1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Krzysztof Ibisz o swoim dzieciństwie

Krzysztof Ibisz o swoim dzieciństwie

Krzysztof Ibisz ze swoim ulubieńcem, bulterierem Nicponiem (Fot. Celestyna Król)
Krzysztof Ibisz ze swoim ulubieńcem, bulterierem Nicponiem (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Krzysztof Ibisz dzieciństwo spędził, ganiając po podwórkach starej Woli w Warszawie, ze stałą trasą między mieszkaniami mamy i taty. Miał zostać w kolejności: śmieciarzem, księdzem, fotoreporterem. Dziś Krzysztof Ibisz mówi: – Nikt wtedy nie diagnozował ADHD, więc nie wiem, czy to był mój przypadek, ale już w przedszkolu ruszałem się jakoś szybciej niż inni.

Szwedzki stół: wtedy nie wiedzieliśmy, że coś takiego jest, ale teraz uważam, że właśnie tak wyglądało moje dzieciństwo. Szukałem sobie różnych zajęć, co chwila pojawiało się coś nowego. Byłem dzieckiem, które chłonie wszystko naokoło, zastanawia się, co wybrać, i ma odwagę po to sięgać, tak to widzę. Zresztą tych swoich wyborów co najmniej dwa razy omal nie przypłaciłem zdrowiem albo nawet życiem.

Żadnych łez

Pierwszy raz był, kiedy miałem pięć lat i chciałem zostać śmieciarzem. Pamiętam, że kiedy do nas na ulicę podjeżdżała śmieciarka, nie mogłem się napatrzeć. Fascynował mnie szczególnie ten gość, który stał na stopniu na zewnątrz śmieciarki. Najlepszy był moment, kiedy auto ruszało, a on wskakiwał i łapał się uchwytu jedną ręką. Straszliwie mi imponowało, że to taka męska praca. Mieszkaliśmy na drugim piętrze i któregoś dnia, kiedy tak stałem na balkonie i obserwowałem z góry śmieciarkę, zorientowałem się, że utknąłem, nie jestem w stanie wyciągnąć głowy spomiędzy metalowych prętów balustrady. Mama wezwała na pomoc sąsiadów, aż w końcu sąsiad, rosły facet, zaparł się, rozchylił pręty i mnie uwolnił. Czy bardzo ryczałem? W ogóle. Uważałem, że śmieciarze nie płaczą.

Głos z magnetofonu

Najważniejszą osobą mojego dzieciństwa była babcia Helena. Wcześniej mieszkała na Wilanowie, potem na Woli z moim tatą, w małym pokoju. Była już na emeryturze, więc miała dla mnie czas i była obecna w różnych ważnych momentach. Przez dużą część podstawówki zdarzało się, że leciała mi krew z nosa. Nawet godzinę, dwie. Nikt nie wiedział dlaczego, może za szybko rosłem? I zawsze, kiedy dochodziło do tego w szkole, wzywano babcię, ponieważ rodzice byli w pracy. Czasem trzeba było jechać do szpitala, czasem szliśmy do domu. Właściwie niewiele dało się zrobić, ale już jej obecność była dla mnie ważna. Kiedy dostałem się do PAX-owskiego liceum pw. św. Augustyna, byłem chyba jedynym, który nie miał dżinsów. Męska szkoła, katolicka, z tradycjami – to był PRL, więc nie płaciło się czesnego, ale chodziły tam głównie dzieci zamożnych rodziców, a my żyliśmy skromnie. Dla mnie to było oczywiste, że jak chcę wyjechać na wakacje, muszę miesiąc pracować przy zrywaniu jabłek albo pomagać gdzieś przy remontach, żeby sobie zarobić. I pamiętam, że jak babcia Helena dowiedziała się o tych dżinsach, za całą swoją emeryturę kupiła mi je w pewexie. Albo kiedy we wczesnej podstawówce zacząłem trenować dżudo. Poszedłem się zapisać do sekcji na Karową. I na kim ćwiczyłem w domu rzuty? No, niestety… na babci. Przy jej pełnej, zaznaczam, zgodzie rzucałem ją (delikatnie!) na wersalkę. Babcia pisała wiersze i wspomnienia wojenne, czytała mi je potem na głos, a ja je nagrywałem na magnetofon szpulowy z mikrofonem. Mam te taśmy do dziś, zdigitalizowałem je, ale do tej pory nie miałem odwagi ich odtworzyć i posłuchać jej głosu.

Za szafą

Już w przedszkolu ruszałem się jakoś szybciej niż inni. Dzisiaj tak samo – nie jestem w stanie poruszać się na przykład po galeriach handlowych, bo dla mnie wszyscy chodzą tam za wolno. Nikt wtedy nie diagnozował ADHD, więc nie wiem, czy to był mój przypadek, ale najbardziej z wszystkiego nienawidziłem leżakowania. Z przedszkola pamiętam też, że panie nas biły. Za szafą. Ciągnęły nas za szafę i wymierzały karę. Czy uważałem, że to straszne? Chyba wydawało mi się, że to normalne.

Ksiądz Tarnowski

Babci Helenie zawdzięczam też to, że poznałem księdza Janusza Tarnowskiego. To ona mnie przyprowadziła do kaplicy na Żelaznej, gdzie odprawiał msze. Ksiądz profesor, autor wielu książek, pedagog przesiąknięty ideą Korczaka. To, w jaki sposób wygłaszał homilie – miał alergię na słowo „kazanie” – jak rozmawiał z młodzieżą i dziećmi, było niespotykane. Zadawał pytania i uważnie nas słuchał, zachęcał do dyskusji. Dzięki niemu od siódmego roku życia byłem ministrantem, służyłem do mszy w piątki na 18, w soboty na 6 lub 6.30 rano, a w niedzielę na 8. W tym samym rytmie przez prawie 20 lat mojego życia. Ksiądz Tarnowski prowadził grupy niedzielne, gdzie rozmawialiśmy o kwestiach moralnych, ale też o książkach, filmach. Tak, o swoich problemach też. To nie były sesje psychoterapeutyczne, raczej błyskotliwa inteligencka dyskusja. Jak poznałem księdza Tarnowskiego, miał mniej więcej tyle lat, co ja mam teraz, ale wtedy wydawał mi się starszym panem. Pamiętam też, że był świetnie zorganizowany, co do minuty, pewnie dlatego tyle w życiu napisał książek, tyle udało mu się zrobić. Pod tym i pod wieloma innymi względami był dla mnie wzorem. Przez jakiś czas całkiem poważnie myślałem, czy nie zostać księdzem.

Niemodne

Mój tata był w latach 60. kierownikiem w Domu Słowa Polskiego, później został dyrektorem. Tam się poznali z mamą. Wtedy w DSP drukowano większość gazet. Mama pracowała w dziale retuszu, jest technikiem poligrafem. W pokoju, w którym pracowała, siedziało kilkanaście osób w białych fartuchach, każdy miał swój pulpit i patrzył w „świecący ekran” – za szybą matową były lampy, na szybie kładło się materiał fotograficzny i go opracowywało. Rodzice rozstali się, jak miałem cztery lata, ale potem, jeszcze do mojego siódmego roku życia, mieszkaliśmy razem. W tamtych czasach znaleźć osobne mieszkanie nie było łatwo. Nie pamiętam, żeby ich rozstanie było dla mnie traumą, może byłem za mały. Po prostu tak wyglądał mój świat, nie analizowałem tego. Do kogo jestem bardziej podobny? Optymizm odziedziczyłem po mamie. Ona zawsze uważa, że szklanka jest do połowy pełna. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek narzekała, że jest jej ciężko. Przejąłem też po niej przekonanie, że praca porządkuje życie, sama w sobie jest wartością, że kształtuje w nas pozytywne cechy, które przekładają się na inne dziedziny życia. Wiem – to jest dzisiaj niemodne, liczą się luz, celebrowanie wolnego czasu. Tata? On też dużo pracował, zawsze był ambitny, przypłacił to chorobą serca, wiadomo, czasy takie, że się bardzo dużo paliło, do tego stres. Fizycznie jestem bardziej podobny do niego. Był wysoki i przez długi czas straszliwie chudy, miał nawet pseudonim „Szprycha”. Po zakładach chodził w garniturze, jak przystało na szefa.

Mała jedynka

Mieliśmy taki rytuał, że wpadam do taty w niedzielę po porannej mszy. I że smażymy razem cebulę, jemy z chlebem i rozmawiamy. Jeździliśmy też pod namiot na Mazury, na pole namiotowe nad Babantem Wielkim. Już w wieku siedmiu lat miałem swój własny namiot, małą jedynkę, a tata swój. To tata nauczył mnie korzystać z kompasu, rozpalać ognisko. Miałem ze sobą zawsze finkę, którą dostałem od niego, bo był przed wojną harcerzem. I tak finka przechodzi z rąk do rąk, z pokolenia na pokolenie, teraz ma ją mój młodszy syn Vincent. Tata odszedł niedawno i wciąż mi go bardzo brakuje, także w tym czysto fizycznym wymiarze. Przez jego ostatnie miesiące byłem u niego codziennie, goliłem go, robiłem masaż pleców. Nasz kontakt był czasem intensywniejszy, czasem trochę słabszy, ale przez ostatnie 20 lat byliśmy bardzo blisko. Bardzo za nim tęsknię. Jednak czas nie leczy ran. szybko, do szpitala! Ten drugi raz, kiedy omal nie przypłaciłem pasji życiem, był, kiedy wymyśliłem, że będę grał bluesa na harmonijce ustnej. Jeszcze w podstawówce grałem w zespole ludowym na mandolinie i na gitarze, potem nauczyłem się na skrzypcach, aż wreszcie wymyśliłem tego bluesa. Moim idolem był Ryszard Riedel z zespołu Dżem. Znalazłem w „Życiu Warszawy” ogłoszenie, że ktoś sprzedaje harmonijkę. Pojechałem więc na daleką Wolę, gdzie drzwi otworzył mi facet, który sam wyglądał jak Riedel, zarośnięty, z długimi włosami. Wróciłem z harmonijką do domu i obiecałem sobie, że jeszcze tej samej nocy nauczę się grać. Rzeczywiście grałem jak szalony, aż poczułem, że coś mam w gardle, zacząłem się dusić. Poleciałem po mamę, która nie spała, bo nie mogła zasnąć – przecież cały czas grałem. Pojechaliśmy do najbliższego szpitala na Kasprzaka. Na miejscu okazało się, że utknęła mi w gardle metalowa blaszka, która się obluzowała i wypadła z harmonijki. A jak mi już ją wyjęli, trafiła na lata za szybę, do poglądowej gabloty z przedmiotami, które połknęli ludzie.

Dziękuję

Zawsze robiłem kilka rzeczy naraz. Skakałem wzwyż, trenowałem też karate, wspomniane dżudo, aikido. Pływałem, była akrobatyka, budowałem gokarty i radia w sekcji elektronicznej Pałacu Młodzieży. Trafiłem też do sekcji fotograficznej i przez pewien czas byłem pewien, że w przyszłości zostanę fotoreporterem. Moje nazwisko pojawiło się zresztą w stopce redakcyjnej „Razem”, jednego z najpopularniejszych w PRL-u magazynów ilustrowanych. Jeździłem robić materiały, dostawałem wynagrodzenie, mimo że byłem nastolatkiem. Po prostu któregoś dnia zadzwoniłem do redakcji, umówiłem się na rozmowę. Na miejscu przyjął mnie szef działu foto Mirosław Stępniak i potraktował serio. Nigdy mu nie podziękowałem, że kompletnie bezinteresownie poświęcił tyle czasu chłopcu, który miał 14 lat, zaufał mi, nauczył fachu. Dziękuję Ci, Mirku.

Aresztowanie

Liceum Stowarzyszenia PAX było takim miejscem, do którego trzeba było mieć papiery polecające. Ja list polecający dostałem od księdza Tarnowskiego. O ile w podstawówce nie byłem zbyt dobrym uczniem, podciągnąłem się dopiero pod sam koniec, o tyle w liceum nie dało się nie uczyć. Jak ktoś dostawał czwórkę, to już wśród kolegów uchodził za idiotę: „Nie mogłeś się nauczyć na piątkę?” – mówili ze szczerym politowaniem. Jestem tym rocznikiem, który nastolatkiem był w czasach opozycji, Solidarności. W liceum kolportowaliśmy bibułę, z chłopakami malowaliśmy na murach antykomunistyczne hasła typu „17 września – pamiętamy”. Rodzice się bali, że będę za to siedział. I faktycznie, aresztowali mnie, ale akurat zupełnie nie za to, o co tak drżeli. Wtedy były modne oporniki, które się nosiło przyczepione do ubrania, i ja też tak chodziłem. Zgarnęło nas z koleżanką z ogrodu Saskiego dwóch tajniaków, po czym spędziłem dwie doby w areszcie na Wilczej. Chodziło się też na koncerty Kaczmarskiego, Gintrowskiego. Na jednym z nich przeżyłem zresztą wielkie upokorzenie. Poszedłem posłuchać Gintrowskiego w kościele na Powiślu. Generalnie takich występów nie można było nagrywać, ale ja strasznie chciałem to sobie potem odtworzyć, słuchać i powtarzać chwyty na gitarze. Wziąłem wielki, ciężki dyktafon, a w czasie koncertu Gintrowski wstał, wyciągnął rękę, żebym mu ten dyktafon podał i tak przy wszystkich go odłączył i schował. Poczułem się potwornie, że ktoś mógł pomyśleć, że nagrywam dla służb.

Aktorowi nie wypada

Poszedłem do Łodzi na wydział aktorski, bo to było wyzwanie. Tyle osób na jedno miejsce! Uwielbiałem teatr, przez trzy lata chodziłem do ogniska państwa Machulskich przy Teatrze Ochoty, tak naprawdę to była taka miniszkoła teatralna. A jak się już do Łodzi dostałem, studia okazały się tak absorbujące, że nie było mowy, żeby jednocześnie zajmować się fotografią. Chciałem po drodze zacząć reżyserię, wydział aktorski miał być etapem, sposobem, żeby potem lepiej zrozumieć aktora, z którym się pracuje. Ale kiedy byłem na trzecim roku, Jerzy Grzegorzewski, widząc mój egzamin, zaproponował mi pracę u siebie, w teatrze Studio. Gdyby mi zaproponował to ktoś inny, może nie wyjeżdżałbym z Łodzi i upierał się przy reżyserii, ale to był sam Grzegorzewski! Tylko że jako aktor mało zarabiałem. Poszedłem więc do dyrektora: „Panie dyrektorze, teatr ma gabloty z repertuarem na mieście, brudne są. Ja będę mył te gabloty”. Usłyszałem: „Nie wypada, żeby to robił aktor”. Jakiś czas potem przechodzimy akurat z kumplem obok Belwederu, więc mówię: „Chodź, zapytamy, czy tam nas nie potrzebują”. Idziemy, pukamy: „Chcemy rozmawiać z dyrektorem technicznym”. Wychodzi do nas jakiś człowiek, a my: „Dzień dobry, my w sprawie mycia okien, mamy firmę, jesteśmy profesjonalni. Może byłby pan zainteresowany?”. „Wiedzą panowie, tak się składa, że u nas okna myje spółdzielnia pracy kobiet i nie jesteśmy zadowoleni. Chodźcie, pokażę wam, co by trzeba było ogarnąć”. Tak się zaczęło. Od razu założyliśmy firmę, myliśmy te okna w Belwederze ze trzy lata. Potem też w Kancelarii Prezydenta i hotelu Holiday Inn.

Teleranek i Czar Par

Nadal myślałem o reżyserii. Wiedziałem, że jest taka szkoła w Kanadzie, w Montrealu. Tam mieszkał przyjaciel mojego ojca, wiedziałem, że mogę u niego mieszkać i że on pomoże mi znaleźć pracę, żebym mógł zarobić na te studia. Pracowałem u pewnego Hindusa, zajmowałem się sitodrukiem na T-shirtach, a w weekendy dorabiałem w knajpach. Zacząłem studia, zarobiłem w sumie 7,5 tys. dolarów kanadyjskich, ale to było za mało, brakowało mi na kolejny semestr. Wiedziałem już, że się nie nadaję do emigracji. Śniły mi się spaliny z Marszałkowskiej. Wstrętny smród spalin, a ja za nim tęskniłem. Uznałem, że wracam i krótko po tym zaczęła się telewizja. Nawiązałem współpracę z redakcją dziecięcą „5-10-15”, „Teleranka”. Potem prowadziłem program dla młodzieży „Klub Yuppies”. Po klubie był już „Czar Par”. Myśmy zupełnie nie wiedzieli, że to będzie tak kultowy teleturniej. W czasie emisji ulice miast pustoszały.

Lekcje angielskiego z Bożeną Walter

Zawsze mnie fascynowało, że Jan Suzin zapowiadający program w ciężkich przyciemnianych okularach jest jednocześnie w tylu milionach domów. Albo teleturniej „Wielka Gra” ze Stanisławą Ryster – jeszcze niewiele z tego jako dziecko rozumiałem, a już siedziałem przed czarno-białym telewizorem marki Agat i nie mogłem oderwać wzroku. Jak to się stało, że sam trafiłem do telewizji? Kiedy wróciłem z Kanady, poszedłem, żeby szlifować język, na lekcje angielskiego. I na tych właśnie zajęciach spotkałem Bożenę Walter. „Studio 2”, które prowadziła, było największym objawieniem telewizyjnym mojej młodości. Te rozmowy, ten luz, który ten program wniósł do telewizji. Atmosfera na naszych zajęciach angielskiego też była luźna, wszyscy mówiliśmy sobie na ty, ja miałem ksywę „Rambo”, Bożena Walter – „Sara”. Więc ja, jak to ja, podszedłem i powiedziałem, że bardzo chciałbym pracować w telewizji. Usłyszałem: „W takim razie coś wymyśl”. No to wymyśliłem.

Krzysztof Ibisz rocznik 1965; prezenter i dziennikarz telewizyjny. Od 2000 roku związany z Polsatem, prowadzi tam program „Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami” oraz „Demakijaż” (Polsat Café). Wcześniej pracował dla TVP i TVN.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.