Dorota Masłowska: „Umiem nazywać rzeczy, które wielu ludzi przeczuwa, ale nie potrafi ich nazwać”

Dorota Masłowska, fot. BEW PHOTO

Przyzwyczaiła nas do myśli, że w jej przypadku nie ma nic pewnego. Że równie dobrze może nagrać płytę lub pisać felietony o jedzeniu. W ubiegłym roku wydała pierwszą od sześciu lat powieść. to kolejne zaskoczenie i potwierdzenie, że sama Dorota Masłowska przez te lata mocno się zmieniła.

Po raz pierwszy po przeczytaniu twojej książki zrobiło mi się tak smutno.
Ja sama po jej skończeniu czułam się bardzo źle, miałam rodzaj kaca, emocjonalnego zatrucia. Wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie napisałam niczego tak mrocznego.

Główny bohater mieszka w blokowisku. Nie ma pracy ani perspektyw. Wplątuje się w relację z kobietą z innego świata. Zostaje kochankiem znudzonej bogatej mężatki ze strzeżonego osiedla. To jest książka o miłości? O samotności?
Gdybym serio miała odpowiedzieć, o czym napisałam książkę – chociaż słysząc tak postawione pytanie, pewnie bym się jednak obraziła – powiedziałabym, że o emocjonalnym wyjałowieniu, pustce, martwocie. O tym, że nie zauważyliśmy, jak z mediów i Internetu do naszej codzienności przeniknęła nienawiść i obojętność. Jak te lata wolności przyniosły pozorny dobrobyt, ale duchową nędzę. Jest w tym kraju coś strasznie szarego, coś, co jest nie do pokolorowania na pastelowo.

Każda z postaci próbuje sobie jakoś odbić tę szarzyznę. Jest świetna scena, w której zdradzany mąż bawi się swoim nowym luksusowym autem, godzinami testując automatycznego asystenta parkowania. Współczujesz im wszystkim?
Tak. Żeby w ogóle o nich napisać, żeby ich zobaczyć, muszę choć na chwilę się nimi stać. Muszę – co, oczywiście, nie wyklucza pewnej dozy okrucieństwa – także im współczuć.

Komu najbardziej?
Chyba głównemu bohaterowi. Wydaje mi się tak pozbawiony i wartości, i złudzeń, i miłości, i sprawczości.

To autentycznie gość zatrzaśnięty w czyśćcu, bez szans ani na piekło, ani na niebo.
Ale też warto dodać, że to, co wydarza się moim postaciom, najmniej mnie z tego wszystkiego interesuje. Interesuje mnie brak wydarzeń, trwanie w jakichś takich zawieszeniach, stagnacjach. Tu wszystko dzieje się przez warstwę językową. Z jednej strony ona jest bardzo realistyczna, dosłowna, wikłająca się w szczegół, w fizjologię, slang, potoczność. Z drugiej – forma jest tu tak rozbuchana, że rzeczywistość często się rozpada, przechodzi w operę, szaleństwo. Tak że zostawiam odbiorcom dużo furtek do rozmaitych interpretacji.

„Inni ludzie” to jedna wielka hiphopowa nawijka. Pomysł zrodził się pod wpływem jakiegoś konkretnego wydarzenia? Od czego się zaczęło?
Nagle usiadłam i zaczęłam to pisać. Wcześniej pracowałam długo nad moją drugą płytą, całymi dniami robiłam bity i nagrywałam rapy. Ale coś mi cały czas nie grało.
To jest silna konwencja i czułam, że nie potrafię w niej tak do końca wyrazić tego, co chcę. Że mój własny głos to nuda i że najchętniej oddałabym mikrofon ludziom, których spotykam w metrze, i żeby muzyką był ten huk miasta, te samoloty, samochody, gość, który gra przed stacją metra. Ale nie wiedziałam, jak to zrobić w sensie technicznym.
I nagle usiadłam i pomyślałam, że trudno, nie umiem tego wyrazić muzyką, to sobie po prostu to wszystko napiszę słowami.
Zaczęło się od takiej eksplozji, od pisania niemalże z zamkniętymi oczami, ale po drodze natrafiłam na mnóstwo zagadek, problemów, wręcz koanów [w języku japońskim koan to paradoksalne pytanie lub przypowieść, jedna z metod praktyki buddyzmu zen – przyp. red.]. Bo to jest bardzo konkretna forma i nie wszystko się w niej mieści. I o ile łatwo tym językiem opisać ulicę, tramwaj, metro, to już wejście do mieszkania, do czyjejś sypialni jest trudne. Trzeba żonglować, manewrować, kombinować. Wszystko to było pracochłonne i czasochłonne. Przez ponad rok siedziałam nad tym po wiele godzin dziennie, więc niewiarygodne, że ten tekst jest tak krótki. Ale też nie chciałam, żeby były w nim jakiekolwiek zbędne słowa. Musiałam się siłą oderwać od pisania, bo siedziałabym tak jeszcze kolejne dwa lata, dopieszczając to i dalej kondensując. Gdybym mogła nad „Innymi ludźmi” pracować tyle czasu, ile bym chciała, z tych 150 stron mogłoby zostać jakieś 25.

A pomysł na okładkę? Wygląda jak okładka płyty CD. Jest nawet zafoliowana jak świeżutki album muzyczny.
To koncepcja, którą przygotowywał Maciek Chorąży równolegle z tekstem. Pracowaliśmy razem już przy poprzedniej książce i właściwie działamy, nie musząc nic sobie tłumaczyć. Na bieżąco przysyłałam mu fragmenty książki i razem zastanawialiśmy się, jak to można poprowadzić wizualnie. Stanęło na okładce CD – realistycznej, ale mocno przeskalowanej, jak rekwizyt teatralny.

Szczerze mówiąc, po twojej najnowszej powieści spodziewałam się chyba czegoś innego. Czytałam kilka ostatnich wywiadów, których udzieliłaś. Byłaś tak wkurzona na to, co dzieje się w kraju, wokół nas, że myślałam, że stworzysz raczej coś w rodzaju manifestu.
Że jako ekspertka od wojen polsko-ruskich i polsko-polskich napiszę książkę o tym, jak w tej Polsce jest i jak temu zaradzić?
Czuję na sobie to oczekiwanie. I dlatego to jest ostatnia rzecz, jaką mam ochotę zrobić.
Zniechęca mnie też łatwość, z jaką formułuje się te apokaliptyczne wizje, te wszystkie komunikaty o końcu Polski i końcu demokracji. To się stało kompletnie jałowe. Oczywiście, sprawa polska jest absolutnie moją sprawą, interesuje mnie i przenika dreszczem. Ale też wiedziałam, że muszę do niej podejść tylnymi drzwiami, bo te frontowe są tłumnie oblegane.

Tylnymi drzwiami?
Wejść tam, gdzie nikt nie zagląda, gdzie nic się nie dzieje. Do środków komunikacji miejskiej, do domu, w którym siedzi znudzona żona. Do sfery obyczajowości, nudnej i jałowej, która codziennie się wydarza, bez fanfar i dżingli.

To twoja pierwsza powieść od sześciu lat. Po drodze wydałaś płytę, dwa zbiory felietonów, nakręciłaś kilka teledysków. Masz swoją prywatną hierarchię? Traktujesz prozę bardziej serio?
Mam do tego, co robię, marzycielski stosunek. W momencie kiedy coś tworzę, wydaje mi się to najważniejsze na świecie i jestem w stanie bronić stanowiska, że to właśnie jest mój główny oficjalny nurt twórczości. Ale te nurty się przenikają, współtworzą, jeden pracuje na drugi. To, czego się uczę, nagrywając, wykorzystuję potem do pisania i na odwrót. Robię to, co mnie akurat wciąga, i po prostu staram się znaleźć dla tego inteligentną formę.
Jedyne moje zobowiązanie, to żeby to było szczere. Dzięki temu mam poczucie, że moje istnienie jest uzasadnione. Tak rozumiem swoją rolę na świecie. Umiem nazywać rzeczy, które wielu ludzi przeczuwa, ale nie potrafi ich nazwać. I ja im wymyślam te nazwy. Co prawda są skomplikowane i zajmuje mi to czasem po kilka lat, ale często kończy się sukcesem.

Przez lata z zasady stroniłaś od ludzi, nie spotykałaś się z czytelnikami.
Od „Wojny polsko-ruskiej” unikałam tego jak ognia. Nie radziłam sobie z napaściami, atakami, ocenami, które mnie spotykały. Dla równowagi dodam, że tak samo męczyły mnie wyrazy uznania, adoracje i chęć picia ze mną wódki. W końcu prawie przestałam wychodzić z domu, żeby nikt nic do mnie nie mówił.

Od zeszłego roku jeździsz na spotkania autorskie, masz fanpage. Co się zmieniło? Hejt się skończył?
Oczywiście, że jest hejt, ale jakoś przestało mnie to obchodzić. Większy problem miałam chyba z uznaniem, że to, co robię, jest ludziom potrzebne. To dla mnie duży przełom. Przychodzi do mnie masa osób, czasem całe rodziny, czasem babcie biorą autografy dla wnuków albo wnuki dla babć, to bardzo fajne. Chociaż zdaję sobie sprawę, że część z nich ciągle „przychodzi zobaczyć poetę”. A raczej już w tej chwili nawet nie zobaczyć, tylko zrobić sobie z nim selfie. To mi działa na nerwy i konsekwentnie odmawiam.

Nie zgadzasz się, bo…?
Widzę to jako zjawisko kultury konsumpcji. Ludzie chcą cię zaliczyć, skonsumować, mieć.

Pojawiłaś się w realu, a odeszłaś z fikcji. Przyzwyczaiłaś czytelników do tego, że jesteś jedną z bohaterek swoich powieści. Gdzie podziała się postać Masłowskiej? Dlaczego z niej zrezygnowałaś?
Bo jestem już dorosła. Nie chciałam puszczać oczka do czytelnika. To jest bardzo poważna książka.