1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kinga Preis - poszukująca, przenikliwa, przebojowa

Kinga Preis - poszukująca, przenikliwa, przebojowa

Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kinga Preis każdą rolę gra tak, jakby była pierwsza, a żadna wcześniejsza nie zostawiła śladu. Wybitna osobowość aktorska. Mogliśmy oglądać ją w serialu „Stulecie Winnych” (według wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło sagi Ałbeny Grabowskiej), w którym grała Bronisławę, „szefową” rodu Winnych. TVP potwierdziła, że powstanie drugi sezonu serialu - w lipcu ruszają prace na planie. 

Bronia mało mówi, ale trzyma w karbach tę rodzinę, tę historię… Przy niej nic nie może się rozpaść?

Mężczyźni w tej opowieści są delikatni, nie mają odwagi zawalczyć o miłość. Mąż Broni dużo pije, traktuje się go, jakby nie umiał poradzić sobie z życiem. To Bronia jest „szefową” rodziny. Przeżywa niepowodzenia swoich dzieci. To prosta kobieta, chłopka, ale z głodem wiedzy. Chce, aby jej dzieci się uczyły, chce je otworzyć na świat. Sama nie miała szansy wyruszyć poza Brwinów, który pewnie bardzo kocha.

Bronia ma w rodzinie respekt. Widać, że kiedy na coś reaguje, powie dosadniej słowo, wszyscy się wycofują.

Autorytetu nie zdobywa się histerią, narzucając coś. Zdobywa się go spokojem i determinacją. Bronia chce wszystkim pomagać. Opiekuje się chorymi w szpitalu. Walczy o prawa kobiet. Wyrastałam w domu, w którym ważną rolę odgrywały kobiety.

Miała pani w głowie kobiety ze swojej rodziny, grając tę rolę?

Moja mama i babcia były związane z Wrocławiem, ze środowiskiem artystycznym. Babcia Marysia tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”, a potem przez wiele lat pracowała w Operze Wrocławskiej, gdzie większość zawodowego życia przepracowała też moja mama. Nie mogę więc powiedzieć, żeby to były proste kobiety. Każda z nas wychowała jedno dziecko. Nie wyobrażam sobie posiadania drugiego, a co dopiero czwórki własnych dzieci, i do tego gromady wnuków. Dla mnie Antoni był ogromnym wyzwaniem i jest pępkiem świata. Bronia tych światów miała dużo więcej. Życie na wsi zależało od przyrody, pór roku, od Boga, wiary, w której została wychowana. My tak nie postrzegamy własnego losu. Inaczej też walczymy z melancholią, depresją. Bronia na smutek duszy czytała książkę przy świecy, rozmawiała z bliskimi. Tak naprawdę wszystko nas różni. Moje życie jest prostsze, nie muszę podejmować wyborów ostatecznych, żyję szybciej, intensywniej. Ale czy jestem przez to szczęśliwszym człowiekiem?

Grając, sięga pani do intuicji?

Nigdy nie staram się kopiować, odwzorowywać. Na pewno do roli dostają się jakieś okruchy z mojego życia, ale z mojej strony nie jest to działanie z premedytacją. Lubię być zaskakiwana w trakcie sceny czymś, co się nagle pojawia albo co proponuje partner. Sama również lubię zaskakiwać. W „Stuleciu Winnych” kimś szczególnym i bliskim był dla mnie reżyser Piotrek Trzaskalski. Mam różne doświadczenia na tym polu. A tu spotkałam człowieka, który mając przed sobą blisko sto dni zdjęciowych, na każdej stronie scenariusza narysował kadry do poszczególnych scen, był dociekliwy i czuły wobec wszystkich aktorów. Niezwykłym partnerem dla mnie był również operator Witold Płóciennik. To jest wielki artysta, który dzięki swojej wrażliwości za pomocą kamery namalował świat z początku XX wieku. Scena, w której Kasia, synowa Broni, rodzi, jest jak z Rembrandta. Uwielbiam obserwować operatorów w pracy. Jesteśmy w tym samym miejscu, patrzymy na to samo, ale operator widzi świat, jakiego ja nie jestem w stanie dostrzec. Każdy artysta, z którym się spotykam, buduje swoją przestrzeń, przekracza ją, nawzajem z siebie czerpiemy, i tak powstaje Bronia Winna.

Jak wyglądałaby pani saga rodzinna?

Moi pradziadkowie Jan i Michalina Pieszkowie pochodzili ze Lwowa. Uciekli z kresów, kiedy moja babcia Marysia była malutka. Przyjechali najpierw do Wojcieszowa na Dolnym Śląsku, a potem do Wrocławia. Prawie nie pamiętam swoich  pradziadków. Na różnych uroczystościach rodzinnych wtrącało się coś bałakiem [lwowska gwara uliczna – przyp. red.], śpiewało piosenki ze Lwowa, ale nikt mnie nie wychowywał w kulcie tego miasta. Dopiero dzisiaj się zastanawiam, czym musiało być dla moich bliskich wysiedlenie bez możliwości powrotu…

Jacy byli pani dziadkowie?

Mam superbabcię i bardzo opiekuńczą mamę, one się wspaniale uzupełniały.

W domu rządziła babcia czy mama?

Babcia chciała rządzić, ale słuchałam mamy. Marzeniem babci był śpiew, ale ponieważ los płata figle, to całe życie przetańczyła. Najwyższą ze sztuk była dla niej zawsze muzyka. Moja mama skończyła liceum w klasie fortepianu, ale dalej tą drogą nie poszła. Potem była próba zachęcenia mnie do pójścia w tym samym kierunku. Równie nieudana. W domu stało pianino, babcia goniła mnie do lekcji. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, były różne akademie ku czci. Pamiętam mój pierwszy występ. Miałam zagrać fragment piosenki „Czy pozwoli panna Krysia, młody ułan pyta...”. Z nerwów nie trafiłam w żadną czystą nutę. To była kakofonia. A potrafiłam ten utwór zagrać. Ale i tak najpełniej realizuję artystyczne ambicje swojej babci.

Pamięta pani ojca?

Nie. Mam jedno wspomnienie z tatą… zostawmy. Jak ważny jest ojciec, wiem, bo patrzę na więź mojego Piotra z Antonim. Sama tego nie doświadczyłam. Trudno jest żałować uczucia, którego się nigdy nie przeżyło.

Nigdy nie chciała się pani dowiedzieć czegoś o ojcu?

Miałam taką potrzebę, kiedy miałam kilkanaście lat, ale szybko zgasła, ponieważ do niczego się nie dokopałam.

A jego rodzina?

Nie utrzymywaliśmy żadnego kontaktu.

Nie myślała pani, że może opowiedzieliby coś ważnego?

Więzy krwi nie powodują, że ktoś jest dla nas ważny.

Nie miała pani czasem poczucia, że przez brak ojca…

…coś mnie ominęło? Mam syna i myślę, że wychowanie syna jest naprawdę czymś innym niż wychowanie córki. Kiedy byłam w ciąży, mówiłam do swojego brzucha: „Marysiu”. Marzyłam o urodzeniu dziewczynki. Niefrasobliwy lekarz powiedział mi na tydzień przed porodem, że jednak będzie syn. Przeżyłam jeden z najpoważniejszych kryzysów w swoim życiu. Dziś, oczywiście, się z tego śmieję. Krzyczałam do mojego męża: „Za co to wszystko?! Po co te dziewięć miesięcy udręki? Żeby syna urodzić?!”. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć córkę.

Ale skąd to w pani było?

Klasyka stereotypu. Tak jak większość mężczyzn chce mieć syna, by grać z nim w piłkę i móc po męsku pogadać, tak większość kobiet pragnie córeczki, z którą będzie się wspólnie bawić w domek i rodzinkę. Ja się ze swoim synem świetnie dogaduję. To spokojny, fajny facet. Zawsze był taki. A u dziewczynek zauważam feerię niezdrowych ekscytacji. Mam ukochaną sąsiadkę Stenię. Kiedy coś razem oglądamy i występuje mała dziewczynka, porozumiewawczo spoglądamy na siebie, a w oczach: „Gardzę różem”. Wiem, to okropna klisza, ale utrwalił ją mój zawód. Dziewczynki na planie bywają szalenie rezolutne, takie stare malutkie.

Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal) Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal)

W zawodzie od razu trafiła pani na mistrza. Na trzecim roku studiów zagrała pani główną rolę u Jerzego Jarockiego w „Kasi z Heilbronnu”, dzisiaj opisywaną jako legendarna. Czym to dla pani było?

Nie umiem odpowiedzieć, na czym polegała technika prof. Jarockiego. Nie czułam, że to lekcja, jakiś konkretny przekaz. Byłam jedną z osób, którymi w umiejętny sposób poruszał. Umiał znakomicie użyć aktora. Myślę, że brał z tego, kim byłam. Przecież Kasia jest łatwowiernym, nieświadomym, zaczarowanym człowiekiem. Dokładnie taka byłam. Chciałam kochać teatr. Jeśli wyobrażałam sobie zawodowe życie, to tylko w teatrze. W ogóle nie myślałam o graniu w kinie.

Czym dzisiaj jest dla pani teatr?

Miejscem, z którego w porę uciekłam, myślę o Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie pracowałam 17 lat. Odeszłam, zanim doprowadzono do jego zniszczenia. Mówiło się, że jest to teatr zespołowy, nie gwiazdorski. Byliśmy skupieni na pracy, tam w pewnym odizolowaniu nie chcieliśmy uciekać do Warszawy, gdzie czekało zapewne więcej propozycji. Był miejscem dla tak różnych twórców, jak Jerzy Jarocki, Krystian Lupa, Jan Klata. Wystarczyła chwila, żeby to wszystko zniweczyć. W ubiegłym roku byłam w Teatrze Polskim. Śpiewałam podczas gali piosenek Wojciecha Młynarskiego. Niewielu moich kolegów tam zostało. Weszłam do smutnego miejsca, gdzie ludzie siedzący w bufecie niespecjalnie się lubią. Dzisiaj nie mam żadnej potrzeby wejścia w spektakl teatralny. Koledzy mówią: „Przestań, na pewno żałujesz”. Nie żałuję. Mam dużo więcej wolnego czasu i to uwielbiam. Jestem wolnym człowiekiem. Może kiedyś zatęsknię.

To co pani właściwie robi, kiedy nic nie robi?

Czytam, rozmawiam z mężem, mam dużo więcej czasu dla syna albo idę na spacer, albo nie idę i po prostu sobie siedzę. Wyjeżdżam, chodzę do kina, takie tam.

I marzy pani?

Jestem człowiekiem, którego uruchamia wyobrażenie o wygranej w totolotka. Gram bardzo rzadko, ale w momencie obstawienia liczb już stąd wyjeżdżam, już pakuję walizkę, już jestem na drugim końcu świata. Marzenia? Nie pracować. Albo nie pracować w tym zawodzie. Teraz marzę już o przeprowadzce, bo niebawem przeniosę się na wieś. Potrzebuję przyrody.

Kupiła pani dom?

Buduję. Nie potrafię czerpać przyjemności z miasta. Mając wolny dzień, pakowałam plecak i jechałam z rodziną w góry. Wychowałam się na Sępolnie. To dzielnica jak z programów Davida Attenborough. Dzieciństwo było bez telewizora, bez iPhone’a, więc miałam wyrobione inne części ciała niż kciuk. Jako dzieciaki wariowaliśmy na ogródkach działkowych, zakładaliśmy się, kto po zmroku przejdzie po cmentarzu…

Gdzie pani buduje dom?

Na wsi pod Wrocławiem. Dom jest otwarty na przyrodę.

A co przed oknem?

To, co nam wyrośnie. Mąż namawiał, żebyśmy kupili duże drzewa. „Piotrusiu – mówię – chcę patrzeć, jak rosną”. Wczoraj pojechaliśmy z mężem do lasu pod Trzebnicą i byliśmy tam siedem godzin. To mi sprawiło autentyczną przyjemność.

Siedmiogodzinny spacer?

Idziemy, zatrzymujemy się, obserwujemy. Drogę przebiegł nam piękny byk. Potem podglądaliśmy łanie daniela. Pierwsza szóstka stała na polanie. To były dosyć drobne łanie, szarobrązowe. Mąż mówi: „Pójdę lasem i wypłoszę ci je, żeby na ciebie wyszły”. Zrobił to tak skutecznie, że jak doszłam do granicy polany, to już tylko widziałam ich lusterka, czyli zadki, gdy stały w rządku, by przeskoczyć przez rzekę. W pewnym momencie żuraw z polany wyleciał tak nisko, jakby spod nas. Widzieliśmy też cztery orły. Tam są ogromne stawy i jest coraz więcej orłów. Przed samym zmrokiem mąż zauważył następne daniele. „Są na mojej czternastej” – powiedział. Jak się na nie spojrzy, to udają, że nie patrzą. Chociaż wiem, że cały czas nas obserwują. Czy to nie jest fascynujące, taki spacer po lesie?

Syn zajął się kinem?

Tak, przechodzi swoją drogę w tej branży. Przez półtora roku miał zaszczyt i szansę pracować z wybitnymi ludźmi kina, reżyserami, operatorami i aktorami. Aż mu zazdroszczę.

Wyobrażała sobie pani, że syn staje za kamerą, a pani gra? W jaki sposób patrzyłby na panią?

Uważa pewnie, że jesteśmy z Piotrem takie „wariatuńcie”, jak to się u nas w domu mówiło. Ale rodzina zawsze ma dyskomfort, oglądając najbliższych na ekranie. Myślę, że kiedy mój syn zobaczył scenę gwałtu w „Pod Mocnym Aniołem”, to nie było pozytywne przeżycie.

Rozmawialiście o tym?

Myślę, że Antoni docenia ten film, bardzo mu się podoba, ale nie komentuje mojego w nim udziału. Bardzo mnie kocha jako mamę i ceni jako aktorkę, ale zobaczyć rodzica w takiej roli to duże wyzwanie. Mój mąż też jest z tej branży, ale nie sądzę, że nie pika mu serce, gdy gram tego typu sceny. Zabrałam kiedyś moją mamę na premierę spektaklu Teatru Telewizji „Stygmatyczka”. Były tam sceny, kiedy Wandzie Boniszewskiej, zakonnicy, którą grałam, otwierają się rany na rękach, stopach, na czole. Moja mama przeżyła to bardzo dramatycznie. Myślę, że nie widziała w tej bohaterce zakonnicy, tylko córkę. Staram się wejść na sto procent w sytuację i w jakimś sensie wyzbyć się siebie, zatracić w tym, co robię. Grając, nie jestem Kingą Preis, aktorką wcielającą się w filmie „Pod Mocnym Aniołem” w postać Mani, która jest gwałcona. W tym momencie jestem tą Manią. To się dzieje w mojej świadomości, w mojej psychice, w moim ciele. Czuję tak, jakby to było naprawdę. Widz, mam nadzieję, też w to wierzy.

Co dzieje się w pani po zagraniu ekstremalnie trudnej sceny?

Czuję przyjemność, że coś przeżyłam. Na pewno nie czuję tego, co człowiek zgwałcony, czyli zbrukania, raczej zmęczenie, utratę ogromnej energii. I wbrew pozorom niechęć powrotu do realności, do świata. Pewnie, że nie czuję się dobrze po scenie gwałtu ani po tym, jak w „Domu złym” mąż zabił mnie siekierą. Leżałam w błocie, półnaga, było potwornie zimno. Ale był to dla mnie zarazem koniec zdjęć. Pojawił się żal, jaki mają dzieci, kiedy odbiera im się coś najcenniejszego. Odebrano mi coś, co już nigdy się nie przydarzy. Nigdy już nie zagram w „Domu złym” i nie przeżyję podobnych emocji. Nie umiem tego inaczej powiedzieć. Wielu aktorom ciężko jest się rozstać z rolą. Kiedy patrzę na dobrych aktorów, nie myślę jedynie o ich fizycznej zmianie, ale że zostaje jakiś ślad tego, co zagrali. Czasem, kiedy kończę zdjęcia, jest mi żal, czasem się cieszę, że już koniec, a czasem nic mnie to nie obchodzi. Bywa, że za role, które są lżejsze do udźwignięcia, widzowie kochają nas najbardziej. Kiedy to słyszę, myślę: „Fajnie, miło”. Ale czekam na nowe wyzwania.

Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal) Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal)

Na reżysera, który widzi panią inaczej niż wszyscy?

Teraz pracuję z Piotrem Domalewskim. Zmusza mnie do wydobycia czegoś zupełnie innego. A ja lubię uciec samej sobie.

Jest pani w zawodzie nienasycona?

Zna pan serial „Gdzie jest mój agent?”. Każda z postaci jest wspaniale napisana. Tego naprawdę zazdroszczę – dobrze napisanych ról. U nas albo trzeba się zrzygać do umywalki, albo być korpo-glamour. Tak bym chciała w telewizji odwagi. Nie tylko u aktorów.

 

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial "Stulecie Winnych", dostępna jest w naszym sklepie internetowym:

Stulecie Winnych Ałbena Grabowska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Śladami Winnych – spotkanie z Ałbeną Grabowską w Brwinowie

Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana 
dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Najpierw ona podarowała im dom oraz burzliwe losy. Teraz wspólnie dają nowe życie miastu, w którym zaczęła się ta historia. Po Brwinowie ze „Stulecia Winnych” oraz tym współczesnym oprowadza nas pisarka Ałbena Grabowska.

Urokliwe miasteczko położone 25 kilometrów od Warszawy, dawne letnisko, dziś liczące ponad 10 tysięcy mieszkańców. Miasto powieściowej rodziny Winnych, do którego ściągają dziś fani, by zobaczyć choćby słynne Glinki, kościół Świętego Floriana, ale też ulicę Mickiewicza, przy której miał stać dom Winnych. A może też spotkać samą Ałbenę Grabowską, na co zresztą są duże szanse, bo jej egzotyczna uroda nie pomaga ukryć się w tłumie.

Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)

Zapraszamy do ogrodów

Kiedy zastanawiała się, gdzie umieścić akcję trylogii, do której pisania właśnie zasiadała przy kuchennym stole, Brwinów był wyborem oczywistym. – Miasto ze wspaniałą historią, z cudownymi miejscami i mieszkańcami. Tu działy się rzeczy niezwykłe, kluczowe dla historii Polski – opowiada. – Poza tym ważne jest dla mnie, by identyfikować się z miejscem, w którym mieszkam. I z jego społecznością. Robię zakupy po sąsiedzku, staram się wspierać lokalnych producentów oraz mieszkańców w potrzebie. My w ogóle wszyscy lubimy sobie pomagać. Ta sąsiedzka otwartość ma swoje odbicie w corocznej imprezie Festiwal Otwarte Ogrody, podczas której w Brwinowie, Podkowie Leśnej i Milanówku w kolejne weekendy czerwca mieszkańcy otwierają swoje prywatne ogrody dla zwiedzających. Pokazują, czym się zajmują, a że mieszka tu wielu malarzy, muzyków, pisarzy czy innej maści artystów, w takim ogrodzie często można posłuchać kameralnego koncertu czy krótkiego wykładu o konserwacji obrazów. Dziś Podkowa, Milanówek i Brwinów tworzą Podwarszawskie Trójmiasto Ogrodów. – To piękna kontynuacja idei Stanisława Lilpopa, przemysłowca, właściciela ziemskiego i wielkiego wizjonera. Miał marzenie, by z Podkowy Leśnej stworzyć miasto ogród – opowiada pisarka. – Uważał, że w otoczeniu przyrody można się świetnie rozwijać intelektualnie i tworzyć silne lokalne więzi. Powiedział profesorskim rodzinom z Warszawy: „Przyjedźcie do Podkowy, ja wam daję ziemię na bardzo korzystnych warunkach, nie bierzcie służby, tu jest Brwinów-Letnisko, tu są ludzie, oni powinni dla was pracować. Trzeba integrować tę społeczność”.

Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)

Stanisław Lilpop jest pochowany na cmentarzu w Brwinowie, a jego willa „Aida” jest wprawdzie w prywatnych rękach, ale kustosz tego miejsca udostępnia je zwiedzającym. To w „Aidzie” były kręcone zdjęcia do serialowego wesela Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, choć prawdziwe odbyło się w hotelu Bristol. – Ale ślub był w Brwinowie, ten prawdziwy i ten opisany przeze mnie – podkreśla Ałbena. W serialu wystąpiło też Stawisko, położone w pobliskiej Podkowie Leśnej, miejsce zamieszkania Iwaszkiewiczów, a w czasie wojny przytulisko dla literatów, poetów, ale też ludzi biednych, wykluczonych, głodnych. – Oni tu naprawdę dzielili się wszystkim, co mieli. Uratowali niejedno życie – mówi. Dziś w Stawisku mieści się muzeum Jarosława Iwaszkiewicza. – Pani kustosz przyznała mi niedawno, że obecnie zainteresowanie tym miejscem jest kilkukrotnie większe. I wszyscy pytają o serial, o książki. Cieszę się, że przywołałam tego cudownego pisarza. Mnie miłość do niego zaszczepił dziadek. Dał mi opowiadania, zaprowadził na jego grób.

Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)

Ludzie i miejsca

– Oczywiście planujemy wycieczki śladami Winnych. I niewykluczone, że czasem będę sama je oprowadzała, w szczególnych momentach, jak Noc Muzeów, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, a może i rocznica bitwy pod Brwinowem – zapewnia pisarka.

Co dwa lata w Brwinowie 12 września ma miejsce rekonstrukcja tego ważnego dla brwinowian wydarzenia, obecnego też na kartach „Stulecia Winnych”. – Kiedy byłam tu pierwszy raz, zachwyciły mnie jego rozmach, liczba osób zaangażowanych w rekonstrukcję, w tym wojsko. Gdy zobaczy się ludzi, którzy stoją kilka metrów od siebie i otwierają ogień, a do tego ostrzał z samolotu – to zmienia się nastawienie do samej wojny. Już się nie wydaje, że to jest taka przygoda albo gra komputerowa.

Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Co będzie na trasie oprowadzania? – Oczywiście ulica Mickiewicza, kościół Świętego Floriana, który wygląda inaczej niż w serialu, ale stoi w tym samym miejscu. Stawisko, „Aida” – wylicza. – Zaprowadziłabym też ludzi na Glinki. Na jednym z jeziorek jest wakepark, skąd można wypożyczyć sprzęt do surfowania. No i do cukierni „Jarzyna”. Kawiarnia jest utrzymana w stylu art déco, można przycupnąć też w ogródku, zjeść cudowne ciasto albo pączka – naprawdę lepszych w życiu nie jadłam. Latem sprzedawane są pyszne lody. Moje ulubione smaki to słony karmel i śliwka z czekoladą.

Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Ale Brwinów to coś więcej niż miejsca. – Z tym miastem byli związani wspaniali ludzie, nie tylko Stanisław Lilpop czy Jarosław Iwaszkiewicz. Na przykład Helena Bartkiewiczówna, ciotka literata Zygmunta Bartkiewicza. Była pierwszą kobietą, która otworzyła w Warszawie salon fotograficzny, w sumie pierwszą kobietą w Polsce. W roku 1865! To naprawdę coś!

Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

W pobliżu mieszkał profesor Kazimierz Michałowski, wybitny egiptolog, ale też rodzina Regulskich, pokazana zresztą w serialu. Ona, Halina, była feministką, on, Janusz, naukowcem. Był jeszcze Stefan Kiedrzyński, dziś zapomniany literat, ale przed wojną jego książki miały więcej ekranizacji niż Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. – I uchodził za o wiele lepszego pisarza. Dołęga mu ogromnie zazdrościł. Dziś wszyscy znają Dołęgę, natomiast większość książek Kiedrzyńskiego spłonęła podczas wojny. Zachowały się nieliczne ekranizacje, choćby „Kłamstwo Krystyny”. Pamiętam, że jak byłam mała, leciało co święta w telewizji.

Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Dobre duchy

Współczesny Brwinów nadal ma coś z klimatu letniska. – Latem powietrze wręcz stoi i panuje tu taka cisza, że czuję się jak na wakacjach. Zwłaszcza że dom mam drewniany – mówi pisarka. – Żyjemy sobie w takiej enklawie, w mieście ogrodzie, ale z dobrym transportem do cywilizacji. Nie narzekamy. Zresztą u nas są centra handlowe i targ, piekarnie i banki. Mamy blisko autostradę, pociąg, który w 30 minut dowozi nas do centrum Warszawy, a w Podkowie Leśnej – kolejkę WKD, do której mam niezwykły sentyment: 40 minut i jesteś w stolicy, a do tego po drodze podziwiasz piękne krajobrazy. Mamy też, już trzecią kadencję, wspaniałego gospodarza Brwinowa. Dzięki niemu miasto rozkwita. Teraz czekamy na wiosnę, bo zrewitalizowano miejski park. Kiedyś to było miejsce, o którym starzy brwinowianie mówili tylko, jeśli chcieli przestrzec dzieci: „Obejdź naokoło, nie idź przez park”. No to teraz park mamy piękny, są tam staw, plac zabaw, stojące szachy, a niedługo wyrośnie i zakwitnie też ogród botaniczny.

Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Na terenie parku stoi pałac Wierusz-Kowalskich, również uwieczniony w „Stuleciu...”. Park i pałac kiedyś należały do SGGW i prowadzono tam zajęcia. Niedawno miastu udało się pozyskać te tereny i rozpocząć remont. Ma być w nim ośrodek kultury. – Choć nie miałam żadnego udziału w odzyskaniu i rewitalizacji, to czuję się tak, jakby to też moja opowieść sprawiła, że park i pałac na powrót są nasze, brwinowskie. Tak jakbym pisząc o Wieruszach, w jakiś sposób przywołała dobre duchy – twierdzi Ałbena Grabowska.

Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.

Podziękowania dla Urzędu Gminy Brwinów za udostępnienie zdjęć związanych z Brwinowem.

  1. Kultura

Olivia Colman - aktorka o filmach "The Crown", "Faworyta" i innych rolach

Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie
Olivia Colman ma na koncie Oscara za rolę w filmie "Faworyta". (Fot. BEW)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Na ekranie jest niekwestionowaną królową. I nie chodzi tylko o obsypaną nagrodami rolę Anny Stuart w „Faworycie” czy o jej Elżbietę II z serialu „The Crown”. Za to prywatnie Olivia Colman sprawia zupełnie inne wrażenie. Spontaniczna, otwarta, nieco roztargniona, autentycznie skromna. Bez przerwy żartuje, a jakikolwiek komplement natychmiast zbywa, żywo gestykulując.

Aktorką zostałaś, bo…
Nie byłam zbyt dobra w niczym innym. Nie wyróżniałam się wśród rówieśników, nie byłam dobrą uczennicą, ale w wieku 16 lat zagrałam w szkolnej sztuce. Spodobało mi się, choć nigdy bym nie pomyślała, że kiedyś zostanę aktorką. Mama pielęgniarka, ojciec geodeta – nikt, kogo znałam, nigdy nie występował na scenie. Miałam więc zostać nauczycielką. Dość, jak zakładam, przeciętną.

Chyba się nie doceniasz. Wiem o co najmniej kilku twoich młodzieńczych talentach. Na przykład o twojej pasji motoryzacyjnej.
[śmiech] Tak, samochody. Mieszkaliśmy w odległym rejonie Norfolku i nauczyłam się jeździć po polu jako 12-latka. Dużo podróżowałam z mamą jej małym samochodem, bez którego nie mogłaby jeździć do pacjentów w swoim rewirze. Z kolei mój ojciec był entuzjastą motoryzacji, więc w toalecie było pełno magazynów o tematyce samochodowej. Lubiłam je przeglądać. Kiedy uczyłam się w szkole nauczycielskiej w Cambridge, dojeżdżałam tam moim pierwszym autem. To był czerwony morris. Rajdowe prawo jazdy zrobiłam w wieku 16 lat. Byłam dobrym pilotem. Lubiłam też… sprzątać. Naprawdę! Kiedy zrezygnowałam ze szkolenia dla nauczycieli, podjęłam się sprzątania tylko po to, żeby zarobić trochę pieniędzy. Wiem, że ludzie zwykle mówią, jak bardzo nienawidzą robić coś takiego nawet dla pieniędzy, ale ja autentycznie kochałam to zajęcie. Uwielbiam czyścić listwy przypodłogowe i tego typu trudno dostępne miejsca. To była czysta satysfakcja z pracy. Mogłabym nadal to robić, gdyby nie to wszystko.

I to mówi ekranowa królowa, wielokrotna monarchini…
Kiedyś jakiś dziennikarz z „Daily Telegraph” napisał, że nie nadaję się do ról królowych, bo mam wyraźnie… lewicową twarz. Jednak, jak widać, to mnie nie zdetronizowało [śmiech]. To, kim jestem w życiu prywatnym, ma się nijak do tego, kogo gram.

Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu 'The Crown'. (Fot. BEW) Olivia Colman w roli królowej Elżbiety II w serialu "The Crown". (Fot. BEW)

A jednak w wywiadach nie ukrywasz, że miałaś problem z tym, że o ile królowa Anna z „Faworyty” jest postacią historyczną, z XVII wieku, o tyle Elżbieta II z „The Crown” jest już osobą żyjącą i miłościwie panującą. Podkreślałaś, że to było wyjątkowo stresujące, musiałaś też przejść specjalne szkolenie.
Myślę, że najtrudniejszą rzeczą jest odgrywanie prawdziwej, żyjącej osoby. W trzecim sezonie „The Crown” gram królową Elżbietę II w latach 60., czyli jeszcze zanim się urodziłam. Tu było mi trochę łatwiej. Stres pojawił się w związku z sezonem czwartym, który rozpoczyna się pod koniec lat 70., a więc obejmuje stosunkowo niedawną historię Windsorów. Wielu ludzi na świecie pamięta jeszcze te czasy i każdy ma swoje własne wyobrażenie na temat tego, jaka jest brytyjska monarchini prywatnie, za zamkniętymi drzwiami pałacu. Na tym zresztą polega nasza fascynacja, obsesja na punkcie życia koronowanych głów. Wiedziałam, że będę porównywana do oryginału. Musiałam się nauczyć inaczej mówić, poruszać, bo usłyszałam, że chodzę jak farmerka. Przy stole trenowałam siedzenie z łokciami trzymanymi przy sobie i z prostymi plecami. Nie tyle obawiałam się reakcji samej królowej Elżbiety II na moją kreację – szanuję zresztą monarchinię, wiele przeszła, jestem jej fanką – ile tego, czy zdołam przejąć pałeczkę po Claire Foy, która zagrała młodszą królową w dwóch pierwszych sezonach. Claire była zjawiskowa, głupio byłoby to schrzanić!

Czy Elżbieta II przyjęła cię na audiencji?
Byłam jedynie na krótkim spotkaniu na imprezie brytyjskiego przemysłu filmowego. To nie było nawet spotkanie, raczej rząd ludzi ściskających dłonie i dygających. Nie wiedziałam nawet, że Elżbieta II tam będzie. Wszyscy nagle znaleźliśmy się w kolejce i nie mogłam ustalić jej przyczyny. Potem wyjrzałam za róg i zobaczyłam królową i księcia Filipa. Setki ludzi chciało podejść, przedstawić się. Królowa też musiała stać przez cały ten czas, uśmiechając się. Właściwie to współczuję jej tego braku prywatności. Dygnęłam przed nią, uścisnęłam dłoń księcia. Nie było nawet czasu na rozmowę. Następnie udałam się do jednej z 78 łazienek pałacu Buckingham, żeby wziąć na pamiątkę rolkę papieru toaletowego.

Słucham?!
To w końcu nie byle jaka rolka [śmiech]!

Lubię w tobie i kilku innych aktorkach brytyjskich, które osiągnęły sukces w dojrzałym wieku i zarazem mocno stąpają po ziemi, ten rodzaj nonszalancji wobec konwencjonalnych i oczekiwanych w środowisku filmowym zachowań. Nie zapomnę nigdy, jak odbierałaś Oscara za „Faworytę”…
Pewnie chodzi ci o to, że pokazałam język do kamery? No cóż… emocje wzięły górę. Kiedy usłyszałam swoje nazwisko, myślałam, że się przesłyszałam. Wstałam z miejsca, ale słowo daję, do końca nie byłam pewna, czy o mnie chodzi. Zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, gdyby okazało się, że to jednak nie dla mnie był ten Oscar. No więc zaczęłam iść w stronę sceny, cały czas zatrzymując się i odwracając do widowni, aby nabrać pewności siebie. Kiedy już tam dotarłam, a statuetka wylądowała w moich rękach, wykrztusiłam, że to przezabawne, a potem zwróciłam się do wszystkich dziewczynek, które ćwiczą oscarowe kwestie przed telewizorem: „Nigdy nie wiecie, co się może wydarzyć!”. No a kiedy wreszcie na prompterze ukazał się komunikat: „proszę kończyć”, machnęłam ręką, pokazałam do kamery język i spokojnie skończyłam mowę dziękczynną.

Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW) Rola królowej Anny w filmie Faworyta przyniosła Olivii Colman Oscara i wiele innych nagród. (Fot. BEW)

Oscar zmienił wiele w twoim życiu?
Udzielałam kiedyś wywiadu dla „Vogue’a” – przyjęłam dziennikarza w wystawnym pałacu w otoczeniu służby, antyków i pięknych przedmiotów. Powiedziałam, że tak wygląda codzienność aktorek po zdobyciu Oscara [śmiech]. A co!

A już bardziej serio, palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. Moje dzieci [dwóch synów w wieku 15 i 13 lat oraz 5-letnia córka – przyp. red.] oraz mąż [producent Ed Sinclair – przyp. red.] przyjęli tę nagrodę dość chłodno. I dobrze. Rodzina stawia mnie do pionu. Postaraliśmy się o to, żeby Oscary, inne nagrody i czerwone dywany nie były czymś dominującym w naszym życiu. Dzieci wiedzą, że mama ma pracę, którą uwielbia. Że czasem zakłada dziwne suknie i wyjeżdża na kilka tygodni, ale zawsze wraca i jest przede wszystkim ich mamą. Tą, która piecze ciasta, smaży omlety, pierze, sprząta, a czasem pomaga odrabiać lekcje.

Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW) Olivia Colman: Palma mi raczej nie odbiła. Mam swoje lata, poza tym wiele zawdzięczam mojej rodzinie. (Fot. BEW)

Wyglądasz na osobę wciąż onieśmieloną swoją sławą.
Tęsknię za anonimowością, za chodzeniem do pubu. To naprawdę dziwne, kiedy ludzie dookoła dobrze znają twoją twarz, ale ty nie znasz ich. A przecież rozmowa z przypadkowo spotkanymi ludźmi jest jedną z radości życia. Zamiast tego wciąż odbieram nagrody. To oczywiście ekscytujące, ale stresuje mnie wbijanie się w niewygodne kiecki i buty na szpilkach na te wszystkie gale. Nie tylko Oscary, ale Złote Globy, BAFT-y. Trzeba bardzo na siebie uważać podczas tych wszystkich ceremonii. Musisz lepiej się zachowywać, bo ludzie naprawdę cię zauważają. Tymczasem ja nie lubię zamieszania wokół siebie. Najswobodniej, najlepiej czuję się w domu. Zawsze pierwsza opuszczam przyjęcia i jadę do siebie. Zakładam rozciągnięty sweter, ciepłe kolorowe skarpety i zaparzam sobie dobrej angielskiej herbaty. Jest wygodnie, przytulnie, swojsko.

Kiedy cię obserwuję, dostrzegam w tobie nie tylko bezpośredniość i ciepło w kontaktach z ludźmi, lecz także twoją żywiołowość. I tak sobie myślę, że granie Elżbiety II, która nie okazuje uczuć, musiało być dla ciebie dodatkowym wyzwaniem.
Zawsze byłam ambitna i lubiłam wyzwania. Moja Elżbieta była bardzo powściągliwa, chłodna, ale nie była też całkiem pozbawiona emocji. Grałam oczami, twarzą, drobnymi gestami, ciałem. To dla aktora bardzo ożywcze doświadczenie. Ukrywanie emocji jest obowiązkiem monarchini. Publicznie musi być silna. Oczywiście zagranie królowej Anny w „Faworycie”, postaci nieokiełznanej, było dla mnie o wiele łatwiejsze, ponieważ sama jestem osobą bardzo emocjonalną. Jeśli ktoś jest smutny, od razu wybucham płaczem. Dobrze mi się grało także nieukrywającą emocji policjantkę w serialu „Broadchurch”, która uczestnicząc w śledztwie, przeżywa własny dramat. Jej uczuciowość jest bardzo ważna, ma być zniuansowana, a jednocześnie ma łatwo udzielać się widzom.

Mnie bardzo poruszyła twoja Angela Burr w serialu „Nocny recepcjonista” w reżyserii Susanne Bier. Zagrałaś szefową jednej z agencji brytyjskiego wywiadu, która na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina osoby zajmującej się rozpracowywaniem bezwzględnych handlarzy bronią.
Taka zwyczajna kobieta i na dodatek jeszcze w zaawansowanej ciąży! Zupełnie jak policjantka z „Fargo”. Wspominam o tym, bo sama spodziewałam się wtedy dziecka i to, że powołałam się na Frances McDormand z „Fargo”, pomogło mi przekonać Susanne Bier, żeby mnie zaangażowała. Grunt to kamuflaż – nikt się nie spodziewa, że kobieta w ciąży może ścigać terrorystów.

Królowe królowymi, ale ty jesteś też mistrzynią odgrywania kobiet, które spotykamy na ulicach każdego dnia. Bohaterek codzienności. Na ich miejscu mogłaby być każda z nas.
Zawsze powtarzam w wywiadach, że prawdziwą sobą jestem w dżinsach i swetrze z plamą po czymś, co właśnie zjadłam. Dla mnie bardziej zawstydzające jest starać się wyglądać dobrze. Myślę, że miałam szczęście, że wybierano mnie do takich ról, bo wielu aktorom branża nie pozwala się starzeć. Moje bohaterki na ogół nie kryją się z tym, ile mają lat, nie udają kogoś, kim nie są, mają odwagę mówić, co czują i myślą.

Ty mówisz o dżinsach i poplamionym swetrze, a ja nie mogę zapomnieć o twoim kostiumie i charakteryzacji z „Faworyty”. Nadal mam te kreacje w głowie.
Wygląd królowej Anny był dla mnie kluczem do wejścia w tę postać. Zapuściłam długie włosy i znacznie przytyłam. Yorgos [Lanthimos, reżyser filmu – przyp. red.] powiedział, że królowa Anna jest duża, ociężała. On sam tak naprawdę nie lubi makijażu i chciał, żebym wyglądała naturalnie, co wcale nie oznaczało, że charakteryzatorka nie miała nic do roboty. Przeciwnie. Charakteryzacja zaczynała się o godzinie 3.45 rano. Nasza specjalistka od włosów i makijażu Nadia Stacey była doskonała we wszystkim, co stworzyła. Anna nie miała wyglądać ładnie ani być miła, i to było wyzwalające i genialne. W dodatku w połowie filmu moja bohaterka dostaje udaru. To było całkiem ciekawe wyzwanie, zmusić lewą stronę mojej twarzy do ruchu, podczas gdy prawa pozostawała nieruchoma.

Ta postać cię zafascynowała?
Podobało mi się, że co pięć minut wpadała w inny nastrój. To marzenie aktora – Anna jest zepsuta i histeryczna, wrażliwa i okrutna. Mogłam oczywiście pokazać ją jako karykaturę, ale chciałam, żeby publiczność jej współczuła. Jej życie naznaczone było wieloma tragediami, roniła lub rodziła martwe dzieci co najmniej 12 razy, a kolejne czworo umarło przed ukończeniem drugiego roku życia. Chorowała. Dla mnie jasne było, dlaczego była tak nieszczęśliwa, mało pewna siebie, dziecinna… I może trudno w to uwierzyć, ale dla mnie był to najbardziej zabawny film, nad którym pracowałam. Wszyscy dużo chichotaliśmy na planie. Wcześniej podczas prób zaprzyjaźniłam się z Rachel W­eisz i Emmą Stone. Reżyser zorganizował dla nas serie fizycznych aktywności. Trzymałyśmy się za ręce, szarpałyśmy się i przewracałyśmy. Byłyśmy jak banda dzieciaków, ale w tym szaleństwie była metoda. Yorgos wiedział, że tak rozluźnione zrobimy na planie wszystko. I tak było. Czułam się komfortowo. Instynktownie weszłam w skórę Anny, w jej zmienne nastroje, ekstremalne zachowania, w jej podatność na manipulacje.

Co jest dla ciebie ważne w byciu aktorką?
Wierzę, że oprócz szczęścia jednym z najważniejszych aspektów w tym zawodzie jest bycie bezproblemową i dogadywanie się z innymi. A w filmach, w których gram, cenię przede wszystkim dobre dialogi i… wygodne buty. Tak, buty. Nie mogą mnie rozpraszać na planie odciski, obtarcia, dyskomfort chodzenia. Nie mam na to czasu.

Kiedy pod koniec 2017 roku ogłoszono, że Olivia Colman przejmie rolę królowej Elżbiety w „The Crown”, twoje nazwisko było znane niemal wyłącznie wśród fanów brytyjskich seriali. Co było właściwie punktem zwrotnym w twojej karierze?
Pamiętam, że już po premierze i po tym, jak Yorgos powiedział, że nie zrobiłby „Faworyty” beze mnie, z ciekawości spytałam go, gdzie o mnie usłyszał. No więc zwrócił na mnie uwagę, oglądając „Tyranozaura”, film Paddy’ego Considine’a z 2011 roku, w którym gram maltretowaną przez męża żonę, walczącą o godność i o uwolnienie się z tej chorobliwej relacji. To była moja pierwsza dramatyczna rola po latach grania w komediach i serialach na małym ekranie. Ale jeśli pytasz mnie o mój osobisty punkt zwrotny, to był też czas, kiedy przez lata nie miałam co grać i tonęliśmy z Edem w długach. Dzięki temu doceniam to, co mam teraz.

Wszystko wskazuje na to, że twoja kariera dopiero nabiera rozpędu. Jeszcze niedawno zakłady bukmacherskie typowały cię jako jedną z pretendentek do roli… Bonda po odejściu Daniela Craiga. Bierzesz takie spekulacje na serio?
Nie, na pewno nie zostanie nim kobieta. Być może Tom Hardy, ale i to chyba nie jest jeszcze zdecydowane. Zresztą moje potrzeby, jeśli chodzi o historie szpiegowskie, całkowicie zaspokoił „Nocny recepcjonista”[śmiech]. W końcu pracowałam w osławionym MI6, jak Judy Dench, grająca szefową agenta 007.

Cały czas czekamy na datę kinowej premiery filmu „Ojciec”, w którym z Anthonym Hopkinsem gracie córkę i bliskiego śmierci ojca. To kolejny w twoim dorobku tytuł z wielkimi szansami na oscarowe nominacje. Jestem ciekawa, czy już czujesz się twórczo spełniona, a może jest ci jeszcze coś potrzebne do aktorskiego spełnienia?
Czas mi sprzyja. Podobnie jak fakt, że nie jestem piękna. Gram coraz poważniejsze i ciekawsze role. To wielka radość i szczęście. Nie myślę o tym, co dalej. Cieszę się tym, co jest.

W filmie 'Ojciec' Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW) W filmie "Ojciec" Olivia Colman partneruje Anthony'emu Hopkinsowi. Spekuluje się, że za tę kreację otrzyma drugiego Oscara. (Fot. BEW)

Olivia Colman, ur. w 1974 roku. Popularność przyniosły jej programy komediowe w brytyjskiej telewizji. Uznanie zdobyła za rolę w dramacie „Tyranozaur” (2011). Zagrała także w serialach „Broadchurch”, „Fleabag” i „Nocny recepcjonista”. W 2017 roku za kreację w tym ostatnim dostała Złoty Glob. W trzecim i czwartym sezonie serialowego przeboju Netflixa „The Crown” wcieliła się w postać królowej Elżbiety II. W 2019 roku jej kolejna rola królowej, tym razem w „Faworycie”, została uhonorowana między innymi Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Ostatnio wystąpiła w filmie „Ojciec”.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację?
Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca?
Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie "Ojciec" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać?
Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie.
No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje?
I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć?
Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana?
Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala?
Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach?
Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne?
Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.
Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda?
Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości.
Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) "Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga?
Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym?
Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.