1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Ten survivalowy horror zachwycił krytyków i zaskoczył wiernych fanów gatunku. Jest przerażający i absurdalnie zabawny jednocześnie

Ten survivalowy horror zachwycił krytyków i zaskoczył wiernych fanów gatunku. Jest przerażający i absurdalnie zabawny jednocześnie

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Krwawe potwory – są; duszna atmosfera – obecna; absurdalny humor, który potrafi rozbroić nawet najbardziej makabryczną scenę – jest. „Resident Evil” wróciło na wielki ekran w zaskakująco bezczelnej odsłonie: zamiast wiernie kopiować kultową grę, twórcy urządzają bowiem widzom coś na kształt koszmarnej rozgrywki, w której nigdy nie wiadomo, co czai się za rogiem. Jest zatem strasznie, groteskowo, ale przede wszystkim: to kawał piekielnie udanej i jakościowej rozrywki.

Renesans horrorów trwa w najlepsze. Gatunek, który jeszcze kilka lat temu wydawał się zmęczony własnymi schematami, w tym roku co chwila zaskakuje nas świeżymi pomysłami. „Obsesja”, „Backrooms. Bez wyjścia”, „Oni cię zabiją” czy „Leviticus” to tylko niektóre z tytułów kina grozy, które w ostatnich miesiącach przyciągnęły przed ekrany tłumy widzów. Aż strach pomyśleć, co twórcy dostarczą nam, gdy sezon na horrory rozpocznie się na dobre... Zanim to jednak się stanie, warto wybrać się do kina na nową ekranizację popularnej serii gier, która podobnie jak wyżej wymienione produkcje zachwyca nowatorskim podejściem zarówno do gatunku, jak i materiału wyjściowego.

Czytaj także: Najlepsze horrory, które przerażają do szpiku kości. Ranking top 10 tytułów

Głównym bohaterem tej historii jest Bryan (Austin Abrams), kurier medyczny przewożący organy na potrzeby przeszczepów, który późną zimową nocą otrzymuje zlecenie dostarczenia przesyłki do szpitala w Kolorado. Podczas jazdy mężczyzna potrąca jednak kobietę. Gdy próbuje zawieźć ją do szpitala, odkrywa, że miasto opanowała epidemia, a jego mieszkańcy zaczynają przemieniać się w bezlitosne, krwiożercze istoty. Awaria laboratorium spowodowała bowiem niekontrolowane uwolnienie niebezpiecznego wirusa. Bryan, przypadkowy świadek katastrofy, zostaje uwięziony pośród chaosu.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ta filmowa adaptacja popularnej gry straszy i bawi do łez. Tu nie ma miejsca na nudę

„Resident Evil” to przede wszystkim sprawne przełożenie gry na język kina, które wyznacza zupełnie nowy kierunek dla filmowych adaptacji gier. Zach Cregger bierze bowiem znane z popularnej serii motywy i robi z nich coś swojego i oryginalnego. Zamiast odtwarzać fabułę pierwowzoru, daje nam doświadczenie przechodzenia gry w wersji kinowej. Świetnie bawi się przy tym konwencją i wyśmienicie miesza gatunki, zachowując odpowiedni balans między soczystym body horrorem a czarną komedią.

Twórca sprawnie operuje też dramaturgią, kreatywnie ogrywa przestrzeń i naprawdę zgrabnie wykorzystuje dynamikę gry. Poza tym, czerpie grozę niemalże ze wszystkiego: ograniczonej percepcji, zmienności lokacji i metamorfoz ciał. To zatem od początku do końca spójna wizja i wyraźnie widać, że jej autor dobrze zna, rozumie i czuje to uniwersum, a tworzenie kina pozbawionego hamulców daje mu ogromną frajdę.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Cregger umiejętnie buduje napięcie i wie, kiedy przełamać je humorem. Działa to również w drugą stronę, gdy komediowe sceny przerywane są nagłym szokiem czy krwawą makabrą. Jego pewna reżyserska ręka plus solidny scenariusz dają więc naprawdę satysfakcjonujący straszak perfekcyjnie oddający klimat, ducha i esencję gier. Reżyser po prostu doskonale wie, co robi i z wielką miłością do kanonu buduje własną historię.

Zamiast efektownego kina akcji, film skupia się jednak przede wszystkim na dusznej atmosferze oraz lęku i bezradności głównego bohatera. Na pierwszym planie mamy bowiem nieco neurotycznego, ale sympatycznego normalsa, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Teraz pechowiec musi poradzić sobie w trudnych okolicznościach. To zwyczajny chłopak i zarazem gość o zerowych kompetencjach do ratowania siebie, z którym można się utożsamić i któremu chce się kibicować. Absurd jego sytuacji jest oczywiście zabawny, ale nie przysłania grozy. Fantastyczny Austin Abrams (być może to nazwisko niewiele wam mówi, ale na pewno dobrze znacie go z filmu „Papierowe miasta” i serialu „Euforia”) znakomicie wciela się natomiast w postać ze splastickowej komedii zamkniętej w ramach horroru.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Fabuła jest oczywiście banalnie prosta, ale dobrze rozpisana i efektowna. Sceny są świetnie zaaranżowane, a jumpscare'y pomysłowe i skuteczne. Mamy też sporo atrakcji, które podnoszą ciśnienie, szereg groteskowych gagów i liczne nawiązania do serii gier. Mnóstwo campu, niepokojącej symboliki i solidną porcję specyficznego czarnego humoru. Film trzyma więc w napięciu od początku do końca, a atmosfera budzi niepokój i ciekawość, co będzie dalej. Owszem, jest tu kilka wymuszonych zwrotów akcji i nieco absurdalnych zachowań bohaterów, jednak całość wypada zadziwiająco dobrze: śmiesznie i strasznie.

Film jest też wizualnie dopieszczony. Znakomite zdjęcia Dariusza Wolskiego, doskonała praca kamery oraz gra światłem i przestrzenią dają wrażenie osobistego uczestnictwa w rozgrywce i przechodzenia gry razem z bohaterem. Szczególnie imponujące są sekwencje wykorzystujące mrok i perspektywę pierwszoosobową (kończyny wyłaniające się zza drzwi czy monstrum biegnące przez ciemny las to tylko niektóre z przykładów).

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Pod względem czystej frajdy z seansu „Resident Evil” to zatem jeden z lepszych horrorów roku. Świetnie zrealizowany i zagrany przez Austina Abramsa, co docenili również krytycy, którzy przyznali tytułowi aż 96% pozytywnych ocen w serwisie Rotten Tomatoes. Cregger znakomicie czuje bowiem kino gatunkowe i pokazuje, że spełniony film grozy nie musi być ciężkim psychologicznym horrorem z artystycznymi ambicjami, lecz po prostu czystą rozrywką. Udowadnia też, że humor i groteska świetnie współgrają z napięciem i dyskomfortem, a najlepsze ekranizacje gier to takie, które mają na siebie pomysł i nie są dosłownym przelaniem pierwowzoru na ekran. Ten film zdecydowanie ma to coś i jeśli zaakceptuje się jego niepoważny ton, dobra zabawa jest gwarantowana.

„Resident Evil” można oglądać w kinach.

⋯

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE