1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą - wywiad z Jarosławem Sokołem

Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą - wywiad z Jarosławem Sokołem

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Z autorem powieści rozmawiamy o przedpowstańczej Warszawie i wielkiej historii tworzonej indywidualnymi losami.

We wcześniejszej literaturze powstańcy mieli tylko jednego wroga – Niemców. W pańskiej powieści pojawia się silna agentura sowiecka. Po lekturze jestem zaskoczona poziomem, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, infiltracji Polskiego Państwa Podziemnego. Co wiadomo na ten temat?

Sprawa infiltracji naszego podziemia przez służby niemieckie jest  nie do końca jasna, ale są materiały i relacje świadków, którzy twierdzą, że w 1943 roku Abwehra miała już pełną mapę struktur polskiego państwa podziemnego, być może przygotowując się do ewentualnej współpracy z polskim państwem podziemnym przeciwko Rosji. Wszystkie źródła potwierdzają, że  infiltracja ze strony wywiadu i kontrwywiadu niemieckiego była bardzo szeroka.

Natomiast jeśli chodzi o tego drugiego wroga, to jest nadal bardzo kontrowersyjny temat. Nie wiem dlaczego, bo i bolszewizm, i nazizm to okrutne dyktatury, które przyniosły światu miliony ofiar. Ale  my chyba jeszcze nie do końca uporaliśmy się z opresją sowiecką. Pewnie z tego powodu, że konsekwencją II wojny światowej był PRL i uwikłanie części naszych elit w nowy system. Wątek agentury radzieckiej  pojawia się wraz ze zwrotem w działaniach wojennych. Gdy Sowieci zaczęli odnosić sukcesy na wschodzie, wzrosło ich zainteresowanie infiltracją szeregów armii podziemnej, bo przygotowywali się do wejścia na nasze tereny i rozszerzenia swojego ustroju, co przecież mieli w planach już od 1920 roku. Wiele moglibyśmy się dowiedzieć na temat tych ciemnych kart naszej historii z dokumentów, ale dokumenty niestety spoczywają zamknięte na cztery spusty w archiwach współczesnych służb rosyjskich.

A co agenturą wśród Polaków? Wiemy o kontrwywiadzie AK i wyrokach na zdrajcach. Czy AL lub inne podziemne organizacje komunistyczne też działały podobnie?

Dotyka pani spraw newralgicznych, bo obie strony oskarżają się nawzajem o to, że się likwidowały. Znana jest sprawa drukarni AK wsypanej przez AL, zdarzyły się pojedyncze przypadki wykonywania wyroków na alowcach. Z tego jednak, co się orientuję, to większość tych wyroków była umotywowana sprawami kryminalnymi. Wiadomo, że do podziemia ciągnęli różni ludzie – nie tylko ideowi, ale też różni karierowicze. W książce jest to pokazane na przykładzie Woźniaka, drobnego cwaniaczka, który usiłuje się później wpisać w główny nurt wydarzeń. Podobnie Karol Ryszkowski, który jest nie tyle cwaniaczkiem, ile raczej pchany wichrem historii, coraz mocniej kolaboruje to z jednymi, to z drugimi. Ten ostatni to raczej postać tragiczna.

Szefem Gestapo jest nadal Lars Rainer. Zauważyłam pewną pańską sympatię w stosunku do tej postaci.

Nie, chyba aż tak nie jest. Staram się, żeby te postaci były wiarygodne. A wiarygodne będą wtedy, jeśli poznamy ich wewnętrzne motywacje. Wiadomo, jeśli się człowieka pozna, można się z nim zaprzyjaźnić w jakiś sposób i zrozumieć, co nim powoduje. Ale niech pani przedłoży jakieś oskarżenie, które wskazuje na sympatię.

Źle się wyraziłam – może nie sympatię, ale szacunek dla jego pracy, dla jego metod śledczych.

Szacunek może on rzeczywiście budzić. W końcu przed wojną był prawdziwym policjantem. W  SS byli także profesjonaliści, choć, co prawda, niewielu, którzy poddali się nazistowskiej manipulacji albo usiłowali po prostu przeżyć. Rainer? No cóż, nie skompromitowałem go do końca. Nie jest zbrodniarzem, aczkolwiek ponosi odpowiedzialność za wszystko, co się w Warszawie dzieje i przed powstaniem, i w czasie samego powstania.

Zaskoczona byłam rozwojem tej postaci. Dał mu pan odwagę doprowadzenia swojej akcji do końca, nawet kosztem bardzo bliskiej osoby.

Jest człowiekiem bezwzględnym, poświęca to, co dla niego najważniejsze, i stara się sobie wytłumaczyć, że to nie było takie ważne. To chyba przemawia na korzyść autorskiego przekonania, że jednak jest to zimny drań.

Tak, ale pokazuje siłę, a ja go o nią nie podejrzewałam. Wydawało mi się, że jest zwyczajnie cyniczny, a nagle robi taki strategiczny ruch.

Tak, ale znalazł się w sytuacji ekstremalnej, bo wypadł ze strefy wpływów i zupełnie nie wiadomo, co go w tej chwili czeka. Takie sytuacje wyzwalają w człowieku zupełnie nieznany potencjał.

A jak wiele wiadomo na temat rozgrywek wewnętrznych w różnych formacjach niemieckich? Nauka historii jest dość jednolita – wszystkich określa się jako nazistów, tymczasem było duże zróżnicowanie między służbami.

Ogromne oczywiście! Czytałem  relacje żołnierzy i oficerów niemieckich, którzy odbywali służbę w Warszawie czy w Polsce. Zwłaszcza pomocna mi była książka, w której są listy i zapiski codzienne oficera niemieckiego Wilma Hosenfelda. Blisko tysiąc stron na temat tego, co oni jedli, co pili, czym się zajmowali i innych szczegółów z życia codziennego. Z tych relacji jasno wynika, że panowała „rzeczywistość orwellowska”, takie dwumyślenie, że oficjalnie trzeba było mówić pewne rzeczy,  natomiast prywatnie i półprywatnie, w gronie przyjaciół czy bliskich, można było sobie pozwolić na o wiele więcej. Hosenfeldowi trudno odmówić pewnego człowieczeństwa, starał się postępować w jakiś sposób uczciwie – to ten, który uratował Szpilmana – ale w rozmaitych opisach Polski, Polaków wyraźnie pobrzmiewają echa goebbelsowskiej propagandy. Wyraźnie widzi nas jako rasę podległą i gorszą. Jego poglądy z czasem ewoluują, wraz z zbliżającą się klęską Niemiec zmienia zdania.

Mówię o tym, ponieważ u  Hosenfelda także widoczne jest pewne lekceważenie w stosunku do głównych indoktrynerów z SS. To właśnie była ta podstawowa różnica: wojska i SS. Oficerowie w armii uważali się za elitę, esesmani  byli oficerami przeważnie od lat 30. i jak powiedziałem wcześniej, byli to często ludzie przypadkowi, którzy wskoczyli na stołek w piwiarni, w odpowiednim momencie zapisali się do partii nazistowskiej, założyli opaski i  w ten sposób zrobili karierę. Ten schemat  znamy z okresu naszego komunizmu: bierny, mierny ale wierny. W gronie oficerów Wehrmachtu byli często przedmiotem żartów prywatnych i półprywatnych. Niekwestionowaną elitą byli oficerowie Abwehry, czyli wywiadu i kontrwywiadu niemieckiego. Zresztą sam Wilhelm Canaris, szef kontrwywiadu, był postacią niejednoznaczną, był przeciwnikiem Hitlera od samego początku. Z jego wspomnień i relacji innych wynika, że miał inną koncepcję rozwoju Niemiec. Na pewno więc Abwehra była grupą, która czuła się bardziej profesjonalna od tych nuworyszowskich formacji esesmańskich. Nie można jednak przesadzać i mówić o prywatnych wojnach – w książce jest to wzmocnione dla potrzeb fabuły i napięcia.

Powrócimy od książki i naszych bohaterów. Opisuje Pan ostatnie dni lipca 1944 roku, którym towarzyszyło oczekiwanie na wybuch walk: z jednej strony przesuwanie decyzji dowodów AK, z drugiej –  nerwowe ruchy administracji niemieckiej, która stają się poniekąd impulsem do powstania. Czy to rzeczywiście tak wyglądało?

Szczerze mówiąc, ten okres powstańczy jest  dla mnie najbardziej interesujący i w książce starałem się oddać go bardzo wiernie wobec faktów historycznych. Ostatnie dni, czyli począwszy od 26, 27 lipca 1944 roku, rzeczywiście były wypełnione oczekiwaniem i nieskoordynowanymi ruchami ze strony Niemców. Powstańcy wspominają bardzo często, że podstawowym faktem tamtej rzeczywistości był obraz wycofujących się wojsk niemieckich. I to wycofujących się w absolutnym nieładzie i rozkładzie. Obraz armii pokonanej i zdegenerowanej zupełnie. Żołnierze bez karabinów, bez butów, brudni, śmiertelnie znużeni, zmęczeni wojną, sprzedający karabiny za parę gorszy. Rozprężenie administracji niemieckiej, masowe wyjazdy reichsdeutschów i volksdeutschów  z Warszawy – to wszystko budziło nadzieję, przekonanie wśród ludności cywilnej i wśród żołnierzy AK, że wybiła już nasza godzina. Niemcy się chwieją, wystarczy ich popchnąć i się przewrócą. Na ile ta ocena była uzasadniona, to inna sprawa, ale faktem jest, że wszyscy to widzieli i wierzyli, że tak właśnie jest. Mam nadzieję, że  książka i serial w jakiś sposób przywrócą pamięć na ten temat.

Gubernator Warszawy Fischer ogłosił brankę do kopania rowów. Wymyślił sobie, że z taki sposób zapobiegnie powstaniu. Prawdopodobnie, choć tego nie jestem pewny, mężczyźni mieli trafić do obozów.  Dla mojego powieściowego Rainera jest to idiotyczny pomysł. Zakładam, że wielu prawdziwych niemieckich oficerów widziało to podobnie, ale wezwanie do prac zostało ogłoszone. W efekcie AK zadecydowała o mobilizacji, która wkrótce została odwołana, a to też spowodowało wyciek pewnej energii ludzkiej i dezorganizację w szeregach powstańczych. Nie opisuję w książce tego, co się naprawdę działo w sztabie: nerwowości, wszystkich konsultacji.  Wiemy, że w ostatnich dniach przed powstaniem do Warszawy przyjechał Nowak-Jeziorański jako kurier z Londynu. Mówił o nowych faktach, uprzedzał, że nie ma mowy o żadnej pomocy, o przysłaniu brygady spadochronowej, na co wszyscy liczyli. A jednak oczekiwanie na pomoc z Zachodu bardzo długo żyło w umysłach żołnierzy.

Są różne głosy dotyczące wybuchu powstania: jedni twierdzą, że sytuacja była tak napięta, że powstanie musiało wybuchnąć nawet bez decyzji sztabu – inni  mówią, że w AK panowała regularna dyscyplina wojskowa i bez rozkazu Komendy Głównej mogło dojść najwyżej do pojedynczych ataków.

Czy by powstanie wybuchło, czy nie wybuchło, gdyby „Monter” nie wydał rozkazu bojowego? To już stawianie hipotez. Rzeczywiście była to formacja wojskowa i trudno twierdzić odpowiedzialnie, że bez względu na decyzje dowództwa, doszłoby do wybuchu powstania. Być może byłyby jakieś niekontrolowane  wypadki, jakieś „ruchawki” na mieście. Z drugiej strony trzeba pamiętać, co jest też pokazane w książce, że powstańcy byli wyraźne popychani do działania ze strony Rosjan. Bez przerwy rozlegają się komunikaty radia Kościuszko z Moskwy, które wzywają ludność do broni. Nagle pojawiają się pogłoski, że dowództwo Armii Krajowej opuściło Warszawę, a zaraz później plakaty podpisane przez niejakiego Skokowskiego. To wszystko są fakty, a dziwna sprawa samozwańczego generała Skokowskiego nie jest do końca wyjaśniona. Wiele mówi fakt, że po wojnie człowiek ten zrobił karierę w Ludowym Wojsku Polskim.

W części powstańczej powieści bohaterowie są fikcyjni, ale to, co im się przydarza, już nie. Po prostu zdarzyło się to komuś innemu. „Zieleniak” na Ochocie, uwolnienie Żydów z Gęsiówki to są wszystko fakty. Gęsiówka jest bardziej znana, ale gehenna, którą przeżyła ludność  cywilna, zwłaszcza kobiety, na Targowisku Banacha, dużo mniej. W publicznej świadomości utrwaliło się, że najokrutniejszymi oprawcami w powstaniu byli Ukraińcy czy „własowcy”, tymczasem była to RONA, kolaboracyjna armia rosyjska. Renegaci, głównie Rosjanie, pod wodzą niejakiego Kamińskiego, który z pochodzenia był zresztą Polakiem. Kamiński był tak okrutny, że sami Niemcy chcieli przykryć jego zbrodnie i w końcu zabili go po kryjomu.

Rzeczywiście Ochota jest mniej znana niż Wola.

Oczywiście, bo to jest też sprawa proporcji i liczb. Na Woli zabijano masowo. Teraz po latach dogłębnej lektury na ten temat przeraża mnie, że  w 1944 roku jesteśmy już  progu współczesności (jest już broń rakietowa, jest już prototyp komputera, bo jak inaczej nazwać „Enigmę”?), a jednocześnie widzimy tak nieprawdopodobne bestialstwo. Do dzisiaj chyba sobie nie zdajemy sprawy z masowości zabijania w pierwszych dniach powstania. Na Woli, ale też w Śródmieściu, w okolicach Bagateli. To pachnie Średniowieczem.

Mnie do dziś przeraża pomysł zabicia całej ludności. Przecież Niemcy  mieli na początku takie założenie. Von dem Bach przypisuje sobie zasługę powstrzymania tego szaleństwa.

Faktycznie potem w ten sposób się bronił. Prawda jest taka, że wydał rozkaz, żeby nie zabijać cywilów, tylko kierować ich do Pruszkowa i do innych obozów przesiedleńczych. Ale wybijanie trwało przez całe powstanie, choć nie o takim natężeniu jak na początku.

Bardzo lubię w pańskich książkach to indywidualizowanie historii. Cenię oczywiście staranne dokumentowanie fabuły, ale jako czytelnikowi podobają mi się wątki osobiste. Wybucha powstanie, a bohaterowie martwią się o swoje dziewczyny czy narzeczone. Czasami wręcz działają na granicy nieposłuszeństwa. I to jest ludzkie!

Bardzo dziękuję. W końcu jedyny sposób rozmawiania o historii to opowiadanie na przykładzie jakichś konkretnych spraw i losów. Nie ma co tworzyć dodatkowej poprawności politycznej, bo tego jest i tak za dużo. Dobrze, że temat jest żywy, że się o nim dyskutuje. Jeszcze wiele rzeczy jest do wyjaśnienia, ale archiwa rosyjskie są zamknięte i nie wiadomo, czy kiedykolwiek zostaną ujawnione.

Chciałabym, żeby ktoś dokładnie zbadał sprawę desantów z praskiej strony. Wiemy, że były, ale się nie udały. Oczywiście  jest aspekt polityczny, ale też chyba taktyczny? Czytałam, że ludziom spoza Warszawy trudno było walczyć w Powstaniu.

To bardzo ważna sprawa, czyli taktyka wojenna. Wybitnym ekspertem  od walk w mieście był Grot-Rowecki. Napisał nawet podręcznik na ten temat. A po jego aresztowaniu w sztabie AK wyraźnie zabrakło eksperta w tej dziedzinie. A wracając do berlingowców, to przeważnie byli to młodzi chłopcy, którzy po raz pierwszy szli do walki. Chcieli pomóc, wierzyli, że idą Warszawie na odsiecz, ale o walce w mieście nie mieli żadnego pojęcia. W książce tego nie ma, ale znam relację powstańca z Czerniakowa, który wspominał, jak czekali na desant. I nagle z okrzykiem „hurra!” cała chmara berlingowców wypada prosto na niemieckie karabiny maszynowe. Oczywiście natychmiast całe przedpole pokryło się ciałami. Rosyjska taktyka walki, w której  nie szanowało się pojedynczych żołnierzy. A walka w mieście wymagała zupełnie innej strategii. Jeśli to w ogóle można by nazwać strategią…

Czy będzie ciąg dalszy?

Czy będzie tetralogia? Naprawdę nie wiem, zobaczymy!

Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą do kupienia w naszej księgarni

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.