1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Urszula Dudziak: Dopiero się rozkręcam

Urszula Dudziak: Dopiero się rozkręcam

Urszula Dudziak (fot. Marta Wojtal)
Urszula Dudziak (fot. Marta Wojtal)
Zawsze aktywna, pełna siły i optymizmu. 22 października Urszula Dudziak kończy 76 lat. Przypominamy wywiad z wokalistką i jazzową kompozytorką z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

„Zobaczcie, mam 73 lata i pierścionek zaręczynowy” – mówi na scenie. A ludzie chłoną te słowa równie łapczywie jak „Papayę”. Po koncertach, które stały się już dawno workshopami, kobiety przychodzą za kulisy i powtarzają: „Ula, ja też chcę wyglądać jak ty i czuć się tak młodo. Jak to się robi?”. Urszula Dudziak chętnie dzieli się przepisem na życie i zaszczepia dobrą energię. Jest fenomenem nie tylko muzycznym, dostrzeżonym ostatnio również przez UNESCO.

Gratuluję, jako pierwsza kobieta i pierwszy twórca z Europy Wschodniej zostałaś właśnie Artystką dla Pokoju.
Dziękuję. Jestem wzruszona i bardzo podekscytowana, bo uważam, że się świetnie nadaję do tego, co ten tytuł ze sobą niesie.

Czyli?
W uzasadnieniu dla decyzji UNESCO znalazło się stwierdzenie, że moja twórczość, moje śpiewanie i w ogóle jazz to język transcendentalny, który dociera do wszystkich i łączy ludzi na całym świecie. Jest też symbolem wolności, swobody wypowiedzi, tolerancji. Ta muzyka niesie pokój. Ponieważ śpiewając jazz, docieram do tak wielu, mogę nieść im nie tylko dźwięki, ale także różne idee i przesłania. A chciałabym bardzo zarażać inne kobiety pasją, chęcią rozwijania talentów, potencjału i marzeń. Razem z UNESCO będziemy docierać z taką misją i środkami do krajów biednych, gdzie kobiety są zdolne, ale nie mają pieniędzy, żeby studiować i się spełniać. Jeszcze nie wiem, dokąd ruszymy, czy to będzie Kenia, czy Tanzania. W każdym razie nie mogę się doczekać.

Od dawna zarażasz optymizmem na swoich koncertach. Młode dziewczyny mówią, że Urszulę Dudziak powinno się ludziom starszym albo zgnuśniałym rozdawać w pastylkach na receptę. Działasz jak antydepresant.
Czuję, że mam w sobie coś takiego, co muszę podać dalej. Ktoś powie, że zwariowałam, ale chyba znam receptę na szczęście, pogodę ducha i długowieczność. Mam konkretne porady, jak to osiągnąć. Wystarczy uświadomić sobie, że wszystko zależy od nas samych, bo rozgrywa się w głowie. W dobrym stanie umysłu. Dlatego warto go trzymać w ryzach, co wcale nie musi być trudne. Mózg jest bardzo skomplikowany – z jednej strony, a z drugiej – to taki rodzaj tumaństwa, któremu można wszystko wmówić.

Jako temu kalafiorowi, który mamy w sobie?
Temu kalafiorowi! Rozumiem ten sceptycyzm. Była taka sytuacja: miałam koncert dla m.in. kilkuset lekarzy. Śpiewam, opowiadam, wszyscy: „Ha, ha, hi, hi” itd. Aż nagle mówię: „Lekarze, ja uważam, że siłą umysłu można zmienić swoje geny”, a oni (to było z rok temu) – cisza. Myślą: „Dudziak zwariowała już do reszty”. Słuchaj, mija jakiś czas i czytam, że siłą umysłu można uaktywnić geny ekspresowe, które rozbijają te, które nam szkodzą, a inspirują te, które są dobre. Można. Można zdziałać cuda, jeżeli chcemy, mamy więc wybór. Tylko ludzie wolą mówić: „Mam takie geny, moja mama taka była i mój tatuś taki był”. I wiesz, to jest albo głupota, albo lenistwo.

Może raczej brak wyobraźni takiej jak twoja. Proponujesz, żeby potraktować mózg jak instrument muzyczny, żeby grał, jak chcemy. Ty wierzysz, że to możliwe, bo w taki sposób „nastroiłaś” swój głos.
Tak, potrafiłam naśladować ustami wszystkie instrumenty. Ale ja podaję ludziom narzędzia do tej pracy, do tej higieny wnętrza głowy. Często posługuję się przykładem litery „u”. Tłumaczę, że litera „u” potraktowana jako linia życia pokazuje pewien schemat, któremu podlegamy. U góry jest początek. Rodzi się mały geniusz. Jego fenomen nie wynika z nabytej wiedzy, lecz pierwotnej otwartości na świat. Zobacz, jak małe dzieci spontanicznie i żywo reagują na wszystko, co nowe, jakie pytania zadają – to czysta, wspaniała, genialna energia, która jest łapczywa. Dzieci wszystko widzą, wszystko czują, choć przecież nic nie wiedzą. Ale z czasem otoczenie zaczyna sobie formować tego człowieczka. Gdy pójdzie on do przedszkola, do szkoły i usłyszy: „Ty tumanie”, a jeszcze nie daj Boże w domu ktoś dołoży: „Z ciebie nic nie będzie”, i ksiądz przeklnie: „Pójdziesz do piekła”, cudów nie ma – ten pierwotny entuzjazm dla świata zostanie wygaszony. Przez całe życie jesteśmy oblepiani błotem ograniczeń i uwarunkowań. To narasta. Aż osiągamy dno tej litery „u”, co przypada mniej więcej na środek naszego życia. Każdy ma taki moment kryzysu i zarazem olśnienia. „Co ja tu robię? Co ten facet robi koło mnie od 20 lat? A dlaczego ja wtedy podjęłam taką decyzję? A ten zawód – czy on mnie w ogóle spełnia? Czy ja wykorzystuję swój potencjał?”. Rozumiesz?

Przestajemy trwonić czas, stajemy się uważniejsi wobec siebie.
Jeśli wtedy zdołamy nawiązać kontakt ze swoim dziecięcym, świeżym, niezmąconym odczuwaniem, to możemy się urodzić na nowo, czyli połączyć się z tym pięcioletnim dzieckiem, które wszystko czuje, będąc jednocześnie osobą doświadczoną, która bardzo dużo wie. To najpiękniejsza kulminacja, kiedy zyskujemy do siebie zaufanie, bo widzimy nagle, że wcześniejsze złe decyzje podjęliśmy nie my, to znaczy nie my prawdziwi, lecz zewnętrzne wpływy nam je podyktowały. Jeśli wyciągniemy z tego wnioski, może być tylko coraz lepiej i ta nóżka litery „u” idzie do góry.

Urszula Dudziak (fot. Marta Wojtal) Urszula Dudziak (fot. Marta Wojtal)

Twoje nietuzinkowe, barwne życie trudno porównać z przeciętnym. Już na starcie miałaś wielki talent i ogromne szczęście.
Na starcie miałam przechlapane. Urodziłam się w Straconce i już za samą tę nazwę obrywałam w szkole. Co do talentu, każdy człowiek ma jakiś talent, jednak większość go zaprzepaszcza. A szczęściu warto pomagać. Od rana. Mój dzień zaczyna się od mantry, w której powtarzam, że teraz będzie tylko lepiej. Odganiam zły nastrój, nawet gdy coś jest nie po mojej myśli, bo jako osoba bardzo praktyczna wychodzę z założenia, że w niczym mi nie pomoże biadolenie. To strata bezcennej energii. Nie można dać się wkręcać złym myślom. Miałam taką sytuację, parę miesięcy temu mówiło się o wojnie, a ja, niestety, miewam myśli katastroficzne. Któregoś razu akurat biorę prysznic i napada mnie myśl: „Stanie się coś złego, jakiś kataklizm, morza wyleją, nie wiem... koniec świata, apokalipsa”. Skąd mi to przychodzi do głowy akurat w tej sekundzie? Żeby za bardzo nie analizować, bo z tego zrobiłaby się piramida niepotrzebnych myśli, uznałam, że to nie jest moja myśl, że ona dociera do mnie skądś i zaczyna mi przeszkadzać. Więc teraz, jak tylko do mnie wraca, mówię: „spadaj”. Behawiorystki zalecają taką metodę: jak przychodzi niepotrzebna myśl, to mówisz: „stop it”. Pierwszego dnia mówisz „stop it” 500 razy, po miesiącu mówisz tylko dziesięć. Pozostałe 490 razy mózg sam sobie z tym radzi, bezszelestnie, automatycznie. Dał się wytrenować.

Ludzie to „kupują”?
Ludzie na to czekają, wiesz? Chcą wiedzieć, że coś zależy od nich, że nie wszystko stracone, że można wiele zmienić. Czasem rwą się do tego zbyt raptownie. „Pani Urszulo, ja wyrzucam męża! Od jutra nie ma wstępu do mojego domu. Zrozumiałam tę literę »u« i ja się z nim męczę już 30 lat!” – mówi mi kobieta. Wtedy myślę: „Kurczę, to jest jednak odpowiedzialność”. Dlatego tym bardziej nikomu nie dyktuję konkretnie, co zrobić, tylko opowiadam ogólnie, jak to funkcjonuje według mnie. Nawet jeśli coś się nam przydarzy, trzeba wykombinować własną drogę, jak sobie poradzić. Najważniejsze to nie uwierzyć, że jesteśmy zdani na bezradność, że już tak mamy, stało się – trudno. Czasem przyjdzie do mnie ktoś i mówi: „Tak, ale pani ma to, to i to, a ja mam takie trudne życie”. Rozumiem, bardzo to szanuję. Ale z moim podejściem o wiele łatwiej i lżej znieść trudności czy przeszkody. Wiem to, bo przecież też miałam doły straszne... Rozwód, śmierć Jerzego Kosińskiego i moja choroba. To były momenty, kiedy naprawdę musiałam odnaleźć swoją siłę. Więc przekonałam się, że można. Po rozstaniu z Urbaniakiem pracowałam w fabryce. Wcześniej wszystkim zajmował się Michał: był menedżerem, kompozytorem, aranżerem, kierowcą, załatwiał setki telefonów dziennie. Ja wychodziłam tylko na scenę i śpiewałam. A jak się urodziły dzieci, to się zajmowałam dziećmi, domem i śpiewałam. Nie decydowałam o niczym. I nagle zostałam bez wsparcia, a chciałam zatrzymać mieszkanie, wychowywać dzieci na jakimś poziomie. Wtedy zatrudnił mnie znajomy Mike, a miał taki biznes, że sprowadzał ze Związku Radzieckiego wzmacniacze do gitar, nazywały się Sovtek. Nic nie dało się na nich grać, ale były tanie. Przychodzę do tej jego firmy, a tam 20–30 stanowisk obsługiwanych przez handlowców i tylko ja jedna Europejka. Każdy miał komputer, ja musiałam się nauczyć go obsługiwać, żeby wydzwaniać do sklepów muzycznych po całych Stanach, polecać to badziewie i zapisywać te przyjęte zamówienia w komputerze. Aż raz przez nieuwagę wszystko się skasowało. Mike grzmiał: „What are you doing?”, a ci wszyscy ludzie na mnie oczy: „Co ona wyprawia, ta durna idiotka”. Myślałam, że mnie wyrzucą, wtedy wstałam, naprężyłam się i zaczęłam mówić po angielsku: „Wy nawet nie wiecie, kim ja jestem! Ja jestem Urszula Dudziak. Nagrałam 20 płyt, »Los Angeles Times« wybrał mnie na Kobietę Roku”. A wtedy ten najbliżej mnie mówi: „Ty, jakby to była prawda, to nie siedziałabyś tu z nami. Idź się lecz, kobieto”. Fajnie? Ale nawet wtedy, gdy jechałam do tej pracy metrem w skrajnym tłoku, myślałam: „Może to dobrze poznać życie z takiej strony?”.

Poznać – tak. Ale w przeciwieństwie do większości w tym tłoku miałaś inną perspektywę, wiedziałaś, że ten hardcore jest przejściowy.
Wiedziałam, że to nie koniec. Bo nigdy nie stawiam kropek. Dla mnie kropki nie istnieją, tylko przecinki. Przecinek oznacza: idę dalej.

Ula, przeszłaś też groźną chorobę i można powiedzieć – znokautowałaś raka.
Tak jest. Nie zadawałam sobie niepotrzebnych pytań typu: dlaczego ja? Zmieniłam totalnie swój tryb życia z rabunkowego na zdrowy, ze stresowego na mądry, praktyczny i pogodny. I przegoniłam gada. Potraktowałam to jako ostrzeżenie, że jeszcze się przydam na tej planecie, ale muszę pomóc mojemu organizmowi, i wierzyłam przez cały czas w wygraną.

Keep smiling i do przodu. To takie amerykańskie podejście.
Masz rację, ta moja misja uczenia ludzi dbania o pogodę ducha jest efektem szczęśliwego dzieciństwa, ale też amerykańskiego stylu życia. Nasiąkałam nim powoli. Na początku przychodził recenzent w Nowym Jorku i mówił: „You are incredible”, a ja: „Ja?! Ja dopiero zaczynam, ja nic nie umiem”. Patrzył na mnie jak na idiotkę. Mnie na początku ciągnęli i wypychali na tę scenę, a ja miałam syndrom: chciałabym, ale się boję. Dopiero kiedy odkryłam, że ustami i elektroniką potrafię wyczarować orkiestrę, nastąpił przełom. Wtedy właśnie poszłam za swoją pierwotną wrażliwością i dzięki niej zrobiłam coś, czego wcześniej nikt nie wymyślił. Ale stało się tak, bo odważyłam się odrzucić kanony, kompleksy, nieśmiałość, niewiarę w siebie... Przeskoczyłam próg tych naleciałości, zewnętrznych hamulców i ograniczeń.

To mentalnie i zawodowo. A uczuciowo? Jak podnieść się po traumie takiej jak śmierć partnera? Skąd brałaś siłę po odejściu Jerzego Kosińskiego?
Chyba byłam na to przygotowana. Jurek zawsze dużo mówił o śmierci, a tym bardziej pod koniec życia, po tym jak dopadł go wylew. Zaczęły się kłopoty z pamięcią, zapominał kody do walizek, nie poznawał ludzi. Czuł, że powoli się wyprowadza. Byłam tego świadkiem. I w jakimś sensie, może nieświadomie, ale podświadomie, oswajałam się z tym, że go zabraknie. Choć oczywiście długo bolało.

Dziś jesteś szczęśliwie zakochana.
I na pewno również temu zawdzięczam swoją formę i samopoczucie. Jesteśmy czwarty rok razem, a ja cały czas odkrywam na nowo Bogdana.

Każda miłość jest pierwsza?
Tak. A na pewno ten związek jest dla mnie wyjątkowy. Bo w moich wcześniejszych relacjach z mężczyznami na ogół było piekło, niebo, piekło, niebo, huśtawki emocjonalne, dopasowywanie się, cały czas jakieś napięcie. A Boguś jest moim alter ego, moim odbiciem. On mnie doskonale wyczuwa i rozumie, a esencją naszego związku jest dowcip i radość. My się cały czas śmiejemy, od rana żartujemy. To jest życiodajna energia. Nie szarpiemy się. Tydzień temu na spacerze w lesie znaleźliśmy pieska. Szczeniak, trzy-, czteromiesięczny, siedział na niewielkim pagórku. I patrzył. Więc my do niego podchodzimy, a on schodzi z tej górki, wita się. Wracamy do domu, on za nami. Poszliśmy do wsi, do wójta, pytaliśmy, czyj to jest pies, ale nie wiedział. Wzięliśmy psiaka na naszą działkę. Ja go głaszczę i patrzę, 20 kleszczy! Jedziemy z nim do weterynarza. Okazało się, że pies ma babeszjozę. Zaraz dostał zastrzyk, zaczęliśmy go leczyć i uratowaliśmy go. Został z nami. Słuchaj, on wszystko nam je. Pożarł nam buty, ale niech żre, ja mu wystawiłam te stare na zniszczenie... A Boguś oszalał na punkcie szczeniaka. Kapitan żeglugi wielkiej niańczy psie dziecko od 5 rano. To jest rozczulające. I tak sobie myślę, że inny by powiedział: „Po co nam pies? Daj spokój”. Są sytuacje, kiedy zastanawiam się, jak by zareagował Jerzy czy Michał.

Afirmując życie, przyciągnęłaś do siebie tę miłość?
Kto wie. Mówiłam otwarcie w wywiadach, że serce mi siwieje. Ale chyba trzeba szukać młodszego Romea, jeśli ma nie mieć zadyszki. Aż któregoś razu koleżanka pokazuje mi zdjęcie w telefonie: na ośnieżonym podwórzu stoi facet w samych majtkach i wylewa na siebie wiadro wody. „On jest mój!!! – wykrzyknęłam. – Daj mi jego telefon, proszę”. Zadzwoniłam. A on zamarł. Co się okazało? Dwa tygodnie wcześniej był na moim koncercie w Gdańsku, miał moją płytę do podpisu, ale nie dostał się za kulisy. A tu nagle sama dzwonię i proponuję spotkanie.

Jak dziecko, które gdy czegoś chce i jest ciekawe, to po to sięga?
Właśnie. Widzisz, jak to działa. A przecież większość moich rówieśnic ma ten temat zamknięty. Zatrzaśnięty! Tymczasem my od tamtej pory jesteśmy z Bogusiem nierozłączni. Chodzimy, trzymając się za ręce. Za, a nie pod ręce. Gramy w tenisa, spacerujemy, za chwilę jedziemy do Kapsztadu. Wiesz, ja tam nigdy nie byłam, a on, kapitan żeglugi, zwiedził cały świat... Bardzo mi imponuje. I... nie, no jesteśmy bez wieku!

Dobry moment na zakończenie. Ale bez kropki?
Kropkę w pewnym momencie postawi życie, nie ja. Ja się dopiero rozkręcam.

Urszula Dudziak
rocznik 1943; wybitna wokalistka jazzowa i kompozytorka. „Magic Lady”, jak mawiał Gil Evans. Współpracowała także m.in. z Krzysztofem Komedą, Michałem Urbaniakiem (eksmąż), Bobbym McFerrinem, grupą Walk Away.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.