1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Tęczowa trybuna" - recenzja

"Tęczowa trybuna" - recenzja

materiały prasowe
materiały prasowe
Zaangażowanie polityczne teatru to jeden z najżywotniej dyskutowanych wątków, we współczesnej krytyce i refleksji teatralnej podejmowany wśród niemałych zresztą kontrowersji. "Tęczowa Trybuna" trafia w czas gorących dyskusji.

Trudność w porozumieniu się rozmaitych środowisk i rozmówców co do tego, czy polityka i teatr powinny być sprzężone zdaje się wynikać między innymi z kłopotów w definiowaniu tej ostatniej. O jaki model polityczności chodzi, co to znaczy, że teatr jest polityczny? Czy jest to kwestia sięgania po tematy i język pierwszych stron gazet, czy  chodzi o budowanie innego systemu komunikacji, równie mocno jednak zaangażowanego w kwestie społeczne, ideologiczne, dotyczące spraw rozgrywających się w sferze publicznej?

Sam model polityczności wymagałby doprecyzowania. Nie da się jednak ukryć, że proponowana przez Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego estetyka i tematyka może być czytana jako polityczna i stanowi poważną propozycję tworzenia z teatru przestrzeni publicznej. Jeśli szukać adekwatnego określenia dla ich nowej, wrocławskiej produkcji - "Tęczowa Trybuna" - to trzeba by sięgnąć po kategorię, która przyjęła się już na gruncie sztuk plastycznych i sztuki wizualnej: site-specific czyli, w wolnym tłumaczeniu: określona przez miejsce, uwarunkowana przez przestrzeń. "Tęczowa Trybuna" to bowiem spektakl zdecydowanie warszawski, choć przywieziony spoza Warszawy. Może właśnie ten ogląd z zewnątrz dostarczył niezbędnego dystansu – odwagi do formułowania ironicznych komentarzy i zadawania ostrych pytań. Dodatkowo site-specific należy chyba uzupełnić o jeszcze jeden element: time-specific.

Trudno bowiem nie zauważyć, że "Tęczowa Trybuna" trafia idealnie w swój czas: gorących dyskusji o warszawskiej polityce kulturalnej i finansowej, protestów przeciwko wydatkowaniu środków publicznych, wreszcie – szerszej rozmowie o sposobach finansowania teatru i strategii marketingowej polskich miast wobec instytucji kultury. O ile te dyskusje mogą wydawać się z perspektywy niezainteresowanego mieszkańca niszowe, o tyle główny temat spektaklu obchodzi już wszystkich. Euro 2012 jest jak oko cyklonu – nie dość, że z siłą ogniskuje uwagę, to staje się jeszcze punktem zapalnym do wielu uśpionych lub marginalizowanych dotąd tematów.

U Demirskiego i Strzępki na tęczowej trybunie – specjalnie wydzielonym sektorze dla gejów – mają spotkać się wielbiciele piłki i ci, których sport za bardzo nie obchodzi, za to wspólne budowanie gejowskiej tożsamości w przestrzeni publicznej – owszem. Zbliżające się mistrzostwa stają się pretekstem do tego, by pytać o to, co to znaczy być gejem i czy piętnaście lat impotencji w walce o antydyskryminacyjne prawa to wystarczający powód do wstydu.

To także pozbawiona euforii próba zmierzenia się z niewygodnymi pytaniami o los wybudowanych za wiele milionów euro inwestycji – nie tylko stadionów, ale także np. infrastruktury transportu. W jednej z karykaturalnych scen prezydent Hanna w absurdalnym stroju cesarzowej przecina wstęgę na pustym lotnisku, gdzie głównym problemem okazuje się brak krzeseł, na których mogliby zasiąść honorowi goście. Wyczytywana lista stowarzyszeń i grup, o nazwach jak z tytułów powieści science-fiction, które przy tej okazji zostają zaproszone, by dowiedzieć się o tym, że liczba głosów, które zebrali pod swymi petycjami jest zawsze niewystarczająca, to pełen ironii dowód na kulawość demokratycznych struktur samorządności. Okazuje się, że walczący o tęczową trybunę mogą co najwyżej porozwalać stołki w barze jednego z nich, zaś wszelkie próby zabrania przez nich głosu są dla władz jak brzęczenie komarów – podobne do plagi, nieznośne, wymagające opędzającej się z niecierpliwością dłoni.

To co wydaje się u Strzępki i Demirskiego niezawodne, to jak zawsze bardzo udana dramaturgia, w której te pozornie niebezpieczne i ocierające się o banał, czy publicystyczną ogólność tematy zostają na siebie nałożone w taki sposób, że eksponują szwy i nieoczywistości w dyskursach. Euro 2012 jawi się nie tylko jako problem ekonomiczny, ale także możliwość zadania pytania o strukturę i złożoność naszego społeczeństwa. Wygląda na to, że piłka może stać się punktem zapalnym w wewnętrznych rozmowach poszczególnych środowisk  oraz swoistą soczewką, która pozwala przyglądać się budowaniu pozornie normatywnych tożsamości: narodowych, płciowych, klasowych.

Wszystko to, jak zawsze w dobrze już znanym w Warszawie dramaturgiczno-reżyserskim duecie dzieje się w rytmie, z niesłychaną teatralną intuicją, która pozwala budować sceny pełne dynamiki i napięcia. Poruszające monologi nie pozwalają oderwać uwagi widzów po to, by chwilę później rozlać się w zbiorowej choreografii. Przez ponad trzy godziny widownia usadzona na trybunie konfrontowana jest oko w oko z najbardziej ważkimi, bieżącymi tematami, które podawane z kabaretową niemal lekkością budzącym podziw warsztatem aktorskim każą się zmierzyć nie tylko z kwestią Euro, dyskursem gejowskim czy gorzką diagnozą o stanie polityki kulturalnej. Nie pozwalają także zignorować pytania o polityczność teatru o jego rolę w dyskusji publicznej. Pokazują, że jest możliwe, by teatr stał się podobny do trybuny i piłkarskiego boiska, czyli by był terenem gry o ważne sprawy.

"Tęczowa trybuna", Monika Strzępka, Paweł Demirski, Teatr Polski we Wrocławiu

Czytaj tu o Monice Strzępce

[iframe src="http://www.youtube.com/embed/6Khhk8tH0SQ" frameborder="0" allowfullscreen" width="100%" height="315-->

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Na lepszy rok. Kalendarz od polskich twórców na świąteczny prezent

Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Rok 2020 dał nam wszystkim w kość. Sprawmy więc, by 2021 był zdecydowanie spokojniejszy, zdrowszy, bardziej inspirujący - po prostu piękniejszy. A dobrym tego początkiem będzie kalendarz na prezent komuś bliskiemu lub samemu sobie. Oto nasz wybór najpiękniejszych kalendarzy od polskich twórców na 2021 rok. 

Wycinki w kalendarzu

Kalendarz 'Wycinki w termosie' 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł. Kalendarz "Wycinki w termosie" 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł.

Ten kalendarz będzie idealny nie tylko dla miłośników "Wycinków w termosie", czyli genialnych kolaży słownych z wycinków prasowych, które tworzy Gosia Konieczna, ale również dla minimalistów. Niemal wszystkie wycinki powstały z myślą o kalendarzu i nie były dotąd publikowane. Kalendarz zawiera 70 kolaży – po jednym na każdy tydzień oraz dwanaście otwierających każdy miesiąc – które wspierają, bawią, wprowadzają w zadumę, inspirują i odwracają perspektywę. Kalendarz ma piękną, grafitową okładkę i można go kupić w dwóch wersjach - z detalami w kolorze szaro-srebrnym lub szaro-złotym. Jest dostępny na stronie papierniczeni.pl.

Ekologia i minimalizm

Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł. Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł.

Ekologiczny, unikatowy, tworzony ręcznie kalendarz z przepięknymi ilustracjami wspaniałej artystki - Anny Bartosiewicz. Jest wykonany z papieru z renomowanej i najbardziej ekologicznej papierni na świecie – Munken Pure, a okładka została zrobiona z papieru pochodzącego z recyklingu. Prostota, minimalizm i ekologia - połączenie idealne. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych.

Wzory z natury

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Pan Kalendarz (@pan_kalendarz)

Pan Kalendarz powstaje nieprzerwanie od 2013 roku, a zaprojektowała go grupa znajomych ze studiów: Ola Dębniak-Gocławska, Palina Rek-Gromulska oraz Joanna Walczykowska i Mateusz Kowalski. Kalendarz na 2021 rok jest uniwersalny, jednak, dzięki okładkom w kolorze głębokiego granatu, idealny jako prezent dla mężczyzn. Dostępny w trzech wzorach okładki - kąty, porost i woda. W środku każdego z nich przejrzysty układ, ciekawe ilustracje, kiszonka na drobiazgi oraz dużo miejsca na notatki, zapiski i bazgroły. Do kupienia na pankalendarz.com, cena: 70 zł.

Kwiaty w torebce

Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł. Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł.

To zdecydowanie mój faworyt. Okładka, na którą nie można się napatrzeć. Jej przepiękny wzór zaprojektowała Ana Rudak. Każdy miesiąc to w tym kalendarzu osobny rozdział - rozpoczyna go ogólny plan miesiąca, a następnie plan tygodnia na jednej stronie (z lewej strony karty) oraz miejsce na notatki (z prawej). Na końcu kalendarza znajduje się plan na 2022 rok oraz notatnik. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz papiery.pl. Warto sprawdzić również inne wzory kalendarzy od Papierów Wartościowych - są przepiękne!

Nowoczesny, na ścianę

Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł. Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł.

Kalendarz ścienny, który świetnie będzie pasował zarówno do nowoczesnych, jak i klasycznych wnętrz. Kal to minimalistyczny i ponadczasowy kalendarz ścienny, zaprojektowany tak, by wyraźnie przypominać to co ważne. Składa się z metalowego haczyka i sześciu dwustronnych arkuszy wysokogatunkowego papieru o gramaturze dobranej tak, by zachował niezmienny kształt, nie gniótł się i nie zawijał. Czytelna siatka każdego tygodnia pozwala przejrzyście zaplanować każdy dzień i miesiąc – dzięki czemu staje się wygodnym organizerem. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz kal-store.com.

Naturalnie piękny

Patrząc na ilustrację na okładce aż czuje się spokój, zupełnie jak podczas zachodu słońca wysoko w górach. W Pracowni Zeszytów Ireny Dżyga-Rudzkiej powstały ręcznie oprawiane kalendarze z pięknymi, naturalnymi okładkami. Kalendarze wyjątkowe, bo przeplatają się w nich drobne, słowne kolaże. Takie prawdziwe – wycięte z papieru nożyczkami, ułożone w kompozycje i zeskanowane do projektu. Na każdej lewej stronie znajduje się rozpiska dni tygodnia, po prawej pusta strona w kropki na notatki. Miesiąc zaczyna się skrótowym, poglądowym kalendarzem. Na końcu kalendarza znajduje się kolorowanka antystresowa, trackery nawyków oraz kalendarz skrócony na 2022 rok. W kalendarzu jest 11 dodatkowych stron na notatki. Do kupienia na stronie internetowej notebooks-design.com, cena: 129 zł.

Kobiecy kalendarz

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Marta Chmielecka (@pod_kloszem)

Kalendarz ścienny firmy Pod kloszem to dwanaście kobiecych ilustracji, które w oryginale zostały narysowane cienkopisem. Każda kobieta symbolizuje inną cechę - może to być wielozadaniowość, asertywność, uważność, empatia czy siła. Pięknie dopełni wnętrze, a jednocześnie nacieszy oko. Do kupienia na stronie podkloszem.pl, cena: 89 zł.

Kalendarz roślinny

Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł. Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł.

Coś dla miłośników roślin, botaniki, miejskich ogrodów i domowych dżungli albo po prostu osób, które tęsknią za kontaktem z naturą. Ilustratorka Aleksandra Stanglewicz stworzyła wyjątkowy kalendarz z pięknymi, ręcznie malowanymi akwarelowymi roślinami. Króluje w nim zieleń, prostota i... ekologia. Bo kalendarz został wydrukowany na najwyższej jakości ekologicznym papierze recyklingowym. Co więcej, powstał w duchu less waste, bo każdą z 12 ilustracji będzie można wyciąć, oprawić i powiesić na ścianie. Do kupienia na stronie pakamera.pl. 

  1. Kultura

"Jestem kim chcesz" - pierwszy audiomusical w Polsce

Audiomusical
Audiomusical "Jestem kim chcesz" jest dostępny od 2 listopada w Audiotece. (Fot. materiały prasowe)
"Jestem kim chcesz" to pierwszy w Polsce audiomusical, czyli wyjątkowe połączenie audiobooka z musicalem. Widowisko zostało oparte na motywach "Pigmaliona" George’a Bernarda Shawa - na postawie tego samego dzieła powstał niegdyś amerykański musical "My fair lady".

Audiomusical “Jestem kim chcesz” powstał w ramach akcji "Usłysz kulturę". Dzieło z autorskim tekstem, librettem i muzyką stworzyli artyści Teatru Muzycznego Roma oraz Audioteki.

Akcja widowiska dzieje się w swingującym Londynie lat 60'. Z rewolucją obyczajową, społeczną i kulturalną doskonale korespondującą z bieżącymi problemami i kryzysem wartości. To z jednej strony bardzo dobrze znana historia na motywach “Pigmaliona” George’a Bernarda Shawa, z drugiej wibrujący energią i bardzo współczesnym przesłaniem musical. Profesor fonetyki Henry Higgins twierdzi, że dzięki lekcjom muzyki, wymowy i dobrych manier każda osoba jest w stanie wejść na towarzyskie salony. Zakład z przyjacielem doprowadza do eksperymentu na żywej osobie - młodej, krzykliwej i wulgarnej kwiaciarce. Pigmalion porusza wciąż aktualny problem podziałów społecznych i polaryzacji poglądów - To prosty komunikat - “chcę żebyś myślał i mówił tak, jak ja”. Shaw obnaża ten mechanizm i ze wspaniałą lekkością drwi zarówno z naiwnych aspiracji, jak i snobistycznych urojeń - mówi Bartosz Szpak, reżyser musicalu, autor libretta i tekstów piosenek. Jak dodaje, nie chciał zwyczajnie przenieść akcji do roku 2020, dlatego wybrał lata 60-te i swingujący Londyn. Z rewolucją obyczajową, społeczną i kulturalną doskonale korespondującą z bieżącymi problemami i kryzysem wartości.

- Audiomusical to zupełnie nowy format, coś czego do tej pory jeszcze nie było. Jestem przekonany, że efekt końcowy będzie fantastyczny, bo talent naszych artystów gwarantuje sukces, czego dowodzą produkcje na deskach Teatru Muzycznego Romy, w których występują. To nasz pierwszy wspólny projekt z Audioteką i mam nadzieję, że będą kolejne - mówi Wojciech Kępczyński, Dyrektor Naczelny TM Roma.

Kompozytorką i producentką muzyki jest Marta Zalewska - wokalistka, multiinstrumentalistka, kompozytorka i autorka tekstów. - Starałam się stworzyć utwory, które oddadzą klimat i estetykę tamtego bardzo inspirującego okresu w muzyce i sztuce - mówi Marta Zalewska. - We współpracy z Błażejem Domańskim, odpowiedzialnym za miks i mastering, użyliśmy mikrofonów, wzmacniaczy i instrumentów z epoki. Wszystkie utwory nagraliśmy na taśmę. Dzięki temu uzyskaliśmy analogowe brzmienie, na którym mi zależało - wyjaśnia.

W audiomusicalu zagrali artyści związani z Teatrem Muzycznym Roma, m.in Marta Masza Wągrocka, Wojciech Paszkowski i Adam Krylik. W rolę narratora wcieli się Krzysztof Banaszyk.

Audiomusical jest dostępny od 2 listopada w Audiotece - bezpłatnie w odcinkach dla subskrybentów Audioteka Klub, oraz od razu w całości płatnie.

  1. Kultura

Wystawa "Monika Sosnowska" - wielka sztuka

Monika Sosnowska, Fasada, 2016, malowana stal, wystawa w Zachęcie  Narodowej Galerii Sztuki, Warszawa, 2020, fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty
Monika Sosnowska, Fasada, 2016, malowana stal, wystawa w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki, Warszawa, 2020, fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Budynki wydają się zgniecione, schody donikąd nie prowadzą, elementy konstrukcyjne gną się i odkształcają. Retrospektywa Moniki Sosnowskiej w Zachęcie to wystawa wielkiej rzeźbiarki. I wielkiej sztuki. Dosłownie i w przenośni.

Monika Sosnowska jest jedną z tych międzynarodowych gwiazd sztuki z Polski, której realizacje łatwiej zobaczyć w Szwajcarii czy na Półwyspie Arabskim niż w kraju. Skala, w której pracuje, również bywa imponująca. Największe z jej rzeźb z trudem mieszczą się w salach Zachęty, choć przestrzenie, którymi dysponuje ta galeria, do małych nie należą. Monika Sosnowska jest cudownym dzieckiem transformacji. Należy do pokolenia, które dorastało jeszcze w PRL, ale w sztuce zaistniało już w wolnorynkowej, globalizującej się Polsce. Urodzona w 1972 roku, dyplom zrobiła w roku 2000, a sześć lat później miała już solowy pokaz w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W następnym sezonie reprezentowała Polskę na Biennale w Wenecji. I choć mieszka i pracuje w Warszawie, ostatnią wystawę solową w kraju miała trzy lata temu, i był to kameralny pokaz. Retrospektywy w skali, którą oglądamy teraz w Zachęcie, nie było u nas jeszcze nigdy.

W krainie czarów

U progu międzynarodowej kariery, na samym początku lat dwutysięcznych, zrobiła w Centrum Sztuki Współczesnej wystawę „Mała Alicja”. W tytułową bohaterkę wcielał się widz wkraczający do pomieszczenia wyłożonego wiktoriańską tapetą. Pokój był pusty, ale przechodziło się z niego do kolejnego, który okazywał się trochę mniejszy. Aby wejść do następnego pomieszczenia, trzeba już było solidnie się schylić, a jeszcze dalej poruszać się już na czworakach. To nie był jednak koniec: w perspektywie widać było pokoje, do których żaden człowiek nie dałby rady się wcisnąć. Ostatni mógłby, zdawało się, pomieścić w najlepszym razie mysz. Trik polegał na tym, że widz łatwo ulegał złudzeniu, iż to nie pokoje się zmniejszają, lecz człowiek olbrzymieje. Zupełnie jak Alicja z opowieści Carrolla. Na najnowszą wystawę w Zachęcie też wchodzi się trochę jak do krainy czarów, tyle że zamiast biec śladem białego królika, podąża się tu tropem poręczy. Ta pojawia się jeszcze w holu galerii. Zachęta to zabytkowy gmach, więc tutejsze poręcze są drewniane i staroświecko eleganckie. Poręcz Sosnowskiej jest z innego porządku, to stalowa taśma z okładziną z czerwonego PCV – detal i estetyka znane każdemu, kto wychowywał się w PRL-owskim bloku albo pamięta ówczesne gmachy użyteczności publicznej. Praca artystki owija się wokół drewnianej zachętowskiej poręczy niczym bluszcz, potem pełznie po ścianach przez korytarze oraz przedsionki i wreszcie, już na wystawie, zmienia się w fantazyjny rysunek w przestrzeni.

Monika Sosnowska, 'Poręcz' (2016/2020). Fot. Piotr Bekas, archiwum Zachęty Monika Sosnowska, "Poręcz" (2016/2020). Fot. Piotr Bekas, archiwum Zachęty

W tej samej sali, do której zwabiła nas dziwna poręcz, na stalowej lince wisi najmniejsza praca na wystawie wypełnionej rzeźbami, z których wiele ma skalę budynków i które w gruncie rzeczy naprawdę są budynkami. Rzeźba ma formę klamki – i znów przeżywamy déjà vu. To charakterystyczna aluminiowa klamka montowana w drzwiach milionów podobnych do siebie mieszkań, w których wychowały się pokolenia Polaków. Jedyne, co różni rzeźbę Sosnowskiej od niezliczonych klamek, którymi obywatele Polski Ludowej otwierali drzwi, jest odcisk dłoni na uchwycie. Metal jest zdeformowany, jakby był miękką plasteliną, a nie twardym aluminium. To oczywiście odcisk dłoni artystki. Czy ma ona aż taką moc?

Stalowe kości

Na Biennale w Wenecji w 2007 roku do wnętrza weneckiego Pawilonu Polonia wcisnęła stalowy szkielet konstrukcyjny innego pawilonu. Czyje to architektoniczne „kości” wówczas oglądaliśmy? Mógł być to jeden z przeszklonych socmodernistycznych obiektów, sklepów lub pawilonów usługowych, które z takim zapałem burzyliśmy w Polsce po 1989 roku jako relikty starego systemu. Trudno było powiedzieć, ponieważ konstrukcja została zgnieciona i zdeformowana, tak jakby ściśnięto ją z ogromną siłą, żeby zmieściła się w sali ekspozycyjnej. Prace w takim właśnie duchu dominują na warszawskiej retrospektywie artystki. Stalowe szkielety budynków, pręty zbrojeniowe do tworzenia żelbetu, beton, profile budowlane – oto ulubione materiały, z których tworzy swoje prace. Te realizacje są dziełem skomplikowanej inżynierii, ale przyświeca im cel wprost przeciwny do zasad, jakimi kierują się konstruktorzy i budowniczowie. Sosnowska dekonstruuje, tworzy piękne ruiny. To szczególny rodzaj piękna, które podszyte jest katastrofą.

Monika Sosnowska, Targowisko, 2013 (fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty) Monika Sosnowska, Targowisko, 2013 (fot. Piotr Beka, archiwum Zachęty)

Ogromne siły

O jakim kataklizmie może tu być jednak mowa? Ojcowie oświecenia wymyślali nowy świat, kontemplując ruiny starożytności. Mówi się, że naszym współczesnym antykiem jest modernizm. I właśnie jego ruiny reinscenizuje Sosnowska. Pełnymi garściami czerpie z PRL-owskiej architektury, prefabrykowanego budownictwa, socmodernistycznych pawilonów. Nostalgia za rzeczywistością dzieciństwa? Oczywiście, te prace mogą wywoływać nostalgię, ale chodzi w nich o coś więcej. Za pięknymi ruinami Sosnowskiej kryje się przecież pewien projekt estetyczny i społeczny, wizja zracjonalizowanej, uporządkowanej nowoczesności. Ta wizja okazała się utopią, która nie wytrzymała ciśnienia historii. Ogromne siły, które zdają się miażdżyć wykreślane przez artystkę konstrukcje, wyginać pręty zbrojeniowe i kruszyć beton, nietrudno sobie wyobrazić jako moce rynku, kapitału i globalizacji. Sosnowska jest artystką oszczędną w formie, słowach oraz metaforach. Nie narzuca widzowi rozstrzygnięć, czy to dobrze, czy źle, że modernistyczna utopia obróciła się w gruzy. Ruiny mają ogromny urok, są piękne, wzniosłe i sprzyjają refleksji. Ostatecznie ruiny kontempluje się jednak nie po to, by pogrążać się w nostalgii, lecz by zadać sobie pytanie: „Co teraz na nich zbudujemy?”.

Wystawa „Monika Sosnowska” w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie potrwa do 25 października.

Rubryka powstaje we współpracy z Jankilevitsch Collection.

  1. Kultura

Wrześniowe premiery w Teatrze Słowackiego w Krakowie

"Jedzonko" (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Po miesiącach izolacji i funkcjonowania w świecie wirtualnym wszyscy potrzebujemy sztuki. We wrześniu Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaprasza zatem na dwie wyjątkowe premiery. 

"Jedzonko"

Reżyseria: Katarzyna Szyngiera Scenariusz: Marcin Napiórkowski, Katarzyna Szyngiera, Mirosław Wlekły Obsada: Lidia Bogaczówna, Marta Konarska, Agnieszka Kościelniak, Katarzyna Zawiślak – Dolny,  Karol Kubasiewicz, Sławomir Rokita, Feliks Szajnert i gościnnie Maciej Pesta Premiera: 11 września 2020 Spektakle: 12, 13, 15 września oraz 13, 14, 15 i 16 października

Tematem spektaklu jest jedzenie, a czasem jedzonko - to czym się delektujemy, obżeramy, co konsumujemy, pochłaniamy, wcinamy. Skąd się wzięło w naszym koszyku, lodówce i na naszym stole. Jaką drogę przeszło i z jakim kosztem się wiąże. Zadaniem twórców jest ukazanie nieoczywistych linii pomiędzy codziennością aktów konsumpcji, a globalnymi procesami.

'Jedzonko' (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie) "Jedzonko" (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie)

"Ludwiczek"

Tekst i reżyseria: Daniel Malchar, Rafał Szumski Obsada: Ewelina Cassette, Karolina Kazoń, Karolina Kamińska,  Alina Szczegielniak, Tomasz Międzik, Daniel Malchar, Antoni Milancej, Rafał Szumera Premiera: 18 września 2020 Spektakle: 19, 20 i 22 września

Tragiczna legenda! Marmurowy pomnik muzyki europejskiej, o którym słyszał prawie każdy. To jego życiem i twórczością jest inspirowana muzyczna  baśń. To on musi się zmierzyć ze światem zanieczyszczonej audiosfery, w którym coraz mniej wrażliwości i miejsca na refleksję. Czy ten głuchy geniusz sprzed wieków jest w stanie poradzić sobie w tym świecie nastawionym na komercję i schlebianie gustom?

'Ludwiczek' (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie) "Ludwiczek" (fot. Bartek Barczyk dla Teatr w Krakowie)

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.