1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dolce vita Amerykanina: "Zakochani w Rzymie" Woody'ego Allena

Dolce vita Amerykanina: "Zakochani w Rzymie" Woody'ego Allena

Kino Świat
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Co Amerykanin może powiedzieć o stolicy Włoch? Dokładnie tyle, ile my, patrząc na pocztówkę z Rzymu. Jeśli do tego dodamy kilka pikantnych historii miłosnych i szczyptę humoru, mamy idealną komedię romantyczną na lato.

Jeśli bycie hipsterem oznacza cytowanie klasyków, trendów i ikon pop kultury, to Woody Allen powinien zostać hipsterskim guru, bo jest wszystkim tym, co wymieniłam, w jednym i w dodatku cytuje sam siebie.

Nie inaczej jest w jego najnowszym filmie "Zakochani w Rzymie". To kolejny obraz po "Vicky, Christina, Barcelona", "O północy w Paryżu" czy "Wszystko gra", który reprezentuje nowy image Woody'ego Allena pod tytułem "Amerykanin w Europie". Czy nam się to podoba? Nie musi, choć Allen jako człowiek kultury nie rości sobie prawa do poznania obcej sobie, zaoceanicznej cywilizacji lepiej od samych Europejczyków, nie stawia diagnoz, nie mówi, jacy jesteśmy. Nadal zajmuje się pokrętną ludzką naturą, zmienia jedynie tło. Jakby mówił: wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie wiem, czy miałby odwagę powtórzyć to, gdyby zdecydował się na film z Pekinem czy Delhi w tle, ale wszystko przed nami.Tymczasem twórca "Manhattanu" zaprasza nas do kolejnej odsłony swojego miniprzewodnika z cyklu "po Europie z Allenem".

Nowojorski reżyser do tego stopnia nie rości sobie prawa do bycia ekspertem od europejskich stolic, że prawie zawsze wprowadza do swoich historii intruza, zwykle Amerykanina. I jego oczami turysty oglądamy świat - dzięki temu Woody może dać sobie prawo do kulturowych kalk, stereotypów i uproszczeń. A te jak na dłoni wychodzą nam w jednym z najbardziej charakterystycznych narodów Europy - głośnych i wspaniałych Włoszech.

W najnowszym filmie - "Zakochani w Rzymie" mamy cztery wątki i cztery pary: dwie pary amerykańskie, jedną włoską i jedną mieszaną. Zatem jest para zakochanych, gdzie on jest Włochem a ona Amerykanką. Przyjeżdżają do nich rodzice przyszłej panny młodej, by poznać włoskiego wybranka swojej córki. Nowojorskiego tatusia gra oczywiście Woody Allen i jest to Allen w pełnym neurotycznym rozkwicie. Wszystkie najlepsze zdania w tym filmie padają z ust przygarbionego reżysera, który we włoskim wydaniu boi się samolotów, śmierci, starości i emerytury. Kapitalnie wychodzi mu duet z Judy Davis, której spojrzenie często wystarczy za cały komentarz do zachowania Allena. Przy nich filmowa córka Allena i jej włoski kochanek to para niewinnych, grzecznych i milutkich gołąbeczków.

Ich przeciwieństwem jest dwójka studentów architektury: Jack i Sally, która przyjechała na stypendium Erasmusa do Rzymu. Oni też są ułożeni, grzeczni i nudni do bólu, do czas odwiedzin koleżanki Sally - Moniki, aktoreczki z pretensjami, a jednocześnie demona seksu w wydaniu niepozornej Lolitki, granej przez znaną z "Juno" Ellen Page. Ta obudzi w Jacku żądze i na efekty nie trzeba będzie długo czekać.

Do kompletu dochodzi jeszcze młode małżeństwo, które przyjechało z prowincji do Rzymu, by świeżo upieczony małżonek mógł robić prawniczą karierę. Niestety, nieznajomość okolicy oraz zbieg okoliczności sprawią, że małżonek wyląduje w krzakach z ekskluzywną call girl Anną (rewelacyjna w swym wyuzdaniu Penelope Cruz), a zagubiona w Rzymie żonka - w łóżku hotelom znanego włoskiego aktora.

Na deser mamy jeszcze historię przeciętnego urzędnika Leopoldo, granego przez niezrównanego Roberta Begniniego, który z dnia na dzień staje się celebrytą, regularnie nachodzonym przez włoską telewizję i paparazzi.

Historie są przednie, dialogi świetne, a sceny absurdalne w najlepszym allenowskim wydaniu. Naśmiewa się on tu ze specyfiki włoskiej telewizji, z naszego uwielbienia dla aktorów i celebrytów, a także z pseudoartystycznego środowiska, gdzie każdy może nam wmówić, że to co oglądamy to sztuka w najwyższym wydaniu. "Gdy oglądamy" śpiewającego pod prysznicem na scenie opery narodowej ojca wybranka filmowej córki Allena, głośno wybuchamy śmiechem, ale z drugiej strony ile razy stanęliśmy w galerii przed dziełem sztuki, przed którym wszyscy bili pokłony, a my czuliśmy się jak w ukrytej kamerze?

Jednocześnie, oglądając "Zakochanych w Rzymie", cały czas miałam uczucie "déjà vu". Sceny, w których słynny architekt grany przez Aleca Baldwina ostrzega młodszego wiekiem i stażem studenta Jacka przed zgubnym urokiem Moniki, są jak żywcem wyjęte z obrazu "Życie i cała reszta", gdzie główny bohater wpadł w neurotyczne objęcia Christiny Ricci. Woody w filmie porusza też - stały w jego filmach - temat zdrady. Ale tym razem zdziera z niego płaszcz moralności, bawi się sytuacjami, a całemu wątkowi przyświeca zdanie "okazja czyni złodzieja". Zdrada w lekkim tonie, niczym z "Vicky Christina Barcelona", tu tylko służy bohaterom, a nam daje kolejny powód do świetnej zabawy. Mam wrażenie, że Woody zrezygnował już z moralizatorstwa, przyjął zasadę ze swojego filmu "Whatever works" (nietrafnie przetłumaczone u nas: Co na kręci, co nas podnieca) i uznał, że wszystko dla ludzi. Tak też jest w "Zakochanych w Rzymie" - jak na pocztówce: lekko, łatwo i przyjemnie, a co najważniejsze - bez konsekwencji. Prawda ta nastraja nas pozytywnie, ale sprawia, że film wielkiego Allena nie zostanie nam w głowie dłużej niż do końca lata.

[iframe src="http://www.youtube.com/embed/WIbYqxqtP38" frameborder="0" allowfullscreen" width="100%" height="315-->

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze