1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wszystko jest kreacją

Wszystko jest kreacją

W filmie kinowym nie zobaczymy, jak pani z nagim biustem międli się z jakimś panem ot tak, bo produkcja dostaje kategorię „R” i dzieci nie mogą pójść do kina. Na szczęście są dobre seriale telewizyjne, gdzie można takie sceny zobaczyć - tłumaczy prawa rządzące serialami i opowiada o swojej fascynacji dziennikarz filmowy, Kamil Śmiałkowski.

Tomasz Kin: Kiedy Hollywood straciło pierwszeństwo jako komentator rzeczywistości i oddało pole serialom?

Kamil Śmiałkowski: Całkowicie tego pola nie oddało, bo najważniejsze seriale nadal kręci się w Hollywood albo stamtąd pochodzą pieniądze na produkcje. To był proces. Nie stało się to nagle. Wszystko zaczęło się od „kina nowej przygody”, czyli Spielberga i Lucasa, którzy przewrócili Hollywood do góry nogami. To, co do tej pory było istotne i na co ludzie kupowali bilety, stało się  kinem drugoligowym w najważniejszej kwestii – budżetów. Najważniejsza stała się czysta, bezpretensjonalna rozrywka. Im bardziej infantylna, tym lepsza. Początkowo infantylizm był podszyty ironią i żartem, jednak w miarę upływu lat ten sympatyczny humor zanikał, aż została sama rozrywka. Podstawowym odbiorcą kina jest dziś dwunastoletni Afroamerykanin, ale nie żałujmy też innym kolorom skóry, które w sali kinowej można zobaczyć na całym świecie. Siedzi on sobie w sali gdzieś w Nowym Jorku z gigantycznym pudełkiem popcornu i ogląda kolejną część „Transformersów”. Tymczasem, jeśli ktoś chce czegoś dojrzalszego, o poważniejszej tematyce w najróżniejszym tego słowa znaczeniu, czyli seksualnym, obyczajowym, kryminalnym, umysłowym, sięga sobie po pilota i włącza serial telewizyjny.

Wystarcza historia, że dobro wygrywa i płacimy każdą cenę za bilet?

Raczej płacimy za to, żeby dużo się działo, było głośno z dobrą muzyką i koniecznie w 3D, choć twórcy powoli od tego odchodzą. Tym kino się zadowala.  Wynika to jednak z tego, że z jednej strony sformatowano te produkcje pod odbiorcę, któremu to wystarcza, ale z drugiej - bo  niczego więcej nie można mu pokazać. Bariery w pruderyjnym kraju, jakim są Stany, są mocno przestrzegane w czwartej części „Die Hard”, gdzie John Mclain nie mówi już „Yippee-Kai-Yay  motherfucker”, tylko w momencie kiedy zaczyna mówić f… włącza się gdzieś w tle bardzo głośny silnik, który zagłusza resztę tego słowa. Zostało to ciekawie sparodiowane na festiwalu w Cannes parę lat temu.  Dokładnie naprzeciwko pałacu festiwalowego na wielkim balkonie zawieszono napis „Yippee-Kai-Yay  mother” i w tym miejscu, gdzie powinien kończyć się napis - kończył się balkon. W filmie kinowym nie zobaczymy, jak pani z nagim biustem międli się z jakimś panem ot tak, bo produkcja dostaje kategorię „R” i dzieci nie mogą pójść do kina. Przez to takie filmy są rzadsze i niżej budżetowane. Na szczęście są dobre seriale telewizyjne, gdzie można takie sceny zobaczyć.

Serial ciągle kojarzy się z banalną dłużyzną, dlaczego?

Seriale trzeba dzielić na rodzaje, tak jak to się robi w Stanach. Nagrody „Emmy” przyznawane są w kategoriach „Daily”, czyli serial codzienny taki jak „Dni naszego życia”, „Moda na sukces” i normalne seriale, które lecą wieczorem. Jednak rozróżnienie na seriale miałkie i te na wyższym poziomie odbywa się bardziej profesjonalnie. Otóż te dobre seriale początkowo nie mogły lecieć w normalnych dużych telewizjach, bo mają ograniczenia wiekowe, jak kino, co oznacza, że nie wolno przeklinać oraz pokazywać golizny, ani wyskakiwać z niczym mądrzejszym. Nie życzy sobie tego sponsor, bo pół minuty po reklamie płatków śniadaniowych w serialu nie możne nagle wyskoczyć jakiś dewiant albo homoseksualista.

Pamiętasz „Kryminalnych”? Słyszałem od twórców serialu, że powstał dlatego, bo sponsor chciał coś, co będzie pasowało do żyletek do golenia. Nie przeklinali i pokazywali „ładne” wycinki życia.

Taki model tworzenia seriali Ameryka przechodziła kilkadziesiąt lat temu. Teraz wiedzą, że czasem nie trzeba pokazywać żyletek w każdej scenie filmu, gdy goli się nimi bohater. Wystarczy zaznaczyć w materiałach prasowych, kto jest sponsorem, albo  pozycjonować się wokół tego serialu. Taka informacja jest bardziej wartościowa dla odbiorców niż to, że bohater wstaje rano i pije przed śniadaniem olej „Kujawski”. Selekcja negatywna polega właśnie na tym, czego sobie sponsor nie życzy zobaczyć na dużej antenie. Wolny rynek jednak nie znosi próżni, więc stacja HBO, która nie nadaje reklam, wpadła na genialny pomysł, że skoro nie jesteśmy uzależnieni od reklamodawców, możemy sobie pozwolić na wszystko. Stwierdzili, że zaryzykują z serialami dla mądrych dorosłych ludzi i zrobili dla dziewczynek „Seks w wielkim mieście” a dla chłopców „Rodzinę Soprano”. Przyjęcie tych seriali spowodowało, że wszystkie inne telewizje uderzyły się w głowę i stwierdziły: może warto nakręcić coś dla innego odbiorcy.

Przy okazji powstał monopolista na rynku: HBO i drepczący mu po piętach Showtime.

Dolicz jeszcze kanał Stars, który idzie w hardcore. Tam jeśli fabuła „Spartakusa” nie posuwa się do przodu, to opiera się na totalnych orgiach albo krwawym zarzynaniu.

Ja wolę „Dextera” i „Demages”.

Są tego już dziesiątki. Dlatego produkowanie takich seriali ma sens, choć często są one nietrafione i schodzą już po trzech odcinkach. Wystarczy spojrzeć na sezony ramówkowe wszystkich amerykańskich stacji. Widać, że poza HBO, które dużo myśli przygotowując seriale, to stacje telewizyjne zazwyczaj inwestują w niewypały, nie przejmując się, ile pieniędzy zostało w nie władowanych. U nas też zaczyna się tak dziać.

Mamy potworny kompleks Ameryki, każdy czeka, aż u nas zaczną robić takiego „Dextera”. Myślę, że u nas takie dobre amerykańskie seriale, puszczane późną nocą przez sezon, są po prostu kupowane w pakietach razem z innymi, które lecą o 20:00. Poza tym znacznie taniej jest kupić, niż wyprodukować.

Dlaczego? Nie ma u nas rynku?

Dotykasz tu problemu „warszawki”. Nam, mówiąc w imieniu części tej grupy, wydaje się, że taki jest cały kraj. Niestety, stanowimy malutką pianę na morzu, w dodatku medialną, nie reprezentatywną. My byśmy chętnie zobaczyli takie seriale, ale reszta odbiorców, co wychodzi w oglądalności, zdecydowanie nie!

Nie zgodzę się, że każdy Polak kocha bajki typu „Magda M”.

Miesza się tu kilka spraw. W Ameryce mija potrzeba codziennych oper mydlanych. Kilka najważniejszych w ostatnim roku zostało zdjętych z anteny. U nas również się tak dzieje. Zamknięto produkcję „Plebani” i „Złotopolskich”. Nie wynika to bynajmniej z tego, że dorasta nam publiczność, tylko w swej niewdzięczności do bohaterów, z którymi zżywała się tyle lat, znalazła ona nowych. Obecnie można ich oglądać w niemieckich formatach typu reality drama, gdzie ludzie udają życiowe problemy. To jest niemal to samo, identyczna codzienność, ale bardziej realnie przedstawiona, przez to bardziej dotycząca widza. O ironio, amatorzy w tych produkcjach nie grają specjalnie gorzej, niż zawodowcy w tasiemcach. Dodatkowo, cała akcja zamyka się w jednym odcinku. Jest to o wiele tańsze dla producentów i nie trzeba trzymać kontinuum akcji. Nie ma sensu wracać ciągle do tych samych postaci. Trzeba nieustająco poszukiwać twarzy i tematów. Widownia nie ma dziś czasu, by codziennie ślęczeć o tej samej porze przed telewizorem. Świat się zmienia. Głodni poważniejszej rozrywki mają seriale na DVD i coraz więcej oficjalnych stron, gdzie legalnie można pobierać bieżące odcinki.

W Polsce pokutuje koncept, że uwielbiamy to, co znamy, i obok tasiemców ciągle puszczane są stare klasyki, również w ilości hurtowej.

To powszechne prawo na świecie. W Ameryce robi się z nich dodatkowo remake za wielkie pieniądze. „Mission Impossible” na przykład. To przecież tytuł sprzed czterdziestu lat przerobiony na nowo. W Polsce z kolei kręci się nowego Klossa. Ludzie chętniej sięgną po coś, wobec czego mają już wyrobione emocje i stanowisko.

Ile realu jest w serialach? Pytam, bo doszło poniekąd do paradoksu, w którym odgrywamy w swoim życiu sceny z seriali i utożsamiamy się z tym, jacy bohaterowie są oglądani.

Rozumiem, że chodzi ci o portret człowieka. Owszem, w serialach są elementy rzeczywistości, relacji międzyludzkich i namiętności, ale to wszystko jest kreacją. Zawsze nią było. Przecież gdybyśmy chcieli oglądać normalne życie, musielibyśmy gapić się, jak bohaterowie śpią przez osiem godzin. Zawsze wybiera się to, co w danym momencie nas interesuje. Nawet „Big Brother” był kreacją, wystarczy włączyć kamerę i świat przestaje być prawdziwy. Pytanie o procent rzeczywistości jest z gruntu chybione. Nie o to chodzi, by pokazywać rzeczywistość.

W serialach widzę przecież najprawdziwsze problemy, dotyczące często mnie osobiście.

Bo trafiłeś na dobrych scenarzystów. Pokazują ci to, co chcą, żebyś oglądał. Jest masa ludzi, którzy chcą oglądać takich jak my. To widownia telenowel. Tworzenie seriali jest częścią show-biznesu, czyli zaspokajania potrzeb widowni. Kłamstwem jest to, co czyta się wielokrotnie przerabiane w materiałach prasowych, że oto twórcy chcieli przedstawić jakiś problem. Nie, chcieli zarobić pieniądze.

W naszych serialach uczy się, jak jeść nożem i widelcem albo jak wypełnić PIT.

Albo że dzieci trzeba szczepić. To problem poboczny. Przede wszystkim zaspokajana jest potrzeba widowni, a przy okazji przemyca się jakąś pozytywną akcję wymagającą myślenia, o ile  oczywiście jest na to miejsce w scenariuszu i sponsor nie zażyczy sobie kolejnej sceny, w której bohater pije olej „Kujawski”.

Robisz właśnie krzywdę widzom, którzy patrzą na to ideowo.

Zawsze. Ale nie ma w tym nic złego, że ktoś próbuje zaspokoić potrzebę innych. Na świecie to normalka.

Chwileczkę, ja ciągle się upieram, że są produkcje kreujące rzeczywistość.

Wydaje mi się, że to raczej wywoływanie mód. Czasami seriale wywołują coś, z czym ludzie się utożsamiają. „Mechaniczna Pomarańcza” przyniosła modę na gangi i przemoc na początku lat 70. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, że można tak, jak w filmie. Mody szybko przemijają. Myślę, że ich wartością największą jest to, że po latach kiedy się do nich wraca, przedstawiają nam znakomitą wizję i prawdę na temat czasów, w jakich powstawały, a my patrzymy na to z dystansu. Widać wówczas doskonale, jakie tematy poruszają, a czego zabrakło, bo my już to wszystko przeżyliśmy dawno temu i mamy swój pogląd. Najlepiej można zaobserwować to w kinie gatunkowym. Włącz sobie serial kryminalny z lat 80. albo science fiction sprzed dwudziestu lat.

„Seks w wielkim mieście” wykreował modę na singielki intelektualistki używające życia, „Rodzina Soprano” na co?

Nie wiem, czy kreowali modę. Raczej odczarowywali portret mafiozów w garniturach à la Marlon Brando. Bohater żyje przecież z utylizacji śmieci, ma normalną rodzinę i kolegów gangsterów przypominających bardziej osiedlowe kanalie, niż wielkich oprawców. Najlepszy serial obyczajowy w historii, oczywiście w moim przekonaniu, czyli „Sześć stóp pod ziemią”, to idealny przykład na odczarowywanie śmierci. Cały XX wiek wraz z całą jego kulturą polegał na wyrzucaniu śmierci poza nawias. Sto lat temu było to naturalne, ale w nagle przestało ona nas dotyczyć.

Było to konieczne przez wojenne traumy.

Tak. Nastąpiła próba czyszczenia naszej kultury z tego, co jest złe.  Często seriale działają wbrew stereotypom i tendencjom.

Zmieniają też świadomość samych twórców. Przykładem niech będzie Spielberg i Hanks, jako producenci „Kompanii Braci”,  albo Martin Scorsese reżyserujący „Zakazane Imperium”.

To są kolejni wielcy twórcy filmowi, którzy zorientowali się, że w serialach można więcej. Chodzi o przestrzeń i czas na opowiedzenie historii. Jednym z pierwszych takich twórców był Alan Bowl, który po Oscarze za „American Beauty” powiedział że przenosi się do telewizji i zrobił „Sześć stóp pod ziemią”, a obecnie „True Blood”. Zrozumiał, że to medium jest fajniejsze i daje mu znacznie większą swobodę. Za nim poszły kolejne gwiazdy Hollywood. Aleksander Paine stworzył dla HBO serial „Wyposażony”. Agnieszka Holland, która ustawiła pilota w „The Killing”, dalej Brian Singer, twórca „Dr. Housa” i Dustin Hoffman w „Luck”. Porządni twórcy kinowi, mogąc dostać więcej fajnych klocków do zabawy, robią to z przyjemnością. Pewnym przełamaniem był serial „Anioły w Ameryce”, gdzie Al Pacino, aktor, który przez lata gardził tym gatunkiem telewizyjnym, zagrał jedną z ról. Po tym wszyscy stwierdzili zgodnie że jeśli on może, to my też.

Polityka jest też ciekawym tematem, ale u nas ciągle nie da się zrobić dobrego serialu o polityce.

W Stanach mają znakomitego „Boss”: codzienne życie burmistrza Chicago,  który pokazuje swoje układy i zależności. Był też genialny „West Wings” czyli „Prezydencki Poker”. Niestety emitowano go na dużym kanale o 20:00 przez to nie mógł pojechać ostro. Odbitką tego było nasza „Ekipa”, nawet niezła ale zdjęta. Dlatego „Boss”, który leci w kablówce, może wszystko. W związku z tym pokazane jest, że burmistrz dba o miasto, ale jednocześnie dla niego nie istnieje prawo ani jakiekolwiek granice. Pozytywny bohater, ale łamiący wszystkie zasady i przekraczające dozwolone granice, byle przeprowadzić to, o co mu chodzi. Polityka ukazana jest  jako potworne bagno i konstrukcje układów. Zaczął lecieć w tym roku i myślę, że do nas też szybko się przebije. Po to są właśnie kablówki. Tam można jechać ostro.

Przydałoby się coś o administracji Obamy. To mogłoby wygenerować dużą widownię.

Jest coś podobnego, dostał w tym roku Złoty Glob. To „Homeland”, historia o grze wywiadów od innej strony. Do domu wraca żołnierz, który spędził lata w niewoli u Talibów. Udaje się go odbić i tylko jedna agentka CIA, która ma dwubiegunową nerwicę i raczej jest chora, podejrzewa, że jest jednak podwójnym agentem. Cała konstrukcja jest znakomita, bo pokazuje skomplikowaną grę wywiadów i to, że nikomu nie można ufać. Jak politycy usiłują wykorzystać tego żołnierza, próbując się z nim pokazywać i jak rodzina tego człowieka po dekadzie nieobecności męża próbuje wrócić do porzuconych wątków. To są naprawdę dobre seriale, a polityka jest ich częścią.

Jednak to możliwe. Nastąpi powrót do kina?

Raczej nie. Myślę, że jeśli seriale będą musiały coś oddać, ich siła z telewizji przeniesie się do multimediów. Absolutnie nie mam pojęcia jak. Kultura masowa przeważnie jest uwarunkowana technologią. To nie wahadło, nie będzie odgięcia, tylko ciągły rozwój.

Masz swoich bohaterów z którym się utożsamiasz?

(śmiech) Chyba już z tego wyrosłem.

Może po winie.

Wtedy tak (śmiech).

W którym serialu nie widzisz planu filmowego, kadrowania, światła, tylko chłoniesz historię?

Jest tego kilka. „Homeland” i absolutnie genialny „Sherlock”- następca Sherlocka Holmesa. Kręcą to Brytyjczycy, tworzący obecnie znacznie krótsze sezony, mające sześć 45 minutowych odcinków. Ten serial jest jednak realizowany nowatorsko, bo całość tworzą trzy 90-minutowe odcinki, de facto trzy pełnometrażowe filmy.

W filmie mamy Roberta Downey'a J., a w serialu kogo?

Benedict Cumberbatch zaistniał w „Szpiegu” ciekawą kreacją. Kawał porządnej zabawy.

Długo będzie trwała polska moda na odtwórstwo?

Nie wiem, ile jeszcze widzowie będę chcieli historii typu „Magda M.” Zmiany jednak następują, bo „Przepis na życie” jest o dwa poziomy wyżej. Powoli się to zmienia. Trzeba traktować to ewolucyjnie. Nie można nagle widza zaskakiwać wydumaną historią na siłę.

Może czas sięgnąć po twórców kinowych?

(śmiech) U nas jest taki podział?

Jasne, po „Domu Złym” Smarzowski nakręcił sezon „Brzyduli”.

Ale jego mistrzostwo polega na tym, że trudno zauważyć, że to był on.

Rozmowa odbyła się 18 stycznia w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.