1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Świat się nie kończy. Rozmowa z Przemysławem Pilarskim, współautorem książki „Jak facet z facetem. Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich”

(Fot. Katarzyna Chmura/archiwum prywatne)
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że coming out zdejmuje z klatki piersiowej duszącą obręcz – mówi Przemysław Pilarski, dramatopisarz i współautor książki „Jak facet z facetem. Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich”, której nowe wydanie niedawno ukazało się na rynku.

W teatrze z jakiegoś powodu łatwiej o coming out? Pytam o to, bo kiedy zastanawiam się, ilu znam ludzi rozpoznawalnych publicznie i otwarcie mówiących o swojej nieheteronormatywności, przychodzą mi do głowy głównie osoby związane właśnie z teatrem.
Polski teatr wykonał w swoim czasie wielką pracę na rzecz emancypacji. Dawne spektakle Lupy czy Warlikowskiego były kamieniami milowymi na drodze do włączenia tematu i osób LGBT+ do dyskursu nie tylko artystycznego. Dlatego pewnie tak wiele osób związanych z teatrem otwarcie mówi o swojej seksualności. Bo to raczej przyjazna przestrzeń. Ale myślę, że jeśli mówimy o publicznych coming outach, pałeczka jest teraz po stronie show-biznesu, popkultury.

Na ile to, co pan pisze i jak pan pisze, wynika z pańskiej biografii, dorastania, korzeni?
Ostatnio dużo o tym myślę. Uświadomiłem sobie, że zbyt często mam wrażenie nieprzystawalności – do miejsc, do ludzi, do środowisk. Pochodzę ze wsi, jestem gejem, zajmuję się tym, czym się zajmuję. Więc w grę wchodzi tutaj nie tylko awans społeczny, ale i nieustanne przekraczanie siebie. Za tym idzie poczucie obcości – pochodzę ze wsi, ale to już nie jest moje miejsce. Mieszkam w mieście, ale się tu nie urodziłem. Mam wyższe wykształcenie, interesuję się kulturą, ale musiałem nadrobić spore braki, to nie są naturalne dla mnie pola. Moi bohaterowie często są takimi ludźmi z pogranicza i to właśnie z biografii się bierze. Ale to nie jest przekleństwo. Uwielbiam patrzeć z dystansu, stać z boku. Jasne, doświadczam skutków ubocznych takiej postawy, inaczej jednak nie umiem.

Kolega, chłopak, partner, mąż? Którego określenia woli pan używać, mówiąc o osobie, z którą jest pan w związku?
Kolega to określenie mocno deprecjonujące, mąż to sfera marzeń, zabroniona przez prawo. Partner z kolei kojarzy mi się z partnerem biznesowym. Więc chłopak, facet, te słowa są mi najbliższe.

Gdyby ktoś zapytał pana, czy łatwo utrzymać dobry gejowski związek…
To odpowiedziałbym, że jak każdy dobry związek – niełatwo. Problemy mamy takie same jak związki hetero, okraszone dodatkowo tymi wynikającymi z okoliczności społecznych i politycznych. Największą różnicą jest brak wzorców. To duży problem, ale ma jeden plus: elastyczne podejście do kwestii podziału ról i równości. Skoro każda para gejów buduje relację po swojemu, to przynajmniej teoretycznie nie powinno być kłopotów z tym, na jakich zasadach ma się ona opierać.

A po co zwrócił się pan do seksuologa Andrzeja Gryżewskiego?
Żeby zadawać pytania, jak najwięcej pytań. W książce „Jak facet z facetem. Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich” starałem się zapytać Andrzeja Gryżewskiego o absolutnie wszystko. Mam nadzieję, że byłem wystarczająco dociekliwy.

Temat nie stracił na aktualności, bo właśnie, po sześciu latach, premierę ma wydanie drugie, grubsze i uzupełnione. Co się przez te sześć lat zmieniło w kwestiach, o których w książce mówicie?
Zmieniło się wszystko, a to za sprawą otwarcie homofobicznej polityki PiS. Teraz jesteśmy atakowani wprost, za noszenie tęczowej flagi czy torby można nie tylko zostać pobitym, ale i trafić na policyjny dołek. To dominujące poczucie zagrożenia przekłada się na coraz więcej samobójstw wśród młodych osób, dobrze, że są one nagłaśniane w mediach. Wielkie szczęście, że udało się uratować telefon zaufania [pod numer 116 111 można dzwonić przez całą dobę – przyp. red.], któremu groziło zamknięcie z powodu odcięcia finansowania. Z tych powodów dodaliśmy w drugim wydaniu rozdział: „Jak dbać o zdrowie psychiczne w trudnych czasach”.

(Fot. materiały prasowe)

Cokolwiek się zmieniło na lepsze?
Paradoksalnie nastąpiło przebudzenie. Jest akcja, jest reakcja. Bardzo aktywni są ludzie młodzi – świetnie to było widać podczas Strajku Kobiet. Młodzi walczą o całe życie, które mają przed sobą. Starzy swoje przeżyli, wypracowali strategie przetrwania. Ale niezależnie od metryki w tym momencie dla wielu z nas słowo „walka” stało się słowem kluczowym. Już wiadomo, że nic nie zmieni się bez naszego działania.

Czy z punktu widzenia osoby wyoutowanej myśli pan, że gdyby więcej osób publicznych przyznało oficjalnie, że jest niehetero­normatywnych, to wszystkim tym walczącym o swoje prawa i godność aktywistom byłoby łatwiej?
Nie można mieć pretensji o ukrywanie swojej orientacji, bo coming out to decyzja równie trudna, co prywatna. Z drugiej strony tych, którzy chowają się w cieniu i atakują innych, żeby odwrócić uwagę od swojej orientacji, ujawniałbym z automatu. Nie mam tolerancji na hipokryzję.
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że coming out na pewno jest uwalniający. Zdejmuje z klatki piersiowej duszącą obręcz. Ale absolutnie nie można go od nikogo wymagać. Chociaż na szczęście coraz więcej osób LGBT+ się na niego decyduje, masa krytyczna rośnie. A stąd już krok do tego, żeby do ludzi dotarło, że skoro i ten, i ta, i ta, no, to w zasadzie jest to normalne, nic w tym dziwnego. Świat się nie kończy, wręcz ma się lepiej.

Długo pan dojrzewał do swojego coming outu?
Trudno powiedzieć, już dawno mam tamte zmagania za sobą. Robiłem wtedy stand-up, reżyserujący mnie Konrad Sztuka rzucił, że komik i wyoutowany gej to byłby strzał w dziesiątkę. Akurat zgrało się to z moją potrzebą, żeby nie kręcić, nie kombinować, nie chodzić dłużej z tajemnicą, tylko być uczciwym – przede wszystkim w stosunku do siebie. Zadziałało na zasadzie impulsu i nie żałuję. To wyznanie ma moc autoterapeutyczną.

Brzmi wspaniale, a potem nierzadko pojawia się „ale”. Którym może być na przykład reakcja najbliższej rodziny. Jak było w pańskim przypadku?
Moja orientacja stała się tematem, którego się nie porusza. Takie „wiemy, ale nie mówimy”, co jest zresztą – jak wynika z moich rozmów z innymi wyoutowanymi – bardzo częste. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

Czyli nie może pan przyjechać na rodzinny obiad ze swoim chłopakiem?
Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby podjąć taką próbę. Chyba jeszcze nie chcę się z tym konfrontować.

W książce rozprawiacie się z Andrzejem Gryżewskim ze stereotypami. Choćby z tym: „Osoby nieheteronormatywne skaczą z kwiatka na kwiatek, są seksoholikami”.
To trochę tak, jakby wyrobić sobie opinię o heteroseksualnych mężczyznach na podstawie grupy totalnie pijanych brytyjskich młodzieńców spędzających wieczór kawalerski w Krakowie… Stereotypy budują się na podstawie takich prostych obserwacji, ale istotą w ich zwalczaniu jest praca u podstaw, czego w Polsce nie ma, bo przecież to musiałoby się dziać w szkole, w której przedmiot taki jak edukacja seksualna nie istnieje.

A tu nawet za nazewnictwem trudno nadążyć. Czy wypada powiedzieć „elgiebety”? I co z coraz częściej się pojawiającym u nas określeniem queer?
Z „elgiebetami” jest jak z „lewakami”. Zależy, kto wypowiada to słowo. Albo jeszcze inaczej. Mam znajomą, która mówi o sobie per katolka, ale ja bym w życiu tak się do niej nie zwrócił, bo nie czuję się uprawniony. Tak samo jak nie życzyłbym sobie, żeby ktoś, kto nie jest gejem albo kimś mi bardzo bliskim, powiedział o mnie per pedał. Myślę, że „osoby LGBT+” każdemu raczej przejdą przez usta i nikogo nie powinny obrazić. A queer? Doskonale pasuje do opisu pewnych zjawisk w kulturze, ale politycznie i społecznie, a nawet emancypacyjnie potrzebujemy konkretów. Queer rozmywa wszelkie granice. Jeśli jednak jakaś osoba życzy sobie, by ją nazywać „osobą queer”, ma do tego prawo. W moim słowniku nie jest to jednak ani synonim geja, ani LGBT+.

No właśnie: LGBT, LGBT+ czy LGBTQ?
Są różne tarcia i ruchy emancypacyjne wewnątrz środowiska, które powodują, że literki się dodają – w końcu każda z mniejszości chce być widzialna. LGBT+ wydaje mi się najodpowiedniejsze, w plusie zawierają się wszyscy. Ale jak ktoś nie wie, jak zwrócić się do drugiej osoby, niech po prostu zapyta. Pytamy przecież: Jak masz na imię? Jesteś Zagłębiakiem czy Ślązakiem? Te pytania także dotyczą tożsamości.

O wielu podobnych kwestiach rozmawiacie w książce, tymczasem właśnie zaczyna się sezon teatralny. Gdzie będzie można oglądać pańskie sztuki?
Zapraszam na „Węgla nie ma” do Teatru Śląskiego w Katowicach oraz na „Dziki Wschód” do gliwickiego Teatru Miejskiego. Tak się złożyło, i bardzo dobrze, że pracuję ostatnio głównie na Śląsku.

A pisze pan coś nowego?
Nieustannie coś piszę. Teraz o starości. Wielu moich znajomych nie ma ubezpieczenia. Zaciekawiło mnie, jak i czy w ogóle wyobrażają sobie siebie, swoje życie, za 30, 40 lat. Wybiegłem więc trochę w przyszłość, tworząc dystopijny obraz świata przyszłości. Sztuka ma tytuł „Terrarium” i mam nadzieję, że prędzej czy później będzie można ją zobaczyć w jakimś teatrze.

Przemysław Pilarski, dramatopisarz, scenarzysta i dziennikarz

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Jak facet z facetem Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski Zobacz ofertę promocyjną
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze