1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. David Garrett wraca z koncertami do Polski

David Garrett wraca z koncertami do Polski

David Garrett (Fot. materiały prasowe/Christoph Köstlin)
David Garrett (Fot. materiały prasowe/Christoph Köstlin)
- Jeśli wyznaczysz sobie granice, nie zrobisz nic nowego, a myślę że artyzm polega na odkrywaniu – mówi znany skrzypek David Garrett. Opowiada również, co mu pomogło w wychodzeniu z poważnej choroby. Trasą koncertową „Unlimited” świętuje 10-lecie swojej obecności na scenie, na której innowacyjnie łączy style muzyczne: klasykę, pop, heavy metal. Przed nami koncerty w Gdańsku, Łodzi i Krakowie.

Kiedy dwa lata temu udzieliłeś wywiadu portalowi zwierciadlo.pl, powiedziałeś że w 2019 roku zaczniesz nową trasę. Dotrzymałeś obietnicy. Na początku października wystąpisz w Polsce z trzema koncertami. Ale miała to być trasa promująca płytę „Rock Revolutions”. W międzyczasie wydałeś swój kolejny album „Unlimited” i taki tytuł noszą twoje koncerty. Skąd ta zmiana planów?  Cóż, powodem jest po prostu to, że moim najnowszym albumem „Unlimited” świętuję 10 lat mojej muzyki na scenie – zarówno klasycznej, jak i crossoverowej. Trasa „Unlimited” jest dla mnie czymś w rodzaju rocznicowej trasy po świecie, podczas której spotkam się z fanami i zagram najlepsze utwory, które wykonywałem przez ostatnie lata, ale także całkiem nowe materiały. Powiedziałeś również, że trasa musi być naprawdę bardzo dobra, aby w nią wyruszyć. Rzeczywiście tak jest? Nie pojechałbym w trasę, gdyby program nie był idealny w moich oczach, więc odpowiedź na twoje pytanie brzmi „tak” (śmiech).

Czego możemy się spodziewać? Zapewniałeś mnie, że zawsze dobrze się bawisz, dodając nowy repertuar do materiału z albumu. Tak, oczywiście. Zawsze dodajemy nowe elementy, łączymy pewne kawałki, zmieniamy aranżację tu i tam. Materiał jest więc świeży dla ucha i nowy dla publiczności. Myślę, że program tego koncertu jest niezwykle energetyczny, dlatego ludzie z pewnością będą się świetnie bawić, słuchając go. Stworzyliśmy też niesamowity materiał wideo, który w 100 procentach pasuje do muzyki. Pracowaliśmy nad tym ponad rok i myślę, że to ogromna wartość dodana do koncertu, do jego doświadczania. Bardzo się cieszę, że zabieram ten program w trasę!

Koncert Davida Garretta (Fot. materiały prasowe/Uwe Müller) Koncert Davida Garretta (Fot. materiały prasowe/Uwe Müller)

 „Unlimited” to nie tylko tytuł albumu, słuchając twojej eklektycznej muzyki, można wysnuć wniosek, że to twoja filozofia życia. The sky is the limit? (Niebo jest granicą?) Podobno nigdy nie masz planu B? Cóż, niebo jest być może nieco za wysoko, ale tak, nieograniczanie się jest czymś, co dla mnie, jako muzyka, jest ważne. Jeśli wyznaczysz sobie granice, nie zrobisz nic nowego. Kiedy masz dobry gust muzyczny i nie boisz się przekraczać granic, istnieje duża szansa, że ​​dojdziesz do czegoś, czego wcześniej nie zrobiono. Myślę, że artyzm polega na odkrywaniu, ale aby coś odkryć, twój sposób myślenia musi być nieograniczony. Kiedy działam, czasem mam plan B, ale gdzieś głęboko ukryty. Najczęściej jednak w ogóle go nie rozważam, żeby nie wahać się na 100 procent pójść za planem A.  Czy zmieniła cię kilkumiesięczna przerwa z powodu choroby i rehabilitacji? Przepuklina dyskowa szyjnej części kręgosłupa sprawiła, że drętwiała ci lewa dłoń. To chyba trudne doświadczenie, zwłaszcza dla skrzypka. Miałeś myśli, że nie będziesz już grać? Jestem bardzo pozytywną osobą. Jeśli coś nie działa, szukam pomocy i rozwiązuję problem. Jestem bardzo zdyscyplinowany w pracy, tak samo działałem, wracając do zdrowia. Przede wszystkim koncentrowałem się na poprawie. Dla muzyka takie kontuzje to właściwie coś całkiem normalnego. Można to porównać ze sportowcami, ponieważ oni również pracują ciałem. Większość z nich była w sytuacji, kiedy nie mogli grać i występować na zawodach. Poza tym wzloty i upadki są nieodłączną częścią życia, trzeba mieć odpowiedni sposób myślenia i motywację, by przez nie przejść. Na pewno nie możesz zacząć się martwić, raczej robić coś przeciwnego. Moja dewiza to: „Dowiedz się, co jest nie tak, dowiedz się, jak to naprawić, a następnie zrób to, abyś mógł wrócić do normalnego życia”. Chyba mniej teraz pracujesz? Powiedziałbym, że jestem trochę bardziej zrównoważony z moim harmonogramem pracy.

Zrezygnowałeś z koncertów muzyki klasycznej? Od czasu choroby nie zagrałeś z żadną orkiestrą. Nie, wcale nie. Nadal będę grał muzykę klasyczną, ponieważ to mój „muzyczny dom”. W tej chwili po prostu zajmuję się albumem „Unlimited”, który jest podsumowaniem mojej dotychczasowej muzyki crossover.

Czy podczas koncertów w Polsce usłyszymy Czajkowskiego? Nie, ale będą utwory Beethovena, Bacha i Debussy'ego. Podczas tej trasy zagramy kawałki kilku klasycznych kompozytorów.

Wydaje mi się, że masz ostatnio dłuższe przerwy między trasami koncertowymi. Jak spędzasz wolny czas? W przerwach lubię odpoczywać, ale też przygotowywać nowe rzeczy, pracować nad nowymi projektami, które – mam wtedy taką nadzieję – zostaną wydane w przyszłości. Zwykle mój każdy dzień jest dobrze zaplanowany – wypełniony ćwiczeniami gry na skrzypcach, sportem, pisaniem muzyki, aranżacją. Ale wszystko zawsze w dobrym nastroju i z pozytywnym nastawieniem.

Twoja mama jest Amerykanką a tata Niemcem. Czy bliżej ci do niemieckiej dyscypliny czy amerykańskiego luzu? A może masz w sobie te dwa temperamenty? Mogę powiedzieć, że spotkałem Amerykanów, którzy są pracowici i uporządkowani oraz niezwykle wyluzowanych Niemców. Biorąc to pod uwagę, nie wierzę, że istnieje coś takiego jak postawa niemiecka, amerykańska, chińska, francuska czy włoska. Niezależnie od narodowości, są ludzie, którzy są tak jak ja oddani temu, co robią, i tacy, którzy być może nie są tak bardzo zaangażowani. Nie powiedziałbym, że jedno lub drugie jest lepsze, ale każdy musi sam zdecydować, co dla nich działa i co chce robić w życiu.

[video width="1920" height="1080" mp4="https://zwierciadlo.pl/wp-content/uploads/2019/09/DG_PL_Trailer_Fix-You_15s_1.mp4-->[/video]

DAVID GARRETT podczas dekady międzynarodowej kariery pobił rekordy w liczbie zagranych koncertów. Ostatnia trasa „Explosive Live" to ponad 400 tys. biletów sprzedanych w 20 krajach. David Garrett zdobył 24 złote i 16 platynowych płyt w miejscach tak różnorodnych jak: Hongkong, Niemcy, Meksyk, Tajwan, Brazylia, Singapur. Garrett to „Diabelski skrzypek” naszych czasów. Paganini wśród gwiazd muzyki pop i Jimi Hendrix wśród skrzypków. Międzynarodowa gwiazda, która zaciera granice między Mozartem a Metallicą. Łączy charyzmę rocka z rodzajem wirtuozerii należącej tylko do najlepszych instrumentalistów naszych czasów. Podziwiany przez miliony fanów na całym świecie. Koncerty „Unlimited” Davida Garretta w Polsce: 4 października w Krakowie, 5 października w Łodzi, 6 października w Gdańsku.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Kolejni artyści dołączyli do akcji "Kwarantanna na na"

Swój udział w projekcie
Swój udział w projekcie "Kwarantanna na na" potwierdziła m.in. Brodka. Artystka wystąpi 24 kwietnia o godzinie 18:00. (Fot. screen Instagram @missbrodka)
„Kwarantanna na na” to projekt powstały z inicjatywy Facebooka, Szlachetnej Paczki i artystów z wytwórni Kayax. Po co? Żeby pobyć razem, posłuchać ulubionego wykonawcy i choć na chwilę zapomnieć. Żeby poczuć, że nie tylko my utknęliśmy w naszym mieszkaniu... 

Pod koniec marca na Facebooku wystartowała seria kameralnych koncertów z domu polskich muzyków. Projekt pod szyldem "Kwarantanna na na" powstał z inicjatywy Szlachetnej Paczki i artystów z wytwórni Kayax, którzy w ramach akcji #WspieramZDomu postanowili pomóc tym, którzy nie radzą sobie podczas ogólnonarodowej izolacji. W trakcie koncertów można np. wpłacać datki, które przekazane zostaną na rzecz seniorów i osób samotnych.

Do tej pory w akcji wzięli udział Krzysztof Zalewski, Mery Spolsky, KARAŚ/ROGUCKI, Arek Kłusowski, Skubas, SMOLIK/KEV FOX, Barbara Wrońska, SWIERNALIS i RAT KRU.

W najbliższych dniach odbędą się kolejne koncerty - tym razem na wirtualnej scenie zagra Brodka (24 kwietnia), Kayah (27 kwietnia), Karolina Czarnecka (29 kwietnia) oraz duet The Dumplings (1 maja). Wszystkie występy transmitowane są na platformie Facebook app. Start o godzinie 18:00.

 

  1. Kultura

Koncerty z domu - kogo usłyszymy on-line w najbliższym czasie?

Skubas (fot. Paulina Wyszyńska, materiały prasowe)
Skubas (fot. Paulina Wyszyńska, materiały prasowe)
W obecnej sytuacji, życie kulturalne przeniosło się do sieci. Dzięki wystawom online, spektaklom wyświetlanym w Internecie i koncertom łatwiej nam przeżyć odizolowanie i kwarantannę. Hitem stały się już koncerty największych artystów, którzy zamiast na żywo, występują dla widzów on-line. Zobaczcie, kogo trzeba posłuchać!

Na swoich profilach na Instagramie, Facebooku i YouTubie koncerty dają gwiazdy największego formatu. Chris Martin z Coldplay nadawał prosto ze swojego domu transmitując swój występ na żywo, na duchu podnosił fanów także John Legend, który wystąpił z domu w asyście swojej ukochanej żony i córki. Ogromnym powodzeniem cieszą się także koncerty artystów z Polski, które mają być nie tylko wsparciem dla fanów, ale również formą pomocy służbie zdrowia. 4 kwietnia odbył się"Koncert dla Bohaterów" transmitowany na żywo w Internecie, który był podziękowaniem dla lekarzy, pielęgniarek i całej służby zdrowia za ich ciężką pracę i walkę z koronawirusem.

W najbliższym czasie również czekają nas atrakcje muzyczne, które będziemy mogli podziwiać wyłącznie w sieci. Już niebawem - 18 kwietnia odbędzie się największy w historii koncert on-line zorganizowany we współpracy Lady Gagi i Światowej Organizacji Zdrowia. "One World: Together At Home" to inicjatywa światowej sławy gwiazd, które wystąpią specjalnie dla służby zdrowia na całym świecie, aby pokazać wsparcie i uznanie całej społeczności międzynarodowej dla ich ogromnego wysiłku.

Pierwszy na taką skalę koncert on-line odbędzie się na żywo w sobotę, 18 kwietnia o godzinie 17:00 (czasu pacyficznego) na antenach: ABC, NBC i CBS, a dodatkowo będzie transmitowany przez Apple, Amazon Prime Video, Alibaba, Facebook, Instagram, LiveXLive, Tencent, Tencent Music Entertainment Group, TIDAL, TuneIn, Twitch, Twitter, Yahoo oraz YouTube. Wezmą w nim udział m.in. takie gwiazdy jak: Andrea Bocelli, Billie Elish, Chris Martin, Elton John, John Legend, Maluma, Paul McCartney, czy Stevie Wonder.

To bezprecedensowe wydarzenie to jednak nie wszystkie atrakcje w świecie muzyki, jakie planowane są na najbliższy czas. W ramach cyklu "Męskie Granie w domu" wystąpili już: Bass Astral x Igo oraz Sorry Boys, teraz swój występ ogłosiła także Daria Zawiałow.  Koncert online piosenkarki rozpocznie się 9 kwietnia o godz. 20:15. Transmisja na żywo występu Darii Zawiałow w internecie będzie dostępna bezpłatnie na oficjalnych profilach „Męskiego Grania” na Facebooku i w serwisie YouTube.

Od dwóch tygodni mamy też możliwość uczestniczenia w koncertach on-line znanego polskiego pianisty, Marcina Maseckiego, który w każdą niedzielę o godz. 12.00 w transmisji live z własnego mieszkania przedstawia złoty okres europejskiej muzyki klasycznej. Ostatni koncert pianisty odbędzie się w najbliższą niedzielę, 12 kwietnia. Organizatorem koncertu jest warszawski Teatr Studio.

Akcję "Kwarantanna na na", czyli śpiewanie z domów wspierają muzycy z wytwórni Kayax, którzy od kilku tygodni koncertują on-line na Facebooku. Po wspaniałych i poruszających występach Krzysztofa Zalewskiego, Mery Spolsky, Karasia i Roguckiego czas na ostatni występ z cyklu - w środę, 8 kwietnia o 18.00 wystąpi Skubas - cały koncert muzyka będzie dostępny na stronie Facebook app.

 

  1. Kultura

Najważniejsze koncerty 2020 roku - sprawdź, kto wystąpi w Polsce

Lenny Kravitz wystąpi w Polsce 15 czerwca w Arenie Gliwice. (fot. BEW PHOTO)
Lenny Kravitz wystąpi w Polsce 15 czerwca w Arenie Gliwice. (fot. BEW PHOTO)
Swoje występy w Polsce w 2020 roku zapowiedziały już największe gwiazdy muzyki. Specjalnie dla was wybraliśmy te najważniejsze, na które szczególnie warto zwrócić uwagę. Przed wami koncertowy rozkład jazdy na przyszły rok - rezerwujcie czas, kupujcie bilety i bawcie się dobrze w rytmie swoich ulubionych przebojów!

James Arthur

30 stycznia - Warszawa, Klub Stodoła

W styczniu w warszawskim Klubie Stodoła wystąpi znany z hitu Impossible James Arthur. Show, które zaprezentuje polskim fanom będzie częścią trasy koncertowej "The You Tour", która promuje trzeci, długo wyczekiwany album artysty. Jeśli kochacie przejmujący wokal Jamesa i podobają wam się jego najnowsze utwory (Naked, Falling Like The Stars oraz Empty Space) musicie koniecznie pojawić się pod koniec stycznia na warszawskim koncercie!

The Neighbourhood

13 lutego - Warszawa, Torwar 14 lutego - Kraków, Klub Studio

Uwielbiany przez polską publiczność zespół The Neighbourhood ponownie odwiedzi nasz kraj w lutym 2020 roku. Grupa, której liderem jest charyzmatyczny Jesse Rutherford zapowiedziała aż dwa koncerty – w Warszawie (Torwar) i Krakowie (Klub Studio). Kalifornijska formacja tworzy muzykę z pogranicza alternatywy i indie rocka, a popularność przyniósł jej hit Sweater Weather z 2013 roku. Jeśli chcecie być częścią ich elektryzującego show, zachęcamy do rezerwowania czasu i biletów.

James Blunt

7 marca - Gliwice, Arena Gliwice

James Blunt to niekwestionowany specjalista od klimatycznych ballad – przeboje takie jak You’re Beautiful czy 1973 kochają niemalże wszyscy. Brytyjski artysta wystąpi w Arenie Gliwice już 7 marca. W trakcie 15-letniej kariery scenicznej muzyk rozkochał w sobie miliony fanek na całym świecie, a jego koncerty to niezwykle emocjonalne widowiska, podczas których wokalista emanuje optymizmem i zaraża pozytywną energią. Podczas marcowego występu poza największymi hitami usłyszymy także utwory z najnowszej płyty zatytułowanej „Once Upon A Mind”.

Céline Dion

23 maja - Łódź, Atlas Arena 25 lutego - Kraków, Tauron Arena

Céline Dion w ramach trasy Courage World Tour zaśpiewa w Polsce dwa razy - 23 maja w Atlas Arenie w Łodzi i 25 maja w Tauron Arenie Kraków. Niekwestionowana diva o niezwykłym głosie, kochana przez miliony fanów na całym świecie, powróci do Polski po dwunastu latach od swojego pierwszego koncertu w naszym kraju. Będzie to z pewnością niezwykłe wydarzenie!

Nick Cave and The Bad Seeds

28 maja - Gliwice, Arena Gliwice

„Ghosteen”, siedemnasty album Nicka Cave’a ukazał się na początku października. Z tej okazji australijski muzyk rozpoczyna w przyszłym roku kolejną europejską trasę koncertową, podczas której promowany będzie materiał z najnowszej płyty. Artysta zawita również do Polski – wraz ze swoim zespołem The Bad Seeds zagra w maju w gliwickiej Arenie.

Lenny Kravitz

15 czerwca - Gliwice, Arena Gliwice

W czerwcu ze swoim show w Polsce wystąpi również znany z energetycznych koncertów Lenny Kravitz. Artysta zagra w ramach trasy koncertowej „Here To Love” i zaprezentuje utwory z ostatniej płyty zatytułowanej „Raise Vibration” . Album nawiązuje do jego młodzieńczych inspiracji i przepełniony jest mądrością oraz doświadczeniem, jakie nabył w ciągu 30 lat na scenie.

Taylor Swift

3 lipca - Gdynia, Open'er Festiwal

Taylor Swift to absolutna ikona muzyki pop, dziesięciokrotna laureatka nagrody Grammy i jedna z najbardziej wpływowych artystek na świecie. W 2020 roku wokalistka po raz pierwszy odwiedzi nasz kraj, a jej występ w ramach światowej trasy koncertowej będzie można obejrzeć 3 lipca na festiwalu Open’er w Gdyni. Na koncercie z pewnością usłyszymy hity z ostatniej płyty (ME!, You Need To Calm Down oraz Lover), a także utwory z wcześniejszych albumów.

Andrea Bocelli

22 sierpnia - Warszawa, PGE Narodowy

Wśród artystów, którzy odwiedzą nasz kraj w 2020 roku znalazł się również Andrea Bocelli. Jego koncert to długo wyczekiwane wydarzenie muzyczne - ceniony na całym świecie tenor wystąpi w sierpniu na stadionie Narodowym w Warszawie, a sam koncert będzie podzielony na dwie części. W pierwszej - publiczność usłyszy najpopularniejsze utwory klasyczne i arie operowe, a w drugiej – melodyjne piosenki o przyjaźni, rodzinie i miłości.

Simply Red

25 listopada - Warszawa, Torwar

Brytyjska grupa Simply Red z wokalistą Mickem Hucknallem na czele wystąpi w Polsce 25 listopada 2020 roku. Formacja zaprezentuje materiał z najnowszej płyty zatytułowanej „Blue Eyed Soul”, która ukazała się 8 listopada. Album zawiera wiele znakomitych, funkowo-soulowych utworów oraz emocjonalnych ballad. Podczas koncertu usłyszymy także największe hity zespołu takie jak Stars, Holding Back The Years, czy Money’s Too Tight To Mention.

  1. Kultura

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.

  1. Retro

Elisabeth Kübler-Ross – pionierka psychiatrii

Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dała głos niewysłuchanym. Elisabeth Kübler-Ross, jedna z największych pionierek psychiatrii naszych czasów, mogła leczyć rolników na szwajcarskiej wsi. Zamiast tego postanowiła zmienić świat i oswoić śmierć.

Nauka nie jest dla kobiet. Brat pójdzie na studia, ale ty? Wystarczy, że umiesz pisać i liczyć” – Ernst Kübler miał dość problemów na głowie, żeby przejmować się wybujałymi ambicjami córki. Elisabeth zawsze chciała być inna niż jej dwie siostry, Eva i Erika. Środkowa z trojaczków, robiła matce awantury, kiedy ta z oszczędności chciała ubierać dziewczynki w jednakowe ubrania. A teraz ten pomysł z medycyną? Chyba zwariowała.

Küblerowie byli nieugięci. Trwa wojna, do neutralnej Szwajcarii z całej Europy zjeżdżają ludzie za chlebem i schronieniem, a tego nie wystarczy dla wszystkich. Elisabeth, tak jak jej siostry, pójdzie po podstawówce do pracy: na służbę do bogatej pani. Nauczy się tego, czego trzeba do bycia żoną i matką. Słyszy bez przerwy, że dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy każdy może trafić do Królestwa Niebieskiego. Tylko że Królestwo Niebieskie było dla Elisabeth podejrzane. W jej szkole dzieci pastora przychodziły na lekcje głodne i pobite. Kiedyś podzieliła się z jednym chlebem – wrócił dzień później z podbitym przez ojca okiem. Bo żebrał od obcych.

Zapamiętaj tę nazwę

Rok na służbie to i tak za długo: za oknami działa się historia, świat zmieniał się z dnia na dzień. W szpitalu zawsze potrzebują rąk do pracy. Elisabeth będzie sprzątać, podawać posiłki, prać. Cokolwiek, byle być bliżej lekarzy i pacjentów. Bystrą 14-latkę szybko awansowano na asystentkę w szpitalnym laboratorium, ktoś wreszcie docenił jej dobre stopnie z biologii i chemii. Nie rozumiała tylko jednego: dlaczego w najdalszym skrzydle szpitala, tym, gdzie leżeli umierający i syfilitycy, rzadko kiedy bywa ktoś z personelu? Panna Kübler znała tam każdego chorego. Przesiadywała z nimi po pracy, rozmawiała, pisała za nich listy. Widziała już kiedyś umierających ludzi, gdy leżała w szpitalu na zapalenie płuc, obok niej zmarło dziecko. Spokojnie, we śnie. Inne odeszło w męczarniach zapalenia opon mózgowych, więc śmierć była ukojeniem. Gdy sąsiad jej rodziców złamał sobie kark, spadając z drabiny, zdążył jeszcze pożegnać się z całą rodziną. Śmierć – normalna rzecz. Czy tylko w tym szpitalu bano się terminalnie chorych? A może to lawina wojennych strat sprawiła, że nikt już nie miał czasu dla odchodzących? Oddziały pękały w szwach. Wygłodzeni, odwodnieni i zawszeni uchodźcy wojenni opowiadali straszne rzeczy. „W Polsce Niemcy zbudowali obozy. Cała moja rodzina zginęła w komorach gazowych. Zapamiętaj tę nazwę: Majdanek” – powiedział jej pewnego dnia nowy lekarz. Kiedy zaraz po zakończeniu wojny szukano ochotników do Międzynarodowego Wolontariatu dla Pokoju, nie wahała się ani chwili. W Majdanku, który odwiedziła trzy lata po wojnie, straszyły puste baraki. Choć od wyłączenia kominów minęło już trochę czasu, w krematorium wciąż unosił się słodkawy smród. Na ścianach szop, w których kobiety i dzieci czekały na swój los, zobaczyła setki narysowanych przez nie motyli. Frywolność życia w obliczu zagłady.

Choroba narodowa

Nie było lekko, ale uparła się: w dzień praca w szpitalu, wieczorem i w weekend – wymarzona szkoła medyczna w Zurychu. Ojciec, zamiast ją teraz chwalić, mógłby przyznać, że przez swoje skostniałe poglądy i nieustępliwość zabrał córce mnóstwo czasu. Jako 25-latka była jedną z najstarszych studentek na roku. Kiedy zrobi dyplom, będzie starą babą!

Za to na szwajcarskiej wsi „starsza” pani doktor jest milej widziana niż jakaś smarkula: Elisabeth z radością przyjmuje pierwszą posadę lekarza rodzinnego. Jest już wtedy mężatką, wyszła za mąż za kolegę ze studiów, Amerykanina Emanuela Rossa. Życie upływa im w rytmie kaszelków, złamanych kończyn, gryp i ciąż jej pacjentów. Szkoda tylko, że sama Elisabeth ma wrażenie, że to prawdziwe, ciekawe jest gdzie indziej.

Od Nowego Jorku zakręciło się jej w głowie. Emanuel chciał wracać do ojczyzny, a dobra, szwajcarska żona zawsze robi to, czego chce jej mąż. Tak sobie żartowali. Dobrze było pracować razem jako stażyści w szpitalu na Long Island – śmiali się, że on może mieć ją na oku.

„Jest pani w ciąży, więc, niestety, nie możemy oferować pani rezydentury na pediatrii” – usłyszała pod koniec stażu. Wtedy po raz pierwszy zabrakło jej poczucia humoru. W Szpitalu Stanowym na Manhattanie nikt nie miał nic przeciwko ciężarnej lekarce na psychiatrii, ale atmosfera też nie sprzyjała żartom. Trudno było nie zauważyć, że im bliżej śmierci byli pacjenci, tym lekarze bardziej się od nich dystansowali. Żaden nie towarzyszył chorym w ostatnich chwilach. „Od tego mamy pielęgniarki” – słyszała wielokrotnie. Doświadczenia Kübler-Ross z wojennej Europy były nie do przecenienia: jako jedyna potrafiła rozmawiać z pacjentami o ich strachu i samotności. Kultura zaprzeczania i unikania tematu śmierci, praktykowana i przez personel medyczny, i przez bliskich, tylko ten lęk potęgowała. W chwilach, gdy ludzie najbardziej potrzebowali empatii i zrozumienia, dostawali od rodziny i lekarzy sztuczną obojętność lub źle udawany optymizm. Nie był to bynajmniej tylko nowojorski zwyczaj: w Denver, do którego Rossowie przenieśli się już z synem i córką, było tak samo. Podobnie w Chicago – ich kolejnym domu. W Ameryce nikt nie chciał o śmierci ani mówić, ani jej zauważyć. „To narodowa choroba. Poważniejsza niż cokolwiek, co widziałam na oddziałach dla schizofreników” – stwierdziła Elisabeth.

Boicie się mnie?

Chłopak w pierwszej ławce żuł gumę, ktoś z tyłu gadał, ktoś położył nogi na pulpicie. Studenci najwyraźniej mieli ją w nosie. Chora ze zdenerwowania doktor Kübler-Ross przygotowywała się do tego wykładu od tygodnia: jej przełożony poprosił ją o zastępstwo. Mogła mówić, o czym chciała, ale wybrała wykład o śmierci. Z wysiłkiem dobrnęła do końca notatek. Kiedy na salę pielęgniarz wwiózł na wózku inwalidzkim 16-letnią, bladą dziewczynę, zebrani zamarli. Elisabeth i umierająca na białaczkę Linda uknuły spisek: skoro nikt nie mówi studentom, jak mają się zachować przy terminalnie chorych, to trzeba im dać okazję do tego, żeby zadali komuś takiemu kilka pytań. „Jakie są pani wyniki badań krwi?”, „Czy ma pani powiększoną wątrobę?” – padały nieśmiałe pomruki z audytorium. Linda straciła cierpliwość. „Tylko o tym myślicie? O testach? Nikt z was nie myśli o mnie jako o człowieku! Chowacie się za tabelkami i wykresami, żeby nie musieć na mnie patrzeć. Ja, choć jestem od was młodsza, umieram. Nigdy nie pójdę do college’u, nie pójdę na randkę, nie urodzę dzieci. Nikt z was nie pyta o to, co czuję i myślę. Dopóki dr Ross nie zaczęła do mnie przychodzić, w tym szpitalu jedyną osobą do rozmowy była niepiśmienna sprzątaczka. Wy nie mówicie do mnie, tylko o mnie. Mówicie na mnie: »ona«, jakby mnie tu nie było. Boicie się mnie? Jestem zaraźliwa? Zarażę was śmiercią, jak podejdziecie za blisko?”.

Linda mówiła tak długo, na ile starczyło jej sił. O tym, że jej matka zmienia temat, gdy córka chce porozmawiać o odchodzeniu. Że ojciec dał ogłoszenie w gazecie, aby obcy ludzie przysłali jej kartki z życzeniami na 16. urodziny. Że nikt nie chce po prostu z nią być, żeby się nie bała. Studenci słuchali w milczeniu. Ktoś płakał. Nie było pytań. Przez następne pięć lat Elisabeth prowadziła swoje wykłady właśnie w taki sposób. Nie narzekała na brak chętnych chorych: do udziału zgłosiły się setki. W audytorium obok studentów medycyny i teologii zasiadali księża, rabini, pielęgniarki, paramedycy, socjologowie i psychoterapeuci. Niewielu lekarzy. „To, co robi na swoich wykładach doktor Ross, jest zbędne i pozbawione dobrego smaku. Wykorzystuje swoich pacjentów” – twierdziło środowisko medyczne. Wykłady zawieszono do odwołania.

Rozmowy o śmierci

Napisanie tej książki zajęło jej zaledwie dwa miesiące. Wydane w 1969 roku „Rozmowy o śmierci i umieraniu” powstały z jej rozmów z pacjentami, wykładów i notatek z lat pracy. „To dokładnie taka książka, jakiej szukałam w bibliotece, przygotowując się do tamtego pierwszego wykładu. Tylko wtedy nikt jej jeszcze nie napisał” – powiedziała w którymś z wywiadów. Do dziś „Rozmowy...” uznawane są za jedną z obowiązkowych pozycji, jaką powinien przeczytać każdy student medycyny i psychologii. Poleca się ją jako lekturę w szkołach pielęgniarskich, na studiach teologicznych i socjologicznych. Elisabeth opisała w niej pięć etapów żałoby – znanych dziś jako psychologiczny model Kübler-Ross. Są to stadia, przez które przechodzi każdy umierający: zaprzeczenie („nic mi nie jest”, „to nie może się przytrafiać właśnie mnie”), gniew („dlaczego ja?; to niesprawiedliwe!”), targowanie się („jeśli mi się poprawi, oddam pieniądze na biedne dzieci”), depresja („i tak umieram, nic już nie ma sensu”) i akceptacja. Etapy te dotyczą zarówno tych, którzy umierają, jak i tych, którzy przeżywają żałobę po stracie bliskich. Każdy przechodzi je we własny sposób i w różnej kolejności.

Na wykłady Elisabeth waliły tłumy, książka znikała z półek nawet po licznych dodrukach. Elisabeth zawzięcie propagowała ideę hospicjów i medycyny paliatywnej. Na ranczo w Kalifornii założyła Dom Pokoju – Shanti Nilaya – ośrodek dla umierających i ich rodzin. Wybrała jednak kiepskiego sąsiada. Jay Barham, założyciel sekty Kościół Aspektu Boskości (Church of the Facet of Divinity), przekonał ją, że to, co podejrzewała od dawna, jest prawdą: życie po śmierci istnieje, możemy rozmawiać z duchami, a istnienie jest tylko przystankiem do następnego wcielenia. Emanuel Ross miał dość: jego racjonalna żona najwyraźniej postradała zmysły. Złożył pozew o rozwód.

Seanse z duchami

„Biedna Elisabeth oszalała! Gada ze zmarłymi!” – żartowała z siebie 53-letnia Kübler-Ross przed dziennikarzami, gdy pogłoski o seansach spirytualistycznych, które urządzała na ranczo, trafiły do prasy. Shanti Nilaya wcale nie było hospicjum. „Naszym celem jest psychiczne uzdrowienie. Prowadzimy warsztaty pod tytułem »Życie, śmierć i proces przejścia«, z elementami psychodramy i rytuałami oczyszczenia” – zachęcała. Te ostatnie polegały między innymi na okładaniu gumowym wężem książki telefonicznej. Doktor Ross przekonywała uczestników kilkudniowych warsztatów, że sama rozmawiała z duchami – najczęściej z mężczyzną o imieniu Willy. Twierdziła, że żyła w czasach Chrystusa – miała wtedy na imię Isabel. Jay Barham, prowadzący warsztaty, zachęcał zebranych do kontaktów seksualnych z odwiedzającymi seanse duchami.

„Jakim cudem oddech ducha śmierdzi papierosami?” – zastanawiała się jedna z uczestniczek. Gdy podczas jednego z seansów ktoś nagle zapalił światło, goły Barham czym prędzej wybiegł z sali. Centrum pod San Diego zostało zamknięte w atmosferze skandalu, ale jego filie na Rhode Island, Hawajach, w New Jersey i Australii miały się znakomicie. „Jestem sceptycznym naukowcem i nie ryzykowałabym mojej reputacji, gdybym nie była przekonana, że te metody działają. Gdyby ludzie częściej mieli okazję poznać samych siebie, zajrzeć w swoją duszę, potrafiliby sami uleczyć wiele swoich chorób” – twierdziła niezłomnie Elisabeth.

Zajmie się nim pani?

Dom w Wirginii był jak nowy początek: miejsce na emeryturę, nowe centrum szkoleniowe. I nowe dzieci: te, których nie chcieli nawet ich rodzice. Ameryka lat 80. była w szoku: wszyscy bali się nowej, nieznanej choroby. Pewnego dnia na farmę przyszedł list. „Droga Doktor Ross, umieram na AIDS. Mam syna, który również jest chory, i nie mogę się już nim sama zajmować. Byłam w 70 agencjach, nikt nie chce go do siebie przyjąć, boją się go nawet dotknąć. Ile kosztowałaby opieka nad nim, gdyby zgodziła się Pani nim zająć?”. Elisabeth przyjęła do siebie chłopca i w ciągu kilku tygodni lawina listów od zdesperowanych rodziców przyprawiła jej listonosza o lumbago. Centrum holistyczne zamieniło się w hospicjum dla dzieci z AIDS i wirusem HIV. Ale i tym razem nie dopisali sąsiedzi. „Antychryst! Chce zarazić nas wszystkich!” – krzyczano na zebraniu w kościele metodystów miasta Headwater. Policja niechętnie przyznała doktor Ross ochronę, aby uchronić ją przed publicznym linczem. Pięć przecięć opon w samochodzie, cztery strzały z broni ostrej w okna i 12 wypalonych przez Ku-Klux-Klan krzyży na trawnikach. Później hospicjum dziecięce zamknięto. Pierwszy i ostatni raz w swoim życiu Elisabeth musiała się poddać. Dzięki jej niestrudzonej kampanii wszystkie dzieci trafiły do adopcji.

Straszny grzebuła

„Jestem gotowa na śmierć” – zadeklarowała po pierwszym z serii wylewów. „Czekam, ale on zwleka. Bóg to okropny grzebuła” – mamrotała dziewięć lat później 78-letnia Kübler-Ross, leżąc na wpół sparaliżowana w hospicjum w Arizonie.

Fundacja jej imienia, założona po jej śmierci w 2004 roku przez syna Kena, kontynuuje propagowanie nauk, książek Elisabeth i ruchu hospicyjnego.

W siódmą rocznicę śmierci doktor Ross jej córka Barbara dostała list od legendarnego boksera Muhammada Alego. Napisał w nim: „Elisabeth uczyła nas, że poznanie samych siebie to najlepsza droga do poznania sensu naszego istnienia. To nie przypadek, że kobieta, która nauczyła nas tyle o śmierci i umieraniu, była mistrzynią życia”.