1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Wszystko o mojej babce

Nina F. Grünfeld, norweska reżyserka, dokumentalistka, wykładowczyni, autorka książek, między innymi „Grünfeld. Pochodzenie nieznane” i „Frida. Wojna mojej nieznanej babki” (Fot. Lillian Julsvik)
Kim była Frida Grünfeld? Szpiegiem? Pracownicą seksualną? Samotną kobietą, którą miotały wichry wielkiej historii? – Wiadomo, że była ładna i niezbyt szanowana – opowiada Nina F. Grünfeld, jej wnuczka. Od ponad trzech dekad szuka informacji na temat matki swojego ojca. Pokłosiem tych poszukiwań jest książka „Frida. Wojna mojej nieznanej babki”. A autorka nadal szuka.

Jesteś zmęczona? Pytam, bo od 35 lat szukasz informacji o swojej babce Fridzie Grünfeld.
To jest projekt całego życia, stał się wręcz moim sposobem na życie. Wciąż uważam, że są rzeczy, których nie wiem o Fridzie, a które można odnaleźć w archiwach. To proces, który pewnie nigdy się nie skończy, jest częścią mojej pracy zawodowej, ale także tożsamości, tego, kim jestem. Ale rzeczywiście był moment, kiedy musiałam zrobić sobie przerwę. Trwała dziesięć lat.

Pewnie na początku tej drogi, w latach 80., nie brałaś pod uwagę, że proces szukania śladów potrwa aż tak długo.
Dlatego potrzebowałam przerwy. Pierwszy raz pojechałam do Czechosłowacji w 1987 roku, by popytać o Fridę w tamtejszych archiwach. A nie było to łatwe, bo wioska Leles, w której Frida się wychowała, do pierwszej wojny światowej należała do Cesarstwa Austro-Węgierskiego, a od 1919 roku – do Czechosłowacji, nowego tworu państwowego. Wtedy nic nie znalazłam. W 2004 roku otrzymałam zlecenie nakręcenia filmu dokumentalnego o moim ojcu i wtedy nastąpił przełom. Odkąd skończył się komunizm, kolejne archiwa zaczęły się otwierać, a my wreszcie dotarliśmy do pierwszych informacji o jej życiu. Ale potem mój ojciec zmarł i znowu minęło dziesięć lat. W pewnym momencie uznałam, że muszę wrócić do tej porzuconej historii, dać jej szansę. Ta książka to efekt moich poszukiwań. A teraz liczę na to, że ktoś sięgnie po nią w Polsce, Czechach czy na Słowacji i powie: „Wiem o niej więcej niż ty”. (śmiech)

Portret Fridy wykonany na podstawie zdjęcia jej syna Bertholda, wówczas ponadtrzydziestoletniego. (Szkic ze zbiorów Niny F. Grunfeld)

W książce zastanawiasz się, czy poznasz prawdę o babce, czy przeżyła wojnę, czy dotrzesz do jej zdjęcia… Miałaś obsesję na jej punkcie?
Były czasy, kiedy byłam zmęczona Fridą i wahałam się, czy mam moralne prawo opowiadać jej historię, bo miała dramatyczne i trudne życie. Ale uważam też, że to jest sposób na pokazanie dużej historii poprzez opowieść o życiu zwykłej osoby.

No, nie takiej zwykłej. Frida była pracownicą seksualną, regularnie ciąganą po komisariatach policji za podejrzane kontakty. Więcej czasu spędzała na ulicach niż w domu. W dodatku mówiła w kilku językach, była Żydówką.
To prawda. Gdyby była zwykłą kurą domową, nie znalazłabym nic na jej temat. Ale ponieważ była regularnie rejestrowana na policji i interesowały się nią służby, mogłam się czegoś o niej dowiedzieć. Jej historia to także opowieść o wojnie, o Holokauście i o Europie Środkowej przed drugą wojną światową.

Jak to się stało, że z wnuczki stałaś się badaczką?
Już jako kilkulatka pytałam ojca o babcię, o to, gdzie ona jest, co się z nią stało. A on nie odpowiadał, bo nie wiedział. Zaczęło się więc od ciekawości, a potem chciałam zrozumieć. I tak stałam się badaczką, co dało mi wolność, bo nie ograniczały mnie już więzy rodzinne. Choć czasem „włączała” mi się wnuczka i czułam się winna, kiedy z interpretacji dokumentów, zapisu rozmowy wychodziło na przykład, że tym razem prawdopodobnie była bardzo pijana. Albo nie dość, że pijana, to jeszcze wredna. Kłamała, kradła, czy to naprawdę moja babcia?! A przecież dzięki znajomości realiów tamtych czasów wiedziałam, że jako samotna kobieta bez rodziny i pieniędzy musiała kłamać i kraść. Czasem wydawała mi się psychopatyczna. Ale może miała problemy psychiczne, tego nie wiem.

Kiedy pierwszy raz trafiliście na jej ślad?
Pierwsze ślady pochodziły z archiwów w Bratysławie. To tam pojechali moi rodzice w 1962 roku, odwiedzając zastępczą rodzinę taty sprzed wojny. Wiedziałam o niej wtedy dwie rzeczy: że była ładna i że nie była specjalnie szanowana. A potem dowiedzieliśmy się, że nie przetrwała wojny. I te dokumenty to trzon książki. Wynika z nich też, że to była kobieta, której nieustannie poszukiwała policja czy tajne służby, bo była, jak mówimy w Norwegii, wolnym ptakiem, czyli kimś, kogo nie możesz kontrolować.

Oboje z ojcem szybko się zorientowaliśmy, że nie była luksusową damą do towarzystwa, pracowała na ulicy, czyli musiała codziennie walczyć o przetrwanie. Potem dowiedziałam się, że urodziła mojego ojca w wieku 23 lat. I już wtedy pracowała jako prostytutka, więc kto wie, może od lat nią była. Sporo się przemieszczała. Najpierw z Leles do Bratysławy. A gdy urodziła mojego ojca, oddała go do adopcji i przeniosła się do Pragi. Po pierwszej wojnie światowej Europa zaczęła na nowo się kształtować, powstawał nowy świat, w którym ona musiała nauczyć się funkcjonować. Wybrała Pragę, bo pewnie z jej perspektywy tam czekała ją lepsza przyszłość niż w Bratysławie. Tuż przed wybuchem drugiej wojny wróciła do Bratysławy po mojego ojca, ale nie zrobiła tego z miłości ani tęsknoty. Wiedziała, że jako matka uciekająca z dzieckiem mogła więcej zyskać. To bolesna wiedza.

Nina (pośrodku) z rodzicami Gunhild i Bertholdem oraz braćmi Thomasem (po lewej) i Leo, Oslofjorden, 1969 (Fot. ze zbiorów Niny F. Grunfeld)

Była tak często wzywana na komisariaty, że podejrzewaliście ją początkowo o szpiegostwo.
Ten moment, kiedy dowiedziałam się, że często przesłuchiwały ją tajne służby, był ekscytujący, prawie jakbym trafiła na trop Maty Hari. (śmiech) Gdyby to była powieść, zrobiłabym z niej szpiega. Ale nie jest. Szybko zrozumieliśmy, że w tych przesłuchaniach nie chodziło o nią, tylko o ludzi, których ona, z racji swojego zawodu, znała. Frida to jedna z osób miotanych przez wielką historię. Była Żydówką, mówiła po węgiersku, no i jako prostytutka z półświatka miała kontakty z kryminalistami, z osobami podejrzanymi i separatystami. Jeśli byłaś Słowaczką, ale twoim językiem ojczystym był węgierski, to znajdowałaś się w kręgu podejrzanych. I władze wiedziały, że takim ludziom jak ona nie można ufać.

Słowacja, w której się wychowała, była krajem rolniczym, więc nie mogła znaleźć pracy w przemyśle, bo takowego tam nie było. Nie miała też wykształcenia, żeby pracować jako guwernantka albo ktoś do opieki nad dziećmi, więc gdy policja zabierała ją na przesłuchania, mówiła funkcjonariuszom, że pracuje w barze. Albo że jest tancerką. Dla policji było jasne, że pracuje na ulicy, ale w tamtych czasach nie mogła tego powiedzieć wprost.

Poruszające są momenty, kiedy piszesz, co Twoja babka ze sobą nosiła, jak niewiele miała.
Nie miała prawie nic! Sama często byłam poruszona z powodu moich znalezisk, tych drobiazgów noszonych w torebce. Zastanawiałam się, czy miała drugą sukienkę, czy tylko tę jedną…
Frida była cały czas w ruchu. Wzywana na policję za każdym razem podawała inny adres zamieszkania czy zameldowania, co wynikało pewnie z tego, że nie płaciła czynszu albo wdawała się w awantury i wyrzucali ją z pokoju – bo wtedy wynajmowało się pokoje, na tyle było ją stać. Była pracownicą seksualną, piła, miała wybuchowy temperament, co nie każdemu się podobało. Ale myślę, że to ciągłe zmienianie miejsca zamieszkania, nieustanny ruch musiały być dla niej wykańczające. Pewnie z tego powodu tak długo radziła sobie w obozie Auschwitz, a zmarła tuż przed końcem wojny. Wszystko, co fundowano ludziom w obozie – upokorzenie, głód i niedolę – dla niej nie było niczym nowym. Wyobrażam sobie, jak mówiła: „Nie możecie mnie złamać, mnie już dawno złamano”.

Suche policyjne zapiski wymagały pewnie od Ciebie doszukiwania się faktów między słowami, w tym, co niezapisane wprost.
W wielu przypadkach nie mogłam powiedzieć, że coś było prawdą, że wydarzyło się na pewno. Starałam się ujawniać fakty tam, gdzie tylko mogłam, ale zostawiłam też pole do wyobraźni czytelnikowi. Wiele rzeczy i sytuacji w tej książce mogło się wydarzyć, ale nie miałam dowodów na to, że tak się rzeczywiście stało. Dlatego czasem posuwam się dość daleko w interpretacji archiwalnych zapisów; tak jest na przykład, gdy zastanawiam się, czy Frida miała problemy psychiczne… Nie wiemy tak naprawdę, czy jej rodzina – moja rodzina – nie była dysfunkcyjna. Rozmawiałam z dalszymi krewnymi, którzy opowiadali mi różne historie. Czy była ofiarą przemocy, także seksualnej? W takich momentach pojawia się pytanie, czy nie posuwam się za daleko.

Co by było, gdyby przetrwała wojnę?
Była wyniszczoną fizycznie kobietą, więc nawet gdyby przeżyła, byłoby jej trudno. Chciałabym myśleć, że narodziłaby się na nowo po Holokauście, że to dałoby jej impet, by zmienić swoje życie. Pamiętam, że jako dziecko pytałam mojego ojca, czy nie chce, żeby mama i tata go znaleźli. A on mówił, że nie, w ogóle.

Ojciec nie szukał krewnych?
Nie chciał. Kiedy go o to zapytałam, powiedział: „Jestem psychiatrą. Jeśli mam krewnych, to są psychicznie pokiereszowani”. Powtarzał, że choć wychował się bez biologicznej rodziny, to zyskał dzięki temu wolność. I chciał, żeby tak zostało. Wyobrażam sobie, że moja babka, gdyby przeżyła, znalazłaby mojego ojca i kazała mu się sobą zająć. Ale on by jej powiedział: „Nie sądzę”. (śmiech) Raz zadzwonił do nas pewien pan i powiedział, że widział dokument o moim ojcu i jego matce i że wydaje mu się, że jest z nami spokrewniony. Chciał się spotkać, ale mój ojciec się na to nie zgodził.

Nina z ojcem Bertholdem w pociągu do Lublany, 2004 (Fot. ze zbiorów Niny F. Grunfeld)

Jak tata reagował na informacje o swojej matce?
Nie chciał o niej mówić. Czuł wstyd, że po urodzeniu oddała go do adopcji i że miała taki, a nie inny sposób na życie. Jednak podczas uroczystości z okazji wręczenia mu medalu za zasługi wspomniał o niej w swojej przemowie. Nie powiedział, że była pracownicą seksualną, ale że miała trudne, naznaczone problemami życie i że była odważną kobietą. Zamienił ją w bohaterkę.

Jak Twój tata znosił tyle niewiadomych na temat swojego dzieciństwa, tożsamości?
Miał ogromne oparcie w mojej mamie. Dużo rozmawiali o jego przybranych rodzicach i pierwszych latach dzieciństwa. Po urodzeniu przygarnęło go małżeństwo, Jan i Antonia. Antonia zmarła, gdy mój tata miał pięć lat, zapamiętał ją jako ciepłą i kochającą osobę, była mu bardzo bliska. Dlatego mam poczucie, że przez pierwsze lata swojego życia był zaopiekowanym dzieckiem. Mocno przeżył śmierć Antonii. A potem pojawiła się nowa żona Jana, ale nie zbliżyła się do taty. Jako dziecko czuł, że ona go nie chce w domu i że to za jej sprawą wysłano go do Norwegii, gdzie dorastał w żydowskim sierocińcu i gdzie został po wojnie. Ale wtedy był rok 1939, on miał żydowskie pochodzenie. Patrzę na to tak, że ta druga zastępcza mama uratowała mu życie. Wiele zrobiła, by znalazł się na liście dzieci, które wywieziono do Norwegii. Gdy mój ojciec odwiedził swoich zastępczych rodziców w 1962 roku, wciąż był na nich zły za to, że go nie zatrzymali, choć dziś wiemy, że ze swoim pochodzeniem nie przetrwałby wojny. Na pewno żałował, że nie odezwali się po jej zakończeniu, nie szukali go. Nie wiadomo, dlaczego tak się stało. Myślę, że mój ojciec całe życie roztrząsał, dlaczego te losy potoczyły się tak, a nie inaczej. Trudno mi o tym mówić, bo wiem, że miało to na niego większy wpływ, niż potrafię zrozumieć.

Jak bardzo ta podróż wpłynęła na Twojego ojca, na jego myślenie o swojej tożsamości?
Mój tata zmarł 15 lat temu i tyle czasu już szukam śladów mojej babki bez niego. Do Norwegii pojechał razem z grupką dzieci i wszystkie poza nim znały swoje rodziny, wiedziały, skąd pochodzą. Wiem, że go z tego powodu dręczyły. Ta trauma z dzieciństwa potem w nim dojrzewała, był brakiem wiedzy o sobie bardzo zawstydzony jako dorosły.

Udało Ci się dotrzeć do dalszej rodziny, potomków rodzeństwa swojej babki. Jaką masz z nimi relację?
Niejednoznaczną, pozytywną, ale nie bliską. Ostatnio rozmawiałam z praprawnuczką siostry Fridy. To młoda, 24-letnia dziewczyna, w wieku mojej córki. Mieszka w Izraelu, właśnie skończyła obowiązkową służbę wojskową i popiera politykę swojego kraju. Na moje pytanie, co ją ku temu skłania, powiedziała: „Ty mieszkasz w Norwegii, masz lekkie życie i jesteś sympatyczna, ale ja nie mogę sobie pozwolić na bycie miłą”. Uderzyła mnie prawdziwość tego zdania – jeśli jesteś w konflikcie wojennym, to masz inne spojrzenie na siebie i świat. Pomyślałam, że pewnie podobnie było z Fridą, nie stać jej było na bycie miłą. A bycie Norweżką to cholerny przywilej. Możemy być mili, ale nie mamy pojęcia o życiu.

(Fot. materiały prasowe)

Jakie masz teraz plany, skoro napisałaś już książkę o babce?
Chciałabym napisać powieść o tym, jak mogłoby wyglądać życie Fridy. Jej prawdziwa historia kończy się na kilka tygodni przed końcem wojny, a co by było, gdyby przeżyła? Ciekawi mnie, co życie w powojennej Europie znaczyłoby dla takiej osoby jak ona. Przyznaję, że pisanie działa na mnie terapeutycznie, zamierzam to kontynuować.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze