1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Zespół „eksplodującej” głowy – o filmie „Memoria” rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Tilda Swinton w „Memoria”/ kadr z filmu (Fot. Sandro Kopp©Kick the Machine Films, Burning, Anna Sanders Films, Match Factory Productions, ZDF-Arte and Piano/ materiały prasowe).
Natłok myśli powoduje rozedrganie, czego trafną metaforą jest efekt eksplodującej głowy – schorzenia, na które cierpi bohaterka filmu „Memoria” Apichatponga Weerasethakula. O tym, dlaczego czasem trzeba odciąć się od bodźców zewnętrznych i zagłębić w siebie, rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Grażyna Torbicka: Mówiłaś, że ten film mocno cię poruszył, a nawet, że to twój film roku…

Martyna Harland: Bo to głęboki, psychologiczny film, podany w ciekawej formie. Reżyser pozostawia tu wiele przestrzeni do interpretacji i dla emocji widza. Co prawda filmoterapeutyczne jest wszystko, co nas w jakiś sposób porusza, ale to właśnie w tak „otwartym” kinie możemy lepiej przyjrzeć się sobie. To kino, które szanuje widza, a nie manipuluje nim emocjonalnie. Poza tym myślę, że ten film jest szczególnie potrzebny tu i teraz, bo mówi o odnajdywaniu spokoju. Wiem, że niektórzy widzowie na nim zasypiają, ale nie uważam tego wcale za wadę. Niespieszny rytm opowieści pozwala na powolne wsiąkanie w fabułę i pobycie ze sobą samym, a wtedy to doświadczenie zostaje z nami dłużej i przeżywamy je głębiej.
Reżyser Apichatpong Weerasethakul jest specjalistą od slow movie, co udowodnił między innymi w filmach „Cmentarz wspaniałości” czy „Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia”. Myślę nawet, że „Memoria” jak na jego poczucie rytmu i tak jest bardzo szybka i bardziej przystępna dla widzów, również za sprawą głównej bohaterki Jessiki, którą gra Tilda Swinton. Jest Szkotką w obcym kraju i odmiennej kulturze. Przygląda się z uwagą wszystkiemu, co dla niej nowe i inne. Czuje, że odnajduje w tym siebie, swoje emocje i wspomnienia. „Memoria” próbuje pokazać, że wszyscy, niezależnie od warunków, w jakich dojrzewaliśmy, oraz kultury, która ukształtowała naszą świadomość, jesteśmy immanentną częścią wszechświata.

Bardzo ważna scena to spotkanie Jessiki i Hernana. W otoczeniu pięknej, bogatej przyrody Kolumbii rozmawiają o dwóch różnych stylach życia. On, zespolony z naturą, wie, że to jest jego miejsce, tu czuje wewnętrzny spokój. „Nie wyjeżdżałeś stąd nigdy?” – pyta Jessica. „Nie”. „A nie brakuje ci tego, co proponuje kultura Zachodu?”. „No nie. Bo co niby tracę?”. Wtedy ona wymienia szereg czasem zabawnych rzeczy, między innymi mecze piłki nożnej, wybory miss świata czy słuchanie muzyki. „A cóż ja mogę z tego wynieść?”. Pierwszy raz słyszałam u tego reżysera tak konkretny dialog, zazwyczaj wszystko jest u niego bardziej niedopowiedziane i metaforyczne.

Apichatpong urodził się w Tajlandii. To kraj wielonarodowościowy i wielokulturowy. Znajdziesz tu buddystów, sunnitów, animistów. Wpływ tych zjawisk na człowieka, zwłaszcza animizmu, jest mocno odczuwalny w filmie i czyni go bardzo ciekawym.

Bardzo podobało mi się przejście głównej bohaterki z industrialnego zszarzałego krajobrazu do świata natury. Właśnie tam Jessica łapie oddech i spotyka się ze swoją traumą, od której ucieka…
To jest film z gatunku fantasy, co najmocniej widać w końcówce. Apichatpong zdaje się w nim mówić, że Ziemia i kosmos to jedność. Nie da się ich oddzielić. Ten dziwny dźwięk, który słyszy w głowie bohaterka, jest częścią kosmosu na Ziemi. Jessica nawet nie potrafi go zwerbalizować. Brak jej słów, żeby opisać to, co słyszy. Okazuje się, że takie schorzenie istnieje i ma swoją nazwę: „zespół eksplodującej głowy”. Przeczytałam, że tego rodzaju wyładowania sensoryczne były osobistym doświadczeniem reżysera.

Huk. Głośny, metaliczny, przeszywający – właśnie taki dźwięk prześladuje główną bohaterkę i zaskakuje ją w najmniej spodziewanych momentach. Wraca i nie chce odejść. Nie da się go nie słyszeć ani zapomnieć czy udawać, że go nie ma. Postrzegam w nim symbol tego, że pewne wydarzenia ją prześladują. To, co wyparte, chce wreszcie wyjść na powierzchnię.
Dla mnie to jest opowieść o pamięci. Wskazuje na to zresztą sam tytuł. Zauważ, że Jessica przez cały czas opowiada nam w filmie to, co czują inni. Jest swoistym medium. Hernan w pewnym momencie zauważa: „Jesteś dla mnie anteną. Mówisz o rzeczach, których ja doświadczyłem”. To film, który uświadamia, że jeśli przeżyliśmy jakąś traumę czy przykre wydarzenie, to nie chodzi o to, by koniecznie wyrzucić je z głowy. Ważne, by to przemyśleć, zrozumieć i zaakceptować, bo to część nas. W pewnym sensie to właśnie takie przeżycia czynią nasze życie pełniejszym.

Bo dopiero kiedy odważymy się spotkać z tym, co trudne i traumatyczne – zobaczyć to, a w przypadku Jessiki również usłyszeć – możemy się od tego uwolnić. Choć nie zawsze się to udaje, jak pisze psychiatra Bessel van der Kolk w książce „Strach ucieleśniony. Mózg umysł i ciało w terapii traumy”. Wspominanie traumy ze wszystkimi towarzyszącymi jej emocjami niekoniecznie musi prowadzić do rozwiązania problemu, ale może.
Co równie ciekawe, reżyser i główna aktorka przyjaźnią się od lat, mają podobne zainteresowania. Dlatego chcieli zrobić razem film, w którym pamięć jest jednym z bohaterów. Jak przyznaje Tilda Swinton, to pierwsza rola, w której tak mocno wykorzystała osobiste traumatyczne przeżycia: najpierw w 2012 roku odeszła jej matka, a sześć lat później ojciec. Pracując nad tą postacią, eksplorowała wszystkie te trudne emocje i doświadczenia, które miała w swojej pamięci w związku ze śmiercią rodziców.

Bardzo podobała mi się scena, w której Jessika próbuje opisać i zrozumieć prześladujący ją dźwięk. Widać, jak zaczyna się jej droga w głąb siebie. Mówi: „Słyszę coś jakby metalowa kula, która spada do metalowej studni, a wszystko jest otoczone morzem”. Podobnie my, szukając przyczyny bólu w ciele, chodzimy do lekarzy, próbujemy słowami opisać to, co czujemy, tymczasem często okazuje się, że to ból psychiczny.
Właśnie. Na przykład Jessica nie może spać. Podczas wspomnianej już wcześniej sceny rozmowy z Hernanem pyta go, czy i on nie ma problemów z zaśnięciem, a gdy ten zaprzecza, prosi go, by zasnął, teraz, tu, na trawie. I on to robi. A wtedy łączy się całkowicie ze wszechświatem, odpływa. Jessica nazywa to małym umieraniem, on – cudownym stanem, gdy nic nie przeszkadza. Nasze ciało potrzebuje takiego całkowitego oderwania się od bodźców zewnętrznych, a czasem i wewnętrznych. Jessica tak nie potrafi i wielu z nas też nie. Ona się dopiero uczy i dziwi się, że coś takiego jest możliwe.

Wielu ludzi ma dzisiaj problemy ze snem. Można nawet powiedzieć, że dobry sen jest wyznacznikiem zdrowia psychicznego. Bezsenność to jeden z podstawowych sygnałów z ciała mówiących, że coś jest nie tak.
Ciągły natłok myśli powoduje rozedrganie, którego trafną metaforą jest właśnie efekt eksplodującej głowy. Takie chwilowe stopienie się z nicością, odpuszczenie kontroli – daje potrzebny spokój. Myślę, że to też jest charakterystyczne dla kultury, z której wywodzi się reżyser tego filmu.

Ten film zachęcił mnie do pobycia w naturze. Akcja rozgrywa się w Bogocie, stolicy Kolumbii, prawie na równiku, gdzie zacierają się granice między jawą a snem. Byłam tam, tamtejsza natura jest niesamowicie metafizyczna. Jak w całej Ameryce Południowej, gdzie wszystko ma duszę, nawet kamienie czy rośliny.
Kolumbia to też kraj pełen przemocy, w którym śmierć jest na każdym kroku. Dobrze pokazuje to scena, kiedy Jessica idzie ulicami Bogoty i nagle dochodzi do eksplozji spalin w autobusie. Słychać huk, co powoduje, że ktoś idący w pobliżu instynktownie i automatycznie kładzie się płasko na ziemi, po chwili podnosi głowę. Kiedy widzi, że nic groźnego się nie wydarzyło, ucieka.

To jest właśnie obraz współczesnego człowieka. Przestraszonego, wiecznie uciekającego. Obecnie wielu ludzi żyje pod ogromną presją, różne wydarzenia nakładają się na siebie – kryzysy osobiste na te światowe, jak wojna. Dlatego właśnie ten film jest bardzo uniwersalny w swojej wymowie i daje ogrom możliwości do przemyśleń i interpretacji.

Jego seans był dla mnie niesamowicie hipnotycznym doświadczeniem. Chłonęłam go wszystkimi zmysłami, by pod koniec złapać oddech i poczuć spokój. To było jak medytacja. Dlatego sądzę, że może być dla nas, przebodźcowanych różnymi negatywnymi informacjami, niezwykle terapeutyczny. O ile oczywiście damy sobie przyzwolenie, by wejść w ten film i w siebie.
Apichatpong Weerasethakul we wszystkich swoich filmach pyta właściwie o to samo: skąd jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Jaka jest nasza rola we wszechświecie? Warto, żeby każdy z nas chociaż na chwilę zanurzył się w tego rodzaju dywagacjach i poszukał na te pytania własnych odpowiedzi.

Mówisz, że niektórzy zasypiają podczas seansu? Może właśnie o to chodziło reżyserowi? Może Jessica potrzebowałaby właśnie takiego seansu? Nie żartuję. Sen w kinie to też może być forma medytacji. Polecam Abbasa Kiarostamiego „Smak wiśni”, „Drzewo życia” Terrence'a Malicka czy „Krainę miodu” Tamary Kotevskiej i Ljubomira Stefanova. Po co? Po to, żeby obudzić się silniejszą i mądrzejszą, z nową energią do życia.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze