1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Taco Hemingway - poeta Millenialsów

Taco Hemingway - poeta Millenialsów

Taco Hemingway, Ilustracja: Arobal
Taco Hemingway, Ilustracja: Arobal
Wywiady? Nie udziela. Nagrody? Nie odbiera. Nie zapowiada premier swoich płyt, ale kiedy wrzuca do sieci nowy album, serwery rozgrzewają się do czerwoności. Taco Hemingway – raper, poeta Milenialsów.

Skacowany wiecznie, rozdarty i „nieposklejany” wciąż. Smutny, porzucony, samotny. Dryfuje po nocnej Warszawie, obserwuje miasto i ludzi. Składa obrazy w poetycką opowieść i snuje ją na zgrabnych muzycznych podkładach tworzonych głównie przez jego kumpla z liceum Rumaka. Tyle. Ale to wystarczyło, by Taco Hemingway został głosem Milenialsów, „pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia”, i jednym z nielicznych polskich muzyków, których fani potrafią zapełnić wielkie areny. I chyba jedynym polskim raperem, którego teksty znają też ludzie dwa razy od niego starsi.

Wrzuca płyty do sieci kiedy chce, często nocą. Każdy może ich słuchać, może też pobrać za darmo albo odpalić w serwisie streamingowym. Nie robi wielkich akcji promocyjnych, nie lansuje się w mediach, nie odbiera przyznawanych mu przez branżę nagród. Wywiady z nim można policzyć na palcach jednej ręki, a i tak wszystkie pochodzą z czasów, gdy Taco Hemingway dopiero wchodził do szerokiego muzycznego obiegu. Premiery kolejnych epek i albumów zazwyczaj zaskakują nawet jego fanów, ale i tak w chwilę po publikacji do czerwoności grzeją się serwery. Nie urodził się w proletariackim blokowisku, nie epatuje dziarami i biżuterią, nie nosi hiphopowego mundurka, tylko zwykłe T-shirty, kraciaste koszule, wąskie spodnie, prochowiec. Wszystko no logo. Wygląda jak każdy, a przynajmniej jak większość bywalców modnych warszawskich miejsc. Prekariacki everyman. W 2017 roku był drugim najczęściej słuchanym u nas (pierwsze miejsce zajął Ed Sheeran, trzecie – jedna druga najnowszego projektu Taconafide, czyli Quebonafide) artystą na Spotifyu. Nie tylko polskim, w ogóle artystą.

Korporap

Mówi się, że jego kawałki to hip-hop dla tych, którzy hip-hopu nie słuchają, że robi taki korporap dla korpoludków i o nich. Jego „Następna stacja” – poetycki zapis podróży warszawskim metrem – latem 2015 roku wdarła się na listę przebojów Trójki i tygodniami trzymała podium. Tak zwani prawdziwi raperzy i co bardziej ortodoksyjni recenzenci wytykają mu braki warsztatowe, niedoskonały i zmanierowany flow (czyli sposób wyśpiewywania rymów) czy lekką wadę wymowy. I co z tego? Ostatnie dwa sezony należą do Taco Hemingwaya – czyli Fifiego, Filipa Szcześniaka. Ten też będzie jego. Najnowsza płyta nagrana do spółki z niezwykle popularnym raperem Quebonafide zdobyła platynę już w przedsprzedaży. Trasa ją promująca, a są to głównie wielkie areny, została wyprzedana na pniu. Refren „tylko pić, jeść, spać, jak Tamagotchi” (prawie 28 mln wyświetleń na YouTube w miesiąc) podśpiewują tacy, którzy nigdy nie zapamiętali albo nawet i nie słyszeli ani jednej linijki Fisza, O.S.T.R.-y, a nawet Rycha Pei czy Popka. Takiego zjawiska nie tylko w polskim hip-hopie, ale w ogóle w rodzimej muzyce dotąd nie było.

Zaczęło się w metrze

„Jarzyna miał urodziny, pojechałem na Młociny Rano kac dopiero przyszedł, gdy mijałem Wawrzyszew Stale pijany, mijam Stare Bielany Stale nabuzowany, w starych ubraniach, stale zaspany Jakbym był religijny, tobym poszedł na spowiedź Ale mam kłopoty z Bogiem, myślę, widząc Słodowiec […]”.

Podmiot liryczny, którego – jak uczą w szkole – nie należy mylić z autorem, choć ma mnóstwo jego rysów, rymuje o swojej prywatnej odysei następującej po urodzinowej imprezie u kumpla, w której kolejnymi interwałami są wyliczane nazwy stacji. W tle słychać nagrane z jego głośników zapowiedzi lektora z charakterystycznym przedniojęzykowym „ł”, odgłos zasuwających się drzwi wagonu. Słuchając, czujemy się, jakbyśmy byli wewnątrz, jechali razem z nim. Widzieli, jak leżąc, pokonuje Warszawę z góry na dół, z prawej strony na lewą. Plastycznie opisuje kacowe obolenie towarzyszące nocnemu powrotowi z kolejnej imprezy. O tym mieście przeciętym rzeką na pół i jego mieszkańcach już dawno nikt nie rymował tak doskonale i nie odtworzył jego obrazu z perspektywy pogubionego, rozciągającego w nieskończoność podróż między dzieciństwem a dorosłością prekariatu – urodzonych w wolnej Polsce dzisiaj dwudziestoparolatków na śmieciówkach:

„W tym pokoleniu, na umowie-zleceniu Nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu Ci ludzie nie chcą gadać o wpłatach na lokatach premium I polityce/Tych pozycji raczej nie mamy w menu (ale, ale) idę na balet i żyję wspaniale”.

Taco mówi o nich z lekkim dystansem i wielkim zrozumieniem. W końcu jest jednym z nich:

„Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną Kręcę się po mieście z wiecznie zblazowaną miną Mózg jak karabin, mógłby zabić kogoś, zgładzić myślą Ciągle w pogoni za tą straszną liczbą Czyli sześć zer”.

On jak inni próbuje rozpaczliwie pogodzić życie za mniej niż dwa tysie z życiem, o którym marzą: podróżami, wolnością, realizowaniem własnych pomysłów i pracą dla siebie, nie dla korporacji. Sześć zer załatwiłoby problem rozdarcia między potrzebą zarabiania na życie a życiem.

Torpeda Taco

– Taco to było coś kompletnie nowego w polskim hip-hopie. Już jego „Trójkąt warszawski” z końca 2014 roku zapowiadał wyjątkowy talent. On nie ględził tylko o sobie, jak większość raperów. Mówił rzeczy ważne i prawdziwe o całym pokoleniu i to go od początku wyróżniało. A o parę miesięcy późniejsza „Umowa o dzieło” miała już wszystkie zadatki na hit: świetne teksty i przyzwoite podkłady – mówi Hirek Wrona, dziennikarz muzyczny radiowej Trójki. – Chodziłem po radiu z tą epką, pokazywałem wszystkim, gardłowałem, przekonywałem, że trzeba to puścić na antenie. Słyszałem, że nie, że warszawkowa nisza, że nikt tego nie będzie słuchał. W końcu się udało. I co? I wielotygodniowa okupacja szczytu listy przebojów i zainteresowanie, które nawet mnie zaskoczyło. W jakimś sensie czuję się ojcem chrzestnym Taco. Nie Taco w ogóle, tylko tego mainstreamowego – żartuje. – Bo to ja wyciągnąłem jego muzę z internetowej niszy i wprowadziłem do głównego nurtu,  szerokiego obiegu kultury – chwali się.

To rzeczywiście był przełom. Torpeda Taco odpaliła z hukiem, choć tak naprawdę wszystko zaczęło się znacznie wcześniej.

Urodził się 29 lipca 1990 roku w Kairze, gdzie pracowali jego rodzice. Kiedy miał dwa lata, przeprowadzili się z Egiptu do Chin, a w 1996 roku do Polski. Jest dwujęzyczny. Z mamą i siostrą rozmawiał po angielsku, z ojcem po polsku. Skończył w Warszawie prestiżowe liceum im. Mikołaja Kopernika z międzynarodową maturą, później kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował też antropologię na London’s College University.

W 2008 roku wrzucił do sieci dwa parominutowe filmiki, fragmenty „Upadku” z wmontowanymi własnymi absurdalnymi tekstami. Pamiętacie Hitlera, który rozkazuje swojemu sztabowi znalezienie w Warszawie imprezy, wyliczając przy okazji wszystkie ówcześnie modne w stolicy miejscówki i informując o pożarze, który zniszczył kultową Jadłodajnię Filozoficzną? Ten wiral stworzył właśnie Filip Szcześniak. Wkrótce potem dostał dość zaskakujący dowód uznania, a mianowicie propozycję pracy. – Nie tylko Filip przerabiał „Upadek”, ale to właśnie z jego tekstów umieszczanych na zmontowanych kadrach z filmu Olivera Hirschbiegela przebijał ewidentny literacki talent – wspomina Michał Wolniak, wtedy szef agencji Heureka, teraz należącej do amerykańskiego giganta reklamowego VML. – Dotarłem do niego. Był zszokowany i początkowo odrobinę nieufny, jakby trudno mu było uwierzyć, że ktoś odnajduje początkującego studenta i proponuje mu pracę. Zgodził się. Został copywriterem i szło mu bardzo dobrze, naprawdę miał talent. No, kiedy już to robił, bo zawsze miał jakieś swoje zajęcia, projekty, które go pochłaniały – śmieje się Wolniak.

Robotnik słowa

– Fascynował się muzyką, ale którego nastolatka czy dwudziestokilkulatka ona nie kręci? Jego pierwsze próby były po angielsku. Poradziłem mu, by połączył ją ze swoim talentem w kreatywnych tłumaczeniach filmów. Zaczął to robić, z sukcesem – mówi Wolniak. Błyskotliwy i przemyślany okazał się też napisany już w całości po polsku „Trójkąt warszawski”. Sam pomysł na tę epkę był oryginalny. Na polskiej scenie hiphopowej tak zwanych konceptalbumów płyt fabularnych jest jak na lekarstwo. Choć nie był pionierem w tym nurcie, stworzył album wybitny. To fabularnie spójna siedmioodcinkowa opowieść o wciąż zakochanym chłopaku zaliczającym kolejne znane kluby i knajpy w poszukiwaniu swojej eks, o niej i o jakimś Piotrku, dla którego prawdopodobnie narratora „Trójkąta...” zostawiła. Sam autor mówił, że to w sumie sztampowa historia. Zrealizowana jednak w sposób od sztampy daleki. W tle dźwiękowym przewijają się fragmenty starych kronik filmowych, w których porządni obywatele narzekają na hałasy i młodzieżowe libacje („Bo jak się popiją, to łomot, krzyki, wrzaski”).

Wypuszczona niespełna pół roku później „Umowa o dzieło” stała się hitem. Miejski prekariat ma swojego poetę, który trafia we wrażliwość dorastających ludzi i opisuje świat tak, jak oni go widzą:

„Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia. Mimo to relacjonuję wszystko, wszystkie posiedzenia. Każde wyjście, szybkie piwo. Jeszcze szybszą miłość”.

Z ironicznym dystansem pokazuje to „wszystko”, na co on i oni mają jakikolwiek wpływ. I nazywa też ich lęki:

„Znowu dziś w Warszawie wieje wiatr, włosy rozhuśtane jak ten biały dym z marlboro. Znowu dziś się trupem ściele świat, wojna przyjdzie tutaj i od ciebie mnie zabiorą”.

Pan poeta?

Rymowane pejzaże Taco to poezja czy tylko poklejone słowa? Sprawdzamy. – Adam Zagajewski powiedział mi parę lat temu, że w USA biją w tej chwili dwa żywe źródła poezji: jedno na uniwersytetach, drugie – na ulicy, wśród najbardziej uzdolnionych raperów. Taco Hemingway paradoksalnie łączy oba te źródła: niby posługuje się frazą uliczną, ale podszytą znaczną wiedzą o kulturze – mówi publicysta „Newsweeka” Piotr Bratkowski. – Czy w takim razie to poeta, czy tylko hiphopowy nawijacz z większą niż u innych samoświadomością? Pytanie trochę akademickie. Faktem jest, że ma ogromną łatwość budowania oryginalnych metafor i że słuchając go, częściej ma się skojarzenia literackie niż piosenkowe. „Umowa o dzieło” czy „Wosk” przywołują prozę Jakuba Żulczyka; bohater „Marmuru” ma coś z Mannowskiego Hansa Castorpa i trochę z Kafkowskiego Józefa K. Ten chłopak niesamowicie szybko się rozwija, ma też ogromną świadomość własnej przemiany. Nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia doszedł do wniosku, że jest już za stary, by jego nawijki brzmiały przekonująco. I wtedy, tak jak Pablopavo, może napisać świetną prozę – mówi Bratkowski.

Nieprzespane noce

Błądzący po zaczynającym się dopiero dorosłym życiu przedstawiciele pokolenia, „które nie ma nic do powiedzenia”, jak rapuje o nim Taco, zostali także bohaterami interesującego i cenionego fabularyzowanego dokumentu „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka. Jego Krzysiek, Michał i Eva są jakby żywcem wyjęci z rymowanych opowieści Filipa Szcześniaka. Idą przez „miasto betonu i pogubionych telefonów” „ścieżką usłaną szklanym szronem iPhone’ów”. Bo „w tym pokoleniu, na umowie-zleceniu/nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu”. Marzy się o zarobieniu „sześciu zer”, a częściej na pytanie mamy, czy wysłać przelew, odpowiada się: „Bardzo proszę”. – Przedstawiciele tego pokolenia nie idą do pracy jeszcze na studiach, nie biorą kredytów, które na całe życie wiążą ich z miejscem zamieszkania i bankiem, który dał im pieniądze na jego zakup. Oni chcą się rozwijać, żyć tak, by nie musieć całkowicie rezygnować z marzeń, by nie pracować na kogoś przez całe życie. Zaczynają kumać, że jest bardzo wiele dróg, nie tylko ta, w którą zapędził nas kapitalizm. Dryfują, tworzą własne ekosystemy, po swojemu układają świat – opowiada Marczak. – Czeka nas społeczna rewolucja i to oni ją zaczynają. Coraz bardziej wierzę, że ci długo dryfujący, a przynajmniej wielu z nich, zmienią świat – podkreśla.

Taco już od paru lat świat układa po swojemu i zmienia. Nie podpisał kontraktów reklamowych z odzieżowymi „lejbelami”, jak ma to w zwyczaju większość raperów. Choć miał propozycje już po pierwszych, w porównaniu z dzisiejszą skalą naprawdę niewielkich sukcesach, nie związał się też z żadną dużą wytwórnią, bo kontrakt odebrałby mu wolność. Dołączył za to do hiphopowej stajni Marcina „Tytusa” Grabskiego – właściciela oficyny Asfalt Records. To u niego wydaje swoje płyty. Zaczął w sierpniu 2015 roku od reedycji płyt „Trójkąt warszawski” i „Umowa o dzieło”. Potem w dwa lata (2016–17) wrzucił do sieci cztery płyty. Kolejno: „Marmur”, „Wosk”, „Szprycera”. Pod koniec marca 2018 roku ukazał się pierwszy krążek Taconafide pt. „Soma 0,5 mg”. Podobnie jak poprzednie pojawił się w sieci trochę znienacka, poprzedzony paroma przeciekami i plotkami.

Bo strategia komunikacyjna Taco to nie komunikować. Nie dyskutować z krytykami, czy to, co tworzy, to rap czy nie rap, nie chodzić po czerwonych dywanach, o sobie opowiadać tylko to, co sam chce opowiedzieć. W piosenkach. Konsekwentnie stosuje strategię marketingową przez jej... zaniechanie. Robi muzę, daje ją fanom i każe jej samej się bronić. Albo ktoś ją kupuje, albo nie. – To zaniechanie było raczej świadome, ale to nie był jakiś makiaweliczny plan promocyjny – mówi Michał Wolniak. – Filip to otwarty, szczery artysta. Tak, słyszałem, że teraz wiele osób zarzuca mu przybieranie póz, kreowanie się, takie wyrachowane działania, a to kompletna nieprawda. Gdy media zaczęły się nim interesować, on to zwyczajnie olewał.

Olewał też klasyczny model biznesowy: nagraj, pilnuj, żeby ci nie spiratowali, sprzedaj, zarabiaj. Wrzucanie całych płyt do sieci, czyli w praktyce ich rozdawanie, powoli staje się popularne, ale prawie cztery lata temu, gdy Taco zaczynał, aż tak powszechne nie było. On nadal konsekwentnie tej drogi się trzyma. Psuje rynek, jak twierdzą starzy showbiznesowi wyjadacze?! Bynajmniej. On ten rynek doskonale rozumie. Wie, że się zmienił i walka z trendem nie ma sensu. Zaskakujące może się wydawać to, że ludzie, którzy mogą mieć muzykę za darmo, chcą za nią płacić. – To nie jest zaskakujące. Fani hip-hopu to najbardziej lojalna grupa. Jeśli krążek im się spodoba, kupią go, a potem zapłacą za bilety na koncert i w ten sposób wspierają swego artystę – podkreśla Hirek Wrona.

Sześć zer zarobił szybciej, niż mógł się tego spodziewać. – Widziałem jego próby scenariuszowe i literackie i założę się o dobry koniak, że zobaczymy go w jeszcze innej roli niż rapera – mówi Wolniak.

Nie zakładam się. Czuję, że mogłabym przegrać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.