psychicznie ojcem. Ten film był osobistym rozliczeniem się z przeszłością. Przyniósł ukojenie?

Rozliczenie tak, ale ukojenie się nie pojawiło. Po czasie dotarło do mnie, że ten film to była mitologizacja przeszłości i ojca. Miałem potrzebę, by po jego śmierci w 2005 roku stworzyć dobry obraz. Umarł nagle, miało to związek z komplikacjami w leczeniu psychiatrycznym, napędzał mnie żal, poczucie winy. Dlatego opowiedziałem o chropowatej miłości, o niedoskonałym synu, którego ojciec jest ofiarą.

Idealizacja rodzica, którego nie ma?

Tak, ale gdy film już zaistniał, to emocjonalne wahadło silnie odbiło w drugą stronę. Zacząłem proces introspekcji, obserwacji ciemnej strony naszej relacji. Ten proces trwa od ponad roku i pomaga mi na nowo złapać kontakt ze sobą, odpowiadać sobie na pytanie, kim jestem, po co jestem. Dzięki temu mogę się oddzielić od przeszłości, być blisko siebie.

Wahadło, które odbiło w drugą stronę, to był bunt, złość?

Tworząc „Lęk wysokości”, wystawiłem pomnik mojemu tacie i bliscy mi ludzie, widzowie – zaczęli ten pomnik skrobać. Pojawiły się rysy, które dały mi dużo do myślenia, dzięki temu wyzwoliłem się z tej idealizacji, zacząłem się cofać w mojej historii z tatą. Poszedłem na psychoterapię, zaczął się proces zmian, oglądania rewersu naszej relacji. Zobaczyłem sprawy, które wyparłem w trakcie jego trwającej 12 lat choroby.

Możesz opowiedzieć o niej więcej…?

Mój ojciec chorował na schizofrenię paranoidalną, miał omamy słuchowe. Gdy byłem na trzecim roku studiów, dostałem telefon, że tato trafił do szpitala, czy zechciałbym przyjechać, bo trzeba podpisać papiery, a nie ma nikogo z rodziny. Rodzice rozstali się, gdy miałem 16 lat, mieszkałem z mamą, a kontakt z ojcem był coraz słabszy. Nie wiedziałem, co się z nim dzieje. To był szok, poczucie bezradności, nie miałem pojęcia, jak pomóc jemu i sobie. To jest ciągle tabu w Polsce, nie ma gdzie o tym poczytać, z kim podyskutować, dla mediów to nie jest atrakcyjny temat. Cały czas widzę dookoła siebie takie zagubione chorobą osoby. I wydawało mi się, że opowiedzenie tej historii może komuś pomóc.

Umieściłeś w filmie sceny, które w twoim życiu się nie wydarzyły, ale chciałeś, by się wydarzyły, trochę w ramach czarowania rzeczywistości?

Zależało mi na pokazaniu momentu, w którym syn porywa swojego ojca ze szpitala i jadą razem na spontaniczną wycieczkę w góry, jak kiedyś przed laty. To końcowa scena w filmie, sam nigdy nie miałem odwagi tego zrobić.

Opiekowałeś się nim, kiedy chorował?

Z tym był problem, byłem wtedy gówniarzem, miałem 23 lata. Był we mnie lęk przed nim i przed tym, jak mu pomóc. Skazałem się w tej nieporadnej opiece na samotność, ciężko mi było o chorobie ojca komukolwiek opowiadać, wstydziłem się. Rodzina założyła, że to moja rola opiekować się nim. Lekarz mi powiedział, że najlepiej, bym zabrał go do siebie, do domu. Przymierzałem się, ale nie zrobiłem tego. Żałowałem później, że nie spróbowałem. Dzisiaj bardziej kierowałbym się uczuciami. Dlatego też spróbowałem tego rozwiązania w filmie.

Pytanie o to, co jest normalne, a co szaleństwem, powraca w twoich filmach. Opowiadasz o zburzeniu muru berlińskiego z perspektywy królików, a o czasach PRL-u w Polsce głosem kapłana voodoo.

Nie lubię tego, co normalne. Codziennością, zwyczajnością długo gardziłem, nie sprawdziła się w moim życiu, a ja w niej. Lubię świrów, ludzi, którzy zakrzywiają rzeczywistość, ale po doświadczeniu z ojcem wystraszyłem się, że skończę jak on, i zacząłem być poukładanym, zdroworozsądkowym człowiekiem, zagalopowałem się w tym. Teraz rozbijam tę racjonalną powłokę. Ciągle mam poczucie, że nie daję i nie dostaję tego, co bym mógł, zatrzymują mnie różne lęki, całe mnóstwo lęków. Potrzebuję innych ludzi do życia, opieram się na nich, czerpię z nich, lubię tę cechę w sobie, pomaga mi rozumieć świat, siebie.

Samotność nie jest ci potrzebna?

Dopiero od niedawna, to się zmieniło w ostatnim roku. Wychowanie, które odebrałem, predysponowało mnie do ciągłego bycia z ludźmi. Gdy miałem 12 lat, mama wyjechała do pracy w Austrii, cztery lata później rodzice się rozstali. Wtedy wykształcały się we mnie różne cechy przystosowawcze, ze względu na brak zaufania do samego siebie, przekonanie, że nie jestem taki ważny, skoro mama wyjechała, a rodzice się rozstali. A to doprowadziło mnie do myśli, że na zewnątrz muszą być inne, ciekawsze rzeczy i trzeba po nie sięgnąć. I gdy jestem miły, akceptuję, dużo daję, poświęcam siebie – to wtedy mam miejsce w społeczeństwie. W ten sposób się dowartościowywałem. Ale dzięki temu dużo się nauczyłem o życiu, ciągle coś się działo, spotykałem ciekawych ludzi, uczyłem się, chłonąłem świat.

A teraz?

Czuję, że mi wystarczy tego, co na zewnątrz, próbuję być sam ze sobą.

Pojawił się wewnętrzny fundament, poczucie bezpieczeństwa?

Tego mi jeszcze brakuje. Chciałbym wyjechać gdzieś sam ze sobą na tydzień, pracować, napisać jakąś historię, treatment, scenariusz. Sam dla siebie nie jestem jeszcze na tyle ważny, by to się udało, ale pracuję nad tym.

Co chcesz przekazać swoim córkom?

Gdy zostałem rodzicem, bardzo chciałem naprawić błędy moich rodziców. Teraz staram się spędzać z córkami czas sam na sam, chociaż ich mama robi to częściej. Gdy wyznaczamy im kary, zazwyczaj są one odroczeniem jakiejś przyjemności. Nawet jeśli robią coś źle, próbuję zobaczyć to ich oczami, zrozumieć, nie krytykować, nie krzyczeć, ciągle je doceniać. Chcę córkom dać poczucie, że jestem dla nich i że są bardzo ważne, zależy mi na tym, by mogły się do mnie zwrócić, gdy będzie im źle. Zabrakło mi tego, gdy dorastałem, takiej właśnie partnerskiej relacji z rodzicami, którzy opowiedzieliby mi o tym, jak funkcjonuje świat. Wskazali, co mam dobrego w sobie, wspierali, zachęcali, bym za tym poszedł. Chcę wiedzieć, co się dzieje z moimi dziećmi, teraz to jest łatwiejsze, bo są małe, ale chcę zbudować z nimi bliskość na całe życie. Mam nadzieję, że w tym wytrwam.

Gdy wiesz, gdzie mieszkają demony, to pewnie łatwiej ostrzec przed nimi dzieci. A co tobie daje siłę?

Próbuję przebudować związki z bliskimi, szukam dojrzalszych i głębszych relacji z ludźmi, ale już nie ze wszystkimi, tylko kilkoma wybranymi. Dużo siły daje mi proces sklejania się ze sobą na nowo, nawiązywania więzi, która zawieruszyła się wiele lat temu. Jestem coraz bardziej dogadany z różnymi częściami siebie. Najbardziej zależy mi na wewnętrznym spokoju

Kiedy on się pojawia?

Wtedy, gdy się nie okłamuję, nie zdradzam, nie wyprzedaję. Doszedłem do takiego stopnia zamydlania sobie oczu, że wewnętrzne potrzeby, pragnienia oddaliły się na tyle, że nie mogłem ich usłyszeć, dostrzec. I nagle przyłapałem się, że głównie robię rzeczy dla innych ludzi albo takie, których inni ode mnie oczekują, znalazłem się trochę pod ścianą.

Stąd wzięła się potrzeba terapii? Żeby przeskoczyć ścianę?

To jedno, a druga sprawa to poszukiwanie miłości – te procesy się przenikają. Jest we mnie potrzeba bliskości głębszej, niż kiedykolwiek doświadczyłem, zarówno ze sobą, jak i innymi. Dorosły Bartek, który potrafi wiele spraw załatwić, osiągnąć, który przeszedł przez trudne doświadczenia, mógłby teraz zająć się tym młodym Bartkiem. Wierzę, że wtedy mógłbym tworzyć coraz ciekawsze rzeczy. Nie chodzi o to, by mieć kontakt z tym, kim jestem, ale by siebie kochać.

Sam jakiś rok temu zacząłem chodzić ze sobą na randki. W tym czasie daję sobie wszystko, czego pragnę, na co mam ochotę – dobre jedzenie, film. To kilka godzin poznawania siebie, przekraczanie wstydu, który istniał tylko w głowie.

Ciekawe, muszę spróbować. Ja na razie szukam w sobie pozytywnych wartości, na przykład przyczyn, dla których odniosłem sukces. To długi proces, który powoduje, że kompleks prowincjusza odsuwa się na dalszy plan.

Agnieszka Holland powiedziała o tobie: „szuka najgłębszej prawdy swojej pracy”. Czym jest ta prawda?

Im bardziej się okłamywałem, tym bardziej szukałem na zewnątrz, wybrałem dokument, który jest opowieścią o świecie, ludziach, jest poszukiwaniem prawdy w tym, co obok. Dlatego przeszedłem do fabuły, bo zacząłem dbać o swoją prawdę, znajdować ją w świecie, który tworzę, a nie tym, który już jest.

Fikcja i fabuła dla tych pogodzonych ze sobą, a reportaż i dokument dla tych w lęku, szukających na zewnątrz?

Gdy zajmowałem się dokumentem, przez lata powtarzałem, że więcej można odkryć, otwierając się na ludzi niż na własną wyobraźnię, ale ten etap chyba mam już za sobą. Myślę, że chodzi o to, by nie być zablokowanym na żaden ze światów. Poszukiwanie prawdy to polska szkoła, Wojciech Marczewski powtarzał, że prawda jest najważniejsza, że film może i powinien być grą, ale trzeba być wyczulonym na prawdę o świecie, sobie, nie można jej niczym innym zastąpić. To jest też lekcja Marcela Łozińskiego, wyjątkowej postaci w sztuce dokumentu i szkoły Wajdy. On też twierdzi, że możesz manipulować, jak chcesz, ale musisz być w zgodzie z prawdą. Łoziński często mówił, by nie gwałcić rzeczywistości, by iść za prawdą, której się dotyka. A docieranie do prawdy to najczystsza forma tworzenia.

A ciebie cały czas najbardziej interesują ci w ostatnim szeregu, na uboczu, ludzie nie z marmuru i żelaza?

Długo tak się czułem, zapomniany, więc pomimo nagród, większej wiary w siebie – to cały czas ja i moje zainteresowania. Projekcja i identyfikacja.

Nominacja do Oscara nie uderzyła ci do głowy?

Nie przyszła myśl: „czyli myliłem się przez całe życie, jednak jestem wyjątkowy”. To tak się nie odbywa. Nominacja była potwierdzeniem, że wysiłek całej ekipy się opłacił, doszliśmy najwyżej, jak mogliśmy, to dawało spełnienie. Ludzie mówili mi, że mogę teraz robić, co zechcę, że muszę znaleźć agenta, pojechać do Hollywood. Zacząłem o tym myśleć, ale potem przestałem. Sztuka polega na tym, by wiedzieć, czego tobie potrzeba, a nie jak zadowolić innych.

Czego zatem chcesz, czego tobie potrzeba?

Spokoju, pełnego dogadania się ze sobą, równowagi w miłości

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.