1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Katarzyna Nosowska: Być jak Hiroszima i Nagasaki

Katarzyna Nosowska: Być jak Hiroszima i Nagasaki

Katarzyna Nosowska, fot. Marlena Bielińska / Move Picture
Katarzyna Nosowska, fot. Marlena Bielińska / Move Picture
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W jednej z piosenek śpiewa, że tak jak Hiroszima i Nagasaki – podnosi się ze zgliszczy. Katarzyna Nosowska w rozmowie z Robertem Rientem opowiada o fascynującym, ale i trudnym procesie odzyskiwania prawdziwej siebie.

„Tak bardzo się boję, boję, że jestem drzewem, co rośnie wątłe w szczelinie wąskiej płyty chodnikowej, a mogłam być dumną sekwoją” – śpiewasz na płycie „Basta”. Nie chcę opluwać własnego życia i przeszłości, ale trzymając się tego porównania – jestem jak drzewo, które starało się wzrosnąć w bardzo niesprzyjających okolicznościach. Traktuję własną siłę z uznaniem i szacunkiem, ale jestem wykrzywiona, wątła. Ciekawi mnie, co by się stało, gdyby ziarenko trafiło na żyzną glebę, gdyby nie musiało się przeciskać przez płyty chodnikowe. Wędruję przez oś czasu, by odrzucić te wszystkie rzeczy, które mnie obciążały, powstrzymywały, zmuszały do ogromnego wysiłku. Lęk i brak zaufania – warto podjąć próbę dotarcia do pierwotnych przyczyn powstania tych skaz.

Na płytę napisałaś mantrę o biciu: „możesz sobie wybrać, wybrać pas. Boli, boleć ma, jak w zegarku chodzić, chodzić masz”. Śpiewasz o sobie? Ja również, tak jak w tej piosence, rzucałam temperówkami i miałam żółtą kominiarkę. To taki czas w moim życiu – nie mogę i nie chcę opowiadać o rzeczach wymyślonych. Nazywając wprost to, co się zdarzyło, żegnam się z tamtym czasem, ale również oddaje hołd tej małej istocie, którą przecież byłam.

Usłyszałaś jako mała dziewczynka, że „jesteś tylko dodatkiem”? Usłyszałam. Pamiętam wyraźnie kilka sytuacji z dzieciństwa, łącznie z zapachami, szczegółami otoczenia. Te słowa naznaczyły mnie. Ale przywołuję je nie jako pretensję do mojego taty, wiem, że padły nieodpowiedzialnie i że ludzie żyją tak jak potrafią. Wszyscy się staramy i wszyscy popełniamy błędy. Tym razem po prostu skupiam się na bohaterce, do której były skierowane te okrutne słowa. One zaczęły promieniować, ukonstytuowały jej niską samoocenę, którą ciągnęła za sobą całe życie. Wielokrotnie w życiu zawodowym i prywatnym, w kontakcie z bliskimi i publicznością czułam się niepełnoprawną osobą, nie partnerką, a kimś gorszym. Odbierano mi prawo do czucia się osobą pełną, kompletną, wartościową. W związku z tym ustawiłam się w pozycji ofiary i przez lata zwąchiwali mnie ludzie, którzy potrzebowali do swoich celów ofiary.

Jak się ratujesz? Okoliczności mnie wspierają. Wraz ze zmianą priorytetów, okazało się, że mam wokół siebie zdecydowanie mniej osób. Pouciekali ci, których przyciągały ciemne energie. Więcej czasu spędzam w pustej przestrzeni, zajęta sobą i tym, co konstruktywne. Wydałam książkę, pojawiła się płyta. Czyszczenie otoczenia to pierwszy etap. Kolejnym jest próba  praktykowania wyboru. Wcześniej poddawałam się nadużyciom i zostawałam z poczuciem, że jestem marna, żadna, gorsza, nijaka. Nie tkwię już w toksycznych sytuacjach. Nie pozwalam, by mnie bito, zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym.

A pozwalałaś na to z lęku? Tak, z lęku przed odrzuceniem. Zadałam sobie pytanie, dlaczego tak bardzo się starałam, dlaczego tak mi zależało, by ktoś się nie obraził, nie pogniewał. I jak daleko jestem gotowa przesunąć granice, by nie sprawić komuś przykrości. Zdarzało mi się dusić w czyimś towarzystwie i nie potrafiłam powiedzieć: „Stop. Nie mów do mnie takich słów. Nie zwracaj się do mnie w ten sposób. Nie potrzebuję od ciebie oceny, rady”. Teraz nie pozwalam, by ludzie mnie ociosywali, chcę dać sobie opiekę.

Jak? Może to zabrzmi śmiesznie, ale dwa tygodnie temu po raz pierwszy w życiu wycierałam swoje ciało świadomie. Zazwyczaj brałam kąpiel i omiatałam je jakby do mnie nie należało, funkcjonowałam tylko w głowie. A przecież moje ciało opowiada moją historię. Kupiłam sobie książki Alexandra Lowena, długo leżały na półce, w końcu przyszedł ich czas. I płakałam. Zrozumiałam, że moje ciało i ja opowiadamy inne historie. Przywykłam z niego drwić, mówić, że się obżeram, tymczasem zauważyłam, że ciało tworzy dla mnie ochronę.

To wydaje się logiczne w kontekście słów, które powiedziałaś przed chwilą, że ludzie cię ociosywali. Może stąd to moje przykurczenie, zamrożenie w ciele, wdowi garb. Dzięki Lowenowi zrozumiałam, że moje ciało mówi, komunikuje się ze mną, a ja je ignorowałam. Robiłam zresztą więcej – krzywdziłam je, raniłam. Jakieś dwa lata temu zerwałam ścięgno Achillesa, ciało mnie posadziło, unieruchomiło, miałam czas przemyśleć, co wyprawiam.

To był punkt zwrotny? Myślę, że tak. Musiałam się nauczyć prosić o pomoc. A wcześniej czułam się najbardziej bezpiecznie, kiedy wszystko mogłam zrobić sama, gdy mogłam niczego od nikogo nie chcieć. Przez pierwsze dni nie umiałam chodzić o kulach. Pójście do toalety było problemem. Na scenie zazwyczaj stoję jak kołek, a teraz było jeszcze trudniej. Nie umiałam sama zejść ze sceny. To było bardzo poruszające, ważne doświadczenie, ta chwila zatrzymania, by skupić się na tym, co wyprawiam ze swoim ciałem, co wyprawiam ze sobą.

Katarzyna Nosowska, fot. Marlena Bielińska / Move Picture Katarzyna Nosowska, fot. Marlena Bielińska / Move Picture

„Stoję na scenie ćwierć wieku jak słup, kurczowo chwytam się braw, jestem obiektem, co się staje, gdy wzrokiem omiecie go tłum” – to inny fragment z nowej płyty. I tak jest od lat. To, co się zmieniło, to zmęczenie niedopowiedzeniami. Płytę "Basta" ulepiłam z tekstów wprost, bez kombinacji alpejskich, ozdobników, wielopiętrowych metafor. Nie chcę, by za słowami stało coś więcej niż to, co stoi. Pisałam tak, jak mówię, czuję i myślę. Mam również wrażenie, że prawie w ogóle nie śpiewam na tej płycie, że śpiew jest dodatkiem.

Ale dlaczego w tym utworze łączysz opowieść o sobie z zagładą Hiroszimy i Nagasaki? Czuję, że dopiero teraz się rodzę. Hiroszima i Nagasaki zostały zmiażdżone, zniszczone w jeden z najokrutniejszych sposobów. Ale dziś o zbrodni przypominają pomniki, ludzie chodzą ulicami, wróciło życie, śpiew i taniec. Gdy ktoś mnie pytał w ostatnim czasie, co u mnie, odpowiadałam pół żartem, pół serio, że u mnie Hiroszima. To był brutalny okres. Teraz wiem, że to kwestia czasu. Na tych zgliszczach, zniszczeniach, po całym moim dotychczasowym życiu, turbulencjach w związku – wiem, że ponownie rozkwitnę, a może nawet zatańczę.

Czujesz się silna? Jest we mnie wielka siła i przekonanie, że mamy niezwykłe możliwości naprawiania siebie. Nie pozwolę już nikomu odebrać prawa do akceptowania swojej wyjątkowości. Bez względu na to, jak bardzo jesteśmy wykrzywieni, zagubieni czy skrzywdzeni, to pod tymi warstwami cierpienia wszyscy mamy te same sprawności. Sprawności do kochania i bycia kochanymi. I niech sobie to brzmi banalnie…

A jak z perspektywy czasu i mijających miesięcy oceniasz decyzję o rezygnacji z zespołu Hey? Emocje zostały wyrażone i przeżyte, i dobrze mi z tą decyzją. To była jedna z pierwszych, najtrudniejszych i ważniejszych niepodległościowych decyzji. Tym bardziej że została wyrażona wobec bardzo ważnych dla mnie ludzi, z którymi spędziłam mnóstwo lat. Nie było lekko. Jeszcze kilka lat temu uległabym ich namowom, presji i oczekiwaniom, by grać dalej.

Z niepodległością też można przesadzić, bo jednak jesteśmy współzależni od innych ludzi, natury – jak znajdujesz miedzy tymi światami równowagę? Mój partner niedawno zrealizował swoje marzenie i skończył kurs żeglarski. Pokochał ten sport. Dawniej było tak, że czułam dziwny obowiązek bycia z nim we wszystkich jego pasjach. Chodziłam na mecze, łowiłam ryby, spędzałam czas na łódce. Pewnie kryła się za tym potrzeba kontroli. Ale też potrzeba zasługiwania na miłość, pokazania, jaka jestem świetna, jak bardzo jestem tą kobieta, której warto się trzymać. A od kiedy postanowiłam zająć się sobą z czułością, potrafiłam mu odmówić, gdy zapytał, czy popłyniemy za rok. Wiem, że znajdzie kogoś, z kim popłynie, i co ciekawe, tym razem nie ma znaczenia, jakiej płci będzie ta osoba. Ufam mu i wiem, że kontrolowaniem czy zazdrością niczego nie osiągnę.

W swojej książce i na płycie "Basta" mierzysz się z tabu choroby alkoholowej, sporo ujawniasz o waszym życiu. Jak reaguje twój partner? Od lat wie, że żyje z osobą, która w tekstach piosenek czy wywiadach opowiada o rożnych, czasami osobistych sprawach. Uważam, że problem choroby alkoholowej jest w Polsce powszechny i często zamiatany pod dywan. W małych miejscowościach ludzie chorujący wstydzą się, boją, chodzą po kryjomu na mityngi, jeżdżą do miasteczka obok na spotkania AA – żeby nikt z miasta pochodzenia ich nie rozpoznał. Paweł rozumie mechanizm tej choroby, poszukuje prawdy na swój temat. Wie, że ujawnianie jest etapem zdrowienia, a ukrywanie przypisane jest do chorowania.

A o co chodzi z Cielecką, Ostaszewską i Herman w jednej z twoich piosenek? Wybrałam aktorki, które mi się bardzo podobają, oczywiście jest ich więcej, ale dla rytmu piosenki, o którą pytasz, potrzebowałam trzech. Ludzie bardzo żywo reagują na koncertach na ten utwór, śmieją się, zwłaszcza gdy śpiewam: „patrz przez okno jak lecę”. Tak naprawdę to opowieść o zdradzie. Mnie osobiście zdrada przyniosła wzrost, ale w trakcie potwornie bolało. Śmieje się, że wolałabym być zdradzona z figurą, kimś, kto mnie również się podoba, właśnie z taką Cielecka, Ostaszewska albo Herman.

Dlaczego? Bo nóż wchodzi gładziej w plecy. Zdrada zawsze jest trudna, serce się łamie. Słyszałam o mężczyźnie, który miał partnerkę i zdradzał ją z Björk, z którą zresztą później wziął ślub. Podobno gdy ta kobieta się dowiedziała, że została zdradzona z Björk, powiedziała: „rozumiem”. Opowiadam to oczywiście jako anegdotę i żart, którego esencję wykorzystałam w piosence.

Ale czy ten żart nie obnaża prawdy o zdradzie? Tej, że nikt tak naprawdę nie może nas zdradzić, jeśli nie przyznamy sobie prawa do ciała drugiej osoby, prawa, którego tak naprawdę nie mamy. Prawda. Zdrada bywa konsekwencją pielęgnowanej zazdrości. Ta z kolei bierze się z niskiego poczucia własnej wartości, braku wiary w to, że sama, taka jak jestem, jestem wystarczająca. Stąd pragnienie bycia ostemplowaną jako „czyjaś”. Bo dopiero gdy ktoś mnie pokochał, potwierdził, że jestem warta, nie tylko miłości, ale wręcz istnienia. I jeśli ten ktoś spojrzy w inną stronę, wybierze inną osobę, to zostawia mnie z niczym, czyni mnie niczym. Ale to błędne koło myśli, z którego można się wyzwolić. Robiłam tak przez wiele lat, chwytałam się kurczowo ukochanego, ale też braw płynących od publiczności, by mieć jakąkolwiek fakturę. Dlatego że przez wiele lat dorastania czułam się niewidzialna, jakbym nie istniała, nie miała prawa do istnienia.

Jakie to było uczucie? Pamiętam komunię, na której śpiewałam, miałam kilka lat. Pewna kobieta podeszła do mojej mamy i powiedziała jej, że pięknie śpiewam. Widziałam, że mama jest dumna. To było niezwykłe wydarzenie, jakbym zaczęła istnieć, być. Okazało się, że śpiewanie przyniosło mi ciało. Mogłam być. I zawsze gdy stałam później na scenie, czułam się obecna, posiadająca fakturę. Spojrzenie słuchaczy nadawało mi wartość.

Myślałaś kiedyś o tym, by więcej nie śpiewać? Szczerze, to przeszło mi przez głowę, że to moja ostatnia płyta. Nie wiem, jak będzie i nie chcę wiedzieć. Nie mam pojęcia, co będę robiła. Nauczyłam się w ostatnich miesiącach akceptować, że złe i dramatyczne może przynieść wzrost. Wiem, że potyczka z losem nie oznacza, że jestem stracona na wieki. Przestałam się bać tego, co będzie.

Nawet śmierci? Śmierć przyjdzie, po prostu nie wiemy kiedy. Moment odejścia Kory przeżyłam osobiście. Upadła kolumna, jedna z kilku, na których stoi mój świat. Nie byłam gotowa i nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak bardzo niegotowi byli jej bliscy. I w związku z tym, że nie wiemy, kiedy przyjdzie śmierć, nie ma sensu czekać, budować swojego dobrostanu na potencjalnie lepszej przyszłości. Żyjemy przecież tylko teraz i jeśli tkwimy w cierpieniu, to warto podjąć probe zmiany tej sytuacji.

Jak? Zmiana zachodzi, gdy jakiś stały, toksyczny element zostanie wyrwany. Jeżeli praca, partner lub kościół, w którym jesteśmy, powoduje, że czujemy się zgaszeni, cierpimy – to warto zrobić mały krok. Samo się nie zmieni. Musimy coś ruszyć, czasami wyrzucić starą kanapę z domu, a czasami wstać, spakować walizkę i odejść. Niekiedy słyszę, że łatwo mi mówić, bo mieszkam w Warszawie, śpiewam, mam taką a nie inną pracę, ale na najgłębszym poziomie nie ma różnicy miedzy mną a dziewczyną ze wsi, z małego miasteczka. Uderzenie w twarz boli podobnie, nie da się zmierzyć siniaków, nie można zważyć bólu zdrady, odrzucenia. Najgłębiej w sobie wszyscy jesteśmy tacy sami.

Czasami, gdy jest bardzo źle, nie widać rozwiązania. Sama przez długie lata nie widziałam rozwiązania. Ale właśnie dlatego znaczenie ma decyzja, impuls, wstanie z łózka. Jest lęk, ale decyduję się wyjść, wziąć dzieciaka na ręce albo włożyć plecak z ciuchami na plecy i pójść do kogoś z pytaniem: „Czy mogę zostać u ciebie na noc?”. Na pewno każdy z nas ma chociaż jedną taką osobę. Jeśli nie przyjaciele, rodzina, bliscy, to może być pani sprzedająca w sklepie, która się do nas uśmiecha. Chodzi o ruch, wyjecie jednego klocka z tego, co boli. Ale to jest ryzyko, które wywołuje lęk. Ja też się bałam zmiany. Dlatego na początku warto zrobić mały gest, mały krok. Ta jedna noc spędzona w innym miejscu, opuszczenie tego, co trudne, miejsca, w którym ktoś krzywdzi, pije – daje wielką moc i ma potencjał uruchomienia znacznie większych zmian.

Co tobie pomogło? Rozmowy z ludźmi. Czasami dzwoniłam do nieznanych mi osób, o których wiedziałam, że mierzyły się z problemem choroby alkoholowej, i prosiłam o chwilę rozmowy. Gdy raz było bardzo źle, zadzwonił do mnie pewien mądry dominikanin i powiedział, że mu się śniłam. Przyjechał. Spędziliśmy wspólnie cztery godziny na rozmowie. Płakałam i mówiłam o cierpieniu, o tym, że nie wiem, co dalej. On opowiedział mi swoją prawdę. To jest fascynujące, że gdy powie się do osoby sprawiającej wrażenie zupełnie pozbawionej lęku: „boję się”, to okaże się, że ta osoba odpowie: „ja też". Bo każdy z nas się boi. Dzielenie się prawdą przynosi prawdę. Szczere i głębokie rozmowy pomagają. Wychodzenie do świata z opowieścią o tym, kim jestem, przynosi nieprawdopodobna ulgę.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".